Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polska na zielonym rozdrożu

To, jak będziemy zarządzać lasami, wodami i gatunkami, ma ogromny wpływ na gospodarkę i bezpieczeństwo żywnościowe, odciśnie też piętno na naszym zdrowiu i poziomie życia. Zastanówmy się, jak walczyć z problemami ekologicznymi, na które mamy wpływ, na naszym, polskim podwórku

Pisanie o kryzysie klimatycznym w 2019 roku nikogo już nie dziwi. Stajemy się świadkami globalnych zmian, które odczuwamy również w Polsce. Klimat stał się numerem jeden w debacie publicznej na temat środowiska. Powstało nawet specjalne ministerstwo, które ma zająć się kwestiami klimatycznymi. Polska jest w tym zakresie członkiem europejskiej wspólnoty i od politycznego konsensu na unijnym szczeblu będzie zależeć dalszy kierunek działań – dekarbonizacja polskiej gospodarki lub podtrzymywanie modelu opartego na węglu. Owszem, każdy z nas może zacząć korzystać z energetyki odnawialnej w skali domowego gospodarstwa. Może też częściej wybierać komunikację miejską i rower zamiast samochodu, ale to wciąż za mało, jeśli nie dojdzie do porozumienia na najwyższym politycznym szczeblu, a najwięksi emitenci nie zaczną znacznie ograniczać emisji gazów cieplarnianych.

To skupienie na globalnych zmianach klimatycznych odbywa się kosztem innych ważnych spraw, do których już takiej wagi nikt nie przykłada, a przecież mają związek również z tym kryzysem.  Niestety, wciąż nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ochrona środowiska oznacza potrzebę zmiany nie tylko w zakresie polityki klimatycznej, ale i zarządzania polskimi lasami i wodami oraz populacjami gatunków zamieszkujących nasz kraj. W publicznej debacie zbyt słabo wybrzmiewają głosy upominające się o rozwiązanie tych innych problemów – na przykład nadanie specjalnego statusu parkom narodowym oraz powołanie nowych i poszerzenie już istniejących. Brakuje decydentów sprzeciwiających się regulacji i pracom utrzymaniowym na rzekach. Nie ma wizji zarządzania lasami znaczącymi dla mieszkańców sąsiadujących z nimi miast, ochrony ostatnich skrawków dzikości w Polsce i adaptacji do zmian klimatu.

Polskie państwo zachowuje się jak stereotypowa macocha wobec najcenniejszego 1% terytorium naszego kraju – tyle zajmują parki narodowe w Polsce i od lat w tym zakresie nic się zmienia

Takich kwestii jest wiele i są one dla nas egzystencjalnie ważne. Bo wyobraźmy sobie, że mieszkamy w sympatycznym, małym mieście w Polsce centralnej. Władze tego miasta w ramach tak zwanej rewitalizacji, za pieniądze nierzadko z unijnych dotacji, postanowiły wyłożyć brukiem miejski rynek. Oznaczało to wycinkę drzew, które rosły sobie od lat, dając cień, i likwidację trawników, które zatrzymywały wodę w czasie gwałtownych opadów. Co więcej, włodarze miasteczka postanowili rozprawić się z niewielką rzeką, która przepływała, meandrując leniwie, w pobliżu wspomnianego rynku. Lokalne władze miały inny pomysł i postanowiły wyprostować rzekę, a na zabranej powierzchni zaplanować nową inwestycję w postaci miejskich bulwarów. I kiedy budowa dobiegła końca, najpierw przyszła wielka woda. Zalała nowe nadrzeczne bulwary, niszcząc świeżo wzniesione budynki. Po kilku miesiącach nastała dotkliwa susza. Wody zaczęło brakować nie tylko w uregulowanej rzece, ale i w kranach mieszkańców. A na rynku nie było już drzew, pod którymi wcześniej chronili się w upalne dni ludzie.

To nie jest scenariusz futurystycznej powieści. Takie zdarzenia mają już miejsce w naszym kraju. Nie musimy sięgać daleko w przeszłość, dość wspomnieć tegoroczny brak wody w Skierniewicach. Sytuacja stała się na tyle poważna, że w 15 miastach trwają konsultacje poświęcone przeciwdziałaniu skutkom suszy.

Historia lubi się powtarzać

Skąd ten brak zainteresowania polityków kwestiami dotyczącymi środowiska naturalnego? Był rok 1989. Zmienił się ustrój. W pierwszej połowie lat 90. powstały kolejne parki narodowe, a na listę gatunków chronionych zostały wpisane wilk i ryś. Minęło pierwszych pięć lat wolności od komunizmu. Pamiętam entuzjazm, z jakim zapisywałem się jako początkujący nastolatek do organizacji zajmujących się ochroną przyrody. Wystarczyła chęć działania i lornetka w ręku. Z czasem wszystko zaczęło się psuć. Rzekome nowe otwarcie pozwalało entuzjastycznie patrzeć na politykę państwa względem przyrody, jednak ostatecznie Polska znalazła się na zielonym rozdrożu.

Znamienna w tym wszystkim wydaje się ewolucja samego resortu środowiska. Na początku było Ministerstwem Ochrony Środowiska z dodatkowymi elementami. Potem już tylko Środowiska – od 1999 roku, a dziś zostało jeszcze bardziej rozdrobnione w rezultacie podziału urzędów między frakcje obozu rządzącego. I tak na początku listopada dowiedzieliśmy się, że powstaje resort klimatu i okrojone ministerstwo środowiska, które właściwie powinno nazywać się resortem zasobów naturalnych.

Utworzenie ministerstwa zajmującego się klimatem broni się argumentem polityki klimatycznej i jej miejsca wśród priorytetów na unijnej i światowej agendzie. Nominacja Michała Kurtyki na szefa tego resortu też nie powinna budzić zastrzeżeń. Fatalnie jest jednak w przypadku owych zasobów naturalnych, których nadzorcą ma być bardzo młody polityk bez przyrodniczego przygotowania. Można się tylko domyślać po jego wystąpieniach w mediach związanych z redemptorystą o. Tadeuszem Rydzykiem, że nieżyjący Jan Szyszko wciąż będzie obecny w procesie zarządzania polskimi lasami, ochroną gatunkową i parkami narodowymi.

Statystyki lokują Polskę w niechlubnej czołówce krajów, gdzie oddycha się najgorzej

Ta polityczna układanka ma wpływ na obsadę stanowisk niższego rzędu. Dobrym przykładem są parki narodowe i ich dyrektorzy, którzy muszą wybierać między utratą stanowiska a niedrażnieniem lokalnej społeczności. Jeżeli sprzeciwiają się budowie drogi przez park, nie chcą polowań na zarządzanym przez siebie terenie, albo narażą się miejscowym politykom, ich dni są policzone. Z taką nagłą rezygnacją ze stanowiska dyrektora musiał pogodzić się dr Marian Stój w Magurskim Parku Narodowym. Polskie państwo zachowuje się jak stereotypowa macocha wobec najcenniejszego 1% terytorium naszego kraju – tyle zajmują parki narodowe w Polsce i od lat w tym zakresie nic się zmienia.

Zakładnicy PSL

To jednak nie jedyne wydarzenie z początku nowej kadencji polskiego parlamentu. Szeroko komentowanym wydarzeniem listopada stało się obsadzenie stanowiska przewodniczącej sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Okazało się, że na jej czele stanie amatorka polowań, broniąca myśliwych przed nowelizacją prawa łowieckiego Urszula Pasławska z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jednak najbardziej zdziwić mógł fakt, że została wybrana głosami tych, którzy kreowali się w czasie kampanii wyborczej na obrońców przyrody, a stoją pod sztandarami Zielonych i Lewicy. Spotkała ich za to mocna krytyka, na którą nawet nie potrafili umiejętnie odpowiedzieć, bez ujawniania swoich prawdziwych intencji. Cytowany na łamach OKO.PRESS anonimowy przedstawiciel Lewicy mówił: „Komisja Środowiska nie była dla nas priorytetowa, w odróżnieniu od Komisji Rodziny. Dlatego zaakceptowaliśmy zaproponowaną podczas uzgodnień między klubami poselskimi przewodniczącą Komisji Ochrony Środowiska”.

Ten wypadek przy głosowaniu pokazuje nam w pigułce, na czym polega problem związany z myśleniem o ochronie przyrody w Polsce. Jest ona zagadnieniem marginalnym. Nie jest na tyle istotna, aby zmobilizować masowy elektorat, a jeśli już się pojawia, to w kontekście walki o głosy. W ten sposób PSL, które nigdy nie zdobyło parlamentarnej większości, staje się nie po raz pierwszy dozorcą spraw przyrody, co jest na rękę silnie powiązanym z tym ugrupowaniem osobom związanym z gospodarką leśną i łowiecką. Taki układ sił trwa już kolejną dekadę, i PSL zawsze stara się zatrzymać ważne procesy. A to zastopować powstawanie nowych parków narodowych – forsując fatalną nowelizację prawa, która uzależniła ich powoływanie i poszerzanie od zgody samorządów; a to bronić myśliwych przed nowelizacją prawa łowieckiego, która przynajmniej w szczątkowy sposób uporządkowała kwestie związane nie tylko z ochroną przyrody, w tym gwarantując minimum poszanowania prawa własności do ziemi, na której dziś można zakazać polowań.

Nie tylko klimat i energia

Jest wiele spraw do załatwienia na przedwczoraj. Warto poważnie pochylić się nad problemem zarządzania polskimi wodami. Ujarzmianie rzek, ich regulacja i przegradzanie nie zatrzymają wody ani w czasach suszy, ani tym bardziej w czasach powodzi. Nawet w przestrzeni miejskiej wygrywa betonoza, rozprzestrzeniająca się w ramach rewitalizacji miejskich placów. Znika z przestrzeni miejskiej zieleń, a na jej miejsce wchodzi kostka brukowa. Zbyt szybko zapominamy o ochronie obszarów wodno-błotnych i smutnej lekcji z okresu ich osuszania w ramach peerelowskiej akcji odwadniania, która jeszcze bardziej pogorszyła stan polskich rzek.

Nie jest dobrze z jakością powietrza w polskich miastach. Statystyki lokują Polskę w niechlubnej czołówce krajów, gdzie oddycha się najgorzej. Tego problemu nie odczuwają zresztą wyłącznie duże miasta. Na liście najbardziej „smogowych” miast są Nowy Targ, Rabka i Zakopane. Wśród tego, co wdychamy, oprócz pyłów, mamy również najwyższe stężenia rakotwórczego benzoalfapirenu w Unii Europejskiej. Wciąż nie potrafimy wyjść na prostą.

Regulacja rzeki czy wycinka drzew w mojej miejscowości odbywa się najczęściej za pieniądze nasze, czyli podatników

Czas działa również chociażby na niekorzyść planowanych parków narodowych – wśród nich najpilniejszego, czyli Turnickiego Parku Narodowego. Nie robi się też nic, aby podnieść prestiż parków narodowych, doinwestować ich kadry i sprawić, że parki będą rzeczywiście powodem do dumy.  Zamiast mówić o „szkodach”, wyrządzanych przez zwierzęta, np. niedźwiedzie, warto zatwierdzić czekający od dobrych paru lat „Program ochrony niedźwiedzia brunatnego”. Coraz częściej słyszymy o tzw. osobnikach problemowych, które zbliżają się do ludzi albo odwiedzają pasieki. W przypadku sytuacji kryzysowej okazuje się, że w odległe Bieszczady musi wyruszać ekipa z Tatrzańskiego Parku Narodowego, który jest dziś modelowym przykładem, jak można chronić niedźwiedzie i radzić sobie z sytuacjami konfliktowymi. Tymczasem wciąż nie ma grupy interwencyjnej, złożonej z ekspertów od niedźwiedzi, która działałaby w rejonie bieszczadzkim (a tacy eksperci są i na Podkarpaciu). Nie ma też pieniędzy na wsparcie zakupu zabezpieczeń dla pszczelarzy, które ograniczają ryzyko konfliktu. Jeden zestaw odpowiednio przystosowanych pastuchów elektrycznych kosztuje do trzech tysięcy złotych. Jeśli zostanie odpowiednio założony, może skutecznie zniechęcić niedźwiedzia do wizyty w pasiece. W regionie Podkarpacia na takie wsparcie czeka około 300 osób. I nie może się doczekać, a Skarb Państwa wypłaca odszkodowania już za zniszczone ule. Pastuchów przekazuje stosunkowo niewiele. To tylko jeden z przykładów.

Wreszcie pozostaje kwestia lasów szczególnie cennych nie tylko z punktu widzenia przyrody, ale również z racji funkcji rekreacyjnych, jakie pełnią, szczególnie w sąsiedztwie dużych aglomeracji miejskich. Takim przykładem są Lasy Trójmiejskie i Puszcza Bukowa koło Szczecina. Mieszkańcy tak Trójmiasta jak i stolicy Pomorza Zachodniego coraz częściej sprzeciwiają się wycince i polowaniom w miejscach, które są dla nich zielonym azylem i celem spacerów. Ten ruch społecznego oporu wobec gospodarki leśnej powstaje również w mniejszych miejscowościach. Przykładem może być zgodnie działanie lokalnych społeczników, samorządowców i przyrodników w Giżycku, którzy chcą ochronić Las Miejski Gajewo.

Trzeci sektor nie ocali przyrody. Obywatele mogą

Często zadajemy sobie pytanie: „Co ja mogę, jako obywatel, zrobić, skoro rząd nie dba o przyrodę i nie uznaje ochrony środowiska za priorytet, a samorządy nie zawsze mają szczęście do włodarzy, którzy wydają decyzje o wycince nawet 300-letnch dębów?”. Warto zdać sobie sprawę z tego, że nie pomoże nam trzeci sektor. Wbrew pozorom organizacje ekologiczne nie są ani tak wpływowe, ani tak mocne. Często nie mają czasu, żeby zająć się wycinanym w naszym sąsiedztwie drzewem, czy też trawnikiem koszonym w okresie wielkiej suszy. NGO-sy mają swoje priorytety i swoje strategie. Mogą apelować, zbierać podpisy, ale nie musi to zawsze odnosić zamierzonego skutku. Niektóre z nich, sprzeciwiające się wpływowym grupom interesu, mogą za chwilę zniknąć z Krajowego Rejestru Sądowego. Są na to różne metody. Tymczasem my mamy szansę, aby zabrać głos, i działać bez oglądania się na innych.

Regulacja rzeki czy wycinka drzew w mojej miejscowości odbywa się najczęściej za pieniądze nasze, czyli podatników. Mam więc prawo zabierać głos i tworzyć precedensy. O ile różnym organizacjom można zagrozić zakręceniem kurka z grantami, to w przypadku nas, obywateli, pole reakcji decydentów jest już zdecydowanie mniejsze. Zacznijmy zatem od małych kroków. A po przeczytaniu tego tekstu rozejrzyjmy się wokół siebie i zadajmy trzy proste pytania: czy posegregowałem dziś moje śmieci? Ile żywności wyrzuciłem – i tym samym zmarnowałem – w ostatnim tygodniu? Jak często próbuję ograniczać moje zakupy, co jest aktualne szczególnie w grudniu, miesiącu świątecznych prezentów?

Warto wybrać własną drogę na tym zielonym rozdrożu, na którym wciąż znajduje się Polska.

współpracownik NK, doktor nauk humanistycznych, z wykształcenia historyk, politolog i dziennikarz. Miłośnik przyrody i Wileńszczyzny. Obecnie wspiera działania Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze i prowadzi Magazyn Poświęcony Przyrodzie natropie.tv [1]. Zajmuje się również tematyką afrykańską i interesuje bliskowschodnią, w kontekście niemuzułmańskich społeczności Bliskiego Wschodu.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz