Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Dlaczego gramy w cudze gry na Białorusi

Polska polityka wobec kryzysu na Białorusi jest sprzeczna z naszym strategicznym interesem. Elity nad Wisłą nie odrobiły najwyraźniej ani lekcji Majdanu, ani porażki liberalnego imperializmu – i są jak generałowie toczący poprzednią wojnę

Polska polityka przypomina surrealistyczny sen. Gdy negocjowane są reguły włączenia kraju w zachodnie struktury, zajmujemy się „wojnami na górze”. Po latach ignorowania przestróg przed zapaścią demograficzną, doczekawszy nieodwracalnych zmian, rozpoczynamy dyskusję nad znanym od dawna problemem. Wobec potencjalnie przełomowego kryzysu politycznego na fundamentalnej dla Polski Białorusi, najważniejszym zmartwieniem okazuje się wybryk „tęczowego” aktywisty i jego seksualna tożsamość. Andrzej Leder dowodzi, że prześniliśmy wejście w nowoczesność. Moim zdaniem prześniliśmy także transformację. Wygląda na to, że prześnimy też zmianę na Białorusi.

Polska racja stanu

W dyskusji na ten temat ma miejsce pomieszanie z poplątaniem, warto więc może zacząć od uporządkowania spraw podstawowych. Po pierwsze, Białoruś ma kluczowe znaczenie dla Warszawy. Jest zwornikiem pomostu bałtycko-czarnomorskiego, wciśnięta między Ukrainę, Rosję, Łotwę, Litwę i Polskę. Gdyby znalazła się pod pełną kontrolą Kremla, sytuacja geostrategiczna w regionie uległaby drastycznemu pogorszeniu z punktu widzenia Polski i nie tylko. Rosyjskie wojska mogłyby się znaleźć niespełna 200 kilometrów od Warszawy, a wspólna granica uległaby trzykrotnemu wydłużeniu, obejmując już nie tylko niewielki odcinek przy Obwodzie Królewieckim, ale i 418 km na wschodzie.  Okrążona z trzech stron zostałaby Ukraina. Kraje bałtyckie stałyby się ekstremalnie trudne, jeśli w ogóle nie niemożliwe do obrony, co w oczywisty sposób pogorszyłoby możliwość realizacji polskich zobowiązań sojuszniczych w razie wojny w tej części regionu, stwarzając też kolejny ciężki problem dla NATO w ogóle. Z drugiej strony, Białoruś wolna od rosyjskich wpływów to czarny sen Kremla. To znacznie bezpieczniejsi Polacy, Bałtowie, Ukraińcy. To cios w mocarstwową pozycję Moskwy.

Interes Polski na Białorusi jest, wydawałoby się, jasny. W najbardziej ogólnym zarysie polega na minimalizacji wpływów rosyjskich i maksymalizacji polskich. Ta banalna – znów: wydawałoby się – konstatacja, jest skądinąd głęboko sprzeczna z tradycyjnym już definiowaniem naszej racji stanu jako trójjedności dążenia do demokratyzacji, europeizacji i niezależności Białorusi

Po drugie, na Białorusi ma miejsce najpoważniejszy w jej niepodległej historii kryzys polityczny. Kryzys otwierający na nowo pytanie o jej przynależność geopolityczną, z możliwością tak wzrostu, jak i spadku wpływów rosyjskich. Niezadowolenie z rządów sprawującego dyktatorską władzę prezydenta Alaksandra Łukaszenki narastało od pewnego czasu, radykalnie nasilając się podczas kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa SARS-CoV-2. Sfałszowane, jak wszystko wskazuje, wybory z 9 sierpnia – przelały czarę goryczy, wywołując wielką falę protestów. Ich skala w połączeniu z brutalną reakcją Łukaszenki dodatkowo podkopały autorytet i legitymację dyktatora. W efekcie jest słabszy niż kiedykolwiek, a pytanie o nowe rozdanie polityczne na Białorusi – otwarte. Obejmując też scenariusze przedłużającej się destabilizacji.

