Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Samoregulacja zamiast samokontroli

Jeśli rozpoznamy jak najwięcej stresorów z różnych obszarów, to należy zastanowić się, czy możemy któreś z nich usunąć albo zmniejszyć wpływ ich oddziaływania. I znów: nie chodzi o wychowywanie bezstresowe, o skasowanie wszystkich stresorów, tylko o ich redukcję, która będzie służyć naszemu celowi

Rodzina z czwórką dzieci, zamknięta w niewielkim mieszkaniu ze względu na pandemię. Stresory narastają, dzieci się biją, między żoną a mężem też rośnie napięcie, bo nie ma chwili wolnej od dzieci. Zajmuje się pani szczególną metodą samoregulacji, Self-Reg Stuarta Shankera. Jak może ta metoda pomóc w takiej sytuacji?

Nie ma jednej uniwersalnej rady. Mój pomysł jest taki, by rodzic, któremu zależy na tym, by było więcej spokoju w tej małej społeczności, próbował zidentyfikować momenty, w których jest w miarę dobrze. Być może to jest dziesięć minut w ciągu całego dnia. Co się wtedy dzieje? Może to dziesięć minut po śniadaniu, kiedy wszyscy są najedzeni, mają pomysły na nowy dzień, nie zmęczyli się jeszcze elektroniką, a rodzice jeszcze nie spieszą się do wykonywania pracy online? Wiadomo, że takiego stanu nie można utrzymać 24 godziny na dobę. Ale możemy szukać tego, co nam dodaje stresu: pośpiech, głód, oczekiwanie na pracę; i tego, co nam służy w chwilach spokoju: najedzenie, brak zewnętrznych hałasów.

To że dziecko czegoś nie je, może wynikać z alergii czy nietolerancji, czy z niemożności zniesienia jakiejś faktury jedzenia albo zapachu. A może to jest mizofonia? Jedzenie zupy wiąże się z dźwiękiem łyżki w talerzu, i z tym, że ludzie jedzący zupę dookoła też wydają bardzo specyficzne dźwięki, które dla niektórych są niezauważalne, a dla innych są torturą

Jest pani certyfikowaną facylitatorką Self-Reg. Co to oznacza?

Tak, ważne jest tu dla mnie rozróżnienie między trenerem i facylitatorem. Facylitator to „ułatwiacz”. Jego praca nie polega na tym, by kogoś wytrenować, ale by wspierać innych, nie tylko wiedzą, ale i zachowaniem, by mogli działać z poziomu spokoju. Żeby nauczyć się czegoś nowego, dobrze jest być jednocześnie spokojnym i czujnym (calm and alert). To właśnie stan, w którym nasz poziom energii i poziom napięcia pozwalają na rozwój w codzienności. Self-Reg to podejście do samoregulacji, zwracające uwagę na te dwa aspekty życia: poziom napięcia i poziom energii.

Klasyczna koncepcja wychowania – o której pisał w NK Dariusz Zalewski – podkreśla konieczność samokontroli, dyscypliny, wykuwania cnót. Jest przeciwstawiana tzw. wychowaniu bezstresowemu. Gdzie umiejscowić Self-Reg na tej mapie?

Wybór między klasyczną koncepcją a tzw. „wychowaniem bezstresowym” to wybór fałszywy. W życiu nie zachodzą takie sytuacje. Krytyka tzw. „wychowania bezstresowego” to często krytyka bytu, który nie istnieje. Widziałam różne podejścia do wychowania, ale nigdy się nie spotkałam się z tym, by nie było żadnych granic. Każdy ma jakieś granice, nawet jeżeli ich nie komunikuje albo komunikuje chaotycznie. Trudno wówczas o bezpieczny model przywiązania i o relację, która umożliwia harmonijny rozwój.

Możliwe jest jednak życie, w którym możemy zarówno budować coraz lepsze relacje w społeczności, jak i rozwijać na każdym poziomie – fizycznym, emocjonalnym, poznawczym – nie wpychając kogoś czy siebie w totalnie sztywny i narzucony z zewnątrz schemat, ani pływając po oceanie bez żadnych zabezpieczeń, drogowskazów, busoli. Tego dotyczy właśnie samoregulacja.

Czym jest właściwie samoregulacja?

Idea samoregulacji różni się od obu zarysowanych rozwiązań tym, że bierze pod uwagę indywidualne potrzeby i uwarunkowania osoby (dorosłej czy dziecka), i jego stan fizyczny, emocjonalny, możliwości poznawcze tu i teraz, a także relacje społeczne, w jakich funkcjonuje. Nie poprzestaje jednak na tym – właśnie w tych warunkach pozwala zrobić krok do przodu.

W jaki sposób?

Niemowlak nie jest w stanie się sam regulować, choć podejmuje takie próby, ssąc kciuk czy kołysząc się. Ale nie jest w stanie zapewnić sobie spokoju. Potrzebna jest relacja matka-dziecko, czy szerzej: opiekun-dziecko. Z czasem rolę regulacyjną zaczyna spełniać społeczność, na przykład grupa rówieśnicza

W Polsce bardzo mało znany jest Lew Wygotski, rosyjski pedagog, który w Ameryce Północnej należy do klasyków. Jego pojęcie „strefy najbliższego rozwoju”, podobnie jak „teoria rusztowań” jest powszechnie używane w tamtejszej pedagogice.

Co to za strefa?

To obszar, w obrębie którego można zrobić ten jeden krok naprzód. Dobry rodzic czy pedagog ma pojęcie o tym, gdzie ta strefa się znajduje.

Załóżmy, że moje dziecko w sposób nieograniczony objada się chipsami, i nie je nic zdrowego. W jego strefie najbliższego rozwoju nie będzie się mieścić od razu idealnie zdrowe żywienie, ale na przykład to, żeby nie jadło lizaków przed śniadaniem. Inny przykład: uczennica, która nie jest w stanie napisać wypracowania, ponieważ trudno jej jednocześnie myśleć nad tym, co pisać, jak pisać poprawnie, i jeszcze pisać ręcznie, strefą najbliższego rozwoju może być na przykład podyktowanie komuś tekstu albo to, że nauczyciel pomoże jej w pracy na kolejnych etapach: dyktowanie, opracowanie na komputerze, maszynowe sprawdzenie błędów; oddzielnie zaś nad ortografią czy nad pismem ręcznym (to różne możliwe „rusztowania”, jakich będzie się używać, dopóki będą potrzebne).

Podobnie samoregulacja pozwala tworzyć warunki do zrobienia kroku naprzód w strefie najbliższego rozwoju.

Mówiła pani o przykładowym problemie. Dziecko ciągle objada się chipsami i nie chce jeść nic zdrowego. Jeśli rodzice przyjęliby klasyczny, behawiorystyczny model wychowania, zastosowaliby kary i nagrody. A gdyby zastosowaliby podejście Self-Reg?

Możemy oczywiście zabronić dziecku jeść chipsy. Ale zakładam, że skoro rodzice przychodzą z tym problemem, to zabranianie nie zadziałało. „No to wprowadźmy jakiś system kontroli na zasadzie – jeśli jesz chipsy to nie masz dostępu do wi-fi”. Ale to cały czas nie pozwala zobaczyć problemu, tego co tak naprawdę się dzieje: dlaczego to dziecko je głównie chipsy?

Gdyby rodzic przyszedł do mnie, facylitatorki Self-Reg, z problemem: „Moje dziecko je tylko chipsy”, to przede wszystkim chciałabym pomóc temu rodzicowi przyjrzeć się sytuacji. Po pierwsze: czy to jest adekwatny opis? Czy rzeczywiście tak jest, że dziecko je tylko i wyłącznie chipsy? Czy chodzi o to, że je tych chipsów za dużo? Może je te chipsy tylko i wyłącznie w weekendy, a w tygodniu żywi się na przykład poza domem, na przykład w bursie szkolnej, i nie ma wpływu na to, co je? A może to dziecko je chipsy towarzysko, bo inni je jedzą? Najada się nimi i nie chce jeść innych rzeczy. Po drugie: jakie są te inne rzeczy, których dziecko nie chce jeść? Może wcześniej cała rodzina jadła dużo chipsów, a teraz nagle postanowiła odżywiać się zdrowiej, wprowadziła zupę z jarmużu, a dziecko tego nie zna, więc je dalej to, co jadło?

Więc chodzi o dokładne przyjrzenie się, co się dzieje autentycznie w danym, konkretnym, indywidualnym przypadku?

Tak. Nie wystarczy ogólna teoria. Przyczyny podobnych na zewnątrz zachowań mogą być odmienne. Może być ich także bardzo wiele w jednym przypadku. Potrzeba spojrzenia na problem z różnych stron.

Z jakich stron?

Na przykład od strony stresu. Samoregulacja rozumie stres szeroko (nie tylko jako trudne przeżycia emocjonalne). Stres może być dobry: motywować nas do różnych działań i chronić przed bezczynnością. Ale gdy jest zbyt silny, hamuje rozwój. Przejście od jedzenia chipsów do jedzenia zupy z jarmużu to nie jeden krok, a długa droga, i na pewno może wywoływać stres. Więc należy przyjrzeć się obszarom stresu.

Jakie to obszary?

Może to być stres biologiczny. To że dziecko czegoś nie je, może wynikać z alergii czy nietolerancji, czy z niemożności zniesienia jakiejś faktury jedzenia albo zapachu. A może to jest mizofonia? Jedzenie zupy wiąże się z dźwiękiem łyżki w talerzu, i z tym, że ludzie jedzący zupę dookoła też wydają bardzo specyficzne dźwięki, które dla niektórych są niezauważalne, a dla innych są torturą. I może wcale nie chodzi o to, że dziecko nie chce jeść zupy, ale gdyby siadło przy osobnym stoliku lub założyło słuchawki, to byłoby w stanie ją zjeść? Self-Reg zwraca dużą uwagę na ciało: na to, jak wiele rzeczy, które pozornie zależą od motywacji czy od wartości, naprawdę może wynikać z prostych, sensorycznych, cielesnych rzeczy.

Mamy pozwolić, żeby dziecko jadło w słuchawkach, kiedy chcemy jeść wspólny, rodzinny posiłek?

Znów wracam do tego, że trzeba patrzeć na sytuację indywidualnie, i wyznaczyć priorytety. Czy faktycznie chcemy się teraz skupić na tym, by dziecko było w stanie jeść inne rzeczy niż chipsy? Czy na tym, żeby rodzinnie przeżywać idealne posiłki, tak jak sobie wyobrażamy, że powinny wyglądać – z savoir-vivre’em, z inteligentną konwersacją? Nie można wdrożyć zmian bez świadomości tego, co się dzieje tu i teraz. I bez umiejętności stawiania realistycznych celów.

To upodabnia Self-Reg do klasycznej pedagogiki, gdzie też stawiamy konkretny cel. Na przykład cnotę umiarkowania w jedzeniu i piciu.

Tak, natomiast w Self-Regu później schodzimy z poziomu tych górnolotnych celów choćby na poziom tego, czy ktoś nie ma nietolerancji brokuła, albo trudno przyzwyczaja się do zmian.

Załóżmy, że dziecko nie ma żadnych sensorycznych problemów i generalnie byłoby w stanie zjeść tą zupę z jarmużu, a i tak jej nie je. Co wtedy?

Może być stres na poziomie emocjonalnym lub społecznym. Na przykład jeżeli wcześniejsze próby wprowadzenia tej diety wiązały się z dużym napięciem u samych dorosłych, a matka i ojciec kłócili się, przechodząc na zdrową dietę. Może nawet nie przy dziecku, ale ono odebrało, że atmosfera wokół posiłków jest napięta.

Nałożenie kary często prowadzi do reakcji zamrożenia, w której dziecko ze strachu będzie pozornie wyglądało na spokojne, ale to będą tylko pozory: tak naprawdę nie będzie nawet w stanie zrozumieć, że postąpiło niewłaściwie

Self-Reg duży nacisk przywiązuje do stresorów społecznych. Nie jest metodą pracy nad jednostką, tylko obejmuje całą społeczność i połączenia między ludźmi. Może na przykład oczekiwanie rodziców jest tak wielkie i wywołuje taki stres, że dużo łatwiej jest organizmowi ten stres zagryźć chipsami – bo to daje szybki skok energii, ale ta energia jest zużywana na to, żeby radzić sobie ze stresem rodziców. Często mamy wrażenie, że dziecko totalnie nie słucha i buntuje się wobec wszystkiego. A może ono ma największą świadomość tego, czego od niego chcą, i ma ogromną chęć zaspokojenia tych oczekiwań, ale to jest dla niego zbyt trudne? To obszar prospołeczny. Dziecko nie jest oderwaną jednostką, od początku odbiera emocje innych osób wokół. To, że chce jeść chipsy, może wynikać z tego, jak to bardzo rodzice nie chcą, by je jadło, i jak bardzo się tym denerwują. Eksperymenty potwierdzają, że kiedy jesteśmy w stresie i mamy do wyboru jabłko albo pączka, to wybierzemy pączka: znacznie szybciej podniesie poziom glukozy i ułatwi poradzenie sobie z tym napięciem.

Identyfikujemy uwarunkowania, stresory, które mogą wpływać na to, że rozwój w danym obszarze jest zakłócony. Co dalej?

Jeśli rozpoznamy jak najwięcej stresorów z różnych obszarów, to należy zastanowić się, czy możemy któreś z nich usunąć albo zmniejszyć wpływ ich oddziaływania. I znów: nie chodzi o wychowywanie bezstresowe, o skasowanie wszystkich stresorów, tylko o ich redukcję, która będzie służyć naszemu celowi. Szukamy tych, które dadzą się zredukować. W ten sposób możemy obniżyć poziom napięcia i zużywać mniej energii na radzenie sobie ze stresem. Dzięki temu udaje osiągnąć się wyższy poziom spokoju i uważności. Więcej energii pozwala dużo łatwiej osiągnąć cel.

Wróćmy jeszcze do społecznego wymiaru Self-Regu. Dlaczego jest to takie ważne?

Niemowlak nie jest w stanie się sam regulować, choć podejmuje takie próby, ssąc kciuk czy kołysząc się. Ale nie jest w stanie zapewnić sobie spokoju. Potrzebna jest relacja matka-dziecko, czy szerzej: opiekun-dziecko. Z czasem rolę regulacyjną zaczyna spełniać społeczność, na przykład grupa rówieśnicza. A mam wrażenie, że polskiej w szkole często patrzy się na dzieci jak na oderwane jednostki. Nie w takim sensie – niestety! – że tworzy się dla nich indywidualne warunki, ale że analizuje się je odrębnie. Zauważa się, że Wojtek gada na lekcji, Hania szczypie koleżankę, a Zuzia nie wykonuje zadań domowych, a nie to, jak wyglądają relacje w klasie, relacje różnych dzieci z nauczycielem, z jakimi problemami boryka lokalna społeczność: z jakimi zasobami i jakim bagażem stresu każdego dnia przychodzą do szkoły i dzieci, i nauczyciele, i jak mogą się wzajemnie regulować albo rozregulowywać.

Podobnie jest z dorosłymi. W sytuacji bardzo wysokiego stresu pierwszym zasobem, po który instynktownie sięgamy, jest zwykle relacja społeczna. Na przykład rozejrzenie się dookoła i zobaczenie, jak na stresującą sytuację reagują inni, albo chwycenia bliskiej osoby za rękę…

W biurze raczej nie będę miał kogo chwycić za rękę.

To nie tylko to. Powiedzmy, że zaczynasz czuć zapach dymu w jakimś pomieszczeniu. Wtedy rozglądasz się, czy inni też go czują, czy dla nich także jest niepokojący. Prawdopodobnie spojrzysz na osobę, która jest jakimś liderem tego zgromadzenia – na przykład prowadzącego wykład albo organizatora. To pomaga uniknąć wpadnięcia w stan walki/ucieczki/zamrożenia. Self-Reg wskazuje na korzyść z tych strategii społecznych.

Jeżeli dorosły ma dobrą relację z dzieckiem i dziecko czuje się przy nim bezpiecznie, to prawdopodobnie w sytuacji dużego stresu, kiedy dziecko na przykład uderzy kolegę i będzie w rozsypce, łatwiej będzie mu dojść do stanu takiego spokoju, w którym będzie mogło się o tej sytuacji porozmawiać, niż jeśli w sposób bezosobowy potraktuje się je karą z regulaminu. Nałożenie kary często prowadzi do reakcji zamrożenia, w której dziecko ze strachu będzie pozornie wyglądało na spokojne, ale to będą tylko pozory: tak naprawdę nie będzie nawet w stanie zrozumieć, że postąpiło niewłaściwie. Natomiast samo to, że ktoś spokojny jest obok, może pomóc. „Spokój rodzi spokój, rodzi spokój” – podkreśla Stuart Shanker. Każda osoba, która jest już w jakimś stopniu wyregulowana, zwiększa regulację innych. Rodzic może nie mieć pomysłu na to, jak nauczyć swoje dziecko spokoju, ale jeśli sam jest często spokojny, to prawdopodobnie dzieci to przejmą: i jako model, i po prostu dzięki temu, że harmonia w domu redukuje stres i ułatwia rozwój. Każda taka osoba, każda taka rodzina czy społeczność rodzi nadzieję na spokój w całym społeczeństwie.

teolożka, religioznawczyni, anglistka. Współtwórczyni Fundacji Przestrzeń i Wolnej Szkoły Przestrzeń w Krakowie. Certyfikowana facylitatorka metody “Shanker Self-Reg” oraz Kręgów Naprawczych. Praktykuje samoregulację i Porozumienie bez Przemocy. Uwielbia słuchać i być słuchana, a także pomagać innym słyszeć się nawzajem.
główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz