Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Strategia Demograficzna czy Strategia Dzietności? To, co najważniejsze, zostało na slajdach

Strategia Demograficzna 2040 dotyczy jedynie wycinka, jakim jest polityka dzietności. Najciekawsze rozwiązania dotyczą elastyczności i stabilności pracy – ale przedstawiono je… poza dokumentem

„Karlejemy, grzybiejemy, słabniemy” – pisał dwa lata temu Bartłomiej Radziejewski. Polaków ubywało już przed pandemią SARS-CoV-2, a ta wzmocniła dotychczasowe trendy: o ile w 2019 liczba obywateli kraju nad Wisłą zmniejszyła się o nieco ponad 54 tys. osób, o tyle na koniec roku 2020 okazało się, że jest nas 117 tysięcy mniej niż rok wcześniej. Największy spadek odnotowano w grupie osób w wieku produkcyjnym, która maleje od dłuższego czasu  – przede wszystkim wśród mężczyzn (1,2%). Przyszłość też rysuje się w czarnych barwach: Radziejewski cytował prognozy ONZ, według których do końca XXI wieku ma nas być niewiele ponad 21 milionów, co oznacza, że będziemy sytuować się bliżej Rumunii niż Hiszpanii. Słowem, mamy problem i to poważny. Czy ogłoszona wczoraj przez rząd Strategia Demograficzna 2040 (SD) ma szansę coś zmienić?

Demografia jest powiązana praktycznie ze wszystkimi aspektami działania państwa: z polityką rodzinną, migracyjną (a więc także zagraniczną), społeczną, rynku pracy, zdrowotną – a to tylko wierzchołek góry lodowej. Utrzymanie odpowiedniej struktury ludności (z wystarczającą liczbą pracujących, pozwalającą utrzymać konkurencyjność) wymaga stworzenia państwa będącego dobrym miejscem do życia i posiadania dzieci, przyjaznego także dla migrantów. Na to składają się setki czynników – od dobrej i życzliwej obsługi w szpitalach położniczych (ale i Urzędach Skarbowych) przez estetykę miast (której raczej nie sprzyja betonoza) do korzystnych warunków prowadzenia działalności gospodarczej. Trzeba – w skrócie – zadbać o to, by Polacy woleli zostać w Polsce, zamiast wyprowadzać się za granicę; by ci, którzy wyjechali (a od roku 2001 wyjechało 2,4 mln), chcieli wrócić do ojczyzny z rodzinami; by ci, którzy są tutaj, chcieli mieć dzieci; by nieuniknione luki wypełniać zapraszając (przede wszystkim) dobrze wykwalifikowanych migrantów, chcących być obywatelami Polski.

Kto czekał na plan złożony, holistyczny i interdyscyplinarny, ujmujący te aspekty wspólnie, dostanie kubeł zimnej wody na głowę – bo SD tak naprawdę jest Strategią Rozwoju Dzietności. Nie mogło być inaczej, gdyż takie były założenia rządu: w 2019 r., gdy powoływano Pełnomocnika Rządu do spraw Polityki Demograficznej, dano mu zadanie przygotowania strategii, „której celem jest zwiększenie dzietności i promocja tradycyjnej rodziny”. Dokument koncentruje się na tym obszarze, jak piszą jego twórcy, „ze względu na szczególne znaczenie tej problematyki dla przeciwdziałania starzeniu się demograficznemu oraz spadkowi liczby ludności”. Nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje znaczenia dzietności. Jednak z powyższym zdaniem można polemizować i przeciwstawić mu proste liczby: wg Eurostatu imigracja do Polski wyniosła w 2019 r. 226 tys. osób; w tym samym roku urodziło się 375 tys. dzieci, a więc liczba przybywających imigrantów wyniosła 60% liczby urodzonych dzieci. Tak jak priorytetem powinno być podwyższenie dzietności Polaków, tak samo nie można mieć wątpliwości, że nie da się zapełnić rosnącej luki demograficznej bez polityki migracyjnej skoordynowanej z polityką rodzinną, społeczną, polityką rynku pracy i innymi działaniami. „Musimy pożegnać się z fiksacją na pochodzeniu, z majakami Polaka-katolika, i samookreślić się na nowo jako naród wyraźnie polityczny” – pisał w cytowanym artykule Bartłomiej Radziejewski.

Działania opisane są w sposób bardzo ogólny – na ich podstawie można zrobić wszystko i nic. Przykładowo, zapis „Dalsze udoskonalanie i zwiększanie efektywności systemu transferów rodzinnych” może oznaczać w zasadzie… cokolwiek (czym jest efektywność? do jakiej doskonałości dążymy?)

Na razie mamy jednak przynajmniej zgromadzone w jednym dokumencie pomysły na wzrost dzietności. A ta w Polsce wygląda niekorzystnie, i to od wielu lat. Jeszcze w 1970 r. na jedną kobietę w wieku rozrodczym przypadało 2,2 dziecka, a potem mieliśmy już trend spadkowy, z największym „dołkiem” w 2003 r. (1,22). Duże nadzieje wiązano z programem „Rodzina 500 plus” – ale o ile współczynnik dzietności wzrósł w 2017 r., o tyle masa krytyczna została szybko osiągnięta, i do 2020 r. znów wartość wskaźnika spadła do poziomu podobnego jak przed wprowadzeniem programu. Przygotowana przez autorów SD projekcja wskazuje, że jej realizacja ma zahamować depopulację Polski, około 2085 r. liczba ludności ma zacząć wzrastać, a populacja ma się znacząco odmłodzić. Sama zasadność przygotowywania prognoz na tak długi okres jest wątpliwa. Po pierwsze – liczba czynników, które przez ten czas mogą wpłynąć znacząco na demografię (z kryzysem klimatycznym na czele) jest ogromna. Po drugie – sądząc po tym, że różne strategie zmieniają się jak w kalejdoskopie (jeszcze nie zdążyliśmy nacieszyć się Strategią Odpowiedzialnego Rozwoju, a już mamy Polski Ład…) – bardzo mało prawdopodobne, że kolejne władze do 2080 r. będą konsekwentnie realizować działania zapisane w SD. Zresztą – o czym mówimy, skoro na fali „500 plus” GUS w 2017 r. próbował prognozować liczbę ludności w dużo krótszym okresie, bo tylko do 2030 r.: zakładano, że współczynnik dzietności będzie przez cały ten czas systematycznie rósł – a w rzeczywistości już rok później zaczął spadać.

Buńczuczne prognozy są mocno na wyrost. Cieszy natomiast kompleksowa, zebrana w jednym miejscu diagnoza wyzwań i barier stojących na przeszkodzie dzietności. Zwłaszcza dostrzeżenie ogromnego problemu mieszkaniowego i wielu podstawowych trudności, powodujących, że myśl o kolejnym dziecku może wywoływać lęk (na przykład niewystarczająca opieka okołoporodowa, traumy rodzinne, zły stan zdrowia, bariery w łączeniu pracy z życiem rodzinnym, a nawet opisywana w NK seksualna i miłosna recesja). Minister Marlena Maląg podczas prezentacji SD mówiła także, że przy tworzeniu dokumentu zrealizowano kompleksowe badania jakościowe i ilościowe – sama strategia nie zawiera tych danych, a szkoda, bo bardzo uzupełniałyby przedstawiony obraz.

Trzy szczegółowe cele strategii to wzmocnienie rodziny, znoszenie barier dla rodziców chcących mieć dzieci oraz podniesienie jakości zarządzania i wdrażania polityk. Dla tych celów określono 12 kierunków interwencji, podzielonych na 104 działania. Wiele kierunków interwencji dotyka sedna polskich problemów z dzietnością (np. konieczność wzmocnienia stabilności zatrudnienia), działania jednak opisane są w sposób bardzo ogólny – na ich podstawie można zrobić wszystko i nic. Przykładowo, zapis „Dalsze udoskonalanie i zwiększanie efektywności systemu transferów rodzinnych” może oznaczać w zasadzie… cokolwiek (czym jest efektywność? do jakiej doskonałości dążymy?). To samo dotyczy np. działania „Wsparcie par chcących założyć rodzinę” czy „Współpraca z podmiotami wspierającymi kulturę prorodzinną” (czyja współpraca? co to za podmioty?). Rozumiem, że strategia jest dokumentem na poziomie ogólnym, ale w takim razie domaga się programu operacyjnego lub planu wykonawczego, który będzie wskazywał szczegółowe rozwiązania. Z dokumentu nie wynika, jakoby taki program miał być tworzony. Wskazuje on tylko, że część działań SD odpowiada już wcześniej opisanym narzędziom Polskiego Ładu (np. działanie 2.5. „Uproszczenie i skrócenie procedur dla rodzin chcących budować lub rozbudować dom w systemie gospodarczym”), Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju lub innym realizowanym już zadaniom państwa.

Czy to jakaś nowa, świecka tradycja, że najważniejszym dokumentem krajowym musi być dokument Power Point?

Czyżby więc SD była tylko opisem tego, co i tak już się dzieje? Wczoraj podczas prezentacji przedstawiono kilka szczegółowych propozycji rozwiązań dotyczących zwiększania elastyczności i stabilności pracy (gwarancja pracy elastycznej (w tym m.in. zdalnej i hybrydowej) lub pracy w zmniejszonym wymiarze godzin dla kobiet w ciąży i rodziców dzieci do lat 4; ograniczenie możliwości zawierania umów o pracę na czas określony; wprowadzenie ochrony przed zwolnieniem także dla ojców). Te propozycje są zdecydowanie krokiem w dobrą stronę, rzeczywistość wręcz domagała się od lat wprowadzenia tych prostych regulacji w kraju, w którym godzenie opieki nad rodziną z pracą było naprawdę trudne. Tyle że… nie są one zawarte w samej Strategii, a przedstawione zostały na stronie internetowej i na slajdach… Czy to jakaś nowa, świecka tradycja, że najważniejszym dokumentem krajowym musi być dokument Power Point?

Strategia Demograficzna 2040 budzi więc mocno mieszane uczucia. Pozytywny jest fakt dostrzeżenia roli ojców, pomysły na uelastycznienie prawa pracy, dążenie do poprawy opieki okołoporodowej i – ogólnie – zdrowotnej, jak i wszystkie kierunki działań, które mają uczynić Polskę państwem przyjaźniejszym dla rodzin z dziećmi. Mniej cieszy przysłowiowy „ogarek dla diabła”, czyli niejasno opisane działania w obszarze kultury, które mogą być furtką do wspierania organizacji bliskich ekipie rządzącej (np. znajomo brzmiące „Ustanowienie nagrody dla twórców i nadawców treści prorodzinnych”). Samo to, że stworzono i przyjęto SD, i że demografia jest przedmiotem osobnej refleksji – to krok w dobrym kierunku, choć optymizm studzi ogólnikowość i wtórność zapisów strategii. Szkoda, że nadal nie mamy dokumentu całościowego, międzyresortowego, ujmującego wiele powiązanych ze sobą aspektów, a nie tylko wybrany wycinek – a przy tym uzupełnionego o konkretny plan wykonawczy.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Strategia Demograficzna czy Strategia Dzietności? To, co najważniejsze, zostało na slajdach”

  1. Kuba pisze:

    Czytałem tę strategię. Jest niesamowita, a skromnie mówiąc, trochę się na tym znam. Dotyka chyba wszystkich obszarów, które wpływają na dzietność. Chce przełamać bariery “Polski resortowej”, wprost wskazując, że nie dość, że muszą się zaangażować w jej realizację niemal wszystkie resorty, to jeszcze wprost dostrzega, że trzeba podnieść kompetencje administracji. Każdy by pewnie chciał, żeby ona była pełna konkretnych rozwiązań, ale jej realizacja ma zająć 20 lat (znowu prawidłowa diagnoza, że wzrostu dzietności nie da się załatwić ani jednym prostym instrumentem ani za pstryknięciem palcami), więc jest uzasadnione, że na tym etapie wskazuje kierunki działań i zostawia pewną swobodę co do ich realizacji – przecież każde działanie trzeba obgadać z wieloma środowiskami, znaleźć zasoby, pieniądze. A budżet nie jest z gumy. A że jest strategią dotyczącą dzietności? Przecież do tego został powołany ten pełnomocnik, a nie do migracji i starzenia się. Tak czy inaczej, szacunek, oby udało się ją zrealizować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz