Między „konperacją” a starciem tytanów

Chińczycy spodziewają się nowej ery „konperacji”, czyli mieszanki konkurencji i kooperacji z USA. Czy nie jest to jednak chciejstwo i pobożne życzenia w sytuacji, gdy obie strony skazane są raczej na konflikt?

Niespokojny rok 2018 wniósł na scenę globalną kluczową kwestię – pojedynek między dwoma najsilniejszymi organizmami gospodarczymi, a chyba i podmiotami na globie: dotychczasowym hegemonem, USA, i szybko doganiającym go pretendentem do tronu, czyli odbudowującymi swój dawny cywilizacyjny splendor i mocarstwowy status Chinami. Doszło nawet do wojny handlowej, a amerykański wiceprezydent Mike Pence w głośnym wystąpieniu w Instytucie Hudson otwarcie i w twardych słowach zarysował scenariusz powrotu do zimnej wojny w wykonaniu obu spierających się coraz bardziej, choć jeszcze nie do końca zwaśnionych stron.

Psychologiczna gra trwała nadal. Ustalone w Mar-a-Lago zmniejszenie ogromnego amerykańskiego deficytu handlowego w stosunkach z ChRL (375 mld dol. w roku 2017, ok. 400 mld w roku następnym) nie stało się faktem

Ostatecznie, na ważnym dwustronnym spotkaniu w Buenos Aires doszło do 90-dniowego rozejmu. Po nim raz jeszcze posadzono naprzeciw siebie, już wcześniej mocno zajęte, zespoły negocjacyjne. Czy dojdą do porozumienia? Są co do tego poważne wątpliwości, bowiem zderzenie interesów jest zasadnicze i strukturalne, niesie ze sobą widmo poważnej korekty dotychczasowego układu sił (zapomnijmy o ładzie, bo tego od dawna już nie ma), a nie tylko kolejnego starcia handlowego czy wojny celnej.

Jak zawsze w tego typu przypadkach w przeważającej mierze, jeśli nie całkowicie, jesteśmy skazani na zachodni i amerykański przekaz tego, co się dzieje. A jak postrzegają to starcie Chińczycy? Jakie wyciągają wnioski? Czy mają jakąś strategię?

Pieszczenie ego Trumpa

Donald Trump nie był pieszczochem Pekinu i kandydatem przez chińskie władze mile widzianym. Nie tylko dlatego, że w trakcie kampanii wyborczej używał ostrej antychińskiej retoryki i kreował wizerunek Chin jako groźnego rywala i konkurenta, jeśli nie wroga. Przede wszystkim dlatego, że jako polityk był postacią nieznaną, kartą świeżą i trudną do rozegrania. Nie taką, jak dobrze już rozpoznana pani Hillary Clinton, od dawna na świeczniku i w decyzyjnych elitach, w tym jako sekretarz stanu, która nieraz z Chińczykami rozmawiała. Jeśli nawet to ona pierwsza wprowadziła w październiku 2011 r. w głośnym artykule na łamach magazynu „Foreign Policy” słynne „przeosiowanie” (pivot) i przeniesienie uwagi Waszyngtonu z Atlantyku na Pacyfik, które w Pekinie nawet rzecznik tamtejszego MSZ natychmiast porównał do „doktryny powstrzymywania”, tym razem Chin, to jednak była partnerem znanym i przewidywalnym.

Inaczej biznesmen Donald Trump, bez większego czy nawet żadnego doświadczenia politycznego, który w chińskim systemie merytokratycznym, gdzie trzeba nieźle się natrudzić i żmudnie piąć po szczeblach politycznej kariery, nie miałby szans – jak to otwarcie w chińskich elitach mówiono – być nawet szefem powiatu, nie mówiąc o prowincji. Z nim było trudniej, a zarazem mniej przewidywalnie. Dlatego też, jak można sądzić, jeszcze przed tym, jak Trump wygrał i stał się prezydentem, zrobiono mu staranny portret psychologiczny. A wynikało zeń przede wszystkim to, że ma niezmiernie rozbuchane ego, jest więc próżny. Za to zdaje się być mocno przywiązany do córki Ivanki. Ta natomiast – o dziwo – wspólnie z mężem, Jaredem Kushnerem, podobnie jak ona biznesmenem, a więc osobą zorientowaną na zysk, uczy dzieci – co znaczące i znamienne – chińskiego.

Strategia dopieszczania wielkiego i powszechnie znanego ego Donalda Trumpa najwyraźniej nie powiodła się. Amerykański prezydent okazał się jednak przede wszystkim biznesmenem

W efekcie, zaledwie w trzy miesiące po inauguracji prezydentury Trumpa, obchodząc wszelkie reguły protokołu dyplomatycznego, bo Departament Stanu był w głębokiej rozsypce po zmianie administracji, doszło do pierwszego szczytu amerykańsko-chińskiego w prywatnej rezydencji prezydenta Mar-a-Lago na Florydzie. W końcowej fazie Pekin włączył wpływowego i doświadczonego, wykształconego w USA ambasadora Cui Tiankaia. Ale osobą, która faktycznie do tego szczytu doprowadziła, był nie kto inny, jak zięć prezydenta, Jared Kushner, mimo młodego wieku (ur. 1981) traktowany przez chińskie władze w Pekinie jako „stary przyjaciel”, też bez większego dyplomatycznego doświadczenia.  Oczywiście nie robił tego za darmo. Albowiem tuż po szczycie ogłoszono, iż Chińczycy „odsprzedali” mu, za sumę objętą tajemnicą transakcji, jedno z posiadanych już przez siebie osiedli mieszkaniowych w Waszyngtonie. Z prasowych przecieków wynikało jednoznacznie, że Kushner raczej na tym nie stracił…

Jak stwierdził jeden z bardziej znanych chińskich specjalistów zajmujących się problematyką międzynarodową, w tym stosunkami z USA, prof. Shi Yinhong z Uniwersytetu Renmin w Pekinie, „to stara chińska tradycja, by korzystać ze «starych przyjaciół»”. Natomiast ceniony „The New Yorker” i jego długoletni korespondent w Pekinie Evan Osnos, dali pogłębioną analizę wyjaśniającą, czemu to niedoświadczony w dyplomacji Kushner stał się „chińską kartą przetargową” (trump card) w stosunkach z Chinami. Co więcej – taką, która prowadzi rozmowy z Chińczykami w cztery oczy, bez świadków, a przecież jest jednym z głównych doradców zasiadających w Białym Domu.

Psychologiczna gra trwała nadal. Ustalone w Mar-a-Lago zmniejszenie ogromnego amerykańskiego deficytu handlowego w stosunkach z ChRL (375 mld dol. w roku 2017, ok. 400 mld w roku następnym) nie stało się faktem, mimo postawienia na czele zespołu negocjacyjnego wicepremiera Liu He, legitymującego się dyplomem Harvardu, a zarazem osoby bliskiej wszechmocnemu Xi Jinpingowi, co chiński prezydent przyznaje otwarcie.

W tej sytuacji postanowiono raz jeszcze zagrać na próżności Trumpa. Po pół roku po pierwszym spotkaniu, w początkach listopada przyjęto państwa Trumpów w Pekinie z „wizytą oficjalną plus”. Nie ma takiej w protokole dyplomatycznym, co należy rozumieć, że chodziło o wizytę iście „cesarską”, co nawet amerykański gość docenił, otwarcie chwaląc gospodarzy i dziękując za nią.

Widmo zimnej wojny

A jednak strategia dopieszczania wielkiego i powszechnie znanego ego Donalda Trumpa najwyraźniej nie powiodła się. Amerykański prezydent okazał się jednak przede wszystkim biznesmenem, czyli tym, który liczy. A takiemu nie mogło się podobać ani ogromne amerykańskie ujemne saldo w handlu, ani szacowane przez Trumpa w jednym z tweetów porównywalne z nim sumy, które Amerykanie tracą w postaci kradzionych czy przemycanych do Chin praw autorskich.

W efekcie, ku zaskoczeniu i ogromnemu rozczarowaniu strony chińskiej, mimo wcześniejszych – wydawałoby się – udanych uwertur, w początkach marca 2018 r. prezydent Trump ogłosił wprowadzenie amerykańskich ceł na towary stalowe i aluminium, a operację tę powtórzył na znacznie większą skalę w początkach września. Na horyzoncie wyłoniła się prawdziwa wojna handlowa, bo objęte amerykańskim programem towary na sumę 200 mld dol. towary objęto dziesięcioprocentowymi cłami, które od 1 stycznia 2019 r. miały wzrosnąć do 25 proc. (tym bardziej, że Chińczycy odpowiedzieli kontrposunięciami na sumę 64 mld dol.).

Chińczycy raczej nieodwołalnie odeszli od poprzedniej, forsowanej przez Deng Xiaopinga strategii budowania potęgi po cichu. Są już i raczej pozostaną asertywni i pewni siebie

Gdy poprzednia strategia najwyraźniej się zawaliła, a wojna handlowa stała się faktem, zaskoczone władze w Pekinie wcale nie przyjęły tak ujednoliconej reakcji, jakiej by się po nich należało spodziewać. Owszem, dwoje występujących wymiennie rzeczników MSZ oraz rzadziej rzecznik tamtejszego MON, występujący w roli tuby propagandowej władz, od początku przyjęli i stosowali ostrą antyamerykańską retorykę. Natomiast związany z resortami siłowymi dziennik „Global Times”, znany z „jastrzębich” poglądów, w częstych artykułach reakcyjnych, a więc, zgodnie z chińską tradycją, w programowych dyrektywach dla czytelników i zamawiających instytucji, porównywał nawet rozpalający się konflikt z Amerykanami do „nowej wojny wietnamskiej”.

Obok tej bardzo rozwiniętej i dość długo traktowanej jako główny nurt wojowniczej retoryki dość szybko wyłoniła się jednak argumentacja druga. Zarówno premier Li Keqiang, jak i – rzadziej – główny negocjator Liu He niczym mantrę powtarzali słowa: „w tej wojnie nie będzie wygranych”. A w ślad za tym szło otwarte przesłanie: Chiny nie chcą żadnej wojny.

Zaskakujący był natomiast fakt, że w ogóle nie wypowiadał się na ten temat główny – i wszechmocny teraz – chiński przywódca Xi Jinping, który, jak się szacuje, piastuje już około 20 ważnych funkcji i urzędów w państwie. Aż wreszcie w początkach listopada doszło do rozmowy telefonicznej obu prezydentów – i od tamtej pory aż do chwili pisania tych słów dotychczasowa ostra, a czasem bezpardonowa kampania krytyki i stawiania Amerykanom zarzutów w chińskich mediach została wyciszona. Miast tego zaczęto wyrażać nadzieję, że spotkanie Xi-Trump w Buenos Aires przyniesie przełom i nie pozwoli na dalszą eskalację napięć i wrogości.

Dokładnie w ten sam sposób przyjęto w Chinach wyniki tych rozmów i uzgodnienie mające na celu dalsze negocjacje. Czuć oczekiwanie i nadzieje, że dojdzie do obniżenia napięć, a być może nawet przełomu. Co jednak, jeśli zakładanego przełomu – jak można się niestety spodziewać – nie będzie?

Nowy świat z Chinami w roli rozgrywającego

Przynajmniej jedno wydaje się być pewne w tym świecie pełnym niepewności oraz nieprzewidywalności, uosabianej przez samego Donalda Trumpa. Chińczycy raczej nieodwołalnie odeszli od poprzedniej, forsowanej przez Deng Xiaopinga strategii budowania potęgi po cichu. Są już i raczej pozostaną asertywni i pewni siebie. Nawet ich najbardziej znany na arenie międzynarodowej ekspert od zagadnień strategicznych prof. Yan Xuetong na łamach prestiżowego magazynu „Foreign Affairs” prognozuje nieodwołalną zmianę porządku międzynarodowego i pisze jednoznacznie: „post-zimnowojenne interregnum w postaci amerykańskiej hegemonii skończyło się, wróci dwubiegunowość z Chinami w roli młodszego partnera”.

To teza nowa i w ChRL jednak sporna, bowiem wielu tamtejszych ekspertów nawet nie ukrywa, że najbardziej obawia się właśnie powrotu do dwubiegunowości i idącej w ślad za nią zimnej wojny, o której tak głośno po wystąpieniach wiceprezydenta Mike Pence’a. Spektakularne aresztowanie córki założyciela firmy Huawei, Meng Wanzhou, stałe zarzuty o kradzież własności intelektualnej czy ataki w cyberprzestrzeni, jak też już otwarta wojna celna i handlowa sprawiają, że rosną wśród Chińczyków obawy o dalsze losy ambitnych planów modernizacyjnych i reformatorskich na scenie wewnętrznej.

Zdaniem wielu chińskich ekspertów – raczej słusznie – Chiny powinny teraz zająć się sobą, a chcąc nie chcąc, muszą zająć się Amerykanami, ich żądaniami i postulatami

Chińscy eksperci jak nikt inny zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, ile jest wyzwań i poważnych problemów, związanych czy to z nadmierną dominacją wielkich przedsiębiorstw państwowych, czy z poważnym długiem wewnętrznym, rozpętanym przez ciągle nienasycone inwestycyjnie władze lokalne, czy z wyzwaniami technologicznymi i innowacyjnymi, jak też wszechobecnymi problemami ekologicznymi i wieloma innymi. Chiny nie posprzątały jeszcze do końca domostwa, a tyle nowych problemów wyłoniło się poza ich zagrodą. Nie ma wyjścia, trzeba ustąpić sporo, by chronić swój program reform i mocno zaawansowane prace domowe, w tym konieczność przejścia najtrudniejszego progu z możliwych – od ilości ku jakości. Albowiem bez pokonania go ambitne cele, mówiące o „renesansie chińskiego narodu”, a więc tym samym o powrocie do mocarstwowości, można będzie między bajki włożyć.

Dlatego zdaniem wielu chińskich ekspertów – raczej słusznie – Chiny powinny teraz zająć się sobą, a chcąc nie chcąc, muszą zająć się Amerykanami, ich żądaniami i postulatami. Tyle tylko, że Amerykanie już wiedzą, o co Chinom chodzi. Czy patrząc biernie pozwolą, by rywal im dalej kwitł i bez przeszkód się rozwijał?

Ostatnio chińscy ideologowie wyciszyli się, bo taki jest nakaz chwili. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa honorowego przewodniczącego chińskiej Akademii Sztuki Wojskowej Zhou Bo z końca października minionego roku, w których zarzucił Amerykanom „pychę kroczącą przed upadkiem”, a zarazem „ignorancję, będącą ojcem arogancji”. Takie głosy zdarzają się w Chinach całkiem nierzadko, i za chwilę znów mogą powrócić.

Jak to wróży na przyszłość? Chińczycy spodziewają się nowej ery „konperacji”, czyli mieszanki konkurencji i kooperacji. Czy nie jest to jednak chciejstwo i pobożne życzenia w sytuacji, gdy obie strony skazane są raczej na konflikt? A jeśli konflikt, to jaki, do czego sprowadzony? Na takie pytania odpowiedzi może udzielić jedynie czas. A nam pozostaje uważnie się przyglądać, co wyniknie z tego starcia tytanów. Albowiem to, że mamy już z takim do czynienia, mijający rok 2018 udowodnił bez żadnych wątpliwości.

politolog i sinolog, profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW. Autor książki "Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje"

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Między „konperacją” a starciem tytanów”

  1. eszet33 pisze:

    Obawiam się, że obecne sprzedajne „polskie” elyty władzy, kurczowo trzymające się koryt i nerwowo zmieniające klęczniki – zależnie od kierunku wiatru… nigdy nie wykorzystają wiedzy tutaj zaprezentowanej – na pożytek Polski i Narodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz