Liberalizm milenialsów

Współcześni liberałowie zapominają, że przedsiębiorczość jest formą ekspresji wolności. Bez pochwały prywatnej inicjatywy gospodarczej wolność umiera. Tomasz Sawczuk, pisząc o liberalizmie, zdaje się o tym zapominać

Głośnym echem odbił się numer „The Economist” poświęcony „socjalizmowi milenialsów”. Punktem wyjścia było efektowne wejście Alexandrii Ocasio-Cortez w rolę członka Izby Reprezentantów w USA, ale nie tylko – także fakt, iż w prawyborach prezydenckich młodzi wyborcy głosowali częściej na Berniego Sandersa niż Donalda Trumpa i Hillary Clinton razem wziętych. Co więcej, wyborcy demokratów i niezależnych zbliżonych do demokratów częściej oceniają pozytywnie socjalizm niż kapitalizm. I choć wcale nie musi to przełożyć się na przekształcenie się Partii Demokratycznej w Partię Socjalistyczną, coś jest na rzeczy: młodzi ludzie są coraz bardziej sceptycznie nastawieni do wolnego rynku.

Pojawia się pytanie, co tak naprawdę rozumieją pod tym pojęciem. Autor materiału wskazuje na główne postulaty „demokratycznych socjalistów”. To przede wszystkim walka z nierównościami, zwłaszcza poprzez opodatkowanie dochodów i majątku, ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, rozwój usług publicznych czy zastosowanie w praktyce tzw. nowoczesnej teorii monetarnej (MMT), wskazującej, że państwo jako emitent pieniądza nie musi przejmować się długiem, i dzięki temu może prowadzić bardziej ekstensywną politykę monetarną. Rozwiązania te można traktować raczej jako powrót do tradycyjnej polityki socjaldemokratycznej z domieszką ekologizmu i neokeynesizmu, pogodzonej z wolnością gospodarczą, niż rewolucję ideową, a najbardziej radykalne rozwiązania, które przytacza „The Economist” można znaleźć w postulatach zwiększenia wpływu pracowników na zarządzanie przedsiębiorstwami i ich współwłasności. Jednak i te rozwiązania popierają jak najbardziej kapitalistyczni zwolennicy akcjonariatu pracowniczego, a radykalizm nasila się co najwyżej w poparciu co bardziej przymusowych dróg do poszerzania pracowniczej partycypacji.

Cały ten demokratyczny socjalizm jest w gruncie rzeczy tylko intelektualnym spinem, nawet jeśli od dziesiątek lat pojawia się w deklaracjach programowych partii Gerharda Schrödera, a hymnem ugrupowania Tony’ego Blaira jest pieśń „The Red Flag”

Cały ten demokratyczny socjalizm jest w gruncie rzeczy tylko intelektualnym spinem, nawet jeśli od dziesiątek lat pojawia się w deklaracjach programowych partii Gerharda Schrödera, a hymnem ugrupowania Tony’ego Blaira jest pieśń „The Red Flag”. Wszystkie wspomniane rozwiązania mieszczą się bowiem w granicach gospodarki rynkowej, opartej o prywatną własność środków produkcji. Nie chcę przez to powiedzieć, że propozycje AOC czy innych „demokratycznych socjalistów” nie są radykalne. Jednak trudno mieć pretensje do lewicowców, że są lewicowcami. I można na ich dystans do rynku machnąć ręką, trudniej jednak zrozumieć go w przypadku osób, które deklarują liberalne poglądy.

Wolność gospodarcza bez wartości?

Być może nie wypada podważać czyjejś ideowej autoidentyfikacji, zwłaszcza, gdy samemu ma się z nią problem (o ile to problem). A jednak odnoszę coraz większe wrażenie, że ci, którzy sami siebie określają jako „liberałowie”, zgubili gdzieś ważny komponent liberalizmu, jakim jest uznanie dla wolności gospodarczej. Takie wątpliwości mam choćby po lekturze książki „Nowy liberalizm” Tomasza Sawczuka z „Kultury Liberalnej”, która moim zdaniem z pewnością zawiera refleksje nad umiarem, demokracją, pluralizmem, centryzmem czy pragmatyzmem, ale z liberalizmem jako takim ma niewiele wspólnego (chyba że wąsko z rawlsowskim „liberalizmem politycznym”).

Te stwierdzenia zapewne wielu czytelników skwitowało westchnieniem i znaczącym wzniesieniem oczu ku niebiosom, śpieszę więc wytłumaczyć: nie, problemem nie jest to, że Sawczuk nie jest korwinistą. Problemem jest to, że wartości swobody działalności na rynku w ogóle nie zauważa, a wręcz ją podważa, pisząc, że „wolności gospodarcze nie posiadają samodzielnej wartości, lecz pozostają cenne przede wszystkim w charakterze technik dystrybucji władzy – i tylko wówczas, gdy realnie pełnią taką funkcję. Wolność człowieka i wolność rynku to dwie różne rzeczy”. Sawczuk dorzuca do pieca, stwierdzając w tekście „Paleoliberalizm Roberta Gwiazdowskiego” jeszcze zwięźlej, że „w idei wolnego rynku nie ma niczego dobrego ani złego – czy rynek działa dobrze i do jakich spraw się przydaje, to kwestia empiryczna”.

Problemem nie jest to, że Sawczuk nie jest korwinistą. Problemem jest to, że wartości swobody działalności na rynku w ogóle nie zauważa, a wręcz ją podważa

Wspólnota decyduje

Sawczuk i jego środowisko to rewizjoniści polskiego liberalizmu, którzy trawią błędy swoich poprzedników naprawdę dogłębnie. Widać to także w „Nowym liberalizmie”. W sferze gospodarczej autor zarzuca zwłaszcza gdańskim liberałom (choć nie tylko) ekonomizm, czyli podporządkowanie polityki gospodarce, a także leseferystyczny romantyzm, który musiał skończyć się wraz z zauważeniem, że instytucje rynkowe trzeba było dopiero zbudować. Do tego miejsca się zgadzam z Sawczukiem: tak, polscy liberałowie musieli na początku lat 90. przejść zderzenie z rzeczywistością własnych wyobrażeń na temat rynku, wyciągniętych z lektur klasyków i często powierzchownych obserwacji tego, jak to się robi na Zachodzie. Niektórzy, jak Janusz Korwin-Mikke, pozostali przy swoich założeniach, inni, jak Donald Tusk, przeszli nieraz bardzo głęboką ewolucję. Zdaniem autora tej książki polski liberalizm był do tej pory „stosunkowo konserwatywny”, o czym świadczy – obok obietnicy współdziałania religii i polityki, nacisku na rozwój cnót obywatelskich czy apel o rząd prawa – także „pozytywne nastawienie wobec prywatnej inicjatywy i własności”.

To stwierdzenie można by uznać za jednorazowe uwypuklenie pewnego aspektu (czy istnieje jednak liberalizm, który ma negatywne nastawienie wobec prywatnej inicjatywy i własności?), gdyby nie to, że dla autora „Nowego liberalizmu” wolność gospodarcza ma wartość czysto użytkową. Zacznijmy od tego, że jego wizja wolności jest nieco niespójna. Z jednej strony Sawczuk wskazuje na to, że „w pewnym sensie główna myśl liberalizmu nie wykracza daleko poza prostą antyautorytarną intuicję: czy władzy nie jest za dużo?”. Nie chodzi mu tylko o władzę państwową, ale także np. gospodarczą (choćby pracodawcy nad pracownikiem), o władzę technologii czy struktur społecznych. Z drugiej strony „żadne prawa i wolności nie są oczywiste, żadne nakazy i zakazy nie pochodzą spoza woli ludu, a żadna tradycja, reforma czy modernizacja nie jest moralnie przeźroczysta”. Wybrzmiewa w tym stawianie w pierwszej kolejności na demokrację.

Te stwierdzenia są ze sobą sprzeczne. Czy „żadne prawa i wolności nie są oczywiste”? Można uznać to za stwierdzenie faktu: jeśli wspólnota na coś nie pozwoli lub czegoś nie zezwoli, to musimy liczyć się z sankcjami, jeśli przekroczymy zakaz. Sawczuk nie stawia (przynajmniej w tym miejscu) owej „woli ludu” żadnej tamy: tu antyautorytarna liberalna intuicja nie pyta, czy władzy nie jest jednak za dużo, bo ta władza jest z założenia wszechogarniająca. W Sawczuku liberał przegrywa z demokratą.

Ale przyjmijmy, że ta nieścisłość ma mniejsze znaczenie, z uwagi na to, że Sawczuk jako obywatel także bierze udział w artykulacji volonté générale. Jednak w jego wizji miejsca na pytanie o „zbyt dużo” władzy państwa nad przedsiębiorcami zwyczajnie nie ma – padają za to pytania o „zbyt dużo” władzy przedsiębiorców nad pracownikami. Słusznie, że ten problem zauważa, tyle że całego wywodu nie da się traktować jako zwrócenie steru na – umownie – lewo. Zamiast tego Sawczuk stawia na pragmatyzm. Tłumaczy, że właściwie każda szkoła myślenia o gospodarce ma swoje zalety i nie należy się do żadnej przywiązywać, korzystając, w zależności od okoliczności i potrzeb, z to bardziej rynkowych, to etatystycznych czy socjalnych rozwiązań. „Z liberalizmem tymczasem dobrze współgra pragmatyczna idea, że możemy przyglądać się życiu indywidualnemu i zbiorowemu przy pomocy wielu analitycznych narzędzi – które mogą okazywać się mniej lub bardziej przydatne dla naszych celów – a także pluralistyczne przekonanie, że różnorodności ludzkiego doznania świata nie da się sprowadzić do żadnego spójnego systemu pojęciowego czy projektu moralnego” – pisze autor „Nowego liberalizmu”.

Pragmatyzm górą

To prawdziwy miód na serce każdego znudzonego kłótniami dogmatyków technokraty, który pragnie po prostu realizować skuteczną politykę gospodarczą. Tyle, że takiej zwyczajnie nie ma. Ekonomia nie jest nauką ścisłą, tylko nauką społeczną i nie potrafi wyprowadzić wzoru na „dobrą politykę”. Może tylko – i aż – wskazać prawdopodobnie najlepsze narzędzia do realizacji odpowiednich celów. Wszystko zależy od celów, jakie przed sobą postawimy. W polityce decydująca będzie bowiem w najbardziej idealistycznym przypadku teoria sprawiedliwości, jaką wyznajemy i chcemy realizować – nawet jeśli, jak zapewne zdecydowana większość wyborców, nigdy nie zastanawialiśmy się nad jej kodyfikacją.

W Sawczuku liberał przegrywa z demokratą

Sawczuk zresztą zdaje sobie z tego sprawę, jak i z tego, że w społeczeństwie teorie sprawiedliwości są one różnorodne. Tyle, że z tego nic nie wynika, poza ogólną konstatacją, że jedni mają takie poglądy, inni śmakie, i że wszyscy dążą do ich realizacji, oraz że mogą odwoływać się do narzędzi, które chcieliby sami wykorzystywać. Tu znów z liberalizmem wygrywa pluralizm. I to pluralizm znacznie bardziej ekonomistyczny, niż poglądy Korwina. Możemy bowiem wyobrazić sobie teorię ekonomiczną, negatywnie ustosunkowaną do własności i prywatnej inicjatywy, której zalecenia będą świetnie odpowiadały celowi, jakim jest np. bezpośrednie związanie pracy z owocami osiąganymi z tej pracy, rozdzielanymi wedle zasady od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb – i będzie zakładała uspołecznienie środków produkcji. W dodatku będzie zakładała, że takie rozwiązanie zapewni wyższą produktywność, niż kapitalizm. Będzie można nawet wskazać dane empiryczne, świadczące o tym, że przez pewien okres gospodarka zarządzana według zaleceń tej teorii faktycznie rozwijała się szybciej. Wyjdzie nam z tego realny socjalizm, który w dłuższej perspektywie był nieefektywny i zniewalający.

Znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że realny socjalizm miał także swoje pozytywne strony, albo że wcale nie realizował marksistowskich założeń. Nie w tym rzecz. Nie twierdzę, że Sawczuk jest socjalistą – uważam tylko, że z jego technokratycznego podejścia można wyprowadzić zgodę na realny socjalizm, wyrażaną nawet bez nadmiernego absmaku. Choć także i zgodę na rozwiązania kapitalistyczne. Wydaje się bowiem, że autor „Nowego liberalizmu” traktuje wolny rynek jako model zarządzania gospodarką narodową, polegający na maksymalnej decentralizacji i niezależności narzędzi, jakimi są przedsiębiorstwa, którym można jednak na każdym etapie ową niezależność ukrócić. Nie zauważa jednak, że podmiotem działalności gospodarczej są przedsiębiorcy, nie państwo. Dlatego nie da się przeciwstawiać „wolności rynku” „wolności człowieka”, bo w kapitalizmie nie ma czegoś takiego, jak „wolność rynku”. Jest za to „wolność człowieka na rynku”. Można tę wolność ograniczać bądź porządkować, ale istnieje zasadnicza różnica między byciem podmiotem działalności gospodarczej a przedmiotem polityki gospodarczej, choćby polegała ona na pozostawieniu maksimum swobody przedsiębiorcom.

Potrzeba burżuazyjnego etosu

Prowadzenie działalności gospodarczej to także przejaw wolności jednostki. Wolności do twórczej aktywności i korzystania z owoców własnej, przez siebie zorganizowanej pracy. Ona pozwala efektywnie wykorzystywać własne zdolności, ma także wymiar społeczny, bowiem nie tylko wymaga współpracy z innymi ludźmi, ale także odpowiedzi na ich potrzeby. Do tej wolności zresztą w naturalny sposób dążymy, działając. „Należy zauważyć, że w dzisiejszym świecie — wśród wielu praw człowieka — ograniczane jest prawo do inicjatywy gospodarczej, które jest ważne nie tylko dla jednostki, ale także dla dobra wspólnego. Doświadczenie wykazuje, że negowanie tego prawa, jego ograniczanie w imię rzekomej «równości» wszystkich w społeczeństwie, faktycznie niweluje i wręcz niszczy przedsiębiorczość, czyli twórczą podmiotowość obywatela” – pisał nie żaden korwinista, tylko Jan Paweł II. To ciekawe, że więcej o przedsiębiorczości jako wyrazie ludzkiej podmiotowości ma do powiedzenia katolicka nauka społeczna niż liberał Tomasz Sawczuk, który – nota bene – chciałby „nowy liberalizm” odciąć także od powiązania z religią.

Nie twierdzę, że Sawczuk jest socjalistą – uważam tylko, że z jego technokratycznego podejścia można wyprowadzić zgodę na realny socjalizm, wyrażaną nawet bez nadmiernego absmaku. Choć także i zgodę na rozwiązania kapitalistyczne

Wytłumaczenie, że wynika to ze zmęczenia materiału nieustannymi peanami, a także chuchaniem i dmuchaniem na przedsiębiorców, z jakim mieliśmy często do czynienia po 1989 roku, mi nie wystarcza. Sawczuk odwołuje się do jednej, wybranej tradycji liberalizmu, którą można utożsamiać z Johnem Maynardem Keynesem, którego wykład „Am I a Liberal?” z 1925 pobrzmiewa w „Nowym liberalizmie”, czy Johnem Rawlsem, do którego teorii sprawiedliwości można znaleźć odwołania, inaczej niż do Hayeka czy Nozicka. Łączy się to jednocześnie z tendencją do poddawania wszystkiego władzy polityki i arbitralnemu ustalaniu ram wolności przez wspólnotę. Jeśli nie uznajemy wolności działania za filozoficzną podstawę prawa do prowadzenia działalności, staje się ona tylko arbitralnym uprawnieniem, nadanym przez wspólnotę. Które to, nawiasem mówiąc, ludzie i tak będą sobie brali (tak powstaje szara strefa czy czarny rynek, np. cielęciny w PRL) – bo ludzie dążą do wolności bez względu na to, co sobie państwo na ten temat sądzi.

Potrzebujemy także pozytywnego etosu biznesu – czegoś, co trudno znaleźć w książce Sawczuka. Potrzebujemy go przy całym gorzkim doświadczeniu bieda-przedsiębiorczości ostatnich lat

Deirdre McCloskey w „Burżuazyjnej godności” wykazywała, jak wielkie znaczenie dla rozwoju gospodarczego miało uznanie dla twórczej działalności przedsiębiorców. Potrzebujemy także pozytywnego etosu biznesu – czegoś, co trudno znaleźć w książce Sawczuka. Potrzebujemy go przy całym gorzkim doświadczeniu bieda-przedsiębiorczości ostatnich lat, przy świadomości potrzeby regulacji. Niezależnie od tego, jak bardzo nasza rzeczywistość nie pasuje do ideału „kapitalizmu sklepikarzy”, z powodu odrywania się tytułu własności od rzeczywistego zarządzania przedsiębiorstwem. Co nam bowiem po możliwości decydowania o cudzej własności, jeśli nie możemy wybrać, jak wykorzystać własną inicjatywę.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Liberalizm milenialsów”

  1. Przemo pisze:

    To o czym pisze to Tomasz Sawczuk żaden “nowy liberalizm”, to “radykalny centryzm” i to jakaś wersja ze skrzywieniem w lewo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz