Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Prawico, czas na rewoltę przeciw Kaczyńskiemu

Prawicowcy, którym nie jest w smak to, co wyprawia Jarosław Kaczyński, powinni wreszcie wybić się na niepodległość. Z prezesem PiS nie można już wiązać żadnych nadziei na reformę państwa czy choćby sprawne i odpowiedzialne nim administrowanie

Nieodpowiedzialność w obliczu pandemii (od próby organizacji wyborów prezydenckich u jej zarania, przez organizowanie sobie nowego podziału łupów w czasie, który można było wykorzystać na przygotowania do II fali choroby, po rozpętanie wojny kulturowej wokół aborcji) powinna pozbawić osoby identyfikujące się z szeroko rozumianą prawicą złudzeń co do polityki Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli nie zrobiło tego demolowanie sądownictwa, w tym konstytucyjnego (wcześniej niedoskonałego, ale jednak funkcjonującego sprawniej i będącego bardziej niezależnym od współczesnego), centralizacja, etatyzacja gospodarki i to bez głębszego namysłu po co właściwie się to robi, brawura szarż na rympał na arenie międzynarodowej, wynajdywanie coraz to nowych wrogów wewnętrznych zamiast rozwiązywania prawdziwych problemów, a dobrego smaku nie psuło obserwowanie czynienia z mediów publicznych narzędzia wyjątkowo topornej propagandy – to powinno to zrobić orędzie Prezesa wygłoszone po orzeczeniu aborcyjnym Trybunału Konstytucyjnego, czy też utrudnianie dostępu do danych nt. epidemii na zasadzie „stłucz Pan termometr, nie będziesz miał Pan gorączki”.

To właśnie ideowa prawica ma narzędzia do walki z patologiami rządów „dobrej zmiany”.

Tymczasem nic takiego się nie dzieje, przynajmniej w polityce. Prezes partii pełni w niej – i całym obozie tzw. zjednoczonej prawicy – rolę dyktatora, wokół którego wszyscy muszą skakać i którego życzenia wszyscy muszą spełniać, choćby były skrajnie absurdalne. Gdy Kaczyński usiłował przeforsować wybory prezydenckie w terminie, choć ówczesna wiedza kazała sądzić, że będą one stanowiły ogromne zagrożenie epidemiologiczne, nie znalazł się ani jeden poseł PiS, który by się temu przeciwstawił. Dopiero Jarosław Gowin – i to wbrew sporej części jego własnego ugrupowania – doprowadził do „porozumienia dwóch Jarosławów” (nb. bezprawnego, co jest tylko kolejnym dowodem na to, w jakim prawnym chaosie znaleźliśmy się „przez 5 ostatnich lat”), które postawiły tamę szaleństwu. Gdy toczyła się o to walka, część prawicowych polityków i publicystów ostrzegała Gowina, że nie powinien Kaczyńskiemu się przeciwstawiać, bo grozi to… rozpadem rządu. Tak jakby trwanie u władzy było celem samym w sobie, ważniejszym od zdrowia milionów Polaków (niestety, pewnie dla części polityków i ich akolitów tak właśnie jest). Władza Kaczyńskiego w PiS jest do tego stopnia totalna, że obejmuje nawet wpisy na Facebooku radnych w kwestiach, które w ogóle nie dotyczą działalności Prezesa. Gdy radny Ursynowa z PiS Piotr Świątkowski skrytykował wyrok TK ws. aborcji, Jarosław Kaczyński zawiesił go w prawach członka partii (to jakby ktoś uważał, że Prezes nie miał nic wspólnego z samym wyrokiem).

Dlaczego nikt nie powie „nie”?

Taka sytuacja prowadzi ewidentnie do podejmowania przez rządzących irracjonalnych decyzji oraz prowadzenia wobec epidemii polityki bez głowy. To już nie są przelewki, bo taka sytuacja powoduje w praktyce, że w obliczu największego wyzwania ostatniego trzydziestolecia stoimy podzieleni i zmuszani do zajmowania się kwestiami w porównaniu trzeciorzędnymi.

Dlaczego politycy PiS się nie buntują? Dlaczego dotychczasowi zwolennicy partii nie wyrażają głośno swojego sprzeciwu (nie licząc być może tymczasowego spadku poparcia w sondażach)? Z pewnością swoje zrobiła selekcja negatywna, którą przez lata stosował Jarosław Kaczyński. U szczytu partii miejsce ludzi kompetentnych i myślących niezależnie zajęło wielu biernych, miernych – ale wiernych; takich, którzy bez zmrużenia oka będą w stanie, dajmy na to, wyrzucić do śmieci 70 mln zł na wybory, które się nie odbyły. Są tacy politycy, działacze czy dziennikarze, którzy związali się z obozem tzw. zjednoczonej prawicy z powodów materialnych – i będą żyrować każdą głupotę, byle kasa się zgadzała. Są też tacy, którzy widzą degrengoladę obecnej władzy, ale nadal przeżywają kompleks Konwentu św. Katarzyny i uważają, że najwyższą wartością jest „jedność prawicy”, bo inaczej do władzy dojdą ci znienawidzeni komuniści i liberałowie.

Prawica w teorii i praktyce

Nigdy nie byłem PiSowcem i inaczej niż niektórzy nigdy nie wiązałem z tą formacją wielkich nadziei (dlatego i zawód jest jakby mniejszy). Rozumiem jednak, że takie można było mieć, zwłaszcza słuchając często słusznej krytyki rządów PO-PSL ze strony przedstawicieli tego obozu. Dlatego też sięgnę do bardziej reprezentatywnego przedstawiciela tego nurtu, Zdzisława Krasnodębskiego, który w 2007 roku w wywiadzie pod znaczącym tytułem „Prawica musi zadbać o państwo” wymienił trzy główne cechy prawicowości (przynajmniej tak, jak on je rozumie). „Najważniejszy jest problem państwa. Prawica ma poczucie słabości państwa, słabości jego instytucji, wręcz groźby jego rozpłynięcia się” – mówił socjolog, dziś europoseł partii rządzącej. Po 13 latach widać, że partii rządzącej jakość instytucji wcale nie interesuje. Od nieszczęsnego rozjechania sądownictwa przez buńczuczne budowanie Centrum Analiz Strategicznych które wcale nie jest „mózgiem rządu”, po nieustanne majstrowanie przy nadzorze nad spółkami skarbu państwa – nie ma tu myślenia o budowie długotrwałych instytucji.

Nie jest tak, że PiS zepsuł dobrze działające instytucje – raczej próbował naprawić niedomagające instytucje za pomocą młotka

„Solidaryzm wydaje mi się dziś dla prawicy znacznie ważniejszy niż sztandar obrony rynku, choć oczywiście należy pobudzać przedsiębiorczość. Celem prawicy jest dbanie o całość. Jak pan wie, idea narodu politycznego była zawsze ideą solidarnościową, łączącą różne warstwy, nadającą ludziom godność i umożliwiającą uczestnictwo z życiu politycznym bez względu na różnice majątkowe” – mówił także Krasnodębski. Realna prawica w Polsce przyjęła formę „współczującego konserwatyzmu” powierzchownie można stwierdzić, że ten aspekt jest w polityce PiS zachowany. Jednak jeśli zauważymy, że polega to głównie na prostej redystrybucji, gdy na boku zostawia się budowanie solidnych usług publicznych, w związku z czym pieniądze z 500+ idą na pozyskiwanie usług typu opieka zdrowotna czy edukacja na rynku, to okaże się, że ów solidaryzm kuleje. Także „dbanie o całość” wygląda kiepsko, gdy obserwuje się podsycanie kolejnych konfliktów, jakby chodziło raczej o realizację zasady „dziel i rządź”.

„Na trzecim miejscu stawiam tradycję narodową i obyczaje” – mówi Krasnodębski. I znów, na pierwszy rzut oka wygląda, że te aspekty są przez PiS realizowane. Tyle, że robione jest to tak topornie i podszyte jest to taką ilością hipokryzji, że trudno się nie obawiać, iż gloryfikacja Żołnierzy Wyklętych, walka z potworem gender, delegalizacja przesłanki embriopatologicznej do aborcji przez podporządkowany partii TK czy wspieranie na każdym kroku Kościoła instytucjonalnego nie przyniosą w dłuższej perspektywie skutków odwrotnych od zamierzonych. Tym bardziej, że nawet zwolennicy tego typu rozwiązań czy narracji wskazują na niekonsekwencję (czy premier już opublikował rzeczony wyrok TK?).

Także mając inne wyobrażenie nt. prawicowości, PiS zaś uważając za „mniejsze zło”, należałoby się zastanawiać nad tym, czy aby jest nim rzeczywiście. Szerzej problem ten opisałem w teście „Mentalna niezależność niepisowskiej prawicy”, który znajdziecie Państwo w mojej „Małej degeneracji”, więc tu tylko krótko: gdzie realizacja takich wartości jak umiar, rządy prawa, wolność gospodarcza, subsydiarność? Skoro PiS nie realizuje tych wartości, a wręcz je gwałci, to właściwie po co pokładać w nim nadzieje?

Kaczyzm to balast

Tymczasem duża część szeroko rozumianej prawicy związała się z PiS na dobre i na złe. Tyczy się to polityków, którzy wybrali bezwarunkową lojalność wobec Kaczyńskiego, ekspertów wykorzystujących swoją wiedzę do usprawiedliwiania kolejnych ruchów partii rządzącej, publicystów służących obozowi władzy swoim piórem, wyborców którzy dali sobie wdrukować, że poza PiS nie ma politycznego zbawienia. Tyczy się to także dużej części instytucjonalnego Kościoła katolickiego – zapominając o tym, że Królestwo, któremu powinni służyć, nie jest z tego świata, liczni hierarchowie i szeregowi księża traktują Prawo i Sprawiedliwość jako wyraziciela interesów wspólnoty wiernych.

Efekt będzie taki, że jeśli PiS utonie – utraci władzę i poparcie, zostanie sprowadzone do partii opozycyjnej, może nawet nie najsilniejszej – to pociągnie za sobą całą prawicę, a przy okazji także Kościół instytucjonalny. I to bez względu na to, czy ktoś „dobrą zmianę” popierał, udzielił jej warunkowo kredytu zaufania, czy krytykował od samego początku. Skończą się apanaże, możliwości dojścia do środków finansowych i współudział w podejmowaniu trzeciorzędnych decyzji, zwinięty zostanie także parasol ochronny nad występkami, które póki co mogą uchodzić bezkarnie. I skończy się także wiarygodność. Partia Jarosława Kaczyńskiego praktyką swojej działalności kompromituje liczne wartości, które mogłyby być ważne dla konserwatysty, republikanina czy konserwatywnego liberała, a także katolika (choć tu trzeba pamiętać, że katolicyzm nie powinien być kojarzony z doktryną polityczną – a jeśli jest, to tym gorzej dla tak przeżywanego katolicyzmu). Prowadzi do tego, że wszelka asertywność na arenie międzynarodowej będzie kojarzona ze „wstawaniem z kolan pod zlewozmywakiem”; podkreślanie przywiązania do konserwatywnych czy katolickich wartości z sojuszem Ołtarza z Tronem; mówienie o wzmacnianiu państwa z etatyzmem i podporządkowywaniem wszystkiego co się rusza i wykazuje jakąkolwiek niezależność rządowi centralnemu. Za parę lat bycie „prawicowcem” będzie równie łatwe co socjalistą odwołującym się do spuścizny PPS na początku lat 90-tych. Tym bardziej, że nie jest już tak, jak mówił Krasnodębski 13 lat temu – prawica utraciła monopol na propaństwowość czy prowspólnotowość, nawet na podkreślanie wagi tradycji narodowej. Zwłaszcza w środowiskach intelektualnych lewicy czy liberałów można zauważyć sporo refleksji na ten temat; oczywiście o innym wektorze, ale tak jednoznacznego zderzenia wartości już zdecydowanie nie ma.

Komu potrzebna jest prawica?

W takim układzie może się okazać, że prawica nie jest już nikomu potrzebna. Zepchnięta do roli obrońcy obyczajowego konserwatyzmu (z odpowiednią domieszką hipokryzji), buńczucznego suwerenizmu, antykomunizmu odtwórczego i prostackiego etatyzmu zakładającego, że wystarczy obarczyć państwo jakimś obowiązkiem a już można uznać go za wykonany, nie będzie już atrakcyjna dla nikogo. A odpowiedzią na faktyczne problemy zajmie się lewica i liberalni demokraci. Albo i nie zajmie, jak to miało miejsce już wcześniej – tym bardziej że przynajmniej na samym początku do legitymizacji władzy wystarczyć będzie samo nie-bycie-PiSem.

To właśnie ideowa prawica ma narzędzia do walki z patologiami rządów „dobrej zmiany”. Pora uświadomić sobie, że nie jest to żaden „PiS light”, przeciwnie, jest to pewien sposób myślenia o polityce, który stoi z nim w zdecydowanym sporze. Prawicowcy mają dobrą pamięć i wiedzą, że PiS nie  zepsuł dobrze działających instytucji – raczej próbował naprawić niedomagające instytucje za pomocą młotka. I przed „dobrą zmianą” sądy działały wolno i zdarzali się sędziowie „na telefon”. Nie ma mowy o powrocie do status quo ante. I to nie tylko dlatego, że jest to w praktyce niemożliwe, ale także dlatego, że oznaczałoby to trwanie w silosowości, dojutrkizmie, braku myślenia strategicznego, elitaryzmie, traktowaniu poszczególnych instytucji jako czy to własności wybranych grup społecznych czy to łupu politycznego. Zadaniem prawicy jest uczynienie z budowy sprawnych i stabilnych instytucji na lata jednego z głównych postulatów politycznych, później zaś jego realizowanie.

Politycy PiS powinni wreszcie zacząć stawiać opór kolejnym absurdalnym decyzjom Kaczyńskiego

Patrząc na praktykę polityki PiS trudno w to uwierzyć, ale dbałość o spójność społeczną to prawdziwie prawicowy postulat. To konserwatyści i republikanie patrzą na naród polityczny jako na całość, w przeciwieństwie do lewicy upatrującej w porządku społecznym nieustanną walkę klas, ale także liberalnych demokratów, z których duża część bardzo dobrze czuje się w politycznej polaryzacji na „nas” i „onych” (PiS). Dom wewnętrznie skłócony nie może się ostać – i dlatego dla prawicy ważne jest wyciszanie konfliktów zwłaszcza w kryzysowej sytuacji oraz szukanie pól możliwego kompromisu. Triumfalizm wywołany siłowym wprowadzeniem rozwiązania, które może być bliższe sercu może w dalszej perspektywie skutkować utratą dotychczasowych osiągnięć. Zmiany – także te, których merytoryczna zawartość jest „konserwatywna” – muszą być wprowadzane zgodnie z prawem i ze świadomością, jakie skutki społeczne przyniosą. Praworządność jest także wartością, zabezpieczającą zarówno stabilność, jak i spokój społeczny oraz wolność jednostki, która nie jest dzięki niej skazana na samowolę władzy.

Prawica wniosłaby do polskiej polityki także nieobecny w niej realizm polityczny, przeciwstawiany z jednej strony romantyzmowi w relacjach międzynarodowej, z drugiej kapitulanctwu. W momencie, gdy coraz bardziej modne stają się antykapitalistyczne utopie, prawica może być adwokatem gospodarczej roztropności oraz bronić przedsiębiorczości jako jednej z form realizacji wolności jednostki.

Tak rozumiana prawica potrzebna jest Polsce także dlatego, że w swoim konserwatyzmie etycznym jest po prostu bliska wrażliwości zwykłego Kowalskiego. Popularność protestów przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego doprowadziła do tego, że lewica najwyraźniej uwierzyła we własną propagandę, jakoby większość Polaków marzyła o legalizacji aborcji na życzenie. Nic z tych rzeczy – wyniki sondaży wskazują na to, że najbardziej pożądany byłby dla większości… powrót do status quo ante. Tak rozumiana prawica mogłaby chronić tzw. konserwatywne wartości zarówno przed zapateryzmem, jak i radykalizmem nie oglądającym się na długofalowe skutki.

Czas na niezależność

Prawicowcy, którym nie jest w smak to, co wyprawia Jarosław Kaczyński, powinni wreszcie wybić się na niepodległość. Z prezesem PiS – a jest oczywiste, że obecnie PiS to Prezes – nie można już wiązać żadnych nadziei na reformę państwa czy choćby sprawne i odpowiedzialne nim administrowanie. Z siedzenia cicho i czekania, aż w końcu może zacznie podejmować rozsądne decyzje, nic nie wychodziło i nie wyjdzie. Powoływanie się na argument, że jak zaburzy się mityczną jedność prawicy, to przyjdzie opozycja, a wtedy wiadomo co będzie, brzmi też już tylko groteskowo. Bo co takiego wtedy będzie? Opozycja nie przygotuje nas na kolejną falę pandemii? Wywoła wojnę kulturową? A może doprowadzi do sytuacji, w której właściwie nie wiemy, jaki ustrój w kraju panuje?

Scenariuszy takiego wybijania się na niepodległość może być wiele. Politycy PiS powinni wreszcie zacząć stawiać opór kolejnym absurdalnym decyzjom Kaczyńskiego. Jeśli to nic nie da, mogą też otwarcie wypowiedzieć Prezesowi posłuszeństwo i zawalczyć o wymianę lidera – co będzie oczywiście bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, ale efektem może być chociażby otwarte wskazanie, jakich grzechów i zaniedbań dopuścił się Jarosław Kaczyński. Można także tworzyć nowe środowiska polityczne (lub bardziej usamodzielniać stare, takie jak Porozumienie), które mogłyby już samym swoim istnieniem stanowić zagrożenie dla monowładzy Kaczyńskiego, a gdyby ten się nie przestraszył i nie zmienił kursu, mogłyby zacząć współpracę z opozycją (ciekawą propozycję wyboru Jarosława Gowina na premiera przedstawił w komentarzu Witold Jurasz). Wreszcie – dołączać się do ugrupowań opozycyjnych. PiS w obecnym kształcie ma wady wszystkich ugrupowań opozycyjnych i żadną z ich zalet – w każdym z nich (poza Lewicą) jest hipotetycznie miejsce na umiarkowanie prawicowe skrzydło (co na to liderzy tych ugrupowań to inny temat).

Przede wszystkim trzeba zacząć myśleć samodzielnie, i przestać być mentalnym zakładnikiem Prezesa. PiS pod jego wodzą już dawno przestało być ugrupowaniem zdolnym, czy nawet chętnym do naprawdę dobrej zmiany w kraju, a wodzowski model nieustannego podgrzewania konfliktów i drenowania państwa szkodzi nam wszystkim. Jeszcze nie jest za późno, by szeroko rozumiana prawicowa opowieść o zmianie na lepsze mogła stać się ciałem.

Zdjęcie: Kancelaria Sejmu / Rafał Zambrzycki

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

8 odpowiedzi na “Prawico, czas na rewoltę przeciw Kaczyńskiemu”

  1. 2jacks pisze:

    Ok. Świetnie. Ciężko mi się jednak nie zdobyć na złośliwość. To już chyba koło 3 lat temu Bartłomiej Radziejewski mówił o rozczarowaniu Kaczyńskim. To mnie właśnie zastanawia. Analizujemy wydarzenia na świecie. Jesteśmy racjonalni, chłodni. Mówimy o interesach a nie emocjach itd….To jakim cudem wy w tej Konfederacji mogliście uznać, że Kaczyński to jest republikański umysł, który się zajmie instytucjami i będzie budował poważne państwo?! To co się dzieje, nie jest żadną niespodzianką. Jak widzisz kurę, to jesteś zdziwiony że zniosła jajko? Kura wam zniosła jajko, a wy jesteście zaskoczeni, że nie dała mleka…i jeszcze będziecie o swoim rozczarowaniu w rozsądny sposób pisać i opowiadać. 5 lat temu z ufo wysiedliście? Nie wiedzieliście kim jest Kaczyński?

  2. Baltman pisze:

    Odważny tekst. Gorzki i prawdziwy. Historia pokazuje, że bardzo trudno wyrwać się z kręgu złej, psującej państwo władzy. Ale trzeba o tym mówić, nawet krzyczeć. Wywiad z Rafałem Matyją w poprzednim numerze “Plusa-Minusa” miał podobne tony. Coś się rusza, coś się zmienia (daj Boże).

  3. Jakub Grzywaczewski pisze:

    Sanacja w czystej postaci. Kaczyński będzie niszczył wszystko i wszystkich, którzy mu się sprzeciwią z pobudek “moralnych”.

  4. Maciej Czubowski pisze:

    Czy są jakieś badania, które potwierdzałyby, że elektoratowi zależy na budowie sprawnych i stabilnych instytucji na lata ?

  5. Sherlock00 pisze:

    Tak się kończą rządy bolszewickie z oderwanym od rzeczywistości, żeby nie powiedzieć, chorym z nienawiści przywódcą.
    Nie pierwsze to i nie ostatnie ugrupowanie, które utonie w odmętach historii, tyle że pogrąży ze sobą na lata, a może na zawsze pewne idee.
    Teraz, to można ratować tylko resztki.. i to szybko, zanim statek pójdzie na dno.

  6. RPKL pisze:

    “Tymczasem nic takiego się nie dzieje” – i to po pierwsze pokazuje miałkość ludzi na scenie politycznej, bo nie ma nikogo, kto by się przeciwstawił i miał potrzebną do tego charyzmę, odwagę i umiejętności. Czyli po prostu polityczne jaja. Zgadzam się też z jednym z wcześniejszych komentarzy, że całkowicie niezrozumiale pokładano jakiekolwiek nadzieje w JK w okresie wcześniejszym (jak dla mnie w jakimkolwiek nie było podstaw, ale to już inna kwestia). Nie wiem, na jakiej podstawie budowano tego typu oczekiwania i widziano w JK jakiegoś światłego reformatora z realną wizją naprawy państwa, który jeszcze dodatkowo będzie w stanie tę wizję urzeczywistnić.

  7. RPKL pisze:

    “Tak jakby trwanie u władzy było celem samym w sobie” – dla większości partii niestety to jest cel sam w sobie. Dla obecnych rządzących w szczególności.

  8. RPKL pisze:

    Pytanie istotne, jeżeli nie kluczowe, kim jest/miałaby być ta prawdziwa prawica, będąca przeciwwagą dla nibyprawicy w postaci ZP (PiS). Zresztą osobiście będę się upierał, że jedyny czynnik decydujący o prawicowości PiS w oczach communis opinio to koniunkturalny związek z kościołem, bo tak się u nas przyjęło, że jak ktoś dobrze żyje z prałatem, to jest prawicowcem. No ewentualnie ta cała martyrologia w nieznośnym wydaniu , z bezrefleksyjnym kultem ŻW i apoteozą szaleńczych zrywów, kończących się dla nas fatalnie. Czy takimi osobami są przedstawiciele Konfederacji? Być może niektórzy w aspekcie ekonomicznym. Ale ideologicznie niekoniecznie, m.in. dlatego, że niepotrzebnie brną w ideologiczny radykalizm np. w kwestii aborcji. Ignorując głos – w tym przypadku moim zdaniem słuszny – większości społeczeństwa i oni pokazują brak politycznej dojrzałości. Czy koniecznie prawica sensu stricto musi stwarzać wrażenie, że najchętniej to wykreowałaby jakiś katotaliban? Poza tym coraz częściej odnoszę wrażenie, że Panom z Konfederacji zaczyna być niepokojąco po drodze z SP. Być może jakimś zwornikiem jest tu Ordo Iuris, ale jakiekolwiek alianse z SP jak dla mnie są nie do przyjęcia, a w wymiarze politycznym niweczą szanse na szersze poparcie społeczne.

    Co do kwestii zapatrzenia w PiS to każda sekta ma swych akolitów, askarysów, a nawet asasynów, nie wspominając o najzwyklejszych oportunisto-koniunkturalistach. Kto miałby zatem rewoltować? Zwłaszcza od środka. Widzi Pan jakiegoś Alfa Waltera? Jak przekonać Braci Karnowskich. Jak przekonać ludzi udzielających się na niepoprawni.pl. Jak przekonać ludzi z Motel Polska, Pana Sakiewicza itp., itd. Bez wątpienia nie da się. Można zapytać również, po co przekonywać. Owszem, nie ma sensu, pod warunkiem stworzenia sensownej alternatywy. Tylko wtedy można cokolwiek zmienić. A o taką sensowną alternatywę może być trudno, choćby z przyczyn, o których wspominam wyżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz