Newsletter

Polityka migracyjna UE. Jak wyjść z sytuacji bez wyjścia?

Fundamentem zachodniej kultury politycznej i prawnej jest zasada uniwersalnych praw człowieka. Jednak nie można nie widzieć, że imigracja w takiej skali, jaką mamy dzisiaj, to problem wielkiej zmiany społecznej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Spotkanie przywódców państw i rządów Unii Europejskiej pod koniec czerwca, poświęcone wspólnej polityce migracyjnej, nie przyniosło przełomu – chociaż  przywódcy państw członkowskich UE ogłaszali po szczycie sukces. Jedni – jak Emmanuel Macron – zapewniali, że znaleziono wspólne stanowisko całej Unii. Inni – jak u nas Mateusz Morawiecki – głosili wielki sukces swojego kraju, który miał polegać na tym, że kilka najważniejszych uzgodnień szczytu opiera się na zasadzie wolontariatu państw członkowskich (w domyśle: my nie chcemy, a odtąd nikt już nam nie będzie kazał czegokolwiek robić). Już to pokazuje, że 28 i 29 czerwca w Brukseli przede wszystkim głowiono się nad wynalezieniem takich formuł końcowej deklaracji, które będą swoją nieoznaczonością pokrywać rzeczywisty brak zgody.

I ów brak zgody na wspólną politykę migracyjną jest – oczywiście – najważniejszy, jeśli pamiętać, że w ogóle Unia opiera się na wzajemnej solidarności swoich członków, a brukselski szczyt w szczególności miał ową solidarność potwierdzić w konkretach – co nie nastąpiło.

Podczas czerwcowego szczytu zgodzono się na wzmocnienie granic zewnętrznych Unii i na zwiększenie pomocy dla Turcji oraz dla krajów Afryki Północnej. Jednak odnoszące się do tych kwestii fragmenty konkluzji ze szczytu są nader ogólnikowe

Każdy chce stać z boku

Owszem, formalnie zgodzono się co do paru kwestii, ale często jest to zgoda w rodzaju: deklarujemy wspólną pracę za wyjątkiem tych, którzy tego nie deklarują. Otóż Polska i inne kraje Grupy Wyszehradzkiej z góry powiadają, że do pewnych wspólnych przedsięwzięć w materii polityki imigracyjnej się nie przyłączą. Nie będzie Polska u siebie tworzyć ośrodków dla nowych przybyszów, w których miałaby się szybko dokonywać selekcja na uchodźców (osoby uciekające przed wojną i przemocą polityczną w swoich krajach pochodzenia) oraz imigrantów ekonomicznych. Ci pierwsi byliby następnie rozsyłani do różnych krajów członkowskich, ale już nie na zasadzie kwotowej, lecz na zasadzie dobrowolnej zgody państw; ci drudzy byliby odsyłani tam, skąd przybyli. Polska – należy tak założyć, skoro rząd Morawieckiego głosi się w tej materii kontynuatorem linii rządu Szydło – nie będzie też nikogo przyjmować, także uchodźców. Polski premier wskazuje na to jako na wielkie osiągnięcie Polski, nieledwie tym się chlubi. A prorządowe media w Polsce od trzech lat zalecając i pochwalając taką politykę, zarazem pełne są odwołań do polskiej tradycyjnej gościnności i tolerancji. Ciekawe jak im się to łączy w jedno?

Ale nie tylko kraje dawnej Europy Wschodniej stają z boku. Np. Francja, która na szczycie w Brukseli forsowała tworzenie owych ośrodków selekcyjnych dla imigrantów w krajach Unii, sama nie chce ich u siebie urządzać. Prezydent Macron, pytany o to jeszcze w Brukseli, odpowiedział, że ośrodki te powinny powstawać w krajach, do których nowi imigranci przybywają przez Morze Śródziemne, tam, gdzie stawiają oni swe pierwsze kroki w Europie. Rzeczywiście, najkrótsza droga z Libii do Europy wiedzie przez włoskie wyspy i włoskie wybrzeże, tudzież przez Maltę. Ale też Hiszpania, która po wielkiej międzynarodowej awanturze w połowie czerwca zgodziła się na zacumowanie w Walencji statku ratunkowego „Aquarius” z ponad 600 imigrantami, nie leży bynajmniej bliżej na tym szlaku niż Francja.

Szczyt nie zajął się w ogóle tymi migrantami, którzy już teraz błąkają się po krajach Unii, pomiędzy krajem, w którym się zarejestrowali, a jakimś innym. Tych – dosłownie i w przenośni – błąkających się po Europie w takim charakterze jest ok. 600 tys. Ich status prawny określa porozumienie z Dublina z 2013 r., mocą którego owi przybysze mają przeprowadzić do końca procedurę azylową, w tym kraju Unii Europejskiej, w którym złożyli swoje wnioski o azyl. Najczęściej dotyczy to Włoch i Grecji, bo to są zwykle pierwsze państwa unijne, do których ci ludzie przybyli – dlatego te kraje zainteresowane są zmianą porozumienia dublińskiego. Naturalnie inne, zwłaszcza te, do których imigranci zarejestrowani we Włoszech i Grecji chętnie by przybyli (głównie Niemcy, Austria, Francja, kraje skandynawskie), nie są zainteresowane reformą. To dla jednych byłoby ulgą, dla innych byłoby ciężarem, dlatego tak trudno liczyć tu na dobrowolne przyjście z  pomocą. A w Brukseli zdecydowano 28 i 29 czerwca jedynie „nadal pracować” nad reformą systemu dublińskiego – kiedy ta praca przyniesie owoce i jakie owoce, tego nie wiadomo. Dlatego kraje takie jak Włochy i Grecja, najbardziej w ciągu ostatnich lat obciążone kolejnymi falami imigrantów (Włochy przyjęły ich od 2013 r. 700 tys.) mają poczucie, że Unia odwróciła się od ich problemów plecami. Z tego powodu włoski premier Giuseppe Conte domagał się konkretów na szczycie pod koniec czerwca. Czy je uzyskał? Na pewno uzyskał deklaracje, że odtąd ta sytuacja się zmieni. Ale on sam chyba nie bardzo wierzy w słowa, raczej w wymowę faktów dokonanych. Tak należy tłumaczyć jego twardą odmowę przyjęcia migrantów z „Aquariusa”, co było jak gdyby przygrywką do dyskusji na szczycie. Wtedy bowiem jego partnerzy już wiedzieli, że ani Conte, ani jego minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini, nie żartują, kiedy mówią, że Włochy zrobiły już swoje i teraz czas na innych.

Stanowiska narodowe

Podczas czerwcowego szczytu zgodzono się na wzmocnienie granic zewnętrznych Unii i na zwiększenie pomocy dla Turcji oraz dla krajów Afryki Północnej. Jednak odnoszące się do tych kwestii fragmenty konkluzji ze spotkania są nader ogólnikowe. Co do reszty – rozmawiano o ośrodkach selekcji imigrantów położonych poza UE, ale nie podjęto w tej materii żadnych decyzji. Jakkolwiek idea tych ośrodków jest słabo sprecyzowana, raz mówi się o nich jako o etapie poprzedzającym ewentualną drogę imigrantów do Europy, innym razem jako o miejscu, do którego kierowano by imigrantów ze statków wyruszających z Libii, które teraz próbują przybyć do europejskich brzegów, ewentualnie ludzi wyłowionych w Morzu Śródziemnym – jedno jest w tym pomyśle kluczowe i wspólne: chodzi o oddalenie problemu imigrantów. Oddalenie w sensie dosłownym, geograficznym, a w wariancie radykalnym (który lansuje austriacki minister spraw wewnętrznych Herbert Kickl), o to, żeby w ogóle zlikwidować możliwość ubiegania się o azyl w Unii, gdy jest się już na jej terytorium. Czyli o system, który po pewnymi względami przypominałby amerykański system wizowy dla Polaków. Pomysł ten w wersji hard lansują włoski (Matteo Salvini), niemiecki (Horst Seehofer) i – właśnie – austriacki ministrowie spraw wewnętrznych. Niektórzy (np. Gérard Collomb, minister francuski) są sceptyczni, inni na wszelki wypadek milczą, ale są też tacy (jak minister spraw wewnętrznych Luksemburga, Jean Asselborn), którzy uważają takie rozwiązanie za niemożliwe do przyjęcia – jako niezgodne z europejskim systemem wartości.

Istotnie, trudno sobie wyobrazić jak mogłyby funkcjonować owe plateformes de débarquement, usytuowane poza UE tak, iżby ich organizacja zapewniała przestrzeganie europejskich standardów

Istotnie, trudno sobie wyobrazić, jak mogłyby funkcjonować owe plateformes de débarquement, usytuowane poza UE tak, iżby ich organizacja zapewniała przestrzeganie europejskich standardów. Maroko, Tunezja, Albania i Macedonia już odmówiły współpracy w tym projekcie, a Libia (nota bene nie do końca wiadomo, kto w tym kraju jest władzą, a kto tylko do władzy aspiruje) ma standardy zdecydowanie niższe niż europejskie – nie jest nawet sygnatariuszem konwencji genewskiej z 1951 roku. Dyskusja o tych problemach miała miejsce już po brukselskim szczycie, 11 i 12 lipca w Insbrucku w ramach Rady Ministrów Spraw Wewnętrznych, pod przewodnictwem ministra austriackiego, ponieważ to Austria od połowy roku przewodzi Unii. Przebieg debaty stawia pod znakiem zapytania trwałość zapowiedzianej jeszcze w czerwcu przez austriackiego kanclerza Sebastiana Kurza „osi Wiedeń-Berlin-Rzym”, która miałaby skutecznie powstrzymać nielegalną imigrację. Stanowisko trzech ministrów jest jednakowo twarde, ale też – w gruncie rzeczy – narodowe, nie europejskie. A to oznacza, że w razie sporu nie będzie mechanizmu  łagodzącego konflikt, tylko prawo silniejszego. Jeśli Niemcy pozbędą się swoich „dublińskich” imigrantów, to część z nich trafi do Austrii, a znacznie większa część do Włoch – czyli do filarów owej projektowanej „osi Wiedeń-Berlin-Rzym”.

Prawda, że na początku lipca niemieckiemu ministrowi spraw wewnętrznych, który – co tutaj ma znaczenie – jest zarazem szefem bawarskiej CSU, udało się zmusić kanclerz Merkel do ustępstw w dotychczasowej polityce imigracyjnej Berlina. Horst Seehofer chciał odsyłania na granicę austriacką imigrantów, którzy rozpoczęli procedurę azylową w innym kraju. Pod groźbą rozpadu koalicji rządzącej w Niemczech (CDU-CSU-SPD), kanclerz zgodziła się na to, ale pod warunkiem wcześniejszego zawarcia stosownych umów z państwami sąsiedzkimi. Wybrano więc rozwiązanie dwustronne zamiast jednostronnego, które lansował Horst Seehofer. Jednak wcześniej Merkel obstawała za rozwiązaniem wielostronnym, na skalę UE i na tym polega jej ustępstwo.

Dobrowolność nie działa

Na początku drugiej dekady lipca Włochy zaalarmowały swoich europejskich partnerów, że u wybrzeża Sycylii stoi kolejny statek z Libii, tym razem z 450 imigrantami na pokładzie. Początkowo reakcja nie była dla Włoch zadowalająca. Dopiero intensywne nagabywania parterów, w tym solenny list do Jean-Claude’a Junckera i do Donalda Tuska, w którym włoski premier Giuseppe Conte przywoływał literę i ducha deklaracji z niedawnego szczytu w Brukseli, podziałały. Francja, Malta, Niemcy, Hiszpania i Portugalia zobowiązały się przyjąć po 50 imigrantów, resztę przyjmą Włochy.

Szczyt raczej przypudrował istotne różnice, niż rozpoczął czas rzeczywistej współpracy Unii w kwestii migracyjnej

Na przełomie drugiej i trzeciej dekady lipca przyszła z kolei wiadomość, że u wybrzeży Tunezji statek „Sarost 5” z 40 migrantami na pokładzie oczekuje bezskutecznie na pozwolenie wejścia do portu Zarzis. Ludzie ci wyruszyli na pontonie z Libii i zostali wyłowieni na Morzu Śródziemnym, ale Malta, Francja i Włochy konsekwentnie odmówiły ich przyjęcia. Chwilowo odmawia także Tunezja. Ta sytuacja dobrze ilustruje cały problem: rozwiązanie go na zasadzie dobrowolności państw nie działa, gdy nie ma chętnych. Tunezja, na którą wielu liderów europejskich liczy w kwestii utworzenia w przyszłości na jej terytorium plateformes de débarquement, nie chce przyjąć owych 40 nieszczęśników. A oni z kolei nie chcą być przyjęci przez Tunezję – lecz tylko przez któryś z krajów europejskich.

Czy wydarzenia pierwszych tygodni po szczycie (ugoda w ramach berlińskiej wielkiej koalicji, posiedzenie Rady Ministrów Spraw Wewnętrznych w Innsbrucku, spór o przyjęcie 450 imigrantów u wybrzeży Sycylii, spór o przyjęcie 40 migrantów u wybrzeży Tunezji) pozwalają na jakąś weryfikację niedawnych zapewnień o wyraźnej zmianie na lepsze w tej materii? W świetle tych faktów widać wyraźnie, że szczyt raczej przypudrował istotne różnice, niż rozpoczął czas rzeczywistej współpracy Unii w kwestii migracyjnej.

Czy ten problem da się w ogóle rozwiązać? Trudne pytanie. Być może szansa leży w wytyczeniu jakiejś drogi pośredniej między stanowiskiem „zero i migrantów i zero uchodźców” (które reprezentuje Polska), a stanowiskiem kanclerz Merkel sprzed 3 lat, które streszczało się w haśle „otwartych granic”. Pierwsze jest niemożliwe do utrzymania z wielu powodów: demograficznych, prawnych i moralnych. Drugie było może do zrealizowania 50 lat temu, w sytuacji trwałego wzrostu gospodarczego w Europie i trwania procesów integrowania się przybyszów ze społeczeństwami i kulturami swoich krajów osiedlenia. Dziś sytuacja jest inna: wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej jest kruchy, bezrobocie wysokie, imigranci nie integrują się. Do tego stopień nasycenia rdzennej ludności wszystkich krajów Zachodniej Europy przybyszami z obcych (często mało przyjaznych Zachodowi, ujmując rzecz dyplomatycznie) kultur jest taki, że miliony ludzi w tych krajach stały się podatne na hasła partii populistycznych, w tym na hasła w rodzaju „zero imigrantów”.

Jak rozwiązać kwestię migracyjną?

Naturalnie problem jest złożony, nie da się go opisać w kilku zdaniach, trzeba jednak zaznaczyć, jakie są warunki brzegowe uczciwej debaty o imigracji. Z jednej strony fundamentem zachodniej kultury politycznej i prawnej jest zasada uniwersalnych praw człowieka, a w jej ramach nie można się zabarykadować w swoim dobrobycie i wolności, pryncypialnie odmawiając pomocy (tu: prawa do azylu) ludziom, którzy wołają o pomoc, a w ich krajach pochodzenia grożą im prześladowania. Z drugiej strony nie można nie widzieć, że imigracja w takiej skali, jaką mamy dzisiaj, to problem wielkiej zmiany społecznej, której nikt wcześniej nie planował.

Imigracja masowa w takiej skali, że można już mówić o wymianie społeczeństw, to gigantyczny problem. Żeby dostrzegać ten problem, wcale nie trzeba być rasistą, czy wyborcą prawicowych partii populistycznych

Nawet jeśli się zakwestionuje koncept „kultury dominującej” (co, moim zdaniem, nie powinno być żadnym wymogiem przyzwoitości), pozostają problemy praktyczne: skala bezrobocia wśród przybyszów, skala ich społecznej marginalizacji, skala ich wykluczenia w systemie edukacji – a dalej także zjawisko gett, drobnej przestępczości, penetracji radykalnego islamu, a na koniec powstawania islamistycznych organizacji terrorystycznych. To ostatnie jest tylko – zgoda, że bardzo spektakularną – ostatnią konsekwencją wcześniej wymienionych zjawisk. Ale i bez niego problem koherencji zachodnich społeczeństw, istnienia rzeczywistej wspólnoty losu i wspólnoty przeznaczenia, jawi się dramatycznie. Inaczej mówiąc, imigracja masowa w takiej skali, że można już mówić o wymianie społeczeństw, to gigantyczny problem. Chodzi wręcz o samo przetrwanie tych społeczeństw jako wspólnot typu zachodniego. Żeby dostrzegać ten problem, wcale nie trzeba być rasistą, czy wyborcą prawicowych partii populistycznych. Ale – naturalnie – rasiści i prawicowe partie populistyczne chętnie wykorzystują nie tylko lęk (strach przed wyobrażonym), ale i strach przed zagrożeniem rzeczywistym.

Unia powinna mieć ambicję prowadzenia polityki migracyjnej, która: 1) ratuje ludzi zagrożonych prześladowaniami; 2) przyciąga do Europy ludzi utalentowanych i przedsiębiorczych; 3) nie przyciąga ludzi, którzy szukają tu głównie „socjalu”; 4) aktywnie broni się przed przyjazdem ludzi, których celem  jest zniszczenie zachodniego modelu życia.