Nasze schizochronie

Prawdziwy chaos zaczyna się, kiedy uwzględnimy współobecność różnych epok, zanurzenie w różnych czasach poszczególnych krajów, dzielnic, kamienic i rodzin; a mam wrażenie, że splątanie to osiąga swoje maksimum w Polsce

O pochodzeniu Stanisława Lema różnie mówiono, biedny Philip K. Dick w jednym z podmuchów paranoi miał wręcz, jak wiadomo, nazwisko „LEM” za kryptonim komórki sowieckiego wywiadu wojskowego, ale co wytrawniejsi biografiści nie mają wątpliwości, że pisarz był Polakiem, a przy tym – Galicjaninem, C.K. z krwi und kości. A skoro tak, Polakiem musiał być i jego najsympatyczniejszy wychowanek, Ijon Tichy.

Bohater i narrator „Dzienników gwiazdowych” nie składał w tej kwestii zbyt wielu deklaracji, skazani więc jesteśmy na dowody poszlakowe. O co najmniej środkowoeuropejskim pochodzeniu Tichego świadczy jego słabość do pieczeni wołowej i cwibaku, imiona antenatów (Franciszek, Igor, Sebastian, Wszechświt), jak również fakt, że jeden z jego przodków nazywał się ponoć „Cichy”, co zostało źle zanotowane przez sepleniącego urzędnika: a wszyscy wiemy, w jakim regionie Europy nazwiska nadawali i spisywali niewładający językiem rdzennej ludności buchalterzy. Nie bez znaczenia jest fakt, że, jak ujawnił TIchy w jednym ze wspomnień, rodowy okrzyk jego przodków brzmiał „AWRUK!”. Ja jednak odkryłem ostatnio dodatkowy dowód polskiego pochodzenia najsławniejszego podróżnika Galaktyki, o którym więcej za chwilę.

Najpierw – o innym, niemal równie doniosłym spostrzeżeniu anonimowego kartografa z sympatycznego portalu „Terrible Maps”, który równie odważnie, co niedbale nakreślił mapę świata podzielonego nie, jak zwykle, granicami państw lub zasięgiem występowania puszczyka mszarnego i sowy pójdźki. Nie, na mapie zaznaczono sześcioma kolorami pięć epok: czasy kamienia gładzonego, okres kolonialny, rok 1900, „współczesność” i Przyszłość. Dodatkowy, szósty kolor zarezerwowano dla „zmieszania wszystkich czasów”, którym zdaniem pomysłodawcy najlepiej charakteryzują się Indie.

Mamy do czynienia z kipielą przynależności, lojalności i podziałów, i prawdziwa mapa „przynależności chronologicznej” poszczególnych ziem wyglądałaby nie jak kolorowanka sumiennej drugoklasistki, lecz raczej jak płótno Jacksona Pollocka, na które bryzgnął był barszczyk

Zgadza się! Serce Afryki i Ameryki Południowej to rzeczywiście – jeśli weźmie się pod uwagę potrzeby, przeżywalność i zagrożenia – epoka kamienna, nawet, jeśli czasem brzęknie tam ajfon lub ampułka. Pas od Maroka po Myanmar to w znacznej mierze czasy kolonialne, tyle że nie opisuje ich już Conrad. Midwest, Europa Środkowa i Rosja – to rok 1900, z jego namiętnościami, przywiązaniem do wspólnot narodowych i ciągle jeszcze nadzieją na przyszłość. Europa Zachodnia i Wschodnie Wybrzeże dobrze dają sobie radę (jak dotąd) w teraźniejszości, nawet, jeśli kręcą się w niej w kółko. Małe przyczółki Przyszłości utrzymują się w Kalifornii, w okolicach Bostonu i Beneluksu, w Japonii i na wschodnim wybrzeżu Chin.

Już taki obrazek pokazuje, wobec jakich kolosalnych trudności z porozumieniem stoi świat. Z konfliktami wynikającymi z podziałów terytorialnych, z granic i dziedzin obecnych w przestrzeni usiłujemy sobie jakoś radzić przez tysiąclecia: były i są wojny i rozbiory, koncepcje brzękających cyrklem geopolityków, ale są też poselstwa, ambasady, słowniki i festiwale kulturalne, straże graniczne i enklawy: cała gigantyczna mądrość dyplomacji, która jest sztuką rozmowy z tymi innymi zza miedzy, wznoszenia wąskich bodaj kładek. Ale jak funkcjonuje się w świecie podzielonym na strefy czasowe? Jak wysyła się poselstwa do reprezentantów innej epoki, jak otwiera się u nich ambasady? Jak wygląda protokół dyplomatyczny i pierwsze rozmowy, jeśli wszystko nie ma być slapstickową komedią pomyłek niczym „Goście, goście” – filmem tak głupim, że aż śmiesznym?

Problem jest tym poważniejszy, że kartograf „Terrible Maps” poszedł na skróty: za łatwo by było, gdyby podział naszego świata na różne współistniejące epoki dało się odmalować sześcioma barwami, oddzielonymi ostrym konturem. W rzeczywistości mamy do czynienia z kipielą przynależności, lojalności i podziałów, i prawdziwa mapa „przynależności chronologicznej” poszczególnych ziem wyglądałaby nie jak kolorowanka sumiennej drugoklasistki, lecz raczej jak płótno Jacksona Pollocka, na które bryzgnął był barszczyk.

A dodajmy jeszcze, że podziały te (a właściwie – uskoki, archipelagi, zlewania się czasów) przebiegają przecież nie w poprzek kontynentów. Na dobrą sprawę trzeba by zacząć od siebie: czy każdy z nas nie bywa przypisany do różnych czasów – „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie?”, jak pisał niezły w dziedzinie introspekcji poeta? Znam ludzi, w których grają te same emocje polityczne, co we wczesnych latach 90., ale kiedy ci sami ludzie dorwą się do Instagrama i innych mediów społecznościowych (SoMe, jak mawiają fachowcy) stają się so 2015. Po drugiej butelce wina śpiewają już tylko Kaczmarskiego, ale cytaty zeń wplatają całkiem na trzeźwo również w nieśmieszne dla innych memy. Na nogach Nike, na głowie czub sarmacki. I tak dalej.

Mniejsza o podobne – że pozwolę sobie na nowy termin – schizochronie w obrębie jednej osobowości: kto włada sobą, jest je jeszcze w stanie jakoś zintegrować. Prawdziwy chaos zaczyna się, kiedy uwzględnimy współobecność różnych epok, zanurzenie w różnych czasach poszczególnych krajów, dzielnic, kamienic i rodzin; a mam wrażenie, że splątanie to osiąga swoje maksimum nie gdzie indziej, jak w Polsce.

Ijona Tichego, jak pamiętamy, uratowały ostatecznie dziarskie kopie małego Ijonka, bliźniacy, którzy zdołali we dwóch wejść do jednego skafandra kosmicznego i dysponując czworgiem kończyn dokręcić feralne śruby sterów. Ale my już nie mamy bliźniaków, niemal nikogo już nie ma, kto nie okładałby się kastetem i tabletem

Stąd moja odważna hipoteza o polskim pochodzeniu Ijona Tichego. Czy pamiętają Państwo pericula, w które popadł, za sprawą podstępnego meteoru, w okolicach Betelgeuzy? Opisał je sumiennie w „Podróży siódmej”. Jego tracący sterowność pojazd kosmiczny trafił prosto w strefę potężnych wirów grawitacyjnych, w której „wielokrotnie obserwowano fenomeny podwojenia, a nawet potrojenia teraźniejszości”. I stało się: poniedziałkowy Ijon zbudził się w obecności wtorkowego, czwartkowy zdzierał skafander z piątkowego, a niedzielny wyżerał z kuferka pod koją czekoladę. A potem już poszło. „Ocknąłem się, siedząc na podłodze w łazience; ktoś dobijał się do drzwi. Jąłem opatrywać sińce i guzy, a tamten wciąż stukał; okazało się, że to środowy. (…) Po przejściu przez bardzo silny wir dodatni ledwo mieściliśmy się w kajucie i korytarzu, najgorsze było wszakże, iż rozmiary czasowych przesunięć wciąż rosły, pojawiali się już jacyś szpakowaci, a nawet tu i ówdzie widniały krótko ostrzyżone głowy dzieci, to jest, rozumie się, wszystkimi byłem ja sam z okresu mojego pacholęctwa”.

Czy to nie Polska właśnie? Jedni woskują wąsy, napompowani patosem i pychą, jakby szykowali się do wielkiej rewii kawalerii na krakowskich Błoniach, dla ucieszenia Marszałka. Drudzy odświeżają T-shirty pierwszej „Solidarności” (trochę przyciasne) i marzą, by znów zapłakać w kłębach gazu łzawiącego. Ci pierwsi oferują zarazem samochody elektryczne, niezdecydowani, czy bardziej pasuje im Hilary Minc (pierwsza sześciolatka), czy Elon Musk, ci drudzy lubią tak, wiecie, wyjść na mentalny gazon przed dworkiem i syknąć: „chamstwo się bawi!” na widok pięćsetplusów i Martyniuków. Jednym marzy się na campusach zdrowy, kalifornijski duch wykluczania z debaty proliferów i innych faszystów, drugim patriotyzm jak z Wincentego Pola.

Ijona Tichego, jak pamiętamy, uratowały ostatecznie dziarskie kopie małego Ijonka, bliźniacy, którzy zdołali we dwóch wejść do jednego skafandra kosmicznego i dysponując czworgiem kończyn dokręcić feralne śruby sterów. Ale my już nie mamy bliźniaków, niemal nikogo już nie ma, kto nie okładałby się kastetem i tabletem. W wirach grawitacyjnych trudno się zorientować, kto jest poniedziałkowy, kto czwartkowy: czy wymachiwanie przerobionym świętym obrazkiem to już performatywny postmodernizm, czy jeszcze coś w rodzaju prostej prowokacji socyalisty, co w Wielkim Poście zajada się kiełbasą, jak to smacznie opisał wiek temu w broszurze dla ludu prof. Zenon Klemensiewicz? Bardzo by się przydało, by jakaś Betelgeuza wyrwała nas z tych wirów: bo inaczej wszyscy za chwilę będziemy wczorajsi.

Fot.: Lautenbach (CC BY 2.0)

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz