Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przestawić mapę. Recenzja „Indo-Pacific Empire” Rory’ego Medcalfa

Gdy zmapujemy Azję przez pryzmat Indo-Pacyfiku, to jakoś tak przypadkiem Chiny spadną na drugoligową pozycję. W środku zaś pojawia się Ocean Indyjski. Do tak przestawionej mapy Medcalf pisze od nowa historię Azji

Rywalizacja amerykańsko-chińska jest w Polsce doskonale znana. Od wojny handlowej, przez przerzucanie się odpowiedzialnością za wybuch pandemii, po twitterowe pyskówki ambasadorów w Warszawie. Kolejne ciosy Waszyngtonu i Pekinu są u nas śledzone z uwagą nadzwyczajną – jak na nadwiślańską obojętność wobec spraw międzynarodowych. Amerykańsko-chińska Hassliebe istotnie jest główną osią polityki globalnej, jednak w śledzeniu interakcji Waszyngtonu z Pekinem często umyka nam szerszy kontekst.

Indie na uboczu

Chyba w ten sposób wytłumaczyć można u nas znikome użycie określenia „Indo-Pacyfik”, najmodniejszego obecnie terminu w polityce azjatyckiej. Jest o nim kilka wzmianek w tekstach analitycznych i naukowych – pojawia się m.in. w „Słoniu w pogoni za smokiem” Tomasza Okraski – ale pod strzechy wciąż u nas nie trafił. Indie, czy szerzej Ocean Indyjski, pozostają na uboczu geopolitycznego hypeu w Polsce. Tym lepszy to powód, by zainteresować się niedawno wydanym „Indo-Pacific Empire” Rory’ego Medcalfa.

To, w jakim sposób zmapujemy rzeczywistość, także ją tworzy. W kolonialnych Indiach Holenderskich (dzisiejszej Indonezji) dzieci uczyły się w szkołach z map, gdzie Indie Holenderskie były malutkie, a Holandia wielka (tak by miały odpowiednią perspektywę)

Medcalf to były oficer wywiadu australijskiego i dyplomata, a obecnie profesor ANU (Australijskiego Uniwersytetu Narodowego) w Canberrze. Jego książkę reklamują blurby m.in. byłego premiera Australii i byłego szefa wywiadu USA, a także – co ważniejsze – Billa Haytona (autora najgłośniejszej książki o sporze o Morze Południowochińskie), Gideona Rachmana (autora równie znanego „Easternisation”) czy C. Rajy Mohana (jednego z najważniejszych indyjskich analityków). Zaś jej wydanie przez Manchester University Press (na Zachodzie to wydawnictwa uniwersyteckie są uznawane za najbardziej godne zaufania) przynajmniej w teorii powinno gwarantować poziom.

Sprzedawca pustosłowia?

A jednak po przeczytaniu pierwszych dwudziestu stron wstępu pożałowałem zakupu i byłem o krok od odłożenia tej książki na półkę. Medcalf użył większości modnych dziś klisz (geoekonomia, mapy mentalne, ląd i morze, projekcja siły), ale nie wytłumaczył, czym tytułowy Indo-Pacyfik jest. Już byłem gotów zaszufladkować go do grupy „sprzedawców pustosłowia”: osób rzucających modne, pozornie wszystko tłumaczące hasła (dwie dekady temu na topie było „społeczeństwo obywatelskie”, dziś cool jest „geopolityka” czy „geostrategia”). To „sloganowanie” (sloganeering) sprawia wrażenie kompetencji, ale jak się głębiej zastanowić, niewiele tłumaczy.

Na szczęście czytałem dalej – i dobrze zrobiłem: potem było już tylko lepiej. Gdy Medcalf zaczął pisać o znaczeniu narracji, nawiązał do prekolonialnego „modelu szkatułkowego” czy przywołał Kavalama Madhavę Panikkara (świetnego, choć zapomnianego dziś indyjskiego historyka), wiedziałem już, że można mu zaufać.

Polityczne mapowanie

„Indo-Pacific Empire” podzielona jest na trzy części: przeszłość-teraźniejszość-przyszłość. Bezdyskusyjnie najlepsza jest ta pierwsza. Medcalf pokazuje, jak terminy geograficzne i polityczne brane za obiektywne (np. Azja-Pacyfik czy Azja Południowo-Wschodnia) są tak naprawdę konstruktami politycznymi. Bynajmniej nie neutralnymi. To jak z mapą: wydaje nam się, że jest obiektywna, a często zapominamy, że nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ale i sama jest kreacją. To, w jaki sposób zmapujemy rzeczywistość, także ją tworzy. W kolonialnych Indiach Holenderskich (dzisiejszej Indonezji) dzieci uczyły się w szkołach z map, gdzie Indie Holenderskie były malutkie, a Holandia wielka (tak by miały odpowiednią perspektywę). Są wszakże bardziej niejednoznaczne przypadki: to jak zinterpretujemy położenie Gruzji czy Armenii (leżą w Azji, czy w Europie?) nie będzie przecież neutralne politycznie.

Identycznie jest w Azji. W czasach kolonialnych mówiono „Daleki Wschód”, co odwzorowywało tymczasową centralność Europy. Po II wojnie światowej wprowadzono geograficzny podział na Azję Wschodnią (Chiny, Półwysep Koreański, Japonia), Południowo-Wschodnią (Indochiny, Malaje oraz archipelagi Indonezji i Filipin), Południową (subkontynent indyjski), Środkową (poradzieckie „stany”) i Zachodnią (Bliski Wschód). Potem zaś, od lat 80-tych XX w., zaczęto jeszcze mówić „Azja-Pacyfik”, łącząc Azję Wschodnią i Azję Południowo-Wschodnią z Australią oraz wielkimi przestrzeniami Pacyfiku. Całe to polityczne mapowanie nie było neutralne, co dobrze pokazuje Medcalf: samo przez się tworzyło rzeczywistość. W koncepcji Azji-Pacyfiku nie ujmowano Indii, co doprowadziło do zdominowania percepcji Azji przez Chiny. W tym warunkach tym łatwiej było kupić płynącą z Pekinu narrację o odwiecznej centralności Państwa Środka.

W Australii obecnie przeważa antychiński nastrój, wzmacniany przez pyskówki z Chinami i asertywno-jaskiniową dyplomację Pekinu (porównanie Australii do „zużytej gumy do żucia klejącej się do butów Chin” jakiego był użył Hu Xijin, szef „Global Times”, międzynarodowej nacjonalistycznej tuby reżimu, jest dyplomacją godną hunwejbinów)

Skoro tak, to Medcalf proponuje na to proste remedium: przestawienie mapy. Wprowadza termin „Indo-Pacyfik”, ze szczegółami opisując jego genezę. Gdy zmapujemy Azję przez pryzmat Indo-Pacyfiku, to jakoś tak przypadkiem Chiny spadną na drugoligową pozycję. W środku zaś pojawia się Ocean Indyjski. Do tak przestawionej mapy Medcalf pisze od nowa historię Azji. Opiera się na prekolonialnym „modelu szkatułkowym” (zwanym też mandalą lub galaktycznym: władza sprawowana za pomocą rozszerzających się i zwężających kręgów, bez trwałych granic), oraz na „momencie Vasco da Gamy” Panikkara (w dużym skrócie: kolonializm jako chwilowa i przypadkowa przewaga Europy w centralnym dla Azji obszarze Oceanu Indyjskiego). Potem zaś omawia wzrost znaczenia Chin, podkreślając, że ich gospodarczy ekspansjonizm w Azji to raczej novum, nie powrót do przeszłości.

Z takiej wizji Azji wyłania się obraz policentryczności: wielu ośrodków władzy, znaczenia i wpływów. To unicestwia sinocentryczną narrację o Chinach jako centrum Azji, czy nawet świata. A więc politycznie odpowiada na prochińską historiografię zainspirowaną Pasem i Szlakiem. Skoro można przez pryzmat Jedwabnych Szlaków kreślić historię świata, to czemu nie przez Indo-Pacyfik?

Każdy ma ukrytą agendę

Tak opowiedziane dzieje Azji nawiązują (nieświadomie) do historiograficznej szkoły Haydena White’a. Historia w niej to narracja. Nie obiektywny opis historycznej rzeczywiści (bo takowy nie istnieje), lecz opowieść, która sama tworzy i utrwala porządki społeczno-polityczne. Każde przedstawienie dziejów jest ich jakimś formatowaniem. Historycy, podobnie jak politolodzy, ekonomiści czy socjolodzy, nie są obiektywni (choć powinni się starać być rzetelni). Między opisami wydarzeń wplatają – (nie)świadomie – własne poglądy. Czytając i słuchając kogokolwiek, warto pamiętać o starej prawdzie: „każdy ma ukrytą agendę”.

Nie wiem rzecz jasna, jaka jest ukryta agenda Medcalfa. Jednak jego indopacyficzne spojrzenie na Azję legitymizuje najnowszy koncept strategiczny Waszyngtonu (według Medcalfa: Canberry), czyli właśnie Indo-Pacyfik. Z grubsza chodzi w nim o stworzenie nieformalnej antychińskiej koalicji powstrzymującej, opartej na USA, Australii, Japonii i Indiach. Nie wchodząc w szczegóły – celem recenzji nie powinno być streszczanie książki – każde z tych państw rozumie Indo-Pacyfik po swojemu. Od tego, czy się spotkają, czy znajdą wspólny język – łatwo nie będzie – zależą losy indopacyficznej inicjatywy.

Medcalf oferuje spojrzenie australijskie i jest ono ciekawe. Od politycznego przestawiania map Australii – autor robi z własną ojczyzną, to co zrobił z całym kontynentem – po wyjaśnienie proamerykańskiej polityki Canberry czynnikami gospodarczymi. Dla polskiego czytelnika te fragmenty będą szczególnie intrygujące, zważywszy na popularną u nas narrację innych autorów australijskich, oferujących raczej opcję prochińską (obecna polityka Canberry wobec Chin wyraźnie przeczy sinocentrycznemu podejściu). Jednak najważniejszą wartością dodaną spojrzenia Medcalfa jest perspektywa średnich potęg: Australii właśnie, ale też Japonii czy Indii. W popularnej narracji są one często przesłonięte przez USA i Chiny, a tymczasem głos mają – i to istotny.

Książka zaczyna się barwnym opisem przejażdżki Abe Shinzo i Narendy Modiego shinkansenem w listopadzie 2016, co jest wstępem do jednej z głównych tez książki: średnie potęgi, same obawiając się Chin, wzięły sprawy w swoje ręce. Nie mogąc licząc na niepotrafiącą grać zespołowo administrację Trumpa, Australia, Japonia i Indie oddolnie zaczęły tworzyć mechanizmy regionalne, mające przyblokować dominację Chin (bez nazywania tego wprost i bez używania zimnowojennej retoryki). Porównując potencjał ekonomiczny, militarny i „władzy opartej na przyciąganiu” (czyli soft power, błędnie w Polsce tłumaczonej jako „miękka siła”) Canberry, Delhi czy Tokio z Pekinem, każde z nich jest w chińskim cieniu. Jednak gdyby zmaterializował się Indo-Pacyfik, to wtedy „siła złego na jednego” – wspólnie średnie potęgi są w stanie powstrzymać Chiny. Pod warunkiem, że będzie im się chciało chcieć.

W Australii obecnie przeważa antychiński nastrój, wzmacniany przez pyskówki z Chinami i asertywno-jaskiniową dyplomację Pekinu (porównanie Australii do „zużytej gumy do żucia klejącej się do butów Chin” jakiego był użył Hu Xijin, szef „Global Times”, międzynarodowej nacjonalistycznej tuby reżimu, jest dyplomacją godną hunwejbinów). Jednak długofalowe gospodarcze konsekwencje ostrego kursu wobec Pekinu mogą się dla Canberry okazać kosztowne (Australia jako „kanarek w klatce” obecnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej). Na dłuższą metę obecny asertywny wobec Chin kurs Canberry wcale nie jest przesądzony. To samo powiedzieć można o Japonii (w książce Medcalfa omówionej trochę słabiej). Ostatnie wycofanie się Tokio ze wspólnego dla Sojuszu Pięciorga Oczu (USA, Wielka Brytania, Australia, Kanada) potępienia chińskich działań w Hongkongu pokazuje, że nawet silnie antychińska Japonia zna granice stawiania się Chinom. Najważniejsze są jednak Indie – bez nich żadnego Indo-Pacyfiku nie będzie.

W tym ujęciu „Indo-Pacific Empire” to kolejna próba wprzęgnięcia Chiny w obecny system międzynarodowy, okiełznania ambicji Państwa Środka. Poprzednie, takie jak „odpowiedzialny współudziałowiec” Roberta Zoellicka (Chiny w świecie niczym ważny, acz mniejszościowy udziałowiec w spółce) czy „G2” C. Freda Bergstena, Zbigniewa Brzezińskiego i Justina Yifu Lina (USA i Chiny wspólnie rozwiązujące problemy świata) nie powiodły się. Czy taki los czeka też Indo-Pacyfik?

Indie przeszły fascynującą transformację w swojej polityce zagranicznej. Po narodzinach własnego nowoczesnego państwa w 1947, współtworzyły ruch państw niezaangażowanych (neutralność w zimnej wojnie – ani Zachód, ani ZSRR). Z czasem zapadły na typowe dla tego ruchu „skrzywienie Bandungu”, czyli przejście na pozycje proradzieckie. Indie ocknęły się z tych złudzeń dopiero po upadku ZSRR, wciąż jednak pozostawały na dystans z Zachodem. Zmieniło się to w ostatniej dekadzie, gdy nastąpiło zauważalne zbliżenie na linii Delhi-Waszyngton, wyraźnie inspirowane logiką „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. W indyjskim myśleniu o polityce zagranicznej wiele jednak pozostało z ducha „ruchu państw niezaangażowanych”. Formalnie nazywa się to „autonomią strategiczną” i polega na trzymaniu się na zdrowy dystans wobec mocarstw (Indusi mogliby cytować mowę pożegnalną Jerzego Waszyngtona o „niewplątywaniu się w sojusze”). Chociaż w Indiach są głosy – na przykład wspomnianego C. Rajy Mohana – wzywające do stanięcia ramię w ramię z USA w antychińskiej strategii (zapewne Medcalf chciał je swoją książką wesprzeć), to przeważa jednak ostrożność. Indie szczerze kibicują próbom powtrzymania Chin, jednak same nie chcą znaleźć się na pierwszej linii frontu. Z punktu widzenia Delhi idealnie byłoby, gdyby USA same (lub z sojusznikami) zdołały powstrzymać Chiny. Dlatego Delhi patrzy życzliwie na Indo-Pacyfik, jednocześnie nie chcąc instytucjonalizacji formatu w sojusz.

Szwedzki stół bez głównego dania

Jak widać z powyższego opisu, Indo-Pacyfik jest wciąż ideą in statu nascendi, której losy wcale nie są przesądzone. Medcalf przekonująco argumentuje na rzecz tej idei (podejrzewam, że właśnie wpłynięcie na elity australijskie i indyjskie jest istotnym celem tej książki) i to jest podstawowy powód, by po tę pracę sięgnąć. Jednak „Indo-Pacific Empire” jest książką nierówną. Po słabym, pustosłownym początku, praca nabiera głębi, w opisie mapowania Azji stając się porywająca. Potem naprzemiennie traci tempo i odzyskuje go. Przynudza w wypisie kolejnych marynarek wojennych, statków i przewag strategicznych. Zaciekawia w opisach starcia narracji, walki o serca i umysły społeczeństw. Na chwilę znów porywa, kreśląc śmiałą wizję Nowych Pięciu Zasad Pokojowego Współistnienia: nawiązaniem do Pięciu Zasad Pokojowego Współistnienia (zbioru zasad stosunków międzynarodowych przyjętych przez Chiny i Indie w 1954 i będących podstawą polityki zagranicznej większości państw Azji). Z grubsza polegać one mają na indopacyficznej solidarności państw regionu: asertywności poniżej progu wojny zmuszającej Chiny do powstrzymania swych ambicji i grania według zasad. W tym ujęciu „Indo-Pacific Empire” to kolejna próba wprzęgnięcia Chiny w obecny system międzynarodowy, okiełznania ambicji Państwa Środka. Poprzednie, takie jak „odpowiedzialny współudziałowiec” Roberta Zoellicka (Chiny w świecie niczym ważny, acz mniejszościowy udziałowiec w spółce) czy „G2” C. Freda Bergstena, Zbigniewa Brzezińskiego i Justina Yifu Lina (USA i Chiny wspólnie rozwiązujące problemy świata) nie powiodły się. Czy taki los czeka też Indo-Pacyfik? Jak sprawić by słowo stało się ciałem? Jak przekuć ideę w konkret polityczny? Tego już w książce nie ma; nijakie, urwane zakończenie rozczarowuje.

Po lekturze książki nadal do końca nie wiadomo, czym ten Indo-Pacyfik jest (albo czym może się stać), ale to niekoniecznie wada. W chiński Pas i Szlak też każdy dziś wkłada swoje treści, co świadczy raczej o sile projektu, nie słabości. Dlaczego podobnie nie miałoby być z Indo-Pacyfikiem? Może takie teraz czasy niedookreśloności i nieostrości terminów i pojęć?  Medcalfowy „Indo-Pacific Empire” jest więc trochę jak „szwedzki stół” bez głównego dania. Ale i tak dość smaczny.

 

Rory Medcalf, Indo-Pacific Empire. China, America and the contest for the world’s pivotal region, Manchester University Press, Manchester 2020, ss. 320

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor ośmiu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz prac międzynarodowych m.in. "Russia and China. A Political Marriage of Convenience" (Oppladen-Berlin-Toronto 2017) i "A Political Biography of Aung San Suu Kyi" (Routledge: New York-Abington 2020)

Komentarze

2 odpowiedzi na “Przestawić mapę. Recenzja „Indo-Pacific Empire” Rory’ego Medcalfa”

  1. Konfederatka pisze:

    Bardzo cenna recenzja, szczególnie dla laika, który o prawdziwej geopolityce może dowiedzieć się tylko z publikacji takich jak ta w NK. Ew. sojusz indo-pacyficzny napawa nadzieją, nawet w peryferyjnej Polsce gdyż przypomina o tym, iż na scenie świata są jeszcze inni aktorzy niż ci z USA i Chrl … a scenariusz nie jest do końca przesądzony.

  2. WoKu pisze:

    Michał Lubina w jednym jest konsekwentny – wyznając poznawczy relatywizm za ciekawe uważa w książce fragmenty, które odwołują się do jego preferencji w postrzeganiu mechanizmów świata, za nudne mając te, których nie lubi lub nie rozumie (np. geopolityka). ML twierdzi, że każdy ma ukrytą agendę – agenda ML jest za to doskonale widoczna. Stwierdzenie faktu, nie krytyka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz