Newsletter

Raport z podzielonego miasta

Podział hebrońskiej starówki ma też charakter pionowy, co oznacza, że np. poziom parteru znajduje się pod kontrolą palestyńską, podczas gdy dostęp do pierwszego piętra mają wyłącznie Izraelczycy

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

– A co to? Wygląda jak więzienie – powiedziała do mnie żona po tym, jak wysiedliśmy z arabskiego busika kursującego na trasie Jerozolima-Betlejem, a właściwie kończącego trasę tuż przed murem bezpieczeństwa. Wiedziała, że podróżując natrafimy na wysokie ogrodzenie, ale nie spodziewała się czegoś tak wysokiego i potężnego, z wieżyczkami i żołnierzami wyposażonymi w karabiny. W końcu założenia Izraelczyków były m.in. takie, że kilkusetkilometrowy (!) mur ma wytrzymać atak samochodu-pułapki. Izrael arbitralnie wyznaczył trasę dla tej instalacji, co jeszcze bardziej skomplikowało proces pokojowy, bo wiąże się z zajęciem kolejnych terytoriów i polityka faktów dokonanych. Oznaczało to niekiedy przymusowe wyburzenia palestyńskich domów. W 2004 roku w sprawie budowy muru bezpieczeństwa opinię doradczą wydał Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, oceniając ją jako nielegalną z punktu widzenia prawa międzynarodowego oraz wskazując na obowiązek wypłaty odszkodowań dla Palestyńczyków. Opinia doradcza została przez władze izraelskie zignorowana.

Welcome to Palestine

Bez problemu przeszliśmy przez bramki (drobiazgowa kontrola przeprowadzona jest w drugą stronę – tj. przy opuszczaniu Zachodniego Brzegu Jordanu) i naszym oczom ukazała się druga strona muru, tętniąca życiem. Już w czasie wsiadania do nieklimatyzowanego, zatłoczonego busa w Jerozolimie paru Palestyńczyków przywitało nas słowami „Welcome to Palestine”. Szeroko uśmiechnęli się, kiedy przepuściłem starszego mężczyznę w kolejce.

Nawet pobieżne rzucenie okiem na Zachodni Brzeg Jordanu daje obraz trudności, z którymi stykają się mieszkańcy. Podstawowym problemem jest brak rozwoju gospodarczego. Dominuje rolnictwo, przy czym na najlepszą ziemię i subsydia mogą liczyć izraelscy osadnicy. Sami Palestyńczycy mają nie tylko ograniczone możliwości przekraczania „granicy” (potrzebują specjalnego kosztownego, pozwolenia na pracę, a każdy z Palestyńczyków w czasie przekroczenia checkpointu, o ile uda mu się uzyskać odpowiednie dokumenty, przechodzi drobiazgową kontrolę osobistą), ale na samym terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu znajdują się izraelskie osiedla. Prowadzą do nich drogi dojazdowe, z których nie maja prawa korzystać Palestyńczycy. Osiedla te ochrania izraelskie wojsko. Natomiast Izraelczycy mają zakaz poruszania się po części terytorium palestyńskiego.  Szacuje się, że na Zachodnim Brzegu Jordanu żyje paręset tysięcy izraelskich osadników, którzy swoje osadnictwo tłumaczą powrotem na swoje „biblijne ziemie”. Izraelski rząd bardzo mocno ich wspiera nie tylko poprzez zapewnienie bezpieczeństwa (mury, żołnierze, punkty kontrolne), ale także poprzez pomoc socjalną i logistyczną.  Osadnicy to zresztą żelazny elektorat rządzącej w Izraelu koalicji, więc w najbliższym czasie niewiele się zmieni w tym zakresie. Nie sposób  porównać poziomu życia przeciętnego obywatela izraelskiego i Palestyńczyka. Palestyńczycy narzekają głównie jednak nie na swój słaby byt materialny, ale na to, że we własnym kraju nie mają wolności, bo nie mogą o nim decydować, swobodnie się po nim poruszać, granice są dla nich zamknięte (Palestyńczyk, żeby polecieć, musi skorzystać z lotniska w Ammanie); dyskryminuje się ich administracyjnie, a w większości kluczowych spraw są uzależnieni od decyzji Izraelczyków.

Palestyńczycy narzekają głównie jednak nie na swój słaby byt materialny, ale na to, że we własnym kraju nie mają wolności, bo nie mogą o nim decydować, swobodnie się po nim poruszać, granice są dla nich zamknięte (Palestyńczyk, żeby polecieć, musi skorzystać z lotniska w Ammanie); dyskryminuje się ich administracyjnie, a w większości kluczowych spraw są uzależnieni od decyzji Izraelczyków

Zanim dotarliśmy do Hebronu, spędziliśmy trochę czasu w Betlejem. Polscy turyści są tam częstymi gośćmi, dlatego spotkać tam można sklepy z przerobioną reklamą Biedronki („Taniej niż w Biedronce jest tylko w Betlejem”) oraz zdjęciami Jana Pawła II i… prezydenta Andrzeja Dudy z małżonką. Na placu Manger w centrum Betlejem paru nastoletnich chłopców gra w piłkę. Pytają o moje zdanie na temat konfliktu z Izraelem i Roberta Lewandowskiego.  Odwiedzający miasto rzadko jednak mają okazję dotrzeć do tutejszego obozu dla uchodźców, który mieszkający tam Palestyńczycy uważają za tymczasowy – czego dowodem ma być olbrzymi klucz znajdujący nad bramą wjazdową, symbolizujący chęć powrotu do opuszczonych niegdyś domostw. W obozie (w zasadzie można by go uznać za dzielnicę) znajduje się mnóstwo budynków, na których widać ślady pocisków, a także gruzowisko po zburzonych palestyńskich domach. Sami Palestyńczycy dbają również o pamięć o swoich poległych współbraciach poprzez umieszczenie ich portretów na murach. Od czasu do czasu podpalają wieżyczkę strażniczą znajdującą się przy obozie, a w samym mieście często dochodzi do obrzucenia izraelskich konwojów kamieniami przez młodych Palestyńczyków. W wielu miejscach widzimy murale namalowane na murze bezpieczeństwa od strony palestyńskiej. Zazwyczaj są one krytyczne wobec Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, jednak absolutną perełką jest mural „Make hummus not walls”. Na Zachodnim Brzegu Jordanu spotkaliśmy paru Palestyńczyków, wykształconych w Europie.  Pytałem się ich, czemu wrócili. „To moje miejsce na ziemi” – odpowiadali.

Podróżowanie między palestyńskimi miastami jest proste – kursuje tam wiele taksówek. Najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem jest lokalny transport, czyli taksówka zbiorowa, która mieści 6-8 osób. Z takich busików korzystają Palestyńczycy i Palestynki, którzy bardzo chętnie podejmują rozmowę po angielsku.
Przy pomocy tego środka lokomocji znaleźliśmy się w Hebronie.

Hebron – dwa narody, dwie historie

Hebron jest miastem ważnym z punktu widzenia islamu, judaizmu oraz chrześcijaństwa. To tam, na starym mieście znajduje się Grota Praojców, gdzie pochowani mają być Abraham, jego zona Sara, Izaak, Rebeka, Jakub oraz Lea. Co ciekawe, cały kompleks podzielony został na dwie części – izraelską i palestyńską. Izraelczycy nie maja prawo wstępu do meczetu, a Palestyńczycy do synagogi. Z jednej części nie można przejść do drugiej. Budynek został podzielony po zamachu terrorystycznym z 1994 roku, gdy Baruch Goldstein zamordował 29 osób i ranił kilkadziesiąt innych.

Również sama starówka podzielona jest na część palestyńską i niewielką enklawę izraelską. W części izraelskiej żyje kilkaset izraelskich osadników, chronionych przez potężne wojsko i subsydiowanych przez państwo. Ze względu na budowę hebrońskiej starówki podział na części ma też charakter pionowy, co oznacza, że np. poziom parteru znajduje się pod kontrolą palestyńską, bo jest tam targowisko, podczas gdy dostęp do pierwszego piętra mają wyłącznie – od drugiej strony – Izraelczycy.  Izraelscy żołnierze, naturalnie z wieżyczek, patrolują to, co dzieje się poniżej.

W efekcie Palestyńczycy i izraelscy osadnicy oddzieleni są nie tylko punktami kontrolnymi, ale też siatką, która uniemożliwia z jednej strony przedostanie się na drugą stronę, a z drugiej strony chroni przed obrzuceniem kamieniami, choć w większym stopniu Izraelczyków niż Palestyńczyków. – Traktują nas jak zwierzęta. Zrzucają na nas kamienie, śmieci, wylewają na nas brudną wodę – żali się starszy Palestyńczyk, wskazując na zalegające na siatce śmieci. – Czy ja jestem niebezpiecznym terrorystą? – dodaje. Nie wszyscy Palestyńczycy są jednak nastawieni pokojowo. Parę dni później w Jerozolimie dostrzegamy wojsko izraelskie kontrolujące młodych Palestyńczyków w okolicach Bramy Damasceńskiej. W tym dniu doszło w mieście do ataku arabskiego nożownika na izraelskich żołnierzy. Żołnierz został ranny, Palestyńczyk – zastrzelony.

Nasz lokalny przewodnik przedstawia konflikt z perspektywy palestyńskiej. Opowiada o tym, że Palestyńczycy musieli w dużej części pozamykać swoje sklepy, a konflikt znacznie ograniczył liczbę turystów. Narzekał także, że są kontrolowani na każdym kroku, a on sam został już w swoim życiu trzykrotnie zatrzymany przez izraelskie służby bezpieczeństwa. Opowiada też o zabytkach, ale bardziej się skupia na pokazywaniu izraelskiej aktywności i negatywnych jej skutków dla palestyńskiej społeczności. Podział miasta spowodował znaczne ograniczenie ruchu.

Po wspólnym przejściu punktu kontrolnego znajdujemy się w meczecie. Wychodząc, nasz przewodnik informuje nas, że wyjątkowo obecny jest również „manager” muzułmańskiej części obiektu i możemy z nim chwilę porozmawiać.

– Traktują nas jak zwierzęta. Zrzucają na nas kamienie, śmieci, wylewają na nas brudną wodę – żali się starszy Palestyńczyk, wskazując na zalegające na siatce śmieci

„Manager” to już inne pokolenie niż nasz dwudziestoparoletni przewodnik wywodzący się z organizacji pozarządowych. Przewodnik prezentował palestyński punkt widzenia, nieźle mówił po angielsku i był bardzo otwarty, delikatnie sugerując, że powinniśmy opowiedzieć ludziom w Polsce o tym, co zobaczyliśmy w Hebronie. „Manager” z kolei był przedstawicielem pokolenia naszych rodziców. Nie znał angielskiego (przewodnik tłumaczył) i konflikt postrzegał w kategoriach zerojedynkowych. Przypomniał, że kompleks jest podzielony w wyniku żydowskiego ataku terrorystycznego i skupiał się na tym, że Izrael powinien oddać im to, co należy do Palestyńczyków. Na konkretne pytania o Fatah i Hamas za to nie odpowiedział, chwaląc jednocześnie jednego z palestyńskich polityków, że to „wąż, który chce odgryźć Izraelowi rękę”.

Po chwili rozstaliśmy się z naszym przewodnikiem, który powiedział, że część żydowską będziemy musieli zwiedzić bez niego, ale nic nam tam nie grozi i poznamy inny punkt widzenia.  Co ciekawe, stwierdził, że zna się z przewodnikami żydowskimi.

Liczby są nieważne

W żydowskiej części miasta Izraelczycy zadbali o prezentację swojego punktu widzenia poprzez umieszczenie wielu tablic informujących o historii danego miejsca. Szczególnie podkreślano to, że Żydzi żyli tutaj jeszcze za czasu króla Dawida, a zostali usunięci z miasta w wyniku pogromu z 1929 roku dokonanego przez arabskich sąsiadów. Kwestie odizolowania obydwu części tłumaczyli koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa. Z ich perspektywy to Palestyńczycy nie potrafili dotrzymać porozumień z Oslo. Oblężona twierdza z placami zabaw i boiskami do gry w piłkę dla dzieci.

Docieramy do bardzo ładnego budynku z balkonem. Balkon oddzielony jest od części palestyńskiej siatką. Widać z niego też wieżyczkę kontrolną, a w niej żołnierza z karabinem. – Nie wiem, czy tam można iść – powiedziała do mnie żona, mając rację, bo nie była to przestrzeń publiczna. – Dobra, dobra…

Kiedy znaleźliśmy się na balkonie, usłyszałem, że do mojej żony ktoś podszedł i rozpoczął z nią rozmowę. – To teren prywatny, przyszedłem sprawdzić, kto tutaj się kręci – zaczepił moją żonę około sześćdziesięcioletni osadnik mówiący po angielsku z amerykańskim akcentem. W zasadzie to był Amerykanin. Osiedlił się w Hebronie, ponieważ, jak relacjonował, pięć pokoleń temu jego przodkowie zostali zmuszeni do opuszczenia miasta.

Jak mamy zawrzeć pokój, jeżeli u nich w wyborach wygrywają terroryści? – zapytał

Osadnik postanowił przedstawić nam obraz sytuacji ze swojej perspektywy. Okazało się, że pracuje tutaj jako przewodnik i jest jednocześnie członkiem Likudu. Przedstawił Hebron jako miasto, którym, na poziomie lokalnym, rządzi rodzina powiązana z przestępcami i terrorystami. – Jak mamy zawrzeć pokój, jeżeli u nich w  wyborach wygrywają terroryści? – zapytał.

Z perspektywy osadników Palestyńczycy to głównie zagrożenie i problemy – jakby mogli, toby ich, osadników, znowu wygnali z Hebronu, w przeszłości utrudniali dostęp do wody i elektryczności (co ciekawe, dokładnie ten sam argument podnosili Palestyńczycy w stosunku do Izraelczyków), a gdyby nie było izraelskiego wojska, to rok 1929 by się powtórzył. Osadnik pokazywał, że z drugiej strony ich enklawy mieszkają także Palestyńczycy.

–  I ile razy zostaliśmy przez nich obrzuceni kamieniami?  – pyta.

Osadnik sprawnie mi wszystko tłumaczył, a ja jeszcze starałem się udawać turystę, który nie do końca rozumie, gdzie się znalazł.

– Ja się nie znam, ale mam pytanie. Czy od początku konfliktu było więcej ofiar izraelskich czy palestyńskich? – zapytałem po kolejnej jego wybitnie jednostronnej odpowiedzi, znając odpowiedź i wiedząc, że zginęło znacznie więcej Palestyńczyków.

I don’t care about the numbers (liczby mnie nie obchodzą). Mamy prawo do samoobrony. Pozwala na to prawo międzynarodowe – przekonywał.

– Każde państwo ma prawo do samoobrony, ale prawo do powinno być wykonywane proporcjonalnie.  Wiem, że Hamas chowa się też za cywilami, ale czy proporcjonalna reakcja polega na bombardowaniu cywilów? – odpowiedziałem.

– Proporcjonalna reakcja będzie wtedy, gdy przestaną w naszą stronę cokolwiek wystrzeliwać – wyjaśnił swój punkt widzenia, dodając, że jest zwolennikiem jednego państwa, wspólnego dla Izraelczyków i Palestyńczyków.

– Skoro tak, to czemu Palestyńczycy nie mają praw politycznych? – zapytałem, znając odpowiedź. Izrael nie może na to pozwolić, bo w perspektywie dziesięcioleci izraelscy obywatele zostaliby po prostu przegłosowani, choć wiedziałem też, że takiej odpowiedzi nie usłyszę.

– Jak to? Mają! Arabowie w Izraelu mogą głosować! – wykonał sprytny unik. To prawda, arabscy obywatele Izraela mają prawo wyborcze, a ich przedstawiciele są nawet w Knesecie. Jednak palestyńscy mieszkańcy Zachodniego Brzegu Jordanu i Stefy Gazy już nie mają ani czynnego, ani biernego prawa wyborczego do Knesetu.

Rozstaliśmy się przy punkcie kontrolnym, życząc sobie wszystkiego najlepszego.

Radykałowie grają do jednej bramki

Obecnie sytuacja jest na tyle napięta, że niemal całkowicie izoluje się Izraelczyków od Palestyńczyków – ci drudzy nie wjadą bez specjalnych zezwoleń na izraelską stronę muru. Istnieje wręcz zakaz stałego osiedlania się na terytoriach Izraela, a Izraelczycy mają prawnie zakazane poruszanie się na części terytorium Zachodniego Brzegu Jordanu, o Strefie Gazy, w której ruch zablokowany jest w dwie strony. Młodzi Izraelczycy spotykają młodych Palestyńczyków głównie w sytuacji, gdy młody izraelski żołnierz przeprowadza kontrolę wobec młodego Palestyńczyka, z odbezpieczonym karabinem w ręku. Nie powstają mieszane rodziny, a wzajemna nieufność i strach, potęgowane propagandą, powiększają się. W ten sposób dochodzi do dehumanizacji drugiej strony sporu. Zresztą sami Palestyńczycy sporo czasu w rozmowie poświęcają na to, aby pokazać, że „nie są terrorystami, jak się ich przedstawia”.

Młodzi Izraelczycy spotykają młodych Palestyńczyków głównie w sytuacji, gdy młody izraelski żołnierz przeprowadza kontrolę wobec młodego Palestyńczyka, z odbezpieczonym karabinem w ręku

Wielokrotnie w czasie podróży widzieliśmy chłopców grających w piłkę, zarówno po stronie żydowskiej, jak i palestyńskiej. Dlaczego nie mogliby oni zagrać ze sobą, a zamiast tego karmi się ich wzajemną nienawiścią? Izolowanie społeczeństw i brak ich wzajemnej integracji  to celowa praktyka, która jest na rękę radykałom z obydwu stron barykady, bo pozwala na konsolidację poparcia politycznego. Pod tym względem radykałowie grają razem w piłkę i to w dodatku do jednej bramki.