Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Bliżej świata postzachodniego. Polityka międzynarodowa w czasach zarazy

Spadek znaczenia Zachodu nie jest niczym nowym. To co jednak uderza w dobie zarazy, to przyśpieszenie i rozszerzenie tego megatrendu na własne życzenie

Zaczynaliśmy rok 2020 w atmosferze niepokoju i niepewności związanych z przyśpieszającą erozją ładu międzynarodowego, zmiennymi losami rywalizacji supermocarstw i początkami epidemii COVID-19. Kończymy go w aurze chaosu i rozpadu świata, jaki znamy, licząc straty w ludziach, w dobrach materialnych i niematerialnych. Ciosy zadane przez zarazę nie rozłożyły się równomiernie: największym przegranym jest Zachód, największym wygranym – Azja Wschodnia. Już wcześniej dominacja pierwszego była coraz słabsza i coraz silniej kwestionowana, a wzrost drugiej – coraz bardziej znaczący. Jednak rok 2020 to duży krok w stronę postzachodniego świata.

Klęska Zachodu

Obok twardych danych, w polityce ważne są symbole. Do najdonioślejszych momentów tego roku zaliczyłbym obrazy chińskich samolotów ze sprzętem medycznym dla pogrążających się w otchłani pandemii Stanów Zjednoczonych i Europy. Przez ostatnich kilkaset lat to zawsze Zachód grał rolę dostawcy pomocy humanitarnej dla różnych krajów i cywilizacji. Odzwierciedlało to prawidłowość, w myśl której hojność jest przywilejem silnych. Teraz Zachód stał się odbiorcą pomocy humanitarnej, ustępując miejsca wzrastającemu Państwu Środka. Podobnie symboliczna była chwila, w której prezydent USA Donald Trump próbował przejąć dla siebie niemiecką technologię szczepionkową, podczas gdy chiński przywódca Xi Jinping negocjował warunki dostaw pomocy medycznej dla krajów z całego świata. W chwili próby Ameryka okazała się egoistycznym państwem narodowym bardziej niż „dobrotliwym hegemonem”. Chiny nie zastąpiły jej w tej ostatniej roli, ale mimo całego egoizmu i narzucania trudnych często warunków wsparcia, mimo wewnętrznego despotyzmu i zewnętrznego wyrachowania, mimo wszystkich niebagatelnych obciążeń wizerunkowych – wypadły podczas zarazy mniej źle w swej międzynarodowej roli. Europa, tradycyjnie już, była zbyt zajęta sama sobą, by cokolwiek istotnego zaoferować reszcie świata, a że tym razem znalazła się wśród najbardziej poszkodowanych, oszczędziła wszystkim nawet zwyczajowej dawki wielkopańskiej retoryki. Zdołała się pod wpływem kryzysu nie rozpaść, a nawet pogłębić integrację w niektórych obszarach (choć nie wiadomo, czy nie wywoła to dezintegrującej reakcji w dłuższej perspektywie), ale to tyle.

W chwili próby Ameryka okazała się egoistycznym państwem narodowym bardziej niż „dobrotliwym hegemonem”

Degradacja Zachodu do roli odbiorcy pomocy humanitarnej wynika z faktu klęsk, do których doszło w najbardziej rozwiniętych krajach. Setki tysięcy zgonów to bezmiar tragedii ludzkich i ciężkie straty najcenniejszego dobra, jakim są mieszkańcy, ale też – kluczowa w przypadku zarazy część rachunku względnej potęgi. Gdy wszyscy tracą, wygrywa ten kto traci najmniej. Zachód traci podczas tej zarazy najwięcej, nie tylko, lecz przede wszystkim w ludziach. Azja Wschodnia – najmniej.

Wśród 35 krajów z największą liczbą zgonów oficjalnie sklasyfikowanych jako spowodowane COVID-19 na milion mieszkańców przeważają członkowie Zachodu, są państwa Ameryki Łacińskiej i Bałkanów oraz tylko jeden przedstawiciel Azji – i jest to akurat pograniczna, chrześcijańska Armenia (dane na dzień 28.12.2020). Najbardziej dramatyczne doniesienia o przebiegu zarazy nie dochodzą tym razem z Afryki ani z Azji. Dochodzą głównie z Zachodu, na czele z USA, Wielką Brytanią, Francją, Włochami, Hiszpanią, ostatnio też Polską. Słychać je także z Ameryki Łacińskiej czy Bałkanów, to jednak de facto peryferie świata euroatlantyckiego lub kraje pograniczne, znacznie uboższe we wszelkie zasoby potrzebne do walki z pandemią.

Źródło: Worldometers, www.worldometers.info, 28.12.2020

Zestawienie tego samego wskaźnika w układzie Zachód-Azja Wschodnia daje obraz wręcz porażający. I tak, o ile liczba koronazgonów na milion mieszkańców wynosi 1653 przypadki w Belgii, 1198 we Włoszech, 1072 w Hiszpanii, 1045 w Wielkiej Brytanii, 1034 w USA, 966 we Francji (oraz 718 w Polsce i 372 w Niemczech), o tyle w najgorzej radzącej sobie na drugim końcu Eurazji Japonii jest to… 26. I dalej, w Korei Południowej – 16, w Singapurze – 5, na Tajwanie – 0,3. To nie różnica, to przepaść. Ogromna przepaść.

Bogactwo popłynie na wschód

Nie tak drastyczne, ale wciąż znaczące są znane dotąd różnice gospodarcze. O ile  w ostatnich latach ogromnym problemem znamionującym rozsadzanie dawnego ładu międzynarodowego był wzrost gospodarczy Chin, wyższy o 3-4 punkty procentowe w stosunku do USA, o tyle wedle ostatniej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego różnica ta wzrośnie w 2020 r. do ponad 6 punktów. Wśród krajów, którym uda się zachować w tym roku dodatni wzrost PKB, nie ma ani jednego zachodniego. Są natomiast, oprócz Chin, inni przedstawiciele Azji, i to nie tylko tacy jak Wietnam czy Birma, ale też Turkmenistan i Uzbekistan. Do „zielonych wysp” należą też niektóre kraje afrykańskie, z Południowym Sudanem i Egiptem na czele.

Źródło: https://www.imf.org/external/datamapper/NGDP_RPCH@WEO/OEMDC/ADVEC/WEOWORLD

 

To oczywiście nie koniec tej historii. Pełniejszy obraz gospodarczych skutków pandemii poznamy w kolejnym roku, pełny – najwcześniej za kilka lat. Jednak już teraz widać, że pod kolejnym kluczowym względem Zachód wypada źle, Azja – dużo lepiej. Znać tu skądinąd kompletne oderwanie od rzeczywistości naszych sporów z gatunku „zdrowie czy gospodarka”. Zachód ucierpiał bardziej pod obydwoma względami. Azja Wschodnia przeszła dotychczasowy przebieg zarazy z łagodniejszymi restrykcjami i mniejszymi stratami gospodarczymi, ratując zarazem więcej życia i zdrowia swoich mieszkańców. Niezdolność tak wielu przedstawicieli elit na Zachodzie do zrozumienia przez tak długi czas, że zdrowie i gospodarka tworzą wraz w innymi dziedzinami życia organiczną, współzależną całość, którą tylko z przyczyn technicznych podzielono kiedyś na papierze na osobne światy, wydaje się być jedną z miar kryzysu cywilizacyjnego, w którym jesteśmy, a który COVID-19 wyraźniej oświetlił.

Europa, tradycyjnie już, była zbyt zajęta sama sobą, by cokolwiek istotnego zaoferować reszcie świata

W wyniku tej zarazy nastąpi kolejna transza transferu globalnego bogactwa ze świata euroatlantyckiego na Daleki Wschód. Już następuje. I nie chodzi tylko o bieżące wyniki PKB, ale też o rozwój technologiczny mierzony zastosowaniami sztucznej inteligencji w identyfikacji zakażeń, zachowanie tkanki społecznej, poziom zadłużenia. Będą one miały niebagatelny wpływ na długofalowy rozwój. Chodzi też o przebudowę łańcuchów dostaw, o której tyle w tym roku na Zachodzie dyskutowaliśmy chcąc większej niezależności od dostaw z Chin, a która coraz wyraźniej przybiera kształt rozwoju azjatyckich rynków wewnętrznych i postępującej tam integracji regionalnej (RCEP). Znów z wiodącą rolą Państwa Środka.

Przesunięcie geopolityczne

Ma więc ta pandemia również ewidentny aspekt geopolityczny. Wymiary humanitarno-zdrowotny i gospodarczy sumują się w kolejne przesunięcie potęgi względnej z Zachodu na Wschód. Podobne w pewnym sensie do tego, jakie nastąpiło podczas kryzysu finansowego. Tym razem zastaje ono jednak świat w znacznie większym napięciu, a Zachód w o wiele trudniejszej sytuacji. Dwanaście lat temu Chiny nie były jeszcze równorzędnym rywalem dla Stanów Zjednoczonych, dziś już są. Sam Zachód był zaś w przededniu pandemii o wiele bardziej podzielony i niestabilny niż wtedy, a COVID-19 jeszcze znacznie ten proces pogłębił i przyśpieszył. Katastrofa humanitarna i poważna recesja spadły na Stany Zjednoczone i Europę akurat w momencie, gdy wypracowywały one zarys wspólnego stanowiska względem Chin, a Ameryka zdawała się przymierzać do skorzystania z ostatniej być może szansy na powstrzymanie swojego głównego rywala. Jeśli ta możliwość w ogóle istniała, to nasuwa się pytanie, czy po tej zarazie nadal tak będzie. O ile nawet, okno możliwości z pewnością się przymknie.

Miarą dokonującego się już przesunięcia potęgi są rosnące problemy wewnętrzne Zachodu i jego coraz wyraźniejsza bezradność wobec kryzysów w najbliższym otoczeniu geopolitycznym. Na pograniczu tych procesów jest rosnący problem Turcji: kluczowego członka i niedawnego kandydata do UE, który nie tylko coraz wyraźniej się światowi transatlantyckiemu wymyka, ale coraz bardziej podważa jego spójność, grając we własną grę na mocarstwowość. Blokowanie aktualizacji planów obrony flanki wschodniej, konflikty z Francją i Grecją, zniszczenie formatu mińskiego podczas kryzysu na Kaukazie – są tego przejawami. Nie pierwszymi i raczej nieostatnimi.

W wyniku zarazy nastąpi kolejna transza transferu globalnego bogactwa ze świata euroatlantyckiego na Daleki Wschód

To zresztą właśnie nieobecność mocarstw zachodnich podczas kryzysu spowodowanego wojną azerbejdżańsko-armeńską jest jednym z wyraźnych przykładów wspomnianej bezradności. Nieobecność częściowo samorzutna, a częściowo wymuszona. W sąsiadującym z Zachodem regionie kryzys przebiegł i został rozwiązany bez udziału mocarstw zachodnich, z ośmieszeniem i zniszczeniem wcześniej funkcjonującego formatu mińskiego (oraz pokazowym upokorzeniem aspirującej do jego reaktywacji Francji) przez słabszą teoretycznie Turcję. Bardzo blado wypadło również zaangażowanie wiodącej cywilizacji w kryzys białoruski. Poza powtarzaniem liberalnych frazesów rodem z poprzedniej epoki, w nowych realiach wywołujących głównie efekt wpychania osłabionego dyktatora głębiej w ramiona Rosji, mocarstwa zachodnie nie miały w tej sprawie do zaoferowania nic istotnego poza ideą rozwiązywania problemu w konsultacji z Moskwą. Znamienne skądinąd – również ze względu na konkluzję tego tekstu – było wymowne milczenie w obu przypadkach głównego amerykańskiego (a w głębszym sensie w ogóle zachodniego) rywala, Chin.

Nie możemy poświęcić tu wiele uwagi każdemu regionowi czy cywilizacji, odnotujmy jednak na marginesie, że w obu powyższych przypadkach bezradności Zachodu towarzyszyła znacząca rola Rosji. Rosji słabej i wielowymiarowo słabnącej, a w tej pandemii doświadczającej ciężkich szoków związanych z drastycznym spadkiem cen surowców energetycznych i nie tylko. Mimo to kryzys białoruski umiejscowił ją w roli głównego zewnętrznego rozgrywającego, a kryzys kaukaski – jednego z głównych, przegrywającego z Turcją, ale wciąż będącego w klubie największych udziałowców, pomniejszonego o mocarstwa zachodnie. Obok bardzo wyraźnej regionalizacji problemów – związanej z tym, że coraz więcej spraw toczy się już poza zasięgiem Zachodu i wciąż poza zainteresowaniem Azji – wygląda to na znak świata, w którym nawet słabi mogą odgrywać ważną rolę i wygrywać, jeśli tylko są silniejsi od innych słabych w konkretnych aspektach i konkretnych przesileniach. Nie mówię, że obserwowaliśmy jakiś wielki triumf Rosji, ani tym bardziej, że będziemy go obserwować w niedalekiej przyszłości. Zauważam, że coraz wyraźniej rysuje się system międzynarodowy, w którym słabości Moskwy nie potrafi lub nie chce wykorzystać żadne z wielkich mocarstw ani żadna z głównych cywilizacji, co w jednych przypadkach skutkuje sukcesami tego słabnącego kolosa, w innych – zyskami pomniejszych graczy, których jeszcze niedawno nikt nie brałby pod uwagę.

Jednocześnie w dobie zarazy Stanom Zjednoczonym udało się na głównym froncie – wreszcie – osiągnąć znaczące postępy w powstrzymywaniu ekspansji Państwa Środka w dziedzinie technologii 5G, w odcinaniu rywala od dostępu do półprzewodników, w wizerunkowym obciążaniu go pandemią. To jednak za mało na przełom w nowej zimnej wojnie, i za mało by zrekompensować zachodzącą w dobie zarazy zmianę układu sił na niekorzyść Zachodu i samej Ameryki. Zwłaszcza, że to w Azji powstała w tym roku największa na świecie strefa wolnego handlu, a Sylwestra przywitaliśmy w akompaniamencie doniesień o porozumieniu inwestycyjnym Chiny-UE (CAI).

Spadek znaczenia Zachodu nie jest niczym nowym. Przeciwnie, to sekularny trend opisywany od dawna. Powtórzmy za autorem, którego trudno podejrzewać o brak sympatii do liberalnego świata, prof. Romanem Kuźniarem, że udział ludzi Zachodu w światowej populacji spadł z 33 proc. w roku 1913 do 17 proc. w 2003 i prawdopodobnie spadnie do 12 proc. w 2050, mniej niż w roku 1700. Udział w globalnej produkcji zmalał z 68 proc. w 1950 r. do 47 proc. w 2003, i wedle prognoz spadnie poniżej 30 proc. w 2050 – mniej niż w roku 1820 („Zmierzch dominacji Zachodu” [w:] R. Kuźniar (red.), „Kryzys 2008 a pozycja międzynarodowa Zachodu”).

Liderzy zachodni są w stanie poświęcić interes publiczny (w tym życie własnych obywateli) pod wpływem doraźnej, partykularnej presji, czy to biznesu, czy opinii publicznej

Otwarte drzwi dla wirusa

To co jednak uderza w dobie zarazy, to przyśpieszenie i rozszerzenie tego megatrendu na własne życzenie. Zachód nie miał w przededniu inwazji COVID-19 atutu Azji Wschodniej w postaci doświadczenia z niedawnymi epidemiami. Miał jednak inne: lepiej rozwinięte nauki medyczne i sektory farmaceutyczne, większe bogactwo, bezcenną przewagę czasu związaną z późniejszym pojawieniem się wirusa i możliwością nauki na cudzych przejściach. Popularna narracja o rzekomej nieuchronności takiego a nie innego przebiegu pandemii, związanej jakoby z obiektywnymi uwarunkowaniami, umniejsza znaczenie katastrofalnych błędów politycznych, jakie popełniono.

Czołowi przywódcy zachodni zlekceważyli COVID-19, stawiając na kontynuację beztroskiej postpolitycznej aktywności. Hiszpanie zorganizowali w Madrycie wielki marsz feministek 8 marca (z ironicznie teraz brzmiącymi hasłami w rodzaju: „Patriarchat zabija więcej ludzi niż koronawirus”), Włosi przeprowadzili Ligę Mistrzów, Francuzi i Niemcy – wybory. Donald Trump mówił, że mamy do czynienia ze zwykłą grypą, którą nie należy specjalnie się przejmować. I tak dalej, i tym podobne. „Cywilizowany” świat zastosował wobec wirusa politykę otwartych drzwi. Państwa zachodnie de facto zrzuciły na własne społeczeństwa bomby biologiczne w przekonaniu o własnej niezniszczalności i wszechmocy.

Wbrew popularnemu przekonaniu, ta pandemia była – w ogólnym zarysie – wielokrotnie przewidywana. Nie ma usprawiedliwienia dla rządów i korporacji za zlekceważenie zagrożenia globalnej zarazy – mówił w związku z tym Nassim Taleb. O ile jednak w przypadku pierwszej fali można to jeszcze zrozumieć ważąc siłę przyzwyczajeń związanych z wieloletnią wolnością od zagrożeń epidemicznych i pokrewnych czynników, o tyle słabe lub zgoła żadne przygotowanie na powszechnie przewidywaną drugą falę znamionuje głębszy problem. Zwłaszcza, że było w krajach dotkliwie potraktowanych przez wiosenną fazę pandemii związane z luzowaniem obostrzeń – w sposób zwiększający transmisję wirusa – podczas trwających wzrostów zakażeń.

To oznaka dramatycznego kryzysu przywództwa. Dowód, że czołowi liderzy zachodni są w stanie poświęcić interes publiczny (w tym życie własnych obywateli) pod wpływem doraźnej, partykularnej presji, czy to biznesu, czy opinii publicznej, czy jednego i drugiego – i że to właśnie zrobili, podczas gdy przywódcy wschodnioazjatyccy postąpili inaczej. A na samym Zachodzie najmniej złe wyniki walki z zarazą nie są udziałem Stanów Zjednoczonych czy Francji, ale Norwegii, Estonii czy Finlandii, Australii czy Nowej Zelandii. Niewielkich, peryferyjnie położonych krajów pozbawionych szerszego oddziaływania, a w dwóch ostatnich przypadkach – zlokalizowanych zastanawiająco blisko Azjo Wschodniej

W tym świetle mniej dziwi niezdolność czołowych zachodnich polityków do wykorzystania dostępnej wiedzy ani o nadchodzącej pandemii, ani o lekcjach z jej pierwszej fali. Mniej dziwi też kontrast między wciąż wyraźną – o czym świadczy na przykład błyskawiczne opracowanie szczepionek – potęgą zachodniej nauki a jakością rządzenia.

Światem nie rządzi nikt

Jak to się stało, że społeczeństwa zachodnie oddały władzę ludziom tak niekompetentnym i zdemoralizowanym, by w imię mglistych doraźnych kalkulacji narazić życie i zdrowie własnych obywateli oraz potęgę i dobrobyt swoich krajów – to temat na osobne studium. Zakończmy ten tekst pytaniem: co z tego wynika dla sytuacji międzynarodowej?

Coraz wyraźniej rysuje się system międzynarodowy, w którym słabości Moskwy nie potrafi lub nie chce wykorzystać żadne z wielkich mocarstw ani żadna z głównych cywilizacji

W bardziej technicznym sensie, właściwym nauce o stosunkach międzynarodowych, obserwowaliśmy znaczące, ale raczej nie przełomowe przyśpieszenie i wyostrzenie wcześniejszych tendencji relatywnego słabnięcia Zachodu i wzrostu Azji z Chinami na czele oraz postępującej anarchizacji systemu światowego. Ten ostatni jest oczywiście z zasady anarchiczny ze względu na brak ostatecznej instancji na podobieństwo władzy centralnej w obrębie państwa. Zarazem jednak ta anarchiczność jest stopniowalna, z przepastnymi różnicami praktycznymi pomiędzy poszczególnymi szczeblami teoretyzowanego porządku. Im mniej biegunów, tym mniej chaosu i więcej ładu. Po zimnej wojnie amerykańsko-sowieckiej mieliśmy „jednobiegunową chwilę”, gdy potęga USA tak dalece przewyższała potęgę każdego innego państwa lub koalicji państw, że wykształcił się system quasi-jednobiegunowy, ze Stanami w roli „światowego żandarma”. Prowadzącymi politykę liberalnego imperializmu i kreującymi reguły gry dla bogatszej, silniejszej i wyżej rozwiniętej części świata. System ten zaczął być stopniowo rozsadzany przez wzrost potęgi Chin, który wraz z osiągnięciem przez to państwo-cywilizację statusu wielkiego mocarstwa (czy też supermocarstwa) nie tylko zakończył „jednobiegunową chwilę”, ale obudził cały szereg uśpionych dotąd mocarstw – takich jak Indie czy Francja – do prowadzenia bardziej samodzielnej polityki. Nie tylko mocarstw zresztą: po czasie triumfów liberalnego internacjonalizmu mamy ewidentny wzrost nacjonalizmów.  Generalnie, przechodziliśmy od quasi-jednobiegunowości do chaotycznego oscylowania między dwubiegunowością a wielobiegunowością. Ze Stanami Zjednoczonymi i w ogóle Zachodem już zbyt słabym, by kontrolować system światowy, a Chinami (oraz znacznie mniejszymi graczami takimi jak Rosja, Iran czy Turcja) – na tyle silnymi, by kontestować dotychczasowy porządek, ale wciąż zbyt słabymi, by stworzyć nowy.

Rok 2020 i czas pandemii to wyraźny, większy niż wynikałoby to z wcześniejszej dynamiki, krok w tym kierunku. W stronę wielobiegunowości, globalnej anarchii, nacjonalizmów i regionalizmów. W sensie struktury systemu międzynarodowego niebagatelna, ale nie przełomowa zmiana. Jednak ten nieco techniczny punkt widzenia zdaje się nie nadążać, jak nieraz bywa, za istotą rzeczy. Sięgnijmy więc do filozofii.

Brakuje kogoś gotowego do przejęcia dominującej roli na planecie. Wiodącej w sensie duchowym i symbolicznym, nie technicznym i materialnym, bo tu oczywistym liderem są Chiny

Jose Ortega y Gasset kończył swoje opus magnum, jakim był „Bunt mas”, pytaniem o to, kto rządzi światem. W głębokim sensie sprawowania władzy duchowej: wyznaczania dominujących opinii, na temat celów i norm życia. Odpowiedź z międzywojnia brzmiała: nikt. Europa już nie rządziła, nikt inny jeszcze nie sformułował skutecznej alternatywy. W głębokim sensie zapanowała anarchia. Zapowiadało to zdaniem Ortegi czas barbarzyństwa, chaosu i powszechnej demoralizacji. Lata 30. i 40. potwierdziły trafność tej diagnozy i prognozy.

Podobnie jest dziś, choć trzeba się oczywiście wystrzegać zbyt prostych analogii. Polityczne efekty pandemii – pokazują – czy może raczej potwierdzają – że nasza cywilizacja nie rządzi już światem. W głębokim sensie tego słowa: sprawowania władzy duchowej, symbolicznej. O ile przed pandemią zachodnie normy były przez rosnącą na znaczeniu resztę świata postrzegane jako coraz bardziej kontrowersyjne i coraz częściej kwestionowane – w ostatnich latach również intensywnie w obrębie samego Zachodu – o tyle po pandemii uprawnienie do symbolicznego panowania nad światem cywilizacji, która mając tak wielkie zasoby stała się głównym obszarem katastrof humanitarnych i odbiorcą pomocy humanitarnej, jawi się jako głęboka niedorzeczność.

Jednocześnie brakuje jasnej alternatywy, brakuje kogoś gotowego do przejęcia dominującej roli na planecie. Wiodącej w sensie duchowym i symbolicznym, nie technicznym i materialnym, bo tu oczywistym liderem są Chiny. Być może z czasem to one sięgną po tę rolę, tak jak kiedyś od dawna największe gospodarczo Stany Zjednoczone potrzebowały dekad, by stać się światowym przywódcą w głębokim tego słowa znaczeniu. To jednak pieśń przyszłości, a nie obecna lub bliska rzeczywistość. Sytuacja aż krzyczy o odnowę Zachodu jako żywotnej cywilizacji z nowym pomysłem na panowanie nad światem, z nową, atrakcyjną ofertą dla niego. Oznak tego jednak nie widać.

W efekcie budzimy się w świecie, którym w głębszym sensie tego słowa nie rządzi nikt.

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz