Co mówi Parlament Europejski o przyszłości Unii?

Europosłowie skończyli właśnie pierwszy etap prac nad opracowaniem polemiki z „Białą księgą” Komisji Europejskiej. Jak do głównych problemów UE odnoszą się przedstawiciele różnych frakcji: od eurosceptyków po socjalistów?

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Mityczna „Bruksela” to nie jest monolit, który jednym głosem mówi o sprawach Unii. Gdy przyjrzymy się bliżej, zobaczymy tam przynajmniej trzech równorzędnych partnerów: Komisję Europejską, Radę Unii Europejskiej i Parlament Europejski. Każdy z nich ma inną misję ustrojową. Każdy jest wybierany w inny sposób; każdy ma własne nawyki i charakter. Dynamika zmian wewnątrz każdego z nich jest inna. Parlament „zastyga” na 5 lat, odzwierciedlając stan opinii publicznej z momentu wyborów powszechnych, podczas gdy Rada UE zmienia swój kształt bezustannie w zależności od wyborów krajowych. Mówić lub pisać o tym, która z tych instytucji jest najważniejsza lub najsilniejsza – to zadanie niełatwe i niepolityczne.

Wielogłos brukselski jest widoczny dobrze na przykładzie dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej. Każdy z trójki dużych graczy ma własny pogląd w tej sprawie, wizję debaty i formułę, w której zabiera głos. Komisja Europejska, która jako pierwsza próbowała narzucić ton tym dyskusjom, wydała w marcu 2017 roku tzw. „Białą księgę”, w której przedstawiła 5 różnych scenariuszy rozwoju Unii po Brexicie. Komisja ma duże narzędzie promocyjne, jakim jest „Orędzie o stanie Unii”, wygłaszane co roku przez przewodniczącego KE w Parlamencie Europejskim i omawiane szeroko w europejskich mediach. Także Rada UE wielokrotnie zabierała głos w tej sprawie. Wystarczy wspomnieć choćby „Deklarację Rzymską” z czerwca 2017 r., ale także inne szczyty unijne, na których dyskutowano i komunikowano ważne kwesie w imieniu szefów rządów i państw.

W pracy AFCO nie tylko poruszane są nowe wątki debaty o przyszłości Unii, ale także podsumowuje się dotychczasowe stanowisko PE w omawianych kwestiach, przede wszystkim wyrażone w dwóch raportach przyjętych na przełomie 2016 i 2017 roku: raporcie Verhofstadta (lidera frakcji liberalnej) oraz raporcie Brok-Bresso (współsprawozdawców z frakcji ludowej i socjalistycznej)

W związku z tym, że rządom i Komisji Europejskiej poświęca się sporo czasu w mediach, proponuję przyjrzeć się bliżej temu, co na temat przyszłości UE ma do powiedzenia Parlament Europejski. Jako instytucja słowa wydawać się może słabszy od swoich partnerów, jeśli chodzi o możliwość forsowania własnych pomysłów. Jednak nie jest on zupełnie słaby, a poza tym dyskusje wewnątrz PE dobrze sygnalizują możliwe kierunki rozwoju poglądów europejskich partii politycznych. Te zaś wypełniają nie tylko dossier parlamentarne, ale także ważne stanowiska w KE i Radzie UE.

Łagodniej wobec Polski?

Komisja ds. konstytucyjnych PE (ang. skrót AFCO) skończyła właśnie pierwszy etap prac nad opracowaniem polemiki z „Białą księgą” Komisji Europejskiej. Dokumenty robocze, które powstały w tej komisji, będą musiały przejść jeszcze długi proces formalny, zanim staną się oficjalnym stanowiskiem PE, ale już teraz wiele można się z nich dowiedzieć. Każda z parlamentarnej frakcji, prócz najbardziej eurosceptycznej Europy Narodów i Wolności kierowanej przez Marine Le Pen, brała udział w pracach nad powstawaniem dokumentów. W pracy AFCO nie tylko poruszane są nowe wątki debaty o przyszłości Unii, ale także podsumowuje się dotychczasowe stanowisko PE w omawianych kwestiach, przede wszystkim wyrażone w dwóch raportach przyjętych na przełomie 2016 i 2017 roku: raporcie Verhofstadta (lidera frakcji liberalnej) oraz raportu Brok-Bresso (współsprawozdawców z frakcji ludowej i socjalistycznej).

Przed przystąpieniem do pisania nowych dokumentów roboczych, posłowie-koordynatorzy reprezentujący wszystkie frakcje polityczne odbyli długi warsztat, a potem w procedurze pisemnej ustalili listę tematów, które będą podjęte. Na kolejnym spotkaniu doszło do podziału tematów między wszystkie frakcje i wybrano sprawozdawców. Dwie duże grupy „mainstreamu”: Europejska Partia Ludowa (EPP) oraz Sojusz Liberałów i Demokratów dla Europy (ALDE) zgłosiły się po temat kontrolowania i wpływów globalizacji. Ze strony EPP sprawozdawcą został jeden z głównych konstytucjonalistów i doradców Viktora Orbána – prof. György Schöpflin. Być może za jego przyczyną raport dość racjonalnie podchodzi do standardowej krytyki państw narodowych. Zasadniczy argument federalistów o tym, że wiele problemów globalnych jest poza zasięgiem sił i możliwości państw spotyka się tu z trzeźwą ripostą, że coś, czego nie dokona pojedyncze państwo narodowe, niekoniecznie i nie „z automatu” musi być wykonane dobrze przez scentralizowaną Unię Europejską. Autorzy przyznają, że UE to hybryda pomiędzy europejską i państwową polityką, ale nie powstał jeszcze jeden europejski „demos”, który dawałby podwaliny pod jednolite i centralne zarządzanie. Co ciekawe, jako przykład problemu transnarodowego obok międzynarodowej korupcji (Panama Papers) wskazywana jest komunikacja i informacja. To potwierdza, jak bardzo na europejskie elity oddziałuje przykład ostatnich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Prócz oczywistego wątku zasady pomocniczości, w którym przyznaje się, że bój toczy się o interpretację tej reguły, poruszany jest wątek „państwa prawa”, choć mówi się o nim w dość otwarty sposób („na świecie powstały nowe systemy rządów prawa, co zabiera Europie monopol na definiowanie go, a to rodzi potrzebę lepszej polityki zagranicznej UE (…)”. W samej Europie „nie ma sensu pytać o to, czy wzmacniać kontrolowanie władzy, ale jak to robić? (…) Jak zaprojektować system checks and balances?”. Czy to zapowiedź łagodniejszej polityki wobec Węgier i Polski? Być może, ale na pewno raport w wersji końcowej będzie w większym stopniu podlegał silnym wpływom zwolenników ostrej linii sporu z Polską. Wydaje się zatem, że te fragmenty mogą ulec radykalizacji.

Wydaje się, że w dziedzinie bezpieczeństwa UE podjęła zasadniczą decyzję i brak kogoś, kto byłby wyraźnie przeciw

Równowaga życia i pracy a sprawa europejska

Wyborcy Janusza Korwin-Mikkego z pewnością nie zareagowaliby pozytywnie na dokument poświęcony wymiarowi socjalnemu integracji europejskiej. Ale nie tylko oni. Dla wielu osób fragmenty o potrzebie dyrektywy dotyczącej work-life balance mogą brzmieć niepoważnie. Ale w raporcie są też inne tezy. Autorzy dowodzą, że integracja w polityce socjalnej nie idzie w parze z integracją ekonomiczną, jaką jest m.in. jednolity rynek wewnętrzny lub wspólna polityka fiskalna. Wzywają więc do redefinicji obu tych polityk i krytykują semestr europejski jako narzędzia narzucania liberalnych rozwiązań gospodarczych kosztem polityki społecznej i socjalnej. Autorzy tego raportu: Barbara Spinelli z Konfederacyjnej Grupy Zjednoczonej Lewicy Europejskiej (GUE) i Fabio Castaldo z frakcji Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej Nigela Farage’a zastanawiają się, czy UE nie powinna ratyfikować Karty Społecznej Rady Europy lub wzmocnić sfery socjalnej protokołem socjalnym Traktatów. Pamiętajmy, że społeczny wymiar polityk państwowych odgrywa ważną rolę choćby w decyzjach emigracyjnych. I nie mam tu na myśli tylko ostatniego kryzysu, gdy wielu Syryjczyków próbowało dostać się do Niemiec, ale także zjawiska z lat 2004-2008, gdy Polacy chętnie korzystali z praw socjalnych innych państw UE, decydując się na emigrację.

Na tematy socjalne przewiduję raczej bardzo długie dyskusje. Wydaje się natomiast, że w dziedzinie bezpieczeństwa UE podjęła zasadniczą decyzję i brak kogoś kto byłby wyraźnie przeciw. Polski kontekst jest tu szczególny, bo śp. Lech Kaczyński popierał w trakcie swojej prezydentury integrację w tej sferze. Rząd PiS miałby więc utrudnione zadanie, chcąc krytykować ten aspekt integracji wyrażony m.in. w formie PESCO, do którego Polska przystąpiła. Tworzenie nowych rodzajów współpracy wojskowej i obronnej to w tej chwili przede wszystkim projekty badawcze i innowacje dla wojska, ale w sensie politycznym panuje konsensus co do tego, że szacunek dla NATO powinien iść w parze z własnymi zdolnościami obronnymi Europy. Osobną kwestią pozostaje wysuwany przez krytyków argument użycia jakichkolwiek sił zbrojnych przy tak różnych interesach państw członkowskich. Myślę jednak, że w przypadku rosyjskiej ingerencji w jedność terytorialną państw bałtyckich, UE nawet w obecnym kryzysie odważyłaby się na zdecydowane kroki.

Europa wielu prędkości przesądzona?

Część poświęcona przyszłości Unii Monetarnej i Ekonomicznej mogłaby wydawać się najbardziej federalna – za przyczyną autorów. Markus Pieper (EPP), ale przede wszystkim Mercedes Bresso (Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów – S&D) to znani przedstawiciele opcji federalnej. Przychylnie odnoszą się oni do pomysłu przewodniczącego Junckera, by połączyć funkcję Komisarza ds. Finansowych i Przewodniczącego Eurogrupy. Ktoś, kto pełniłby obie te funkcje, równocześnie na pewno miałby wysoką pozycję w przyszłej kadencji Komisji Europejskiej, a to, że szef Eurogrupy stałby się członkiem KE, z pewnością wzmocniłoby w wewnętrznych tarciach unijnych państwa, które przyjęły wspólną walutę. Popierając to rozwiązanie autorzy odcinają się od pomysłu stworzenia osobnego budżetu strefy euro. Jedność budżetu traktują jako wartość i cel Unii. Popierają natomiast poszerzenie kategorii wpływów własnych UE.

Wobec różnic finansowych i monetarnych, „Europa wielu prędkości” niektórym graczom wydaje się czymś naturalnym. W związku z tym pomysłem, o czym w AFCO pisze grupa Zielonych, mogłoby dojść do rozróżnienia typów członkostwa unijnego. Pełne członkostwo oznaczałoby przyjęcie bez wyjątku prawa unijnego i klauzul wyłączności, prawdopodobnie także wspólnej waluty. Członkostwo „stowarzyszeniowe” zakładałoby pozostanie w jednolitym rynku, ale bez wspólnej waluty, unii obronnej, bankowej i innych sfer integracji. W dyskusji nad projektem nie było nikogo, kto zdecydowanie poparłby ten pomysł.

Traktat z Lizbony nadał parlamentom narodowym możliwość recenzji projektów prawnych KE, co jednak w praktyce jest to trudne do wykonania, a gdy już nastąpi, jest lekceważone przez Komisję

O różnych metodach pracy Rady UE mówi rozdział prac komisji AFCO, przygotowany przez Kazimierza M. Ujazdowskiego (Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – ECR). Chodzi szczególnie o to, jaką metodą podejmowane są tam decyzje. Spór między federalistami a zwolennikami „wspólnoty” toczy się w tej sprawie na linii: decyzje jednomyślne versus decyzje większościowe. To pierwsze rozwiązanie – z natury rzeczy bardziej koncyliacyjne – wymaga wielu ustępstw każdej strony; dąży do konsensusu, ale także wydłuża proces decyzyjny i może blokować decyzje ważne dla całej UE, ale niezgodne z interesami danego państwa lub grupy państw. I dlatego federaliści chcą odejścia od decyzji jednomyślnych na rzecz większościowego głosowania, w którym można przegłosować „maruderów” lub „egoistów” (to cytaty z moich rozmów z liberalnymi politykami). Połączenie funkcji szefa Rady Europejskiej i szefa Komisji Europejskiej w stanowisko jednego „superprzewodniczącego” było już omawiane w polskich mediach i rzeczywiście trzeba odnotować, że to pomysł popularny w Brukseli. Co prawda Ujazdowski w swoim dokumencie argumentuje przeciw tej decyzji, ale ma ona szansę zyskać poparcie wielu grup w PE.

Trzeba brać w tym udział

Inną kwestią jest rozmowa o parlamentach narodowych. Parlamentarzyści z komisji konstytucyjnej PE wielokrotnie poruszają ten wątek, a wkrótce powstanie osobny raport, dedykowany tej kwestii, przygotowany przez portugalskiego posła z frakcji EPP, Paulo Rangela. Traktat z Lizbony nadał parlamentom narodowym możliwość recenzji projektów prawnych KE, co jednak w praktyce jest trudne do wykonania, a gdy już nastąpi, jest lekceważone przez Komisję. Próba odnowienia instytucji „żółtej kartki” albo – jak chcą niektórzy – ustanowienia „czerwonej kartki” (blokada nowego prawa, gdy odpowiednia liczba parlamentów krajowych wystąpi z takim wnioskiem) trwa już jakiś czas – jednak końca nie widać.

Finałem prac we wszystkich tych sferach będzie prędzej czy później oficjalny dokument lub dokumenty PE, dość techniczne i szczegółowe. Czy powinniśmy je przez to odrzucić z automatu? W sporze o przyszłość UE rywalizują ze sobą nie zawsze tylko klasyczne i spójne wizje integracji, ale często także techniczne rozwiązania, mniej lub bardziej powiązane z bieżącym interesem elit, pragnieniem komfortu i planami bogatszych państw członkowskich lub ambicjami i pomysłami mniej zamożnych członków unijnego grona. W jednej kwestii wygrać może integracja typu „międzyrządowego” (np. w sprawie obronności), a w innej dojdzie do integracji typu „wspólnotowego”.

Komisja, Rada i Parlament sformułują swoje plany w języku urzędowym i będą próbować je wcielać w życie czy nam się to podoba, czy nie

Komisja, Rada i Parlament sformułują swoje plany w języku urzędowym i będą próbować je wcielać w życie, czy nam się to podoba czy nie. Nie mam wątpliwości, że Polska jako aktor polityki unijnej powinna mieć zdolności zarówno w kreowaniu śmiałych wizji integracji, jak również techniczną zdolność do implikowania strategii w szczegółowych rozmowach technokratów. Nie można przy tym pomijać Parlamentu Europejskiego, koncentrując się tylko na dyskusjach rządów, lub spierając się z przedstawicielami Komisji Europejskiej. „Bruksela” to nie jest monolit, a w polityce europejskiej Warszawa powinna grać na wielu fortepianach.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Politolog i organizator, na co dzień pracuje w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Ukończył studia politologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (ULB). Szef zespołu Europosła Kazimierza M. Ujazdowskiego i W-ce Prezes Zarządu wrocławskiej Fundacji „Młoda Rzeczpospolita”, członek Zarządu European Christian Political Youth

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz