Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nowy wspaniały świat dwubiegunowy

Na świecie zapanował nowy ład dwubiegunowy, wyznaczony przez rywalizację USA i Chin. Ryzyko światowej wojny nuklearnej jest niewielkie, ale prawdopodobna jest wojna morska o ograniczonym zasięgu

Jarema Piekutowski: Eskalacja konfliktu amerykańsko-chińskiego obudziła na nowo lęk przed III wojną światową. Jednak w artykule “Another Long Peace?” twierdzi pan, że ryzyko takiej wojny jest obecnie niewielkie, i że najbardziej prawdopodobna jest wojna morska o niewielkim zasięgu, w Azji Wschodniej. Dlaczego tylko taka o niewielkim zasięgu?

Øystein Tunsjø: Eskalacji konfliktu zapobiega bariera wodna. Niezależnie od tego, czy walka będzie rozgrywać się w Cieśninie Tajwańskiej, czy na Morzu Południowochińskim, najbardziej prawdopodobne będzie prowadzenie działań wojennych o ograniczonym zasięgu na morzu. Będą one oczywiście obejmować także ataki na chiński ląd i na bazy USA w regionie. Ale nie dojdzie do inwazji na Chiny kontynentalne. Jeśli Xi Jinping za pięć-dziesięć lat zdecyduje się zaatakować Tajwan, podejmie ryzyko amerykańskiej interwencji, i w takiej sytuacji prawdopodobnie przegra.

Chińczycy nie pomogą Rosji w wojnie z NATO w Europie, a Rosja nie pomoże Chinom na Morzu Południowochińskim przeciwko Amerykanom

Więc może w takiej sytuacji wojna światowa byłaby szansą dla Chin?

Chiny nie mają powodu, by podejmować decyzję o rozpoczęciu światowej wojny jądrowej, bo nikt nie najeżdża ich terytorium. Gdyby to Japonia najechała na Chiny, jak w latach 30. ubiegłego wieku, Xi Jinping zapewne rozważyłby użycie broni jądrowej. Ale straty na morzu nie są dla Chińczyków wystarczającym powodem, by ryzykować atomowy holokaust i całkowite zniszczenie własnego kraju – tylko dlatego, że nie udało się ponownie przyłączyć Tajwanu lub podbić jakiejś sztucznej wyspy na Morzu Południowochińskim.

Jednak w latach 50-tych XX wieku do wojny jądrowej było blisko.

Sytuacja jest zupełnie inna niż wtedy w Europie. W latach 50. trudno było sobie wyobrazić, by wojska radzieckie strzelały do sił amerykańskich w Berlinie Zachodnim i by nie przerodziło się to w wielką wojnę. Taka była doktryna Wzajemnego Gwarantowanego Zniszczenia: Amerykanie ostrzegali, że atak spotka się z masowym odwetem.

Dziś nie wiemy, co zrobiliby Amerykanie, jeśli Chińczycy najechaliby Tajwan. Geografia daje możliwość prowadzenia na morzu wojny, która nie doprowadzi do inwazji na Chiny kontynentalne, czy do ataku na kontynent amerykański. Obie strony wiedzą, że to nie jest konieczne. Taka wojna o ograniczonym zasięgu może rozpocząć się niedługo, może nie w ciągu roku, ale za dziesięć czy dwadzieścia lat.

Czy Stany Zjednoczone mogą tak długo czekać?

Uważam, że Chińczycy potrzebują więcej czasu, a Stany Zjednoczone są nadal pewne swojej przewagi na morzu. Jednak może się to zdarzyć wcześniej, jeśli pojawią się problemy przy wyborach prezydenckich na Tajwanie w 2020 r. (zagrożenie niepodległości), lub – na przykład – będą miały miejsce incydenty na morzu. Jednak najbardziej prawdopodobny jest wybuch konfliktu w następnej dekadzie lub jeszcze później.

Jeśli dojdzie do wojny między Chinami a Stanami Zjednoczonymi o Tajwan, to będzie to dla Rosji bardzo korzystne. Stany Zjednoczone będą zajęte tym konfliktem, co otworzy przed Rosją nowe szanse w Europie

Od czego zależy eskalacja konfliktu między USA a Chinami? Jakie są punkty odniesienia i punkty, w których nie będzie odwrotu?

Eskalację mogą spowodować zdarzenia podobne np. do incydentu nad wyspą Hainan, czy incydentu z udziałem USS Cowpens itp. Kluczowym obszarem jest tu Tajwan. Najważniejszym „punktem bez powrotu” będzie jednak moment, który przyjdzie prawdopodobnie za 10-20 lat, kiedy to regionalna równowaga sił będzie coraz bardziej sprzyjać Chinom. Stany Zjednoczone będą musiały zdecydować, czy zatrzymać Chiny, zanim będzie za późno. Fakt, że rywalizacja toczy się na morzu, a nie na lądzie, umożliwia Stanom zniszczenie chińskiej marynarki wojennej i utrzymanie przewagi.

Co mogłoby przerwać tę spiralę eskalacji?

Eskalacja zatrzyma się, jeśli Chińczycy na dłuższy czas będą mogli wstrzymać kontrolę USA nad Wschodnią Azją, lub jeśli będą w stanie wyrwać się poza pierwszy łańcuch wysp i wypchnąć Stany z regionu.

Rozważmy hipotetyczny scenariusz, w którym Rosja dołącza do Chin i próbuje w ten sposób odzyskać potęgę z czasów Związku Radzieckiego; Putin jest uważany za potencjalnego sojusznika Xi Jinpinga. Jak ocenia pan ryzyko takiego scenariusza?

Ten scenariusz jest bardzo niebezpieczny. Jednak rzecz nie w tym, że Rosjanie pomogą Chińczykom w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi. Wiadomo, dużo mówi o się o manewrach Wostok-2018, ale Rosja i Chiny ćwiczą razem nie po to, aby wspólnie rozpocząć wojnę. Chińczycy nie pomogą Rosji w wojnie z NATO w Europie, a Rosja nie pomoże Chinom na Morzu Południowochińskim przeciwko Amerykanom.

Dlaczego więc jest to niebezpieczne?

Jeśli dojdzie do wojny między Chinami a Stanami Zjednoczonymi o Tajwan, to będzie to dla Rosji bardzo korzystne. Stany Zjednoczone będą zajęte tym konfliktem, co otworzy przed Rosją nowe szanse w Europie. Jeżeli Stany przeniosą dużą część swoich sił do Cieśniny Tajwańskiej, to będą miały duże trudności ze wzmocnieniem Europy w tym samym czasie. Co prawda Chińczycy w tym czasie nie będą wspierać Rosjan w realizacji ich ambicji w Europie Wschodniej (zwłaszcza w krajach bałtyckich) czy na Morzu Czarnym, ale nowa szansa dla Rosji pozostanie faktem. Podobnie, jeśli dojdzie do konfliktu w Europie Wschodniej między NATO a Rosją, jestem pewien, że Chiny wykorzystają tę okazję do ataku na Tajwan.

A czy możliwy jest odwrotny scenariusz: rosyjski atak na Chiny, lub inna forma wsparcia USA przez Rosję? Czy nie o to w dłuższej perspektywie chodzi Amerykanom (zwłaszcza, jeśli eskalacja ma być tak powolna, jak pan mówi, a więc do konfrontacji dojdzie, gdy przewagi Chin będą jeszcze większe, a USA – mniejsze)?

Rosja nie jest w stanie rzucić Chinom wyzwania na granicy, gdyż na Rosyjskim Dalekim Wschodzie nie ma wystarczającej infrastruktury ani ludzi. Moskwa nie może więc odgrywać takiej samej roli jak Pekin na przełomie lat 60. i 70., gdy Ameryka grała chińską kartą. Wówczas Chiny miały siłę roboczą i infrastrukturę wystarczającą, by naciskać na ZSRR wzdłuż granicy. Rosja nie będzie miała takich możliwości w nowym ładzie dwubiegunowym. Nie chodzi tu tylko o równowagę militarną. Co zrobiłaby Moskwa, gdyby na przykład Chińczycy wysłali Rosji 800 tysięcy “migrantów” przez granicę?

Co więcej, Rosja nie jest zainteresowana takim konfliktem z Chinami. Co może na nim zyskać? Czy Stany Zjednoczone „oddadzą” Rosji Europę Wschodnią? To będzie niemożliwe, jeśli państwa europejskie wezmą na siebie większą odpowiedzialność za swoją obronę i bezpieczeństwo.

Mówi pan, że w świecie znów zapanował ład dwubiegunowy, którego biegunami są USA i Chiny. Jak opisałby pan ten ład w szerszym kontekście?

Eskalacja, którą obserwujemy, jest częścią zmiany strukturalnej. Ameryka budzi się i zauważa, że Chiny rzucają jej wyzwanie jako równorzędny konkurent w dziedzinie technologii, sztucznej inteligencji, czy marynarki wojennej. Przez dłuższy czas Amerykanie nie byli tym mocno zaniepokojeni, teraz jednak widzą, że znaleźli się w punkcie, w którym Chiny są w stanie rzucić im realne wyzwanie, zwłaszcza w Azji Wschodniej. Jest to dla Amerykanów o tyle trudne, że mają globalne obowiązki i nie mogą skoncentrować wszystkich sił w Azji Wschodniej – a Chińczycy właśnie to robią. To, co widzimy teraz, to dopiero początek. Sprawa Huawei, mowa Mike’a Pence’a, przemówienie Johna Boltona – to wszystko wskazuje, że czasy polityki zaangażowania się skończyły i trzeba po prostu zacząć rywalizować.

Rosja nie jest w stanie rzucić Chinom wyzwania na granicy, gdyż na Rosyjskim Dalekim Wschodzie nie ma wystarczającej infrastruktury ani ludzi

Czy to nowa zimna wojna?

Najważniejsza różnica jest taka, że rywalizacja rozgrywa się na morzu, a w czasie zimnej wojny rozgrywała się w Europie, na lądzie. Mamy też różnice w skali globalnej, ponieważ – geopolitycznie rzecz ujmując – nie ma takiej samej próżni władzy, jaka utworzyła się po II wojnie światowej i po utracie kolonii przez mocarstwa takie jak Francja i Wielka Brytania. Tamta sytuacja stworzyła próżnię władzy, którą musiały wypełnić nowe supermocarstwa.

Kto w tym nowym ładzie dwubiegunowym jest w bloku amerykańskim, a kto w chińskim?

Ład dwubiegunowy oznacza jedynie, że dwa supermocarstwa są znacznie potężniejsze od pozostałych. O blokach można było mówić w przypadku ładu dwubiegunowego w XX wieku, ale nie w przypadku dzisiejszego, który będzie miał własne cechy charakterystyczne. Fakt, że Chiny były w bloku ZSRR, a potem w obozie amerykańskim, nie zmienił samej istoty ładu dwubiegunowego.

Gdzie znajdujemy się po spotkaniu Trumpa i Xi Jinpinga w Buenos Aires 1 grudnia 2018? Czy coś się zmieniło, czy to rozejm?

Tak, spotkanie w Buenos Aires to rozejm, ale problemy nie znikną, nawet jeśli na rok czy dwa Stanom Zjednoczonym i Chinom uda się porozumieć. I nie sądzę, że te problemy powoduje Trump. Każdy nowy prezydent USA – czy byłaby to Hillary Clinton, czy John Biden – byłby zaniepokojony tym, o czym Trump rozmawiał z Xi Jinpingiem, czyli sytuacją w obszarach takich jak handel, inwestycje, technologie czy prawa własności intelektualnej. Trump, owszem, ma swoje metody negocjacji, ale problemu wynikającego z tego, że Chiny i USA stały się równorzędnymi konkurentami, nie da się na dłuższą metę rozwiązać za pomocą żadnego porozumienia dyplomatycznego.

Mówił pan o współzależności gospodarczej. Czy z punktu widzenia tej ogromnej współzależności gospodarczej USA i Chin, takie zaostrzenie środków przeciwko Chinom przez Waszyngton jest racjonalne?

Nie uważam współzależności za kwestię kluczową. Kiedy Stany Zjednoczone znacząco przeważały nad Chinami, nie miało dla nich znaczenia, czy Chiny są członkami WTO, czy nie. Ale dziś, kiedy chińska gospodarka rozwija się tak silnie i nadrabia zaległości, najistotniejsze pytanie brzmi, kto odnosi większe korzyści.

Ponadto dochodzą podstawowe obawy dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Nie wierzę, że współzależność gospodarcza zapobiegnie na przykład ograniczonej wojnie na morzu. Co pomyśli prezydent USA, jeśli, dajmy na to, za dziesięć lat w środku nocy Rada Bezpieczeństwa Narodowego powiadomi go, że Chińczycy właśnie najechali Tajwan? Nie sądzę, żeby zastanawiał się wtedy nad nadwyżką czy równowagą handlową z Chinami, czy nad amerykańskimi inwestycjami w Chinach. Jedyne, co go będzie niepokoić, to sytuacja geopolityczna: kontrola Chin nad Tajwanem, a więc wypchnięcie USA z regionu. A jeśli nie będzie chciał na to pozwolić, to musi uniemożliwić Chinom kontrolę nad szlakami morskimi i – ogólnie – nad wodami otaczającymi Azję Wschodnią.

Skoro na świecie zapanował ład dwubiegunowy, to dla innych krajów nadszedł czas, aby stanąć po jednej ze stron. Co zrobią pana zdaniem inne kraje, przede wszystkim europejskie?

Póki co Europejczycy (tak, jak to zresztą już czynili w przeszłości) próbują się asekurować. Starają się nie dokonywać jednoznacznego wyboru i nie dają postawić się pod ścianą. Ale nie dotyczy to tylko Europy – przede wszystkim kraje Azji Wschodniej stoją w obliczu tego problemu, mając Chiny jako największego partnera handlowego i zarazem USA jako sojusznika lub gwaranta bezpieczeństwa. Przed tym problemem stoi Kanada, która jest między młotem a kowadłem w sporze dotyczącym firmy Huawei. Myślę, że Amerykanie zaczną wzywać coraz więcej krajów w Europie do tego, by na przykład nie sprzedawały Chinom danych technologii lub nie pozwalały im inwestować w dane firmy czy branże.

Eskalacja zatrzyma się, jeśli Chińczycy na dłuższy czas będą mogli wstrzymać kontrolę USA nad Wschodnią Azją, lub jeśli będą w stanie wyrwać się poza pierwszy łańcuch wysp i wypchnąć Stany z regionu

Czy Amerykanie będą oczekiwać wsparcia wojskowego ze strony Europy?

Amerykanie szukają przede wszystkim wsparcia politycznego. Rozumieją, że kraje takie jak Norwegia nie mogą wysłać swojej floty na Morze Południowochińskie. Ale Waszyngton chce politycznej decyzji – na przykład jednoznacznej deklaracji, że rząd norweski jest zaniepokojony naruszaniem prawa morskiego przez Chiny. Póki co Stany nie naciskają mocno, ale sądzę, że w nadchodzących latach stworzą zespół A i zespół B. Te europejskie kraje, które są posłuszne Ameryce, które wydają 2 proc. PKB na obronę, które chcą sprzeciwić się Rosji i Chinom – będą stanowiły „zespół A”, zespół najbliższych sojuszników Waszyngtonu. Pozostałe kraje będą w „zespole B”, i jeśli zajdzie taka potrzeba, Stany będą się z nimi konfrontować.

Co na to Chińczycy?

Są oczywiście tego świadomi. Zaczęli już od krajów Europy Południowej, takich jak Grecja, Włochy, Portugalia, gdzie mocno inwestują i prowadzą lobbing. Starają się zapewnić, by Unia Europejska nie wydała wspólnego oświadczenia np. w sprawie decyzji haskich, dotyczących sporów na Morzu Południowochińskim, czy w kwestii praw człowieka.

A co z Polską i Europą Wschodnią?

Chińczycy próbują zbliżyć się do Europy Wschodniej, choćby do Węgier i Czech, mają też silne więzi z krajami takimi jak Francja i Wielka Brytania, i – oczywiście – Niemcy. Europa ma więc duże trudności z ustaleniem wspólnego stanowiska w tej sprawie, i stąd kłopoty Europejczyków z administracją amerykańską. Zwłaszcza teraz, gdy tak frustruje ich Trump. Ale kolejny prezydent USA będzie chciał od nich tego samego. Może będzie przemawiał w innym stylu, ale zasadniczo przesłanie będzie takie samo: albo jesteście z nami, albo przeciwko nam.

Bartłomiej Radziejewski w swoim artykule stwierdza, że mamy do czynienia z wojną cywilizacji, i że Amerykanie będą domagać się od Europy, by zdecydowanie opowiedziała się za USA. Czy Europa powinna to zrobić, czy może jeszcze prowadzić politykę wielowektorową?

Myślę, że nadal istnieje pole manewru. Jeszcze nie doszliśmy do momentu, w którym musimy się ostatecznie opowiedzieć. Jednak ten moment przyjdzie w ciągu dwóch, trzech dekad. W przypadku Norwegii nie ma wątpliwości: racjonalne będzie tylko stanięcie po stronie Amerykanów. Ale w przypadku innych krajów europejskich, na przykład takich jak Włochy czy Francja, to już nie jest tak oczywiste.

To może spowodować podziały w Europie.

Tak, to będzie trudne nie tylko dla UE, ale także dla NATO.

Skoro mówimy o NATO: czy zgadza się pan, że w czasach prezydentury Trumpa rozpada się wspólnota transatlantycka, wspólnota wartości i bezpieczeństwa pomiędzy USA i UE?

Owszem, ale nie wartości są tu najważniejsze. Oczywiście Europa Zachodnia i USA podzielają pewne wartości, inne niż te, którymi kierują się Rosja czy Chiny. Jednocześnie jednak w grę wchodzą podstawowe interesy. Mogę więc w pełni zrozumieć amerykańskich kolegów, którzy pytają: “Dlaczego Ameryka ma płacić za bezpieczeństwo Europy?”, “Dlaczego Stany mają nieść tak duży ciężar?”. Do tych powtarzanych od dawna argumentów dochodzi fakt, że dla Niemiec Chiny są najważniejszym partnerem handlowym. Amerykanie więc nie tylko płacą za bezpieczeństwo Europy, ale muszą też zaakceptować fakt, że Niemcy i Chiny prowadzą handel i pomagają sobie nawzajem. A to z kolei pomaga Chinom w rywalizacji z USA.

Nie sądzę, że te problemy powoduje Trump. Każdy nowy prezydent USA – czy byłaby to Hillary Clinton, czy John Biden – byłby zaniepokojony tym, o czym Trump rozmawiał z Xi Jinpingiem

Europejczycy muszą wziąć na siebie większą odpowiedzialność za obronę i bezpieczeństwo – oczywiście nadal mając Stany Zjednoczone za sojusznika – a jednocześnie zastanowić się nad tym, jak bliskie mogą mieć stosunki z Chinami. Nie oznacza to, że muszą porzucić te więzi, ale muszą być bardzo ostrożni, dużo bardziej selektywni i dużo bardziej wyczuleni na rywalizację i obawy Stanów Zjednoczonych.

Czy konfrontacja między USA a Chinami jest nieunikniona? Czy istnieje sposób, aby uniknąć wpadnięcia w pułapkę Tukidydesa?

Zgadzam się z wnioskami Grahama Allisona, Johna Mearsheimera i innych, którzy ostrzegają przed tym konfliktem, ale dochodzę do tych wniosków w inny sposób. Graham Allison przygląda się szesnastu przypadkom wielkich zmagań o dominację. Jego argumenty bazują jednak na analizie systemów wielobiegunowych. W artykule “Another Long Peace?” przedstawiam spojrzenie z perspektywy dwubiegunowej.

Jeśli Chiny będą nadal rozwijać marynarkę wojenną, to może dojść do starcia wojskowego między nimi a USA. Amerykanie mogą chcieć zniszczyć chińską flotę, zanim stanie się ona zbyt silna. Na pewno jednak dokonają kompleksowej oceny. Przede wszystkim zadadzą sobie pytanie o możliwą eskalację. Czy tą eskalacją może być inwazja Chin na Japonię czy na Koreę Południową? Nie – z powodu bariery wodnej. Czy tą eskalacją może być atak jądrowy na Stany Zjednoczone? Prawdopodobnie nie. W XXI wieku wojny jądrowej nikt nie przeżyje, a – jak już mówiłem – Chińczycy nie będą ryzykować zbiorowego samobójstwa ze względu na zniszczony lotniskowiec. Po dokonaniu takiej oceny, Amerykanie faktycznie mogą przypuścić atak prewencyjny pod jakimkolwiek pretekstem, i w końcu doprowadzić do zniszczenia chińskiej floty.

Natomiast ten scenariusz nie jest nieunikniony.

Jaka jest więc alternatywa?

Alternatywą dla Amerykanów jest zasadniczo zgodzić się, że Chiny są najpotężniejszym państwem Azji Wschodniej – i wycofać się. Mniej więcej tak jak zrobili Brytyjczycy z Amerykanami na półkuli zachodniej. Nie wtedy, gdy wprowadzali doktrynę Monroe’a, ale mniej więcej około roku 1902-1904, gdy Amerykanie zakupili prawa do budowy Kanału Panamskiego i przejęli kontrolę nad Morzem Karaibskim. Brytyjczycy wycofali się, ponieważ mieli na głowie Niemcy. Amerykanie nie mają dziś na głowie nikogo poza Chinami.

Amerykanie więc nie tylko płacą za bezpieczeństwo Europy, ale muszą też zaakceptować fakt, że Niemcy i Chiny prowadzą handel i pomagają sobie nawzajem

Oczywiście, w Europie istnieje problem Rosji. Ale kraje europejskie – Niemcy, Francja, Polska, Wielka Brytania – mogą radzić sobie z Rosją same, przy wsparciu amerykańskim niewymagającym przeniesienia tu znaczących sił USA. Waszyngton może więc skoncentrować się na powstrzymywaniu Chin i na potencjalnej wojnie z Chinami. Jest to jednak sytuacja odmienna od tej z początku XX wieku. Teraz mamy ład dwubiegunowy, a nie wielobiegunowy, więc USA nie będą musiały koncentrować się na innym równorzędnym rywalu. Ryzyko wojny o ograniczonym zasięgu jest więc faktycznie dość wysokie, bo uważam, że Amerykanie nie cofną się.

Czy Chiny mogą stać się w przyszłości pojedynczym biegunem, hipermocarstwem dominującym nad światem, jakim były Stany Zjednoczone?

Jeśli Chiny – powiedzmy, w 2050 roku – staną się jednym, dominującym mocarstwem, to według teorii realizmu geostrukturalnego ten nowy ład będzie mniej stabilny niż ten poprzedni, ze Stanami Zjednoczonymi jako hipermocarstwem.

Dlaczego?

Ponieważ Chiny graniczą z Rosją, Indiami, znajdują się w pobliżu Japonii itp., a Stany znajdują się na zachodniej półkuli między dwoma oceanami, i graniczą z Kanadą i Meksykiem. Gdy Stany Zjednoczone były hipermocarstwem, sytuacja nie była tak niebezpieczna, jak w przypadku, gdy byłyby nim Chiny, położone w centrum Eurazji, w której leży wiele potężnych państw.

W swojej ostatniej książce, „The Return of Bipolarity in World Politics: China, the United States and Geostructural Realism”, pisząc o nowym ładzie dwubiegunowym, rozwija pan teorię realizmu geostrukturalnego. Czy może pan wyjaśnić naszym czytelnikom, jakie są jej główne idee i jaka jest jej przewaga nad teoriami poprzedników?

Bazuję przede wszystkim na teorii realizmu strukturalnego Kennetha Waltza, która opiera się na dwóch podstawowych czynnikach: na anarchiczności ładu międzynarodowego (wg Waltza wewnątrzpaństwowy ład polityczny opiera się na zasadzie hierarchii, natomiast ład międzynarodowy jest anarchiczny – przyp. JP) i na tzw. dystrybucji właściwości jednostek, czyli na rozkładzie potęgi w systemie międzynarodowym: chodzi o to, które kraje są najpotężniejsze. Kiedy weźmie się pod uwagę te dwa czynniki, można ocenić, czy ład światowy ma charakter dwubiegunowy, czy wielobiegunowy. Ład dwubiegunowy – sposób, w jaki jedno supermocarstwo równoważy drugie – różni się od tego, jak równoważą się wielkie potęgi w ładzie wielobiegunowym. W tym ostatnim mocarstwa opierają się na sojuszach, na staraniach zewnętrznych (na dążeniu do wzmocnienia własnego sojuszu lub osłabienia innego – przyp. JP) – co nie występuje w ładzie dwubiegunowym.

Waltz uważa co do zasady, że ład dwubiegunowy jest bardziej stabilny niż wielobiegunowy. Generalnie zgadzam się z tym, jednak problem polega na tym, że teoria Waltza nigdy nie porównywała dwóch porządków dwubiegunowych. Realizm strukturalny nie może więc odpowiedzieć na proste pytanie: czy nowy ład dwubiegunowy w XXI wieku będzie bardziej, czy mniej stabilny niż ład dwubiegunowy z XX wieku.  W mojej książce przyglądam się nowej dwubiegunowości i stwierdzam, że dziś inaczej kształtuje się stabilność ładu, a sposoby równoważenia sił i prowadzenia wojen zastępczych są inne niż w XX wieku. Są to podstawowe kwestie, których teoria Kennetha Waltza nie może wyjaśnić, ale są one możliwe do wyjaśnienia poprzez dodanie jednej zmiennej – właśnie geopolityki. Dlatego nazwałem swoją teorię realizmem geostrukturalnym.

Co zmienia ta dodatkowa zmienna?

Bardzo dużo. Geografia jest niezwykle ważna, a my praktycznie o niej nie myślimy. Chiny są tak duże jak cały kontynent europejski, ale w Europie są różne państwa. Dotychczasowa polityka równoważenia bazowała na doświadczeniach wojen między Francją a Niemcami, Rosją itd. Azja natomiast jest dużo większym kontynentem niż Europa i występują w niej stabilizujące czynniki geograficzne, takie jak Himalaje między Indiami a Chinami, czy pustynie – na przykład pustynia Gobi. Wieczna zmarzlina i tundra utrudniają Rosji projekcję siły. Dżungla w Azji Południowo-Wschodniej i bariera wodna między Chinami a Japonią sprawiają, że bardzo trudno jest rozpocząć wielką wojnę. Pacyfik jest znacznie większy niż Atlantyk, a Stany Zjednoczone nie mogą mieć przyczółka takiego, jaki miały w przeszłości w Europie. W szczytowym okresie zimnej wojny w Europie było czterysta tysięcy żołnierzy amerykańskich. W Azji Wschodniej Ameryka nie ma gdzie umieścić takiej liczby wojsk. Tak więc zrównoważenie lub powstrzymanie Chin bardzo różni się od równoważenia czy powstrzymywania Związku Radzieckiego. Uważam, że wszystko to można wytłumaczyć geopolityką.

W szczytowym okresie zimnej wojny w Europie było czterysta tysięcy żołnierzy amerykańskich. W Azji Wschodniej Ameryka nie ma gdzie umieścić takiej liczby wojsk

Moje ostatnie pytanie dotyczy geopolityki. Ostatnie miesiące przyniosły w Polsce ogromną falę krytyki podejścia geopolitycznego. W najłagodniejszej wersji twierdzono, że geopolityka przecenia geografię, ale pojawiły się nawet głosy, że jest ona promowana przez rosyjskich agentów wpływu, i że jej rolą jest usprawiedliwienie ekspansywnych działań mocarstw. Czy tego rodzaju krytyka pojawia się również w pana kraju? Co odpowiedziałby pan krytykom?

Taka krytyka pojawia się też u nas. Często wskazuje się tu na powiązania geopolityki z innymi tradycjami – np. Rudolfa Kjelléna i Karla Haushofera (koncepcja Lebensraum). Owszem, zauważam takie powiązania np. u Nicholasa Spykmana i Alfreda T. Mahana. Natomiast geopolityka może być wykorzystywana na wiele sposobów. Ja staram się używać jej w sposób najprostszy. Moim studentom w Norweskim Instytucie Studiów Obronnych mówię: “Po prostu popatrzcie na mapę, na to, co jest naprawdę ważne na mapie Azji Wschodniej”. Widzimy choćby, że żaden z amerykańskich sojuszników nie graniczy z Chinami. To bardzo ważny aspekt, który pozwala zrozumieć rywalizację między Waszyngtonem a Pekinem i dostrzec, dlaczego różni się ona od rywalizacji między USA a Związkiem Radzieckim, która odbywała się na stałym lądzie. Bariera wodna między kontynentem a Tajwanem – to znów geopolityka. Jeśli Chińczycy podbiją Tajwan, zerwą pierwszy łańcuch wysp, a to utrudni obecność wojskową USA w regionie. Podobnie jest w Europie. Geografia dowodzi, że Bałtyk jest bardzo trudny do obrony ze względu na warunki geograficzne, gdyż jest bardzo blisko głównego obszaru Rosji. Ale to nie jest przecież argument na rzecz tego, że Rosja ma prawo do swojej poprzedniej strefy wpływów w Europie Wschodniej! Geopolityka nieraz jest błędnie rozumiana. Staram się ją wykorzystać w sposób analityczny, a nie po to, by uzasadnić jakąkolwiek ekspansję czy podbój.

English version: link

profesor Norweskiego Instytutu Studiów Obronnych. Autor wielu publikacji dotyczących relacji amerykańsko-chińskich i geopolityki. Jego ostatnią książką jest “The Return of Bipolarity in World Politics: China, the United States and Geostructural Realism” (Columbia University Press 2018). Publikował w czasopismach takich jak "Survival", "International Relations", "Cooperation and Conflict" oraz "World Economy and Politics" (w języku chińskim). Posiada tytuł doktora stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Walijskiego w Aberystwyth, a wiosną 2010 roku był stypendystą Fulbrighta w Fairbank Center for Chinese Studies na Uniwersytecie Harvarda.
główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nowy wspaniały świat dwubiegunowy”

  1. Jacek pisze:

    Przyjemnie było przeczytać tak ciekawy artykuł. No cóż, przemija postać tego świata. Ciekawe, czy istnieje w Polsce rządowy zespół ekspercki oceniający sytuację z pozycji położenia Polski, nasze szanse i zagrożenia w zmieniającym się świecie.

  2. Jarosław Urbaniak pisze:

    Gratuluję kolejnego świetnego wywiadu. Wartości jakie wnosi nowakonfederacja są nieocenione.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz