Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Podsłuchujący podsłuchiwani

Trudno oprzeć się wrażeniu, że jak tworzone specjalnie po 11 września 2001 technologie inwigilacji zostały z nami do dzisiaj, tak podobnie przyjęta strategia walki z COVID-19 spowoduje, że będziemy jako obywatele bardziej ulegli wobec mechanizmów autoinwigilacji

Po pandemii koronawirusa zostanie z nami nie tylko kryzys i obawy przed kolejnym lockdownem. Dziedzictwem tych kilku miesięcy będzie również zgoda na dobrowolne poddanie się inwigilacji. W imię wyższego dobra, przy aplauzie polityków i przy dalszym ograniczaniu prywatności. Być może nawet w stopniu dopuszczalnym w demokratycznym państwie prawa, ale wciąż wymagającym dużej ostrożności w stosowaniu. Będziemy dobrowolnie śledzić siebie i osoby, których nawet nie znamy.

W wywiadzie udzielonym niedawno na antenie RMF FM, minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział, że zalecenia przeciwdziałające zakażeniom COVID-19 są lekceważone, bo (takie ma wrażenie) „Polacy w ogóle już zapomnieli, że mamy epidemię”. Rzecznik jego resortu powtarzając te słowa zwrócił całkiem słusznie uwagę, że „jeśli nie możemy zachować dystansu ok. 2 m od innych osób, powinniśmy nosić maseczkę”.  Obydwaj chyba przez przypadek potwierdzili, że politycy czują się nieco lepsi od pozostałych obywateli i obywatelek. Ani minister, ani jego podwładny nie są widziani publicznie w maskach, a i zachowywany przez nich dystans – przynajmniej w oku kamery telewizyjnej – wydaje się zdecydowanie mniejszy niż 2 metry. Rośnie za to dystans pomiędzy rządzonymi, a rządzącymi.

Systemy rozwijane przez służby w różnych krajach, w dużym skrócie, były budowane na narzędziach śledzących kontakty osób już wcześniej z jakiegoś powodu im znanych. Służby musiały też liczyć na współpracę z firmami telekomunikacyjnymi

Łatwość pozbywania się prywatności

Wynika to po części z zupełnie nieudanej komunikacji z obywatelami. Pamiętamy chaos związany z wprowadzaniem ograniczeń wzmocniony przez horrendalne, i w ocenie wielu arbitralnie i nadgorliwie przyznawane kary za ich nieprzestrzeganie. Widzimy również polityków, którzy prześcigają się w liczbie uczestników spotkań wyborczych, zupełnie lekceważąc przy tym apele o zachowanie ostrożności. A to wszystko jeszcze przy zwiększonej liczbie zakażeń i obawie, że zaraz znowu będziemy musieli zamknąć się w czterech ścianach. Jakby w odpowiedzi na te słowa i działania, na scenę wszedł minister cyfryzacji Marek Zagórski, namawiający obywateli do zainstalowania aplikacji do śledzenia wzajemnych kontaktów (contact tracing).

Choć piszę tu o Polsce, wiele władz w innych częściach świata miotało się między dziesiątkami lepszych lub gorszych decyzji. Może to wynikać z braku kompetencji do rządzenia w wyjątkowo trudnych warunkach, ale w dużym stopniu takie sytuacje obnażają brak kompetencji do rządzenia w ogóle. Obiektywnie, wszyscy przeżywamy okres niepewności i poczucia braku optymalnych rozwiązań. Chwytamy się tego, co naszym zdaniem przyniesie ulgę od braku stabilizacji i powrót do normalnego życia. Poddajemy się zatem przekonaniu o idealności innowacji i ułudzie bezpieczeństwa. Korzystaliśmy w pracy z szerokiej gamy komunikatorów, ci z nas, którzy mieli więcej wolnego czasu, spędzali go oglądając nowe odcinki seriali. Politycy zaś zastanawiali się, co zrobić, żeby Polacy nie zapominali, że mamy epidemię, ale żeby ta pamięć nie wiązała się z dużymi kosztami i wzrostem społecznego niezadowolenia. Do utraty prywatności już się przyzwyczailiśmy i od lat my sami, przy dużym udziale władz i sektora biznesowego, odbieramy sobie jej kolejne skrawki.

Czy w ogóle jest się czego pozbywać?

W zasadzie od początku wystąpienia epidemii, kraje Azji Południowo-Wschodniej zaczęły opracowywać i wdrażać technologie pozwalające na śledzenie kontaktów swoich obywateli, z czego przykład Singapuru był bodajże najgłośniejszy, bo tam starano się minimalizować zagrożenie prywatności. W Chinach takimi szczegółami nikt się nie przejmuje od dłuższego czasu. Można było przy tej okazji odnieść wrażenie, że do tej pory śledzenie kontaktów było technologicznie niemożliwe. To nieprawda. Zarówno władze Chin, jak i Singapuru, ale też Stanów Zjednoczonych, Polski, Francji i dziesiątek innych krajów już dawno opracowały metody inwigilacji swoich i cudzych obywateli. Wcześniej – pod hasłem walki z terroryzmem, przestępczością czy nieprawidłowościami związanymi z pozyskiwaniem wsparcia od państwa. Od dawna też firmy technologiczne namawiały nas do „dobrowolnego” oddania swoich danych, obiecując w zamian „darmową” podróż do wirtualnego świata całkiem realnych znajomości. Gdyby zdecydowały się na bardziej szczery marketing, zapytałyby: chcesz mieć komfortowe życie za darmo? I natychmiast pospieszyłyby z odpowiedzią: podziel się z nami swoimi danymi. Teraz pojawił się nowy, jeszcze mocniejszy przeciwnik prywatności – zdrowie publiczne.

Minister cyfryzacji bardzo szybko reagował na apele o maksymalne uszanowanie prywatności w procesie prac nad aplikacjami. ProteGO Safe, czyli polska aplikacja, choć nie jest jeszcze w pełni gotowa, była już kilkukrotnie zmieniana, by zagwarantować jak najlepszą ochronę naszych danych

Odwrócenie ról

Kto z nas na pytanie o wybór między prywatnością i zdrowiem wybierze tę pierwszą? No właśnie. Na tak postawione pytanie nie da się inaczej odpowiedzieć. Dlatego właśnie politycy i firmy technologicznie takie właśnie pytania uwielbiają nam zadawać. Nawet nie muszą czekać na odpowiedź, wiedzą co wybierzemy.

A dokonanie tego wyboru jest ważne, bo mamy do czynienia z dwiema istotnymi zmianami, wymagającymi nowego podejścia do inwigilowania obywateli. Systemy rozwijane przez służby w różnych krajach, w dużym skrócie, były budowane na narzędziach śledzących kontakty osób już wcześniej z jakiegoś powodu im znanych. Służby musiały też liczyć na współpracę z firmami telekomunikacyjnymi. A te dość niechętnie narażają się swoim klientom. Pamiętny jest opór Apple przed umożliwieniem FBI dostępu do telefonu jednego z terrorystów z San Bernardino. Działające w Polsce firmy telekomunikacyjne też nie bez oporów zareagowały na decyzję premiera Morawieckiego, by przekazały m.in. dane mogące określić występowanie skupisk ludzkich.

Ale na tym nie poprzestano. W związku ze specyfiką zagrożenia COVID-19 trzeba było wymyśleć system, który szybko odtworzy historię kontaktów obywatela z osobami, o których istnieniu on sam nie ma nawet pojęcia. I to w taki sposób, że będzie możliwe by się z tymi przypadkowymi osobami komunikować i informować ich o kontakcie z osobą zakażoną (exposure notification). To jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy przypadek, w którym władze przekonują lub zobowiązują obywateli do instalowania sobie samym aplikacji szpiegujących ich ruchy.

Przytoczone wyżej wypowiedzi polityków (pewnie nieświadomie) rozmiękczają opór obywateli przed dalszym nakładaniem ograniczeń na swoją prywatność, nawet jeśli byłyby to ograniczenia z pozoru mało dotkliwe. Bo co to za problem zainstalować sobie „pluskwę” – poza tym, że będzie trochę szybciej spadał poziom baterii. To lepsze niż zamknięte granice i tysiące osób zagrożonych bezrobociem.

Wszyscy się troszczą o prywatność, ale…

Trzeba też przyznać, że minister cyfryzacji bardzo szybko reagował na apele o maksymalne uszanowanie prywatności w procesie prac nad aplikacjami. ProteGO Safe, czyli polska aplikacja, choć nie jest jeszcze w pełni gotowa, była już kilkukrotnie zmieniana, by zagwarantować jak najlepszą ochronę naszych danych. Co więcej, uznano nawet, że żadnych danych nie przetwarza. Komisja Europejska już w połowie kwietnia wydała dokument, w którym wskazuje, w jaki sposób powinno się wdrażać aplikacje śledzące nasze kontakty, uwzględniając przy tym maksymalną ochronę prawa do prywatności. Polskie organizacje pozarządowe zainicjowały list, który uzyskał wiele podpisów ekspertów zajmujących się technologiami i prywatnością, postulujący, aby m.in. wdrażany był model zdecentralizowany. To taki system, w którym dane są przechowywane na telefonach, a nie zbierane przez centralną bazę. Wreszcie, Apple i Google – producenci najbardziej popularnych systemów operacyjnych – wspólnie rozpoczęli pracę nad dostosowaniem modułów bluetooth do wsparcia takich zdecentralizowanych systemów.  Skoro nie ma centralnej bazy danych, a władze nie mają dostępu do informacji, z kim się ostatnio spotkaliśmy, to skąd użytkownicy aplikacji mają wiedzieć, że byli w pobliżu zakażonej osoby? Stąd, że w przypadku wykrycia zakażenia to nosiciel wirusa decyduje, czy udostępni o tym informacje innym.

…następnym będzie tylko łatwiej

Trudno oprzeć się wrażeniu, że jak tworzone specjalnie po 11 września 2001 r. technologie inwigilacji zostały z nami do dzisiaj, podobnie przyjęta strategia walki z COVID-19 spowoduje, że będziemy jako obywatele bardziej ulegli wobec mechanizmów autoinwigilacji. Zachęcają do tego już nie tylko firmy technologiczne. Dołączyły do nich – choć z zupełnie innych przyczyn – rządy. No i w końcu: jeśli na jednej szali mamy zdrowie, komfort i bezpieczeństwo, a po drugiej – jakąś abstrakcyjną autonomię informacyjną, to możemy się domyślać, że kolejne granice naszego osobistego terytorium zostaną jeszcze wielokrotnie przekroczone.

członek zarządu i dyrektor programowy Fundacji ePaństwo. Prawnik specjalizujący się w polskich i zagranicznych aspektach dostępu do informacji publicznej, ponownego wykorzystywania informacji sektora publicznego oraz nowych technologii. Autor publikacji na temat dostępu do informacji, konfliktu interesów, korupcji, kontroli społecznej oraz przejrzystości infrastruktury informatycznej państwa.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz