Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Wioń życia kwiatem nad Appalachem!

Kiedy geopolitycy rozważają słabnięcie USA w ciągu ostatniego półwiecza licząc PKB, skalę rozwarstwienia społecznego czy liczbę lotniskowców na Morzu Południowochińskim, ja z niejaką melancholią stwierdzam, że inaugurację Kennedy’ego uświetniał sam Robert Frost

W koszmarnych czasach Galicji (jak powiedziałby Antoni Słonimski, gdyby dorastał w czasach Adolfa Nowaczyńskiego) wielką, choć niedługą karierę zrobiły następujące strofy:

My Cię witamy stoma języki,
Hosanna Tobie ludów okrzyki!
I błogosławim – Niech Twoje Imię,
Śród ruin wieków dla nas nie ginie!
Boś nas ratował w ostatniej toni,
Z listkiem oliwnym w ojcowskiej dłoni. 

Wioń życia kwiatem nad młodym światem,
Młody MONARCHO – wioń nad Karpatem!
A nieśmiertelny zdobędziesz wieniec
Czołem-ć uderzy starzec – młodzieniec.  

Przed Tobą ludzkość z wieńcami stoi
Uchyla Tobie złotych podwoi!
Wnijdź, Synu Sławy! Na wieków grobie
Pieśń zmartwychwstania wieszcz zagrzmi Tobie!
I tryumfalne wzniosą Ci łuki
Naszych potomków rozkwitłe wnuki.

Nic nie ociepla wizerunku tak, jak młodzież, może poza trzymaną w ramionach sarenką

Autor tych słów, nauczyciel gimnazjalny Stanisław Szymański, nie zdobył sławy równej wieszczom, których był rówieśnikiem. Ale jego dzieło, zatytułowane „Powitanie Najjaśniejszego Franciszka Józefa I, Cesarza Austrii, Króla Węgier i Czech, Króla Lombardii i Wenecji, Dalmacji, Kroacji, etc., etc… – w dzień przybycia do Krakowa w najgłębszej czci składa autor”, wydane zostało jako druk ulotny w imponującym nakładzie i cytowane było naprawdę szeroko.

>>> ZOBACZ PODCAST AUTORA TEKSTU <<<

Wspomniałem na strofy Szymańskiego sprzed równo 170 lat, mając przed oczami słowa mniej może rytmiczne, lecz równie żarliwe, które rozbrzmiewały onegdaj z ekranu. Pozwalam sobie przełożyć je, szorstko i a vista, pokruszyć – w dobrej wierze!– te ciężkie od  wartości akapity na pojedyncze wersy:

 I kiedy nadszedł dzień, trzeba spytać
Jak znaleźć światło w tym bezkresnym cieniu?
O, straty, których doznaliśmy. O morza, przez które przyszło nam brodzić
Żeby rozszarpać harpunem brzuch bestii.

(…)

Oto ujrzeliśmy siłę, która jest gotowa
raczej zniszczyć nasz naród niż być jego częścią,
gotowa jest zniszczyć kraj, jeśli miałaby to być cena
wstrzymania procesów demokratycznych.

Niemal się powiódł ten wysiłek. Ale przecież,
Choć demokrację można wstrzymać, nie sposób jej pokonać.
Tej prawdzie chcemy ufać, w to wierzyć.
Bo gdy patrzymy w przyszłość, historia patrzy na nas.

Czego nie znosi poetka? Opresyjnych, patriarchalnych wzorów. Jak opisuje swój rodowód? Potomkini niewolników, wychowana przez samotną matkę. A ulubiona marka sportowa? Nike

Ten poemat Amandy Gorman, który wygłosiła w środę na Kapitolu, podczas zaprzysięgania Joe Bidena, nikogo nie pozostawia obojętnym. Chcąc pełniej ukazać zaskakujące może braterstwo dusz między 22-letnią studentką socjologii na Harvardzie a 57-letnim nauczycielem, urodzonym za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, przytoczę jeszcze jeden tekst z koszmarnych czasów Galicji – anonimowy, choć wielu podejrzewało autorstwo Nowaczyńskiego:

Pytanie: Z czym przepełnionymi sercami Galicya witała w tych dniach swojego monarchę?
Odpowiedź: Czcią.

Pytanie: Jakie uczucia żywią wszyscy poddani naszej ojczyzny wobec miłościwie nam panującego Najjaśniejszego Pana?
Odpowiedź: Najgorętsze.

Pytanie: Z jaką troską Najj. Pan wysłuchał kierowanych doń adresów, próśb i suplik?
Odpowiedź: Z najszczerszą.

I tak dalej, aż po coup de grâce Nowaczyńskiego (jeśli to on był), brzmiący: Ile zapomogi w obliczu powodzi otrzymała Galicya spośród wszystkich krajów koronnych? Odpowiedź: Najmniej. Ale przecież i w żywocie poetki, nad której poematem zaszlochała Oprah Winfrey, znaleźć można podobne prawdy. Pytanie: na jakich kwestiach skupia się w swojej poezji Amanda? Odpowiedź (którą sformułowałem na podstawie not w „The Harvard Crimson” oraz NYT): na kwestiach przemocy rasowej, marginalizacji i feminizmu. Do czego dąży poetka w swoich dociekaniach? Odpowiedź: do bardziej aktywnego społecznie, bardziej ekologicznego świata i do zapewnienia rzeczywistej równości rasowej na wszystkich szczeblach władzy w USA. Co wychwala w swoich wierszach? Empowerment. Czego nie znosi? Opresyjnych, patriarchalnych wzorów. Jak opisuje swój rodowód? Potomkini niewolników, wychowana przez samotną matkę. A ulubiona marka sportowa? Nike.

***

Nie, nie piszę tego sarkastycznego komentarza by dopiec Joe Bidenowi, ani w obronie Donalda Trumpa. Jeśli w obronie czegokolwiek, to – uderzę w tym momencie w spiże nie gorzej od Szymańskiego i Gorman razem wziętych – w obronie jednej z najważniejszych rzeczy na świecie, czyli poezji. Która, w odróżnieniu od retoryki, osypującej się jak zwiędłe liście, powinna być zawsze nieprzewidywalna; i ona, i jej twórcy, szaleni, pyszni, bezczelni i bezradni, czy Laury szukają, czy opiewają Odysa, czy przechodzą przez szybę, czy zapijają się do białej gorączki, czy tkwią czterdzieści dni, pochyleni nad pustynią biurka, szukając Słowa.

Poezja, w odróżnieniu od retoryki, osypującej się jak zwiędłe gałęzie lauru i oliwki, powinna być zawsze nieprzewidywalna

Jeśli prezydent-elekt chciał mieć, zgodnie z tradycją rozpoczętą przez demokratów za czasów Kennedy’ego, poetę wygłaszającego swój wiersz podczas uroczystości inauguracyjnych – jego wola. To w końcu tradycja starsza niż Stany i chyba przejęta przez nie od niechcianych ojców-założycieli: nad Tamizą urząd Poety-Laureata (od którego oczekuje się wiersza w chwilach tak uroczystych jak koronacja) funkcjonuje od czasów Johna Drydena czyliod trzech i pół wieku. Inna rzecz, że kiedy geopolitycy rozważają słabnięcie USA w ciągu ostatniego półwiecza licząc PKB, skalę rozwarstwienia społecznego czy liczbę lotniskowców na Morzu Południowochińskim, ja z niejaką melancholią stwierdzam, że inaugurację Kennedy’ego uświetniał sam Robert Frost. Dystans między dorobkiem Frosta i Gorman nieźle pokazuje, jeśli ktoś chciałby przykładać podobną miarkę, kondycję USA w roku 1961 i 2021.

 

Ale passons, poetka rodem z Los Angeles ma talent; jej wiersz „Stragan z owocami” (Fruit Stand), którego kilka wersów przekładam tu z nierównie większą niepewnością niż frazesy z Kapitolu, przejmuje dreszczem:

Pomyślałam, że kochać
To znaczy dać się rozerwać.
Jego język rzeźbił czerwień w moich ustach
Jak nóż patroszący mięso arbuza.
Poznałam miłość
jak owoc poznaje łyżkę.
(…)
Chciałbym mówić ze słodyczą na języku,
z zębami spływającymi mlekiem i miodem.
Ale zawsze byłam bardziej z octu,
z octu, cynamonu i palącej wanilii.
(…)
Co tu kryć, zawsze byłam ostokobietą.

Długo by się spierać, ile w tych wersach programowego feminizmu czwartej fali, a ile doświadczenia, ściągającego usta jak gorzka pomarańcza: na pewno jest w nich poezja, której tak rozpaczliwie zabrakło w salwach oddawanych przez Gorman z Kapitolu.

Organizatorzy prezydenckiego spektaklu sięgnęli po 22-latkę, pisującą dotąd na Instagramie, autorkę jednego tomiku, wyróżnioną w 2017 tytułem National Youth Poet Laureate (kryteria przyznania zakładają zaangażowanie na rzecz postępu i sprawiedliwości społecznej) i opowiedzieli światu historię: o tym, jak zmagała się z największym być może w swym życiu zadaniem, pisząc wiersz na inaugurację, kiedy nagle, 6 stycznia, ujrzała apokaliptyczne hordy z flagami Konfederacji wdzierające się na Kapitol – i przełamała kryzys twórczy, znalazła właściwe słowa. „Gotowe  zniszczyć kraj, jeśli miałaby to być cena / wstrzymania procesów demokratycznych”.

 

Nie dziwię się, że po nią sięgnięto: nic nie ociepla wizerunku tak, jak młodzież, poza może trzymaną w ramionach sarenką. Zbigniew Herbert opisał swego czasu, z nabytą przez lata pisania ironią, podobne doświadczenie: „Bawiłem się na ulicy /nikt mną się nie zajmował / robiłem babki z piasku / mrucząc pod nosem Rimbauda / raz starszy pan to posłyszał / jesteś chłopcze poetą / my właśnie teraz robimy / oddolny ruch literacki”.

Ale to doświadczenia zawsze kończy się tak samo: „teraz wstawali chłopcy / przebrani za dorosłych / grubym głosem chwalili / lub bili nas po łapach”, przestrzega Herbert. Ogromnie więc ciekaw jestem dalszych losów Amandy Gorman. Albo czeka ją długa wędrówka przez pustą dolinę, rozgarnianie na boki pryzm laurowych i blaszanych komunałów, aż któregoś dnia poczuje na języku dany jej – tylko jej! – smak octu, cynamonu i czarnej wanilii. Albo (co niestety bardziej prawdopodobne, bo pokusa jest niemała) dalej pisać będzie frazy o „wstrzymaniu procesów demokratycznych”.

Wówczas liczyć możne na pewno na większe nakłady, zarówno tomików własnych, jak antologii, w których jej utwory figurować będą obok takich arcydzieł, jak krótka proza poetycka, zatytułowana „Do inteligenta postępowego”. Przypomnijmy na koniec (trochę w trybie przestrogi) te wersy innego poety, potomka chłopów pańszczyźnianych, wychowywanego przez samotnego ojca: Sławomira Mrożka.

 

CIU-CIU, BA-BA, PI-PI, PU-PU?
KIZIU-MIZIU, LALA MUMU. PSIOTO-CIO TO LUDU PUPU ADEKWATNIE.
SOCJO MNIAM-MNIAM BUZIO-LUDZIO TO-TO HO-HO BUZI-PUPCI IMPONDERABILIA.
REBA BOBO PROGO CACY TITI BRAWKO MYJU-MYJU NIE PO RYJU ESCHATOLOGICZNIE.
LULU-PAPU.
CIP-CIP KURKA.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Wioń życia kwiatem nad Appalachem!”

  1. Feste pisze:

    Amanda Gorman po prostu zapatrzyła się na Barańczaka i trzeba powiedzieć, że to naśladowanie “Określonej epoki” wyszło jej nad wyraz udatnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz