Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Ministerstwo obrony pudruje rzeczywistość. Gorzka prawda o rozbudowie polskiej armii

Czy Polska naprawdę jest na dobrej drodze do stworzenia potężnej, nowoczesnej armii liczącej 300 tys. żołnierzy? Czy może to się udać bez powrotu do powszechnego obowiązku obrony? Dane budzą poważne wątpliwości
Wesprzyj NK

Jaka jest liczebność polskiej armii? Udzielenie odpowiedzi na to – zdawałoby się – proste pytanie nie jest w naszych realiach łatwe, a nawet może stać się przedmiotem ostrych kontrowersji. Rządzący mają skłonność do podkreślania swoich sukcesów w odbudowie potencjału kadrowego i zdolności sił zbrojnych, z kolei opozycja zarzuca kierownictwu resortu obrony statystyczne sztuczki w postaci zaliczania do stanu osobowego armii pracowników tyłów w rodzaju obsługi medycznej czy administracyjnej.

>>POSŁUCHAJ ARTYKUŁU W WERSJI AUDIO<<

Odpowiedzi na to pytanie nie ułatwia też panujący w Polsce kult tajności, co powoduje, że – inaczej niż w przypadku naszych sojuszników ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii – nie ma u nas zwyczaju regularnego publikowania porównywalnych i wiarygodnych danych.

Rzeczywista liczebność polskiej armii

Obóz rządzący podtrzymuje zapowiedzi rozbudowy naszych sił zbrojnych do poziomu 250 tys. żołnierzy oraz oficerów i dodatkowo 50 tys. w wojskach obrony terytorialnej i deklaruje, że jest na najlepszej drodze do realizacji tego celu. Nasi sojusznicy poważnie traktują te deklaracje, upatrując w Polsce rosnącą, a nawet największą w zakresie sił lądowych, potęgę kontynentalnej części NATO. A jak jest naprawdę? Oficjalnie MON twierdzi, że obecnie mamy „pod bronią” 172 tys. żołnierzy, co ma nas pozytywnie odróżniać od sytuacji roku 2014, kiedy to w wyniku redukcji stanów osobowych i likwidacji garnizonów „mieliśmy w wojsku 95 tys. żołnierzy”.

Z danych NIK wynika, że na koniec 2022 roku liczba żołnierzy zawodowych w polskich siłach zbrojnych wynosiła 118 340, a służących w Wojskach Obrony Terytorialnej (WOT) – 31 370. Te ostatnie dane nie obejmują żołnierzy zawodowych WOT, których na koniec ubiegłego roku wedle szacunków (utajnione dane – MB) było ok. 4,3 tys. To oznacza, że w ciągu 2022 roku liczba żołnierzy zawodowych wzrosła o 4754 osoby, służących w Terytorialnej Służbie Wojskowej (głównie WOT) – o 3652, a do tego rachunku należy dodać (tak czyni MON) tych, którzy w ubiegłym roku wstąpili do zasadniczej służby wojskowej i po 30 dniach szkolenia i złożeniu przysięgi traktowani są jak pełnoprawni wojskowi. Łącznie w świetle danych NIK na koniec 2022 roku w naszych siłach zbrojnych służyło 166,5 tys. żołnierzy, choć przyrost kadrowy wśród pełniących służbę zawodową był więcej niż umiarkowany.

Oficjalnie MON twierdzi, że obecnie mamy „pod bronią” 172 tys. żołnierzy, co ma nas pozytywnie odróżniać od sytuacji roku 2014

Jeszcze inne dane podał GUS, według którego stan kadrowy naszych sił zbrojnych na koniec ubiegłego roku w grupie żołnierzy zawodowych wyniósł 118,3 tys. Porównując, jak zmieniały się stany osobowe między rokiem 2015 a 2022 w naszych siłach zbrojnych, można stwierdzić, że w ciągu 7 lat odnotowano przyrost łącznie o 52 688 żołnierzy, w tym w grupie żołnierzy zawodowych o 22 118, w Terenowej Służbie Wojskowej odnotowano wzrost o 31 700 osób, zaś w Narodowych Siłach Rezerwowych mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 12 455 osób. A zatem w grupie żołnierzy zawodowych, którzy są trzonem naszej armii, w ciągu ostatnich 7 lat mieliśmy do czynienia z 23-procentowym wzrostem, co oznacza, że utrzymując dotychczasowy trend, osiągniemy zakładany poziom 250 tys. w służbie w połowie lat czterdziestych tego stulecia. Mamy oczywiście do czynienia z przyrostem służących w WOT i skokowym wzrostem liczby osób odbywających roczne przeszkolenie w ramach dobrowolnej służby zasadniczej, ale to jednak nie to samo co wzrost liczebności żołnierzy zawodowych.

Wyniki naszej polityki w zakresie rozbudowy sił zbrojnych oceniają też stale eksperci z zachodnich think tanków strategicznych. W jednym z ostatnich, opublikowanych w czerwcu br. raportów IISS, autorzy opracowania poświęconemu europejskim siłom lądowym stwierdzili, że nasze zdolności, w komponencie bojowym wynoszą obecnie 68 batalionów, podczas gdy w 2014 roku było ich 66. To i tak ponad dwukrotnie większy potencjał niż w przypadku Niemiec, postęp też jest zauważalny, ale trudno mówić o przełomie. Rozbudowa naszych sił lądowych idzie powoli, z pewnością wolniej niż hurraoptymistyczne zapewnienia Ministerstwa Obrony, pytanie tylko, czy w tempie adekwatnym do rysujących się zagrożeń.

Wyzwania dla szkolenia kadr

Warto też zwrócić uwagę na kolejny problem, a mianowicie poziom wyszkolenia tego nowego narybku naszych sił zbrojnych. Jak na początku czerwca br. p. minister Błaszczak powiedział, a jego słowa przytoczono w oficjalnym portalu resortu, że ci, którzy „ukończyli szkolenie podstawowe w ramach dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej” i złożyli przysięgę wojskową, są już traktowani przez nasze siły zbrojne w kategoriach „przeszkolonych rezerwistów”. Wielce to intrygująca informacja, bo jak wynika z innych, ale też rządowych źródeł, szkolenie podstawowe jest dwuetapowe. Pierwsza faza, która kończy się złożeniem przysięgi, trwa 28 dni, a to oznacza, jeśli dobrze zrozumiałem wypowiedź p. Ministra, że po tym czasie uważamy, że mamy do czynienia z przeszkolonymi rezerwistami. Pozwala nam to do pewnego stopnia zrozumieć, jakie są źródła sukcesu MON raportującego o skokowym wzroście liczebności sił zbrojnych, ale czy z punktu widzenia umiejętności wojskowych w istocie możemy w tym przypadku mówić o sukcesie polityki tego rodzaju?

Jan Kallberg z US Military Academy, opisując system szkolenia ukraińskiej armii zwrócił uwagę w artykule opublikowanym na internetowej stronie think tanku strategicznego CEPA, że jednym z zasadniczych czynników wpływających zarówno na długość, jak i na efektywność szkolenia żołnierzy jest wielkość korpusu podoficerskiego i to, czy szkolimy „surowych” rekrutów, czy doszkalamy żołnierzy mających już doświadczenie bojowe. W przypadku Ukrainy, gdzie w momencie wybuchu wojny było 400 tys. weteranów, którzy uczestniczyli w działaniach frontowych po roku 2014, system szkolenia mógł być skrócony, ale jeśli chodzi o państwa NATO, pozbawione tego rodzaju „zasobu”, trzeba liczyć się wręcz z wydłużeniem tego czasu. Kallberg pisze wprost: „Opierając się na doświadczeniach z poborowymi w jednostkach w krajach nordyckich, (można stwierdzić, że – MB) wyszkolenie dowódcy plutonu od podstaw zajmuje co najmniej 12–15 miesięcy, dowódcy drużyny – blisko rok, a strzelca – od siedmiu do ośmiu miesięcy”. Osobnym problemem jest brak kadry, która może szkolić rekrutów „z marszu”. W praktyce są to zawsze podoficerowie lub oficerowie niższych rang, którzy na poziomie taktycznym muszą wdrożyć nowicjuszy w podstawowe arkana sztuki wojennej. Trudno zatem poważnie utrzymywać, że nasi rekruci już po niecałym miesiącu służby spełniają wszystkie kryteria i są pełnowartościowymi żołnierzami.

Łącznie w świetle danych NIK na koniec 2022 roku w naszych siłach zbrojnych służyło 166,5 tys. żołnierzy, choć przyrost kadrowy wśród pełniących służbę zawodową był więcej niż umiarkowany

Jest jeszcze jedna kwestia. Jak słusznie zauważył Tomasz Dmitruk, w roku 2015 mieliśmy w naszych siłach zbrojnych trzy dywizje (11. Lubuską, 12. Szczecińską i 16. Pomorską), teraz zaś mamy prócz tych trzech „starych” jeszcze dwie kolejne, które są formowane (18. Żelazną i 1. Piechoty Legionów) i zapowiedź powołania kolejnego związku taktycznego, który ma być dyslokowany na południowym Mazowszu. Porównując jednak stany osobowe żołnierzy zawodowych w roku 2015 z danymi za rok ubiegły, można dojść do wniosku, że decyzje te oznaczają faktyczny spadek o 25% ukompletowania istniejących i tworzonych związków taktycznych. Jeszcze przed wojną na Ukrainie analitycy szwedzkiego think tanku strategicznego FÖI szacowali poziom ukompletowania naszych dywizji na maksymalnie 75%, a teraz wskaźnik ten jeszcze zmaleje.

O tym, z jakim problemem mamy do czynienia, świadczą obliczenia Dmitruka, którego zdaniem, aby mówić o pełnym ukompletowaniu planowanych 6 związków taktycznych w siłach lądowych, brakuje nam obecnie co najmniej 100 tys. żołnierzy i oficerów zawodowych, nie mówiąc już o zapewnieniu im rezerw osobowych, których dzisiaj nie ma. Oznacza to, że mamy armię „jednorazowego użytku”. Jest to o tyle istotne, że przeprowadzone jeszcze w 2015 roku szacunki strat sił natowskich w razie scenariusza pełnoskalowego konfliktu kinetycznego z Federacją Rosyjską w wariancie optymistycznym zakładają straty dzienne na poziomie 1200 żołnierzy, a w przypadku Rosjan – na 2500, w pesymistycznym wariancie nasze straty wyniosą 2,66 tys. dziennie, a rosyjskie – 1,125 tys. Przez straty należy rozumieć żołnierzy trwale wyeliminowanych z walki, nie tylko zabitych. Warto zauważyć, że relacja strat między siłami rosyjskimi i ukraińskimi po 18 miesiącach walki układa się według scenariusza pozytywnego i wynosi 1 do 2. Jeśli zatem założyć, że to nasze wojska lądowe dostarczą główną kontrybucję sił walczących na wschodniej flance, to po 100 dniach wojny może okazać się, że przy obecnym ich stanie liczebnym i wielkości rezerwy nie mamy już armii.

Plany sojusznika

Jest to o tyle istotne, że Amerykanie nie rozbudowują swych sił lądowych na tyle, aby móc poważnie twierdzić, że myślą o przyjęciu na swoje barki głównego ciężaru ewentualnej wojny z Federacją Rosyjską. Wynika to zarówno z kryzysu rekrutacyjnego, który przeżywa obecnie amerykańska armia, która nie jest w stanie przyciągnąć tylu ochotników, ilu zamierzała, jak i z założeń przygotowywanej reformy, zbiorczo określanej mianem „Armia 2030”.

Amerykańska armia przyszłości (siły lądowe) ma składać się z kilku podstawowych komponentów – formacji zadaniowych. Mowa jest o trzech ciężkich  (przełamaniowych) dywizjach pancernych, których zadaniem będzie przebicie się przez linie obrony przeciwnika. Mają to być dywizje czterobrygadowe, z których 3 będą działały w ramach tzw. Brygadowych Zespołów Bojowych (Brigade Combat Teams) z ciężkim komponentem pancernym, które budowane będą na bazie istniejących 1. Dywizji Kawalerii, 1 Dywizji Pancernej i 34. Dywizji Piechoty. Odpowiednio wzmocnione, mają one być główną siłą ciężką w amerykańskich wojskach lądowych. Ich potencjał ogniowy (artyleryjski) ma zostać rozbudowany, bo dotychczas nawet tzw. ciężkie dywizje amerykańskie były znacznie słabsze od rosyjskich, podobnie jak zdolności inżynieryjne niezbędne do pokonywania barier i rzek. W świetle oficjalnych dokumentów ich obszar odpowiedzialności ma obejmować od 18 do 28 km frontu w sytuacji, kiedy korpus odpowiada za odcinek o szerokości od 55 do 85 km, a armia – do 250 km. Jednocześnie długość granicy NATO z Federacją Rosyjską przekracza obecnie 2 tys. km. Nawet nie biorąc pod uwagę perspektywy członkostwa Ukrainy w Pakcie Północnoatlantyckim, plany utworzenia przez amerykańskie siły lądowe docelowo jedynie trzech ciężkich dywizji pancernych oznaczają, że to inni sojusznicy będą musieli wnieść w tym segmencie swoja kontrybucję. W przeciwnym przypadku, z wojskowego punktu widzenia NATO będzie miało jedynie ograniczone możliwości przełamania linii rosyjskich.

W praktyce są to zawsze podoficerowie lub oficerowie niższych rang, którzy na poziomie taktycznym muszą wdrożyć nowicjuszy w podstawowe arkana sztuki wojennej

Oczywiście można powiedzieć, i jest to prawdą, że potencjał ten będzie wzmacniany przez lżejsze formacje (o mniejszej sile ognia). W ramach planu Armia 2030 amerykańskie siły lądowe mają utrzymać cztery (docelowo) dywizje, w dotychczasowej nomenklaturze określane mianem pancernych (armor divisions). Mają to być formacje bardziej uniwersalne, z większą liczbą żołnierzy, mogących się szybko przemieszczać (choć w ich skład będą wchodziły 3 brygady). Analitycy portalu „Battle Order” zwracają uwagę na fakt, że trzonem amerykańskich sił lądowych w docelowym modelu Armii 2030 będą dywizje lekkie, mobilne, ale relatywnie słabo uzbrojone. Model ten będą uzupełniały dywizje szturmowe  (101. Dywizja) i powietrzno-desantowe (82. Dywizja).

Jeśli analizować strukturę dywizji lekkich, z których każda posiadała będzie 3 brygady uderzeniowe, to każda z nich składała się będzie z 5 batalionów, z których jednak 3 oznaczone są jako CONUS a 2 OCONUS. Cóż to znaczy? CONUS jest terminem określającym przeznaczenie tych formacji, kwalifikującym je jako mające działać na kontynencie amerykańskim. A zatem jedynie 2/5 potencjału uderzeniowego lekkich dywizji sił lądowych Stanów Zjednoczonych ma być przeznaczonych do walki na oddalonych odcinkach.

Wnioski, jakie można wyciągnąć z planowanych zmian w amerykańskich wojskach lądowych, są dość oczywiste. Zmienia się formuła dowodzenia, w związku z prawdopodobieństwem wojny na większą skalę trzeba myśleć w kategoriach teatru działań wojennych i korpusów, co powoduje, że podstawową jednostką organizacyjną ma się stać dywizja. Ale czy Amerykanie planują skokowe zwiększenie swego potencjału w tym zakresie? W 2022 roku 11 z 31 aktywnych brygad manewrowych w amerykańskich siłach lądowych można było klasyfikować jako ciężkie. W roku 2030 ma ich być 17. To nie jest mało, ale jako że amerykańska strategia zakłada ryzyko wojny na dwa fronty i konieczność utrzymania sił na kontynencie amerykańskich, w najbliższych latach trudno będzie liczyć na skokowy wzrost obecności naszego głównego sojusznika na wschodniej flance. Wręcz przeciwnie, przywiązanie do formuły lekkich dywizji, które można łatwo dyslokować na znaczne odległości, świadczy o tym, że dowództwo amerykańskich sił zbrojnych chce dysponować siłami, których będzie mogło użyć zarówno w ewentualnej wojnie z Rosją w Europie, jak i w razie wybuchu konfliktu w Azji.

Konsekwencje dla NATO

Nowa architektura bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO, której budowę potwierdzono w toku ostatniego szczytu Paktu Północnoatlantyckiego w Wilnie, zakłada powołanie trzystutysięcznego korpusu, dowodzonego przez amerykańskiego generała. Korpus ten byłby w stanie wejść do działań wojennych w ciągu do 30 dni od wydania rozkazu, z tego pierwsze 100 tys. żołnierzy musi być gotowe w ciągu 7 dni. To państwa naszego regionu będą budować te siły. Amerykanie wesprą je swoim potencjałem i dostarczą zdolności, którymi my nie dysponujemy (zwiad, rozpoznanie, łączność, zdolności kosmiczne, lotnictwo, broń precyzyjna etc.), ale z pewnością nie myślą o przyjęciu na siebie głównego ciężaru walk. Ta rola, szczególnie w zakresie sił lądowych, zarezerwowana została dla Europejczyków ze wschodu i może jeszcze Niemców, o ile obudzą się ze swej strategicznej drzemki. To dlatego tak uważnie na Zachodzie obserwuje się postępy Polski w zakresie rozbudowy potencjału militarnego. Bez naszej kontrybucji wschodnia flanka NATO będzie równie osłabiona, jak za czasów, kiedy w europejskich stolicach wierzono, że Federacja Rosyjska jest cywilizowanym i wiarygodnym partnerem, z którym można budować przyszłość.

Jeśli zatem założyć, że to nasze wojska lądowe dostarczą główną kontrybucję sił walczących na wschodniej flance, to po 100 dniach wojny może okazać się, że przy obecnym ich stanie liczebnym i wielkości rezerwy nie mamy już armii

Często przywoływana cezura roku 2030 jest w tym przypadku nieprzypadkowa, bo wielu zachodnich analityków, w tym szefowie amerykańskich służb specjalnych jest przekonanych, że Rosja będzie potrzebowała od 5 do 10 lat na odbudowanie swego potencjału wojskowego. A zatem Waszyngton kibicuje wysiłkom Warszawy i wierzy, że deklaracje o 300 tysiącach siłach zbrojnych uda się zrealizować. Osobną kwestią jest to czy odpowiada nam rola „dostarczyciela” sił, na których spoczywał będzie główny ciężar walk, jeśli wojna wybuchnie, a co za tym idzie – również takich, które poniosą największe straty.

Jednak jeśli okaże się, że nasze plany i ambitne deklaracje są jedynie programem, którego nie udaje się zrealizować, to nie tylko ucierpi na tym – i to dramatycznie – nasza wiarygodność sojusznicza, ale w nie mniejszym stopniu – również nasze bezpieczeństwo. Sprawa jest zatem zbyt poważna, aby przyglądać się, jak resort obrony „pudruje rzeczywistość”, przekonując opinię publiczną, że jesteśmy na dobrej drodze do stworzenia trzystutysięcznej, nowoczesnej armii. Tak nie jest i najbardziej śmiałe deklaracje nie przysłonią faktu, że bez powrotu do powszechnego obowiązku obrony nie zbudujemy takiego potencjału.

Wesprzyj NK
Współpracownik „Nowej Konfederacji”, historyk i manager. Obecnie pracuje w prywatnym biznesie. Wcześniej dziennikarz. Publikował na łamach m.in. „Życia”, „Nowego Państwa”, „Wprost”, „Życia Gospodarczego”, „Rzeczypospolitej”. Członek kolegium redakcyjnego „Polityki Polskiej” oraz „Kwartalnika Konserwatywnego” (1997-2000). W latach 1997-2001 doradca ministra Szefa Kancelarii URM oraz ministra finansów.

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
11 075 / 40 200 zł (cel miesięczny)

27.55 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

21 odpowiedzi do “Ministerstwo obrony pudruje rzeczywistość. Gorzka prawda o rozbudowie polskiej armii”

  1. Bartosz Rustecki pisze:

    Obawiam się, że to wersja optymistyczna.. Niedawno byłem na szkoleniu rezerwy, trwało niecałe 2 dni i kończyło się przysięgą a już potem przydziałem. Poza musztrą szkolenie nie obejmowało niczego. Przydział od czapy, nawet nie mają w tej jednostce takiego stanowiska, o w efekcie szeregowy co broń zna z zajęć przesposobienia obronnego z liceum,kbk… ale liczba się zgadza, rezerwistów przybyło…

  2. Fotograf pisze:

    W trakcie poszukiwania w sieci informacji znalazłam ten artykuł. Wielu osobom wydaje się, że mają odpowiednią wiedzę na poruszany przez siebie temat, ale zazwyczaj tak nie jest. Stąd też moje ogromne zaskoczenie. Chcę wyrazić uznanie za Twoją pracę. Będę rekomendował to miejsce i częściej wpadał, aby poczytać nowe rzeczy.

  3. Tadeusz Żeleźny - analityk systemowy pisze:

    1. Program Modernizacji Technicznej [PMT] jest oparty przynajmniej w 80% o PRZESTARZAŁE programy, dawno temu zatwierdzone i nieweryfikowane – i przez to ślepo forsowane bez uzasadnienia strategicznego, operacyjnego czy taktycznego [niektóre mają długą historię – np. czołgowy program Wilk – oczko w głowie Ministra Błaszczaka – od lat 90-tych].
    2. Generalnie organizacyjnie i co do składu Wojsk Lądowych powiela się model armii wzór 1980 – wg modelu zimnej wojny – oparty o ciężkie dywizje pancerno-zmechanizowane, gdzie czołgi mają być główną siłą przełamania operacyjnego. Mają to zapewnić 233 Leopardy 2, 366 Abramsów [M1A1 i M1A2] oraz docelowo aż 1000 K2/K2 PL. Dla porównania siły Bundeswehry mają być rozbudowane do 328 Leo 2 najnowszej wersji, Francja ca 200 zmodernozwanych Leclerc, a UK 140 Challanger 3.
    3. Rozbudowa sił pancernych i budowanie ciężkich dywizji pancernych miałoby sens, gdyby czołgi były RZECZYWIŚCIE głównym środkiem przełamania operacyjnego, operując w tym celu w wielkich skoncentrowanych masach wielkich jednostek.
    REALNIE od pełnoskalowej wojny w Ukrainie [od 2022] doświadczenie na poziomie operacyjnym i taktycznym udowodniło do końca i bez żadnej wątpliwości, że przy nasyceniu rozpoznaniem dronów i radarów artyleryjskich i rozpoznania satelitarnego, przesyle danych praktycznie w czasie rzeczywistym, niemożliwe jest skoncentrowanie masy czołgów do ataku nawet w sile batalionu, co dopiero pułku, brygady czy dywizji pancernej. Kontrakcja następuje szybciej, niż koncentracja. Tą kontrakcją jest precyzyjny [lub minimum korygowany dronami] i zmasowany ogień artylerii dalekiego zasięgu – artylerii lufowej, rakietowej czy dronów [w tym amunicji krążącej].
    4. Nawet użycie czołgów na poziomie kompanii sprawia trudności, masowo stosowane minowanie [także dzięki systemom minowania narzutowego, lotniczego, nawet artyleryjskiego] uniemożliwia operowanie czołgów nawet na poziomie taktycznym. Co więcej – nawet ewentualne lokalne taktyczne przerwanie frontu przez czołgi – oznacza wydanie ich na cel precyzyjnym kierowanym pociskom przeciwpancernym – co nieodmiennie kończy się bardzo ciężkimi stratami – i to bez uzyskania korzyści terenowych czy zniszczenia przeciwnika.
    W tej sytuacji czołgi są wykorzystywane zwykle w sile plutonów lub nawet pojedynczych sztuk – jako tyłowy odwód przeciwpancerny w zamaskowanej zasadzce, stosuje się też czołgi jako „bieda artylerię samobieżną” do ognia pośredniego pozahoryzontalnego. Ten rodzaj ognia nieporównanie lepiej wypełniają zaprojektowane do tego armatohaubice samobieżne [gąsienicowe Krab, M109, PzH 2000 – są też kołowe] z działami 155 mm. Czołgi [kaliber 120-125 mm] prócz słabszej siły ognia, nie mają odpowiednich systemów kierowania ogniem pośrednim do przeliczania poprawek [przy ogniu korygowanym odbywa się to „empirycznie”], nie mają też odpowiedniej amunicji [w tym żadnej amunicji precyzyjnej] – ani skalowalnych ładunków miotających.
    Generalnie czołg przestał pełnić rolę głównego środka przełamania operacyjnego – do czego został stworzony w czasie I w.św.- z wielkimi „złotymi latami” w czasie II w.św. – i twardo forsowaną pozycją [mimo postępów kierowanych pocisków przeciwpancernych] w czasie zimnej wojny.
    Rola czołgu spadła do pomocniczego i bardzo ograniczonego środka wsparcia taktycznego i odwodu na wypadek ataku. Paradoksalnie – czołg stał się pomocniczym środkiem zabezpieczenia linii frontu i obrony – nie ataku.
    Użycie czołgów nowej generacji [Leopard 2, Challanger 2 i wkrótce Abramsów] nic tu nie zmienia – środki ataku [kierowanych inteligentnych pocisków przeciwpancernych, amunicji krążącej, efektorów precyzyjnych z dronów, wreszcie precyzyjnej czy przynajmniej korygowanej dronowo artylerii – stały się silniejsze od dotychczasowych środków ataku wielkich mas czołgów, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych – operujących w wielkich jednostkach.
    5. Obecnie głównym środkiem przełamania operacyjnego jest głęboki precyzyjny manewr ogniowy artylerii lufowej i rakietowej oraz dronów. Te trzy środki – wspomagane przez wyspecjalizowane kierowane pociski przeciwpancerne – zadają na Ukrainie ca 85 do 90% strat.
    6. Sumując – program Wilk [ogółem 1613 czołgów III generacji] w ciężkich dywizjach – nie ma co do realizacji ŻADNEGO sensu strategicznego, operacyjnego ani nawet taktycznego. Wydatki całkowite na ten program można oszacować na ca 140 mld złotych – a dodatkowo około 200-220 mld złotych pójdzie na cały cykl życia [serwis, szkolenia/trening, modernizacje, logistyka].
    7. Przyczyną forsowania całkowicie przestarzałego i krytycznie nieadekwatnego trzonu sił lądowych w ciężkich dywizjach pancernych w oparciu o program Wilk jest brak KRYTYCZNEGO Strategicznego Przeglądu Obronnego w oparciu o doświadczenia z Ukrainy od 2022. Dlatego forsowany jest plan rozbudowy Wojska Polskiego w oparciu o przestarzały PMT, jakbyśmy byli w epoce zimnej wojny – wg doktryny zimnej wojny AD1980. Niezdolność MON, a zwłaszcza decyzyjnie szefa MON, do adekwatnej aktualizacji PMT do realiów aktualnego [i przyszłego – PRZEWIDYWANEGO] pola walki NASZEGO teatru wojny – jest absolutnie nieakceptowalna z punktu widzenia strategicznych interesów państwa – i musi zostać zasadniczo i bezdyskusyjnie naprawiona w 100% jako priorytet nr1- organizacyjnie, strukturalnie, instytucjonalnie, funkcjonalnie – bez żadnych półśrodków, kompromisów czy działań pozornych.
    W przeciwnym razie – z punktu widzenia cybernetyki – Państwo Polskie przestanie pełnić rolę homeostatu – zdolnego do dostosowawczej adekwatnej reakcji na czas na zagrażające mu zasadnicze zagrożenia.
    8. Przedstawiając konstruktywnie alternatywę, rekomenduję natychmiastowe zastopowanie programu Wilk [w tym rezygnację z zamówienia 820 czołgów K2PL]. Posiadane i zamówione dotychczas czołgi [Leo 2, M1, K2] winny być wyposażone w amunicję precyzyjną [jako główną] i dostosowane [w kalkulacji koszt/efekt] do działań i prowadzenia GŁÓWNIE precyzyjnego ognia pozahoryzontalnego [rekomendowana w pierwszym kroku amunicja precyzyjna Szczerbiec 120 mm] we wpięciu sieciocentrycznym. Ich pancerz winien zostać zasadniczo zmodyfikowany [modułowo] do ochrony przed GŁÓWNYM zagrożeniem z góry [artyleria ognia pośredniego i kppanc „top attack].
    Drugi wniosek to zmiana organizacyjna – polegająca na stworzeniu wielu samodzielnych „kompanii” tak zmodyfikowanych „czołgów”, przydzielanych dynamicznie [np. w formie baterii] do zadań operacyjno-taktycznych, będących w istocie uzupełnieniem artylerii samobieżnej o zwiększonym stopniu przeżywalności, co wymagałoby także systemów ochrony aktywnej – martwych w obecnym PMT.
    Trzeci wniosek to masowe zamówienia na inteligentne kierowane pociski przeciwpancerne.
    Obecne zakupy są śladowe względem potrzeb ujawnionych w wojnie ukraińskiej – dla WP potrzeba ca 20-25 tys ppk Pirat, ca 10 tys ppk Moskit oraz uzupełnienia przez min 5 tys ppk Brimstone 3 oraz 5 tys ppk Spike NLOS. Dwa ostatnie typy są pozahoryzontalne i zdolne do odpalania z wielu platform [w tym lotniczych]. Przynajmniej ppk Pirat i ppk Moskit winny być posadowione na odpowiednich dronach latających – przykładem nasz opracowany i dawno przetestowany ILX-27 o udźwigu 300 kg. Niestety – ani ILX-27, ani ppk Pirat – mimo przetestowania i gotowości do użycia operacyjnie – nie są zamawiane przez MON – co należy ocenić jako krytycznie nieakceptowalne zaniechanie – do jak najszybszej korekty w masowej produkcji seryjnej. Ppk Moski jest w testach – tu MON musi wydatkować ca 20 mln złotych dla WITU [które prowadzi rozwój Moskita z….własnych funduszy] i aktywnie doprowadzić do produkcji seryjnej na skalę masową. Dotyczy to także uruchomienia produkcji licencyjnej [i rozwoju – na bazie już własnego B+R] na wielką skalę pozahoryzontalnych ppk Brimstone 3 i Spike NLOS.
    Także amunicja precyzyjna Szczerbiec – mimo zakończenia z pełnym sukcesem testów – nie jest skierowana do masowej produkcji seryjnej – zarówno dla Krabów 155 mm, dla Raków 120 mm, jak i dla rekomendowanej amunicji precyzyjnej 120 mm dla zmodyfikowanych czołgów.
    Wprowadzenie Szczerbca do produkcji seryjnej winno być także natychmiast rozpoczęciem rozmów negocjacyjnych o pozyskanie licencji produkcyjnej z prawem rozwoju dla amunicji precyzyjnej II generacji – jak Leonardo Vulcano/Dardo czy Bofors Bonus Mk2 – o znacznie lepszych parametrach od Szczerbca [opartego o ukraiński APR I generacji Kwitnyk].
    Druga strona miałaby do wyboru – albo zgodzić się na dogodne warunki licencji dla Polski – albo utratę wielkiego kontraktu w razie przejścia Polski do samodzielnej budowy APR II generacji.
    9. Odpowiadając z góry na zastrzeżenia oparte na ślepym naśladowaniu US Army, która buduje ciężkie dywizje pancerne oparte o zmodernizowaną trójkę M1-Abrams, M2-Bradley, M109-Paladin – US Army gotuje te siły do wojny w Zatoce [nawet nie na Pacyfiku – tam pierwsze skrzypce będzie grał USMC – który rok temu wyzbył się Abramsów całkowicie]. Konkretnie USA Army jest przygotowywana do wojny z Iranem i sojusznikami [wliczając Syrię i ew. Irak] – dla odwrócenia siłą prochińskiego sojuszu Iranu, Arabii Saudyjskiej i ZEA [ale i Iraku] – co grozi w sposób krytyczny potędze i hegemonii USA opartej na dolarze jako walucie rozliczeniowej świata – a ten antyamerykański pakt grozi zamianą petrodolara w petrojuan – czyli to zagrożenie gardłowe i ostateczne.
    US Army będzie operowała z bezpiecznych sanktuariów koncentracji i logistyki i zaopatrzenia, przy absolutnej dominacji rozpoznania na każdym poziomie i przy absolutnej przewadze w powietrzu – przeciw słabemu przeciwnikowi – będzie to w istocie kolejna wojna ASYMETRYCZNA. Stąd powtórka scenariusza „pancerno-zmechanizowanego” obu poprzednich wojen w Zatoce [przy pewnych modyfikacjach – na pewno większego udziału dronizacji i sieciocentryczności] jest zasadne – i w żaden sposób nie odpowiada warunkom i wymaganiom NASZEGO PEŁNOSKALOWGO.
    Dlatego ślepe naśladownictwo US Army jest nie tylko bezsensowne dla WP – ale także skrajnie szkodliwe.
    Podnoszony jest również argument, że budowanie WP sprzętowo i organizacyjnie wg wzorów US Army służy interoperacyjności z siłami amerykańskimi – i jest propagowane jako kamień węgielny strategii militarnej Polski.
    Jest to błąd zasadniczy na poziomie strategiczno-politycznym, ponieważ USA absolutnie nie zamierzają angażować się w wojnę w Europie, zrzucając ten ciężar na NATO, ze Wschodnią Flanką NATO i Ukrainą na czele. Udział US Army jest wykluczony [nawet jedynej ROTACYJNEJ=TYMCZASOWEJ i dość słabej słabej brygady pancernej ABCT].
    Te kalkulacje polityczno-militarne u steru Polski są całkowicie błędne – ewentualny udział USA w wojnie przeciw Rosji w Europie to najwyżej „zdalnie” [np. z UK] lotnictwo i rozpoznanie satelitarne i lotnicze AEW.
    Stąd i interoperacyjność z US Army jest całkowicie bezprzedmiotowa.
    Natomiast prawdziwa – a dotąd nierealizowana – ABSOLUTNIE KONIECZNA interoperacyjność na każdym poziomie – MUSI BYĆ wypracowana z Ukrainą i z państwami Wschodniej Flanki NATO.
    I to pod NASZ teatr wojny – do pełnoskalowej symetrycznej wojny przeciw Rosji – a nie do wojny asymetrycznej, jak kolejna, moim zdaniem nieunikniona do końca dekady, wojna w Zatoce.
    Ogólnie – to współpraca [także technologiczna i ekonomiczna i polityczna] i interoperacyjność z Ukrainą i z graczami Wschodniej Flanki NATO [wliczając w to silną Turcję] – ale także współpraca [przynajmniej technologiczna i ekonomiczna] z Koreą Płd i Japonią – a nie współpraca z USA – MUSI BYĆ kamieniem węgielnym wielkiej strategii Polski.

  4. Tadeusz Żeleźny - analityk systemowy pisze:

    Errata: pkt. 9 – zdanie niedokończone – jest „– i w żaden sposób nie odpowiada warunkom i wymaganiom NASZEGO PEŁNOSKALOWGO.” a winno być: „– i w żaden sposób nie odpowiada warunkom i wymaganiom NASZEGO PEŁNOSKALOWGO teatru wojny – wojny z takim przeciwnikiem jak Rosja – która już wyciąga i co ważniejsze, wdraża zasadnicze wnioski z wojny i stawia w przyszłej wojnie [która moim zdaniem nas nie ominie – bo to będzie wojna o przerwanie „kordonu sanitarnego” i ustanowienie za wszelką cenę siłą supermocarstwa Lizbona-Władywostok – po wyjściu USA do Zatoki i na Pacyfik] – stawia nie na czołgi [bo te są obecnie tylko tymczasową „zapchajdziurą” świadomie poświęcaną wyciąganymi masowo czołgami ze składnic z powierzchownie szkolonym „mięsem armatnim” tzw. mobików] – a stawia JUŻ TERAZ masowo na drony, najnowsze inteligentne kppanc i amunicję precyzyjną”.

  5. Tadeusz Żeleźny - analityk systemowy pisze:

    Dopełnieniem „obowiązkowej trójki” modelu ciężkiej dywizji pancernej USA Army tworzonych do ASYMETRYCZNEJ wojny w Zatoce [rozprawy z Iranem i z sojusznikami – to szersza rozgrywka] – w starym stylu zimnej wojny i obu poprzednich wojen w Zatoce – jest śmigłowiec szturmowy AH-64E Apache. Oczywiście TAM w Zatoce, przeciw słabemu w obronie przeciwlotniczej i wojnie elektronicznej przeciwnikowi, przy absolutnej przewadze w powietrzu i przy bezpiecznych sanktuariach lotnisk i całej logistyki – w TAKICH „luksusowych” warunkach owe „latające kanonierki” mogą być nader przedatne, wręcz „obowiązkowe” – zwłaszcza na szpicach klasycznego natarcia pancerno-zmechanizowanego. Natomiast U NAS na NASZYM teatrze wojny pełnoskalowej przeciw takiemu przeciwnikowi jako Rosja – nie mają żadnego sensu.
    Konkretnie – Apache został zaprojektowany w 1973 [50 lat temu] na podstawie wojny wietnamskiej i Jom Kippur – na ÓWCZESNY poziom techniki i ÓWCZESNE pole walki.
    WTEDY rakiety przeciwpancerne ze śmigłowca wymagały bezpośredniego naprowadzania optycznego nad polem walki. Dzisiaj to lamus – królują kierowane inteligentne pociski przeciwpancerne czy „fire-and-forget” [wystrzel-i zapomnij] czy przechwytywane do dalszego naprowadzania po odpaleniu przez środowisko sieciocentryczne.
    I to jest zmiana ZASADNICZA – która całkowicie łamie wszelkie założenia budowy i użycia Apache SPRZED 50 LAT.
    Bo WTEDY odpalanie kppanc nad polem walki oznaczało narażenie Apache na bezpośredni og