Po trzecie, interes Polski na Białorusi jest, wydawałoby się, jasny. W najbardziej ogólnym zarysie polega na minimalizacji wpływów rosyjskich i maksymalizacji polskich. Ta banalna – znów: wydawałoby się – konstatacja, jest skądinąd głęboko sprzeczna z tradycyjnym już definiowaniem naszej racji stanu jako trójjedności dążenia do demokratyzacji, europeizacji i niezależności Białorusi. W obecnej sytuacji ta pierwsza oznaczać powinna, jak już była mowa, 1) przeciwdziałanie destabilizacji (chyba, że mogłaby ona służyć wyżej zdefiniowanemu interesowi, co obecnie wydaje się wariantem czysto akademickim), 2) powściągliwość reakcji, 3) utrzymywanie i rozwijanie zdolności oddziaływania na każdą stronę politycznego sporu na Białorusi, 4) utrzymywanie i rozwijanie zdolności pozyskiwania innych graczy międzynarodowych, zwłaszcza mocarstw zachodnich, dla tych celów.

Destabilizacja reżimu białoruskiego jest dziś sama w sobie niekorzystna dla Polski. Nasze aktywa są bowiem w tym kraju nikłe, a rosyjskie – ogromne. Im słabsza zaś władza w Mińsku, tym większe znaczenie czynnika zewnętrznego. Im poważniejsza i trwalsza destabilizacja, tym znaczniejsza możliwość rozegrania swoich wpływów przez Kreml. Potwierdzenie tej reguły widzimy w ostatnich tygodniach: osłabiony i izolowany przez Zachód Łukaszenka szybko zrezygnował z tradycyjnego lawirowania i okazjonalnych akcentów antyrosyjskich, wpadając znacznie głębiej w objęcia Władimira Putina. I sytuacja jest pod tym względem rozwojowa, tak w wariancie zachowania przez osłabionego dyktatora władzy, jak i w przypadku zwycięstwa opozycji.

Kremlowskie ślady i armeński scenariusz

Osłabiony i izolowany przez Zachód Łukaszenka szybko zrezygnował z tradycyjnego lawirowania i okazjonalnych akcentów antyrosyjskich, wpadając znacznie głębiej w objęcia Władimira Putina

Może to być szokujące dla polskiego czytelnika, karmionego przez media głównego nurtu pseudoinformacyjną papką, w sprawie Białorusi ograniczającą się niemal wyłącznie do egzaltowanych okrzyków zbliżonych do „za wolność naszą i waszą”, ale kremlowskie ślady w demokratycznym zrywie za wschodnią granicą są bardzo poważne. Oddajmy głos ekspertom ds. wschodnich. Już w październiku 2019 r. Marek Budzisz pisał o możliwości dążenia Kremla do wywołania wybuchu społecznego niezadowolenia nad Berezyną, by uczynić władze bardziej spolegliwymi wobec wielkiego sąsiada, konsekwentnie ponawiającego przecież ambicje wchłonięcia Mińska. „Taki scenariusz do pewnego stopnia przypominałby to co wydarzyło się w maju ubiegłego roku w Armenii, gdzie stare elity zostały zmiecione przez aksamitną rewolucję Nikola Pasziniana. Tylko, że w jej wyniku nie zmalały wpływy Federacji Rosyjskiej w Erywaniu, można nawet mówić o ich wzmożeniu” – zauważał Budzisz w Tygodniku TVP.

Z kolei Jerzy Marek Nowakowski tak pisał w ostatnich dniach: „Rosjanie zdecydowanie stawiali na scenariusz armeński w Mińsku. Wybory i ludowa rewolucja obalające władzę Łukaszenki, a następnie zainstalowanie tam życzliwego Rosji rządu, który na dodatek jako demokratyczny i rewolucyjny, będzie suto dofinansowywany z Zachodu”. Wkrótce dodając, że „Jakby to paradoksalnie nie zabrzmiało, nadzieją białoruskiej demokracji jest dziś… Władimir Putin. Wbrew głosom licznych komentatorów Putin ma Łukaszenki dość tak samo jak białoruskie społeczeństwo. Oferty pomocy są przecież tak formułowane, żeby białoruskiego prezydenta nie odepchnąć, ale jednocześnie wyraźnie zniechęcić do rozlewu krwi. Żeby zaznaczyć, że Białoruś jest w rosyjskiej strefie wpływów, ale nie uruchomić procesu budzenia się antyrosyjskich nastrojów w społeczeństwie. Wiele wskazuje na to, że pomysł przyłączenia Białorusi do Rosji został na razie odłożony. Na Kremlu doskonale wiedzą, że zaledwie 4% Białorusinów popiera pomysł połączenia się z Rosją. A jednocześnie spora większość społeczeństwa białoruskiego jest za bliskim związkiem obu państw. Doświadczenie ukraińskie nauczyło Putina, jak łatwo z przyjaznego narodu zrobić sobie wroga. I nie zamierza tego powtarzać na Białorusi.

Optymalny z punktu widzenia gospodarza Kremla byłby wariant «Armenia plus» – czyli demokratyczny bezkrwawy przewrót wynoszący do władzy ludzi Moskwy. To właśnie ten «plus»”. Jeśli dodamy do tego poważne związki wszystkich członków opozycyjnego triumwiratu z Rosją, obraz budzącego w Polsce bezkrytyczny entuzjazm demokratycznego zrywu na Białorusi wygląda zupełnie inaczej.

Optymalność opcji „armeńskiej plus” nie oznacza, że to jedyny wariant, w którym Moskwa wygrywa. Nietrudno sobie wyobrazić, na przykład, że przyparty do muru Łukaszenka sięga po broń ostateczną: utopienie protestów w masowym rozlewie krwi. Samodzielnie, bez wsparcia Rosji, dla której współudział w takim przedsięwzięciu byłby strzałem w kolano. W konsekwencji Zachód nakłada na dyktatora ostrzejsze sankcje, pogłębiając jego izolację, a jego wewnętrzna legitymacja dalej słabnie. Oczywistym skutkiem będzie jeszcze większe zdanie na łaskę Kremla.

Do tego dochodzi czynnik ekonomiczny. Znajdująca się w kryzysie gospodarka białoruska została poddana dodatkowym wstrząsom w związku z masowymi strajkami, które sparaliżowały wielką część produkcji. Głównym potencjalnym dostawcą pomocy dla osłabionego reżimu jest Rosja. Jeśli sytuacja będzie trwać, jej rola dalej wzrośnie. Kreml sam przechodzi ciężkie trudności gospodarcze i może nie mieć ochoty na zwiększanie wsparcia dla Mińska, które zresztą obciął o połowę w ostatnich latach. Wracamy do optymalności scenariusza „armeńskiego plus” i sfinansowania rozwiązania pieniędzmi z Zachodu. Ale postawiony przed suboptymalnym wariantem współpracy z osłabionym dyktatorem, Kreml raczej nie zawaha się przeznaczyć wszelkich dostępnych środków na co najmniej utrzymanie swoich wpływów. Nie rezygnując przecież z ambicji wchłonięcia Białorusi.

Żywotne zainteresowanie Polski i krajów bałtyckich kontrastuje z nieporównywalnie mniejszą i innej natury atencją Niemiec, Francji i innych państw zachodnioeuropejskich (przy wyraźnie powściągliwej, zachowawczej i wyczekującej postawie USA). Dla nich Białoruś to rosyjska strefa wpływów

Rosja zdaje się pragmatycznie i zręcznie inwestować we wszystkie istotne warianty rozwoju wypadków na Białorusi. Trudno jej się dziwić: kraj ten ma dla niej kluczowe znaczenie, a suma ulokowanych tam aktywów i zgromadzonych doświadczeń niejako same dyktują dalszą politykę. Również zagraniczną, którą Moskwa prowadzi podobnie zręcznie. W krótkim czasie zdołała uczynić się domyślnym adresatem telefonów i wizyt zachodnich przywódców szukających nowego modus vivendi ws. Białorusi. Udało się jej uzyskać chińskie wsparcie dla swojej polityki wobec Mińska ze strony senior partnera, jakim są dla niej Chiny. A ich rola w kryzysie była przecież niejasna w świetle niedawnej pożyczki dla przechodzącego trudne chwile w relacjach z Kremlem Łukaszenki.

Podzielony Zachód

Są i warianty dla Polski i Zachodu pozytywne. Nadspodziewane pogłębienie problemów wewnętrznych Rosji może zmniejszyć jej wpływ na Białoruś. Objawienie się jakiegoś męża opatrznościowego w obrębie demokratycznej opozycji może poprowadzić protestujących do miażdżącego zwycięstwa i wyłonienia nowego, nadspodziewanie asertywnego wobec Moskwy przywództwa. To jednak warianty marginalne. Ich obstawianie to rosyjska, nomen omen, ruletka. Rozsądne maksimum, na jakie możemy obecnie liczyć, to raczej zachowanie geopolitycznego status quo z pewnym otwarciem na wpływy zachodnie.

Tymczasem Zachód jest podzielony. Żywotne zainteresowanie Polski i krajów bałtyckich kontrastuje z nieporównywalnie mniejszą i innej natury atencją Niemiec, Francji i innych państw zachodnioeuropejskich (przy wyraźnie powściągliwej, zachowawczej i wyczekującej postawie USA). Dla nich Białoruś to rosyjska strefa wpływów, a co najmniej kraj, gdzie wola Moskwy ma zasadnicze znaczenie. Jej destabilizacja wymaga uwagi, ale nikt tam nie postrzega ewentualnej zmiany jej statusu geopolitycznego jako sprawy porównywalnie żywotnej, jaką jest ona z perspektywy Polaka czy Bałta.

Z tego powodu decyzja Rady Unii Europejskiej z 14 sierpnia o sankcjach wobec członków białoruskiego reżimu winnych represji i fałszerstw oznacza zupełnie co innego dla Niemiec czy Francji, a co innego dla krajów członkowskich na wschód od Odry. Pierwsze wychodzą naprzeciw presji mediów i obywateli, nie ponosząc w swoim mniemaniu większego kosztu, bo nie uważają za takowy wepchnięcia Mińska głębiej w ramiona Moskwy.

Polska i kraje bałtyckie, nie uznając wyniku wyborów, forsując sankcje wobec reżimu i wsparcie opozycji – na forum UE i nie tylko – uderzają tym samym przede wszystkim we własne interesy strategiczne. Wbrew wszystkim wcześniejszym wskazaniom, 1) pogłębiają destabilizację zamiast sprzyjać stabilizacji, 2) wykazują liberalny aktywizm zamiast powściągliwości, 3) jednoznacznie stawiają na jedną stronę konfliktu wewnętrznego zamiast zabezpieczać swoje interesy wobec każdej, 4) ograniczają własne oddziaływanie międzynarodowe. Grają w nieswoją grę, i to podwójnie. Po pierwsze, zdejmują z liberalnych potęg zachodnich główny ciężar reakcji satysfakcjonującej oczekiwania natury humanitarnej. Dzięki temu Waszyngton, Berlin, Paryż i Bruksela mogą łatwiej występować jako siły umiaru, naturalne strony prawdopodobnego przyszłego porozumienia mocarstw co do przyszłości Białorusi. Kraje bałtyckie i Polska robią zaś za radykałów: ostrych w retoryce, ale ze słabymi kartami. Obniżają w ten sposób szanse na odegranie poważniejszej roli pośredniczącej, do której mogłyby tu aspirować. To ułatwia tak Łukaszence, jak i Kremlowi, przedstawianie ich jako zewnętrznych wichrzycieli. Po drugie, kraje bałtyckie i Polska ułatwiają w ten sposób grę Rosji. Ułatwiając Kremlowi marginalizację najżywotniej zainteresowanych niezależnością Mińska białoruskich sąsiadów w rozgrywce o przyszłość tego państwa. I pogłębiając sprzyjającą Moskwie destabilizację wewnętrzną nad Niemnem.

Kraje bałtyckie i Polska robią zaś za radykałów: ostrych w retoryce, ale ze słabymi kartami. Obniżają w ten sposób szanse na odegranie poważniejszej roli pośredniczącej, do której mogłyby tu aspirować. To ułatwia tak Łukaszence, jak i Kremlowi, przedstawianie ich jako zewnętrznych wichrzycieli

Kraje bałtyckie (z Litwą na czele) i, w dalszej kolejności, nieco mniej radykalna Polska strzelają więc sobie w obecnej rozgrywce o Białoruś w stopy. Zdumiewające, kuriozalne, nie do wiary. Ale przecież, w świetle analizy realnej polityki, ewidentne. Jak to możliwe? Widzę trojakie wyjaśnienie tego zjawiska. Wymaga ono pewnego zagłębienia się w problemy na pozór odległe.

Wielkie złudzenie

Po pierwsze: głównym czynnikiem zakłócającym „naturalne” rozumowanie w kategoriach równowagi sił, rywalizacji potęg, słowem: realizmu politycznego – jest w dzisiejszym świecie liberalizm. Rozumiany tu nie jako teoria ekonomiczna czy ogólnopolityczna, ale jako teoria stosunków międzynarodowych i sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Schyłek zimnej wojny był jego wielkim triumfem, pozwalającym wielu uwierzyć, że historia się skończyła. Wraz z nią odeszły jakoby w przeszłość tradycyjne, teraz już „anachroniczne” prawidła Realpolitik, i kwestią czasu jest, że cały świat zapełni się żyjącymi w pokoju liberalnymi demokracjami.

W książce „Wielkie złudzenie” (The Great Delusion) tytan realizmu politycznego prof. John Mearsheimer opisał bazujący na tych założeniach koncept „liberalnej hegemonii”, który legł u podstaw polityki zagranicznej USA po 1991, a zwłaszcza po 2001 roku. Może najlepiej wyraził go inny amerykański naukowiec, Michael Doyle, mówiąc, że nieliberalne państwa znajdują się niejako z natury rzeczy – bo ze względu na swoją konstrukcję – w stanie agresji (state of agression) z własnymi narodami. To daje jakoby liberalnemu światu prawo, a nawet obowiązek ingerować w ich sprawy wewnętrzne, by bronić uciskane ludy przed tyranią i nieść im wolność oraz demokrację. Mearsheimer pokazuje, jak ufundowana na takich przekonaniach polityka doprowadziła do skutków odwrotnych do zamierzonych: osłabienia Stanów Zjednoczonych, rozprzestrzenienia niestabilności i wojny, osłabienia liberalnej demokracji w samej Ameryce. Do tego warto dodać – to już moja uwaga – zmniejszenie liczby liberalnych demokracji w skali świata i nadwątlenie tych pozostałych, nie tylko nad Missisipi.

Stany Zjednoczone były i tu głównym aktorem – o nich mówi Mearsheimer. Ale przecież wiara w liberalną hegemonię rozlała się szerzej. W szczególności na Stary Kontynent, którego elity uczyniły ów liberalny imperializm ważną składową tożsamości tak Unii Europejskiej, jak i poszczególnych państw członkowskich. Nie dysponując porównywalną z amerykańską potęgą wojskową, Europa starała się, nie bez sukcesów, promieniować swoimi zasadami i wartościami na najbliższe otoczenie geopolityczne. Punktem zwrotnym był ukraiński Majdan, gdy prozachodni i proeuropejski zwrot Kijowa napotkał brutalną kontrakcję Rosji.

Nie miejsce tu rozwijać ten wątek.  Mam nadzieję, że powyższe wystarczy do pokazania, że logika chłodnej, realistycznej kalkulacji interesów politycznych może być i często bywa zakłócana przez rozumowanie zachodnich elit w kategoriach liberalnego imperializmu. Sądzę, że z tym właśnie zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku kryzysu białoruskiego.

Dlaczego jednak potęgi zachodnioeuropejskie i Stany Zjednoczone są tu znacznie bardziej powściągliwe niż zachodnie peryferie: kraje bałtyckie i Polska? Myślę, że z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, elity mocarstw zachodnich odrobiły lekcję Majdanu. Widzą konfrontację nadziei z rzeczywistością: nie zdołały ani włączyć Ukrainy do Zachodu, ani powstrzymać jej dezintegracji przez Kreml, ani utrzymać dobrych relacji z Rosją. Zaangażowały się w przedłużający się konflikt, którego nie chciały, i który szybko zaczęły postrzegać raczej jako ciężar niż okazję do ekspansji.

Dlaczego jednak potęgi zachodnioeuropejskie i Stany Zjednoczone są tu znacznie bardziej powściągliwe niż zachodnie peryferie: kraje bałtyckie i Polska? Z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, elity mocarstw zachodnich odrobiły lekcję Majdanu. Widzą konfrontację nadziei z rzeczywistością: nie zdołały ani włączyć Ukrainy do Zachodu, ani powstrzymać jej dezintegracji przez Kreml

Niebezpieczny sen o szczęśliwym kraju

Po drugie, elity polityczne krajów półperyferyjnych mają swoją specyfikę. Jak przenikliwie pisał w pracy „Wyjście awaryjne” prof. Rafał Matyja, „to nie wybory dokonywane przez elitę nadają peryferyjnemu państwu późnej nowoczesności cech podwójnego agenta, oscylującego między statusem strażnika interesów światowego porządku i reprezentanta wyłącznie własnego interesu narodowego. Co więcej, nie dzieje się to za sprawą Unii Europejskiej, ale pewnej logiki gospodarki globalnej i – w mniejszym stopniu – dominacji militarnej i politycznej Stanów Zjednoczonych. Państwa półperyferyjne są zatem, ze swej natury, w tym samym stopniu mechanizmem chroniącym lokalne interesy, co narzędziem ich redukowania i – gdy to konieczne – podporządkowania regułom atlantyckim, europejskim i globalnym. Ta podwójna rola podnosi wymagania merytoryczne wobec polityków, ekspertów i dyplomatów. A skoro tak, to państwo uwikłane w partyjno-klientelistyczny system rekrutacji kadr i redukujące wymagania merytoryczne staje się, na własne życzenie, raczej strażnikiem porządku światowego niż obrońcą interesów lokalnych”.

Ta teza – moim zdaniem jedna z najważniejszych dla zrozumienia polskiej i w ogóle półperyferyjnej polityki – wyjaśnia, dlaczego Polska czy inne środkowoeuropejskie kraje postkomunistyczne mogą działać, i regularnie działają w sprzeczności z własnymi interesami narodowymi. Przełóżmy ją na kryzys białoruski. Elity polskie i bałtyckie przyswoiły sobie idee liberalnego imperializmu. Uczyniły to – jako liderzy stosunkowo młodych demokracji i świeżej daty członkowie UE i NATO – z żarliwością neofitów. Jednocześnie, ze względu na swoje niskie kompetencje, osłabiane dodatkowo (na pewno w przypadku Polski) klientelistyczno-partyjnym systemem rekrutacji kadr, w przeciwieństwie do elit mocarstw zachodnich, nie odrobiły ani lekcji Majdanu, ani porażki liberalnego imperializmu w ogóle. W efekcie, jak generałowie toczący poprzednią wojnę, stosują schematy z minionej już epoki w nowych, nieadekwatnych okolicznościach. Przybliżając skutki sprzeczne z własnymi interesami narodowymi. Ta hipoteza to drugi z trzech zapowiedzianych elementów wyjaśnienia.

Trzecie wyjaśnienie to szczególny rodzaj półperyferyjnego „szczęścia”. Australijski intelektualista David Horne opisał swojego czasu swoją ojczyznę u progu wielkich zmian geostrategicznych jako „szczęśliwy kraj” (w książce „The Lucky Country”). Była to głęboka ironia. „Szczęśliwy kraj zarządzany głównie przez poślednich ludzi”, którego „liderom… tak brakuje ciekawości spraw dziejących się wokół, że są przeważnie zaskakiwani rozwojem wypadków”. Wybitny strateg australijski, prof. Hugh White, dodał po latach, że zapewniane Australii przez amerykańską „dobrotliwą hegemonię” bezpieczeństwo i dobrobyt rzeczywiście uczyniły ten kraj szczęśliwym, i że państwa doświadczające tego rodzaju szczęścia nie potrzebują prawdziwej polityki zagranicznej, bo świat służy im dobrze taki, jaki jest, bez potrzeby większego wysiłku z ich strony („Without America”).

Polska i inne kraje regionu podlegały intensywnej westernizacji w okresie apogeum potęgi Zachodu, wraz z silnymi złudzeniami „końca historii” i postpolityki, które ten moment zrodził. Te wyjątkowe warunki musiały wytworzyć szczególnie „szczęśliwe” elity: wyjątkowo poślednie, wyjątkowo niezainteresowane poważną polityką, w tym polityką zagraniczną. Rządzące jakby we śnie

Ma to zastosowanie także do Polski (i innych krajów regionu). Odzyskawszy niepodległość w wyniku zewnętrznie wspomaganej implozji imperium sowieckiego, doświadczyły, obok wszystkich trudności, kilku dekad bezprecedensowo korzystnej koniunktury gospodarczej i geopolitycznej w ostatnich kilkuset latach swojej historii. Mało tego, podlegały intensywnej westernizacji w okresie apogeum potęgi Zachodu, wraz z silnymi złudzeniami „końca historii” i postpolityki, które ten moment zrodził. Te wyjątkowe warunki musiały wytworzyć szczególnie „szczęśliwe” elity: wyjątkowo poślednie, wyjątkowo niezainteresowane poważną polityką, w tym polityką zagraniczną. Rządzące jakby we śnie.

Także dlatego Polska może sobie pozwolić – a raczej jej rządzącym wydaje się, że może – na dymisję szefa dyplomacji w środku bardzo ważnego kryzysu na krytycznej dla Warszawy Białorusi, w pożegnalnym geście wspierającego najbardziej ostentacyjnie prorosyjskiego z liderów tamtejszej opozycji demokratycznej. Czy na publikację strategii bezpieczeństwa narodowego, w której słowa „Białoruś” czy „racja stanu” nie padają ani razu. Szczęśliwy kraj.

Nie musi tak być. I oczywiście nie powinno. Wraz z końcem pozimnowojennych wakacji i postępującym rozkładem liberalnego porządku międzynarodowego to poczucie szczęścia staje się coraz groźniejsze dla dobra wspólnego. Z drugiej strony, ten sam proces oznacza słabnięcie przyczyn, motorów napędowych peryferyjnej negacji własnych interesów narodowych. Potęga Zachodu, globalizacja, liberalny imperializm – przecież słabną.

Przed Polską leży dość jasny wybór. Może utrzymywać się w dotychczasowym poczuciu szczęścia i pozostać niewydolnym, nienadążającym za dynamicznie zmieniającą się rzeczywistością państwem. Również gdy zmiany porządku międzynarodowego dotykają jej najżywotniejszych interesów strategicznych, jak teraz. Albo zdobyć się na dyskomfort zaakceptowania trudnej prawdy o swoich realnych zdolnościach i potrzebie zmian, by zadbać o adekwatną do swojego potencjału polską rolę w coraz ciekawszym XXI wieku.

 

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Dlaczego gramy w cudze gry na Białorusi”

  1. Adrianos99 pisze:

    Wspieranie demokracji na Białorusi nie zakłada, że demokratyzacja równa się westernizacja.

    Zakłada, że demokratyzacja oznacza racjonalny i pokojowy wybór przez społeczeństwo białoruskie modelu: albo modelu europejskiego pokojowego rozwoju liberalnego albo modelu rosyjskiego autorytarnego oligarchicznego. Przyzna Pan chyba, że wybór dla przeciętnego Białorusina, który ma wiedzę nt poziomu życia w obu tych modelach jest oczywisty.

    Oczywiście liberalna demokracja, oprócz wolnych wyborów, oznacza pluralizm, praworządność, wolnorynkową gospodarkę, brak korupcji, społeczeństwo obywatelskie itd.

    Jeśli, tak jak Polska, nie ma się instrumentów do realizacji swojej realpolitik, niejako automatyczne wpieranie demokratyzacji jest jedyną opcją.

    I to nieprawda, że liberalna demokracja jest na świecie w odwrocie 🙂 Pozdrawiam

  2. Konfederatka pisze:

    Jak zwykle u p. Radziejewskiego – mocny i poruszający, w prostocie logiki, obraz naszej rzeczywistości. Bardzo gratuluję i zgadzam się w 100% z Pana opinią. Niech Pan nadal otwiera oczy tym, którzy umieją i jeszcze chcą czytać…. Ja czekam na następne analizy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz