Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Chiński smok po kwarantannie

Chiny otwarcie deklarują, że są już gotowe do objęcia światowego przywództwa. To olbrzymia zmiana

Bartosz Bartczak: Chiny najdłużej ze wszystkich walczą z epidemią koronawirusa. Jak Chińczycy z nią sobie radzą? Czy można już mówić o wygaszeniu epidemii?

Radosław Pyffel: Chińczycy mieli oczywiście najwięcej czasu na poradzenie sobie z epidemią koronawirusa. Były przecież pierwszym krajem, który musiał zmierzyć się z tym wyzwaniem. Niemniej można dzisiaj stwierdzić, że poradzili sobie z nim całkiem nieźle. Lockdown, w którym do niedawna były Chiny, jest już znacznej mierze rozluźniony. Ponad 90 proc. gospodarki chińskiej już działa, możliwe są podróże międzymiastowe. Wciąż istnieją jednak duże są obawy o to, że koronawirus może wrócić. Dlatego utrzymywane są restrykcje związane z przyjazdem do Chin. Jeżeli ktoś chce wjechać do tego kraju, musi poddać się dwutygodniowej kwarantannie w specjalnie do tego przygotowanych, wyizolowanych miejscach.

Xi zadeklarował też, że Chiny wpłacą na WHO 2 miliardy dolarów, czyli pięciokrotnie więcej niż dzisiaj USA, stając się największym kontrybutorem tej organizacji. Nie wiadomo, co teraz zrobi Donald Trump. Czy rzeczywiście opuści organizację? A może będzie licytował?

Relatywny sukces Chin w walce z epidemią, ale też innych krajów Azji, jak na przykład Korei, możliwy był dzięki połączeniu czynników kulturowych i technologicznych. Azjatyckie społeczeństwa są mocno wspólnotowe, ludzie od małego uczeni są dyscypliny i współpracy, co pozwala rządowi skuteczniej wprowadzać ograniczenia związane ze stanem epidemiologicznym. Trzeba też powiedzieć, że w przeciwieństwie do Zachodu rola rządu jest też dużo silniejsza i istnieje większe przyzwolenie na wprowadzanie choćby czasowych restrykcji. Jednocześnie społeczeństwa azjatyckie są wysoko zaawansowane technologiczne, co pozwala im wykorzystać nowoczesne technologie do walki z epidemią. Chiński rząd dysponuje nawet technologiami kontroli temperatury obywateli, dzięki czemu łatwiej mu namierzyć ogniska choroby. Korea z kolei przeprowadzała od samego początku bardzo dużo testów.

Ale nie ma się co oszukiwać, że COVID-19 w Chinach całkowicie zniknął. Zapewne wszyscy na dobre pożegnamy się z koronawirusem dopiero po wynalezieniu leku lub szczepionki.

Chiny wracają więc do w miarę normalnego życia po epidemii. Nie ma chyba jednak mowy o całkowitym powrocie do tego, co było? Co epidemia koronawirusa może zmienić w polityce Pekinu?

W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z trzema historycznymi wydarzeniami, o których nasi potomkowie będą się uczyć w szkole.

Pierwsze z nich to rozgrywka w Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), w wyniku której Chiny najprawdopodobniej zastąpią USA, jako jej największy kontrybutor.

W przededniu dorocznego i zawsze odbywającego się w maju spotkania WHO, Amerykanie bardzo mocno krytykykowali działania tej organizacji, zwłaszcza za postawę z początku epidemii, uważając iż organizacja pomagała Chinom ukrywać prawdę o wirusie. Prezydent Donald Trump nazwał nawet WHO „chińską marionetką”. Zagroził też, że wstrzyma finansowanie, a być może nawet wycofa z niej USA. A pamiętajmy, że amerykańskie wsparcie wynosi ok 400 mln dolarów i stanowi aż 16 proc. rocznego budżetu WHO.

Chiny po raz pierwszy od 1990 r. nie ogłosiły docelowego poziomu wzrostu PKB. Większym priorytetem okazała się walka z bezrobociem. W całym tym programie położono akcent na tworzenia miejsc pracy dla miejskiego prekariatu. Program ten pokazuje, że Chiny stawiają głównie na zwarcie szeregów i stabilność społeczną, a nie wzrost gospodarczy, który można by wykorzystywać propagandowo

W dodatku, tuż przed spotkaniem WHO, z inicjatywy Australii i Unii Europejskiej, 116 krajów świata (w tym uważane za przychylne Chinom Rosja czy państwa afrykańskie) podpisało się pod wezwaniem do niezależnego śledztwa, które miałoby zbadać, czy odpowiednio zareagowano na zagrożenie koronawirusem na początku pandemii. Chiny znalazły się więc w bardzo trudnej sytuacji i pod wielką międzynarodową presją.

Jednak późniejsza sekwencja wydarzeń była zdumiewająca. Najpierw w czasie sesji plenarnej przywódca Chin, Xi Jinping, wykorzystując chyba fakt, że wystąpienia na forum WHO odmówił Donald Trump, zapowiedział, że jeśli szczepionka na koronawirusa zostanie wynaleziona w Chinach, zostanie udostępniona całemu światu. Później okazało się, że petycja wzywająca do śledztwa została mocno złagodzona i w efekcie zgodzono się z  propozycją Chin, by przeprowadzić je pod auspicjami WHO (co zdaniem Xi zagwarantowałoby „obiektywizm i naukowość”) i zrobić to już po ustaniu pandemii (czyli tak naprawdę nie wiadomo kiedy).

Na końcu doszło do sensacji, bowiem Xi zadeklarował też, że Chiny wpłacą na WHO 2 miliardy dolarów, czyli pięciokrotnie więcej niż dzisiaj USA, stając się największym kontrybutorem tej organizacji. Nie wiadomo, co teraz zrobi Donald Trump. Czy rzeczywiście opuści organizację? A może będzie licytował? Cokolwiek zrobi i jakkolwiek zareaguje, obrady WHO wyraźnie pokazały, że Chiny już otwarcie aspirują do objęcia światowego przywództwa. To olbrzymia zmiana.

Ale to nie koniec historycznych wydarzeń z maja 2020 roku. Drugie z nich to program gospodarczy na czas pandemii koronawirusa, przedstawiony podczas tegorocznego Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Wbrew oczekiwaniom, przesunięte o dwa miesiące najważniejsze wydarzenie polityczne Chin, czyli doroczny zjazd 3000 delegatów, którzy wyznaczają najważniejsze kierunki polityki wewnętrznej na najbliższe 12 miesięcy, nie był pokazem triumfu.  Zaproponowano bardzo zachowawcze rozwiązania. Chiny po raz pierwszy od 1990 r. nie ogłosiły docelowego poziomu wzrostu PKB. Większym priorytetem okazała się walka z bezrobociem. W całym tym programie położono akcent na tworzenia miejsc pracy dla miejskiego prekariatu. Program ten pokazuje, że Chiny stawiają głównie na zwarcie szeregów i stabilność społeczną, a nie wzrost gospodarczy, który można by wykorzystywać propagandowo. To zresztą zgodne z powiedzeniem chińskich reformatorów z lat 80-tych XX wieku „mo zhe shitou guo he” czyli „przechodzimy przez rwący nurt rzeki, delikatnie stąpając po kamieniach”. Wygląda na to, że najbliższe miesiące to będzie właśnie zastosowanie tej strategii.

Trzecia historyczna rzecz to de facto zlikwidowanie autonomii Hong Kongu. Autonomiczny status tej byłej brytyjskiej kolonii jako specjalnej strefy administracyjnej miał trwać do 2047 i dopiero po tym czasie miała stać się ona w pełni częścią Chin. Status ten czynił z Hong Kongu swoisty wentyl bezpieczeństwa. Można tam było, poza sprawami zagranicznymi i wojskowymi, prowadzić w miarę niezależną politykę, głosić własne poglądy czy demonstrować przeciw Pekinowi. Kruchy i często naruszany konsensus zawalił się jednak z hukiem w zeszłym roku, gdy miliony ludzi wyszły na ulicę. Władze w Pekinie, nie oglądając się na lokalny rząd, postanowiły wprowadzić National Security Law, czyli prawo, które pozwoli im określać, które poglądy, demonstracje czy inicjatywy są wrogimi aktami destabilizującymi miasto. Działanie to wpisuję się zarówno w logikę  zwierania szeregów, Chiny bowiem obawiają się chaosu w Hong Kongu, z którym zeszłego lata nie mogły nic zrobić, jak i w logikę rzucania wyzwania Stanom Zjednoczonym, gdyż de facto zakończenie autonomii miasta, lub ewentualnie jej ogromne ograniczenie, jest jawnym zlekceważeniem amerykańskich upomnień w tej sprawie.

Z tego, co pan mówi, wyłania się obraz Chin, które z jednej strony się konsolidują, z drugiej wysyłają sygnał, że są gotowe objąć przywództwo na świecie. Czy w związku z tym można stwierdzić, że konflikt amerykańsko-chiński wchodzi w kolejną, bardziej gorącą fazę?

Epidemia koronawirusa tylko zaostrzyła trwającą przynajmniej od 2016 r. rywalizację Pekinu i Waszyngtonu. Nie widać też żadnego światełka w tunelu, które dałoby nadzieję na załogodzenie tego konfliktu. Obie jego strony uważają, że są silniejsze i żadna nie chce ustąpić.

Chińczycy realizują projekt połączenia kolejowego Warszawa-Białystok o wartości miliarda dolarów. Dwie najtańsze oferty zaproponowały chińskie firmy z polskimi wykonawcami i nie było na nich mocnych, bo w Polsce liczy się cena

Podważeniu hegemonii USA na świecie miały służyć takie inicjatywy jak budowa Pasa i Szlaku czy stworzenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych. Jak obecna sytuacja związana z epidemią, kryzysem gospodarczym i napięciami narodowymi może wpłynąć na te strategiczne chińskie inicjatywy?

Chińskie inwestycje i projekty infrastrukturalne są na całym świecie wciąż realizowane. I dzieje się to niejako w tle całej sytuacji z koronawirusem i rywalizacją amerykańsko-chińską. Na przykład seria projektów w Mjanmie w ramach Chińsko-Mjanmańskiego Korytarza Ekonomicznego, łącząca porty na Oceanie Indyjskim z Zachodnimi Chinami. Także w Polsce, zajętej teraz zupełnie innymi sprawami, Chińczycy realizują projekt połączenia kolejowego Warszawa-Białystok o wartości miliarda dolarów. Dwie najtańsze oferty zaproponowały chińskie firmy z polskimi wykonawcami i nie było na nich mocnych, bo w Polsce liczy się cena, a Chińczycy mają bardzo tanie finansowanie i najlepiej opanowane tego typu projekty infrastrukturalne, bo trenują już na całym świecie od dobrych kilkunastu lat.

Jako osoba, która była polskim przedstawicielem w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, i odwiedziła wiele krajów Azji, mogę stwierdzić, że jest to naprawdę ogromny obszar i kontynent głodny inwestycji i nowej infrastruktury. Ktoś tam musi zbudować drogi, tory kolejowe, porty i lotniska. I chiński biznes chce być tym kimś. A roboty jest tam nawet na sto lat. I Chińczycy są na taką długą perspektywę nastawieni. To jasno wynika z rozmów z ich elitami politycznymi czy biznesowymi.

Inna sprawa to sam projekt, czy też koncepcja Pasa i Szlaku, ogłoszona w 2013 roku w Kazachstanie, a później w Indonezji. Pomysł Nowego Jedwabnego szlaku nawiązuje do tego pierwszego jedwabnego szlaku, który ponad tysiąc lat temu połączył największe cywilizacje świata. To ciekawa opowieść. Działa na wyobraźnię. Swoje przemówienie oparł na niej swego czasu prezydent Duda, gdy w 2015 roku w Suzhou otwierał razem z premierem Li Keqiangiem i Viktorem Orbánem szczyt Europa Środkowa-Chiny. Ale do końca nie wiadomo, czym tak naprawdę jest, bo to wielowymiarowe zjawisko, związane nie tylko ze szlakami transportowymi, ale przede wszystkim z wychodzeniem Chin poza własne granice.  Jego realizacja zależy od tego, jak poszczególne kraje wyjdą z kryzysu wywołanego epidemią. Wydaje się, że kryzys najmocniej uderzy w kraje Unii Europejskiej, które przecież Nowy Jedwabny Szlak ma połączyć z Pacyfikiem. Jeśli Europa i reszta świata wyjdzie z pandemii w bardzo ciężkim stanie, a Chiny sobie poradzą, to raptem może się okazać,  że po prostu zamkną się na świat, tak jak to już w ich historii bywało – właściwie przez większość czasu. Nie lekceważyłbym też nieustannej presji Stanów Zjednoczonych. Ona również może odmienić relacje pomiędzy głównymi centrami gospodarczymi współczesnego świata, a więc Chinami i Azją, Unią Europejską i Ameryką. W dodatku Chiny, nawet jeśli sobie nieźle poradzą, to i tak odczułyby skutki gorszej sytuacji w Europie lub Stanach. Historia przyspiesza i dzieję się na naszych oczach. A od tego, w którym kierunku pójdzie, zależy nie tylko los, ale i ostateczny kształt koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku. Spekulacjom zatem, czym jest i czym się on stanie, może w najbliższych latach nie być końca…

Wydaje się, że kryzys najmocniej uderzy w kraje Unii Europejskiej, które przecież Nowy Jedwabny Szlak ma połączyć z Pacyfikiem. Jeśli Europa i reszta świata wyjdzie z pandemii w bardzo ciężkim stanie, a Chiny sobie poradzą, to raptem może się okazać,  że po prostu zamkną się na świat, tak jak to już w ich historii bywało

Chińczycy są jednak wciąż obecni w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej. Tak jak pan mówił, budują połaczenie kolejowe Warszawa-Białystok, ale także połączenie Budapeszt-Belgrad. Polska i cały nasz region współpracuje z Chińczykami w ramach inicjatywy 17+1. Czy ta współpraca ma szansę rozwijąć się w najbliższej przyszłości?

Wydaje mi się, że generalnie nasz kraj nie wiąże zbyt wielkich nadziei z chińskimi projektami geopolitycznymi. Dla nas historia się skończyła po transformacji ustrojowej i integracji ze światem Zachodu. Dlatego wzrost znaczenia świata europejskiego, nie mówię tutaj tylko o Chinach, ale też tak ważnych krajach jak Indie, Indonezja (i ASEAN) czy Brazylia, jeśli w ogóle jest zauważany, to nie budzi raczej większego zainteresowania. Polacy skupiają się na relacjach biznesowych z Chińczykami, szukając po prostu współpracy przynoszącej szybkie korzyści finansowe, tak jak w przypadku inwestycji w połączenie kolejowe Warszawa-Białystok, które najtaniej wykonają chińskie firmy, czy – ostatnio – importu maseczek przez KGHM, po telefonie prezydenta Dudy do Przewodniczącego Xi Jinpinga, a później premiera Morawieckiego do Li Keqianga. Trzeba też pamiętać, że Polska jest członkiem Unii Europejskiej, dzięki czemu ma dostęp do dużego finansowania ze strony europejskich banków czy funduszy, z którymi Chińczykom trudno jest rywalizować. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja wygląda  na Bałkanach, które mają ograniczony dostęp do funduszy europejskich i chińskie inwestycje są dla nich dobrą alternatywą. Nie ma w Polsce takiej strategii rozwoju kontaktów z Chinami, jaką zaproponował na przykład na Węgrzech już w 2010 r. Viktor Orbán pod nazwą “Wiatr na Wschód”. Sporo o tym dyskutujemy w czasie naszego programu „Biznes chiński” na Akademii Leona Koźmińskiego z udziałem Polaków z wielu branż, którzy aktywnie działają na polu biznesowym i nie tylko. I dochodzę po tych bardzo ciekawych rozmowach do wniosku, że mamy w Polsce szereg różnororodnych inicjatyw i działań, takich jak wspomniana inwestycja kolejowa czy sprowadzenie przez KGHM maseczek z Chin, albo budowa obwodnicy Łodzi, którą również wykonuję chińska firma.

Same Chiny też nie traktują Polski jako wyjątkowo ważnego kraju w ich planach geopolitycznych i wydaje się, że od jakiegoś czasu nie szukają tutaj jakiejś współpracy na poziomie rządowym. Wyjątkiem jest oczywiście nakłanianie polskich notabli do uczestnictwa w międzynarodowych spotkaniach organizowanych przez Chiny takich jak 17+1, o którym pan wspominał, bowiem obecność wysokiej rangą przedstawicieli RP legitymizuje działania Chin na arenie międzynarodowej. Tu niespodzianką był udział wysokiej rangi delegacji z Polski na biznesowej imprezie Pasa i Szlaku, organizowanej przez Chiny i kraje Azji Południowo-Wschodniej jesienią zeszłego roku. Dowodzi to skuteczności chińskiej dyplomacji, która potrafiła zaangażować w ten projekt i w takie inicjatywy Polskę. Ale to bardzo daleko od jakiś śmiałych geopolitycznych wizji z udziałem RP, o których możemy poczytać na Twitterze czy w polskim internecie.

Poza tym jesteśmy dla Pekinu na pewno ważnym obszarem, bowiem leżymy na drodze z Chin do Niemiec, które są najważniejszym partnerem Chin w Europie. Jesteśmy też najdalej na Wschód wysuniętym krajem EU, przez co 80 procent pociągów wjeżdżających z Chin do Unii wjeżdża przez Małaszewicze i przejeżdża przez Polskę. Polska jest też dość szybko bogacącym się społeczeństwem i – co ważne – społeczeństwem otwartym, członkiem Unii Europejskiej. Chińczycy mogą zatem realizować tutaj swoje interesy, współpracując na przykład z firmami niemieckimi, czy innymi międzynarodowymi, dobierając sobie ewentualnie polskich podwykonawców.

Chiny stworzyły platformę współpracy z naszym regionem pod nazwą 17+1. Szumnie rozpoczęła ona swoją działalność na Zamku Królewskim w Warszawie w 2012 roku. Polska oczywiście jest jej aktywnym członkiem, bierze udział w spotkaniach. Ostatnie odbyło się w Dubrowniku i był na nim obecny premier Mateusz Morawiecki. W tym roku na spotkaniu w Chinach miał być obecny prezydent Duda, ale koronawirus pokrzyżował te plany. Także robocze spotkania są, i to nawet całkiem częste i regularne.

Przy okazji epidemii koronawirusa w centrum uwagi, obok Chin, pojawił się też Tajwan. Panuje opinia, że najlepiej poradził sobie z epidemią. Na czym polegał sukces Tajwanu?

Bez wątpienia był to sukces. Tajwan stał się swego rodzaju czempionem walki z koronawirusem. Stała za tym przede wszystkim doskonała organizacja. Jako stypendysta polskiego Ministerstwa Edukacji Narodowej, studiowałem kiedyś na Tajwanie, i mogłem zobaczyć to na własne oczy.

Przede wszystkim, Tajwańczycy mają doskonale rozwinięty system reagowania na kryzysy naturalne. Tam co chwila występują albo trzęsienia ziemi, albo tajfuny, albo inne klęski żywiołowe. Dodatkowo mieszkańcy wyspy cały czas biorą pod uwagę możliwość zagrożenia militarnego. Ludzie ci więc cały czas ćwiczą reakcje na różnego rodzaju sytuacje nadzwyczajne. Kiedy pojawia się taka sytuacja, każdy jest spokojny, przygotowany i wie, co ma robić. Tajwańczycy byli więc bardzo dobrze przygotowani także na koronawirusa.

Na sukces Tajwanu wpłynął też fakt, że jest to społeczeństwo azjatyckie, nastawione bardziej solidarnościowo. Działając wspólnotowo, łatwiej mogą sobie poradzić z takimi zagrożenami jak epidemia, która atakuje wszystkich, bez względu na posiadany majątek czy status społeczny. Takie postawy sprawiają, że rząd może skuteczniej zwalczać np. epidemię, bo wie, że obywatele dostosują się do niezbędnych ograniczeń. Nie wyobrażam sobie, by na Tajwanie i w ogóle w Azji Wschodniej obywatele protestowali przeciwko ograniczeniom wstępu na plażę i uważali to za łamanie praw człowieka.

Jesteśmy dla Pekinu na pewno ważnym obszarem, bowiem leżymy na drodze z Chin do Niemiec, które są najważniejszym partnerem Chin w Europie. Jesteśmy też najdalej na Wschód wysuniętym krajem EU, przez co 80 procent pociągów wjeżdżających z Chin do Unii wjeżdża przez Małaszewicze i przejeżdża przez Polskę

W przypadku Tajwanu nie wolno zapominać, że jest to kraj nowoczesny, z doskonale wyposażoną służbą medyczną. To również miało znaczenie. Tak jak i to, że wcześniej mieli już do czynienia z wirusem SARS.

Przede wszystkim jednak Tajwańczycy bardzo szybko zareagowali na zagrożenie, jeszcze szybciej niż WHO.

Te wszystkie czynniki, czyli dyscyplina społeczna, sprawnie funkcjonujący rząd, dobrze wyposażona służba zdrowia, doświadczenia z czasów SARS i szybka reakcja sprawiły, że Tajwan doskonale poradził sobie z epidemią koronawirusa.

Tajwan w tej całej rozgrywce o WHO pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem stanął w centrum uwagi. Jaka przyszłość może w związku z tym czekać wyspę?

Wydaję mi się, że Tajwańczycy swoim sukcesem w walce z koronawirusem postawili Światową Organizację Zdrowia w trochę niezręcznej sytuacji. Zadziałali bowiem innaczej niż zalecała to WHO i okazało się, że byli szybsi i mieli rację. Niejako wykorzystując sukces Tajwańczyków, Stany Zjednoczone wspólnie z Australią, Nową Zelandią, Kanadą, Wielką Brytanią, Japonią, Francją i Niemcami wyszły z inicjatywą, żeby Tajwan stał się obserwatorem w ramach dorocznego spotkania WHO, o którym wspominaliśmy na początku naszej rozmowy. Oczywiście to rozsierdziło Chiny.

Jednocześnie rozgrywki wokół Tajwanu nałożyły się na zdecydowane działania Chin na arenie międzynarodowej. Zapewne to wszystko sprawiło, że w czasie OZPL przestano mówić o „pokojowym zjednoczeniu” a zaczęto mówić o „zjednoczeniu”. Przez ostatnich 30 lat zakładano, że Tajwan sam się przyłączy, bo będzie miał interes w tym, aby stać się częścią Wielkich Zjednoczonych Chin. Ten proces odbywał się powoli. Od lat 80-tych na Kontynent przeniosło się za swoimi biznesami blisko 2 miliony Tajwańczyków, a mniej więcej drugie tyle kursuje między wyspą a bogatymi miastami chińskiego wybrzeża. Wzrost gospodarczy i bogacenie się Chin przyciągnęło wielu Tajwańczyków spragnionych biznesowych możliwości, jakie dawał ogromny obszar Chin, mówiących przecież tym samym językiem.

To powolne wciąganie Tajwanu w orbitę wpływów Kontynentu sprawiło, że nastroje społeczne na wyspie podzieliły się niemalże pół na pół. Jedni chcieli pragmatycznego zbliżenia z Chinami (choć niekoniecznie zjednoczenia), bo to dawało gospodarcze korzyści, drudzy uważali, że to niebezpieczne, a Tajwan powinien być niepodległym państwem. Sprawę komplikuje fakt, iż Tajwan to właściwie dwa narody. Jeden pragnie całkowitej niezależności Tajpeju. Drugi, związany związany z potomkami Chińczyków, którzy przybyli na wyspę w 1949 r., uciekając przed komunistami, nie chcę zrezygnować z idei zjednoczenia Chin (choć niekoniecznie z ChRL). Sprawa jest więc skomplikowana, a te rozbieżności zapewne jeszcze nieraz dadzą o sobie znać…

Sytuacja w Hongkongu i wprowadzenie tam National Security Law zmusza więc do zastanowienia, czy Tajwan nie będzie kolejną lewą, którą w globalnej grze zbiorą Chiny. Kluczowa będzie reakcja Stanów Zjednoczonych i zdolności projekcji ich siły na Morzu Południowochińskim

Tak czy inaczej, wszystko zmieniły zeszłoroczne protesty w Hong Kongu, które przechyliły szalę na stronę przeciwników zjednoczenia z Chinami. I właśnie reprezentantka tego bloku, Tsai Ing-wen, wygrała ostatnie wybory prezydenckie, mimo iż wcześniejsze sondaże nie dawały jej praktycznie żadnych szans na drugą kadencję.

Sytuacja w Hongkongu i wprowadzenie tam National Security Law zmusza więc do zastanowienia, czy Tajwan nie będzie kolejną lewą, którą w globalnej grze zbiorą Chiny. Kluczowa będzie reakcja Stanów Zjednoczonych i zdolności projekcji ich siły na Morzu Południowochińskim, gdyby okazało się, że faktycznie dochodzi do realizacji jakiegoś „niepokojowego wariantu”.

W obliczu konfliktu amerykańsko-chińskiego, Tajwan może stać się też dla USA znacznie ważniejszy. Jak pamiętamy, w 1972 r. Republika Chińska w wyniku słynnej misji Henry Kissingera została wykluczona z ONZ, a w 1978 roku przestała być uznawana przez Amerykanów. Chodziło o to, aby można było nawiązać oficjalne relacje z komunistycznym rządem w Pekinie i pokonać Związek Radziecki, co, jak wiemy, się udało. Natomiast z Tajwanem nic się od tamtego czasu nie zmieniło i taka sytuacja trwa do dzisiaj. Wyspa przetrwała jednak te prawie 40 lat pewnego zawieszenia w polityce międzynarodowej. Dziś raczej nie zostanie uznana przez Waszyngton za państwo, bo to byłoby trudną do wyobrażenia rewolucją nawet w naszych czasach, ale w kontekście rywalizacji z Chinami może stać się absolutnie kluczowa.

***
Rozmowa została przeprowadzona przed 24.05.2020

kierownik studiów „Biznes chiński” na Akademii L. Koźmińskiego. W przeszłości między innym członek Rady Dyrektorów Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych z ramienia RP.
ekonomista, doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach specjalizujący się w tematyce historii gospodarczej i polityki ekonomicznej państwa. Redaktor portalu gosc.pl. Zaangażowany w działalność międzynarodową, szczególnie w obszarze integracji europejskiej i współpracy z krajami Europy Wschodniej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz