Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kultura strachu utrudnia radzenie sobie z pandemią

Już przed rozpoczęciem pandemii podejście oparte na społecznym dystansowaniu było częścią kultury strachu. Przez pandemię idea, że nie powinniśmy być zbyt blisko siebie, może pozostać normą, gdy zagrożenia SARS-Cov-2 dawno już nie będzie

W poprzednim wywiadzie rozmawialiśmy o kulturze strachu. Czy świat zachodni byłby lepiej przygotowany na kryzys pandemiczny, czy lepiej by sobie z nim radził, gdyby nie kultura strachu i zasada ostrożności?

Pandemia jest oczywiście prawdziwym zagrożeniem, ale trzeba sobie z nią radzić w bardziej zniuansowany sposób. Gdybyśmy mieli bardziej pozytywne nastawienie do podejmowania ryzyka, potrafilibyśmy na przykład rozróżniać między osobami starszymi a pozostałymi grupami przy tworzeniu i wprowadzaniu restrykcji. Być może zostawilibyśmy szkoły otwarte. Polegalibyśmy bardziej na ludziach i ich zdrowym rozsądku, zamiast dążyć do ustanowienia prostej zasady czy też jednego, jedynego sposoby reagowania na zagrożenie.

Dlaczego uważa pan, że tak byłoby lepiej? Może wtedy zmarłoby więcej osób?

Musimy pamiętać, że jest to problem zdrowia publicznego. Choroba w końcu zniknie, ale w Anglii i Ameryce słyszymy, że pandemia zmieni nasz sposób życia na zawsze. Sugeruje się, że kiedy pandemia się skończy, powinniśmy nadal nosić maski. Że nie powinniśmy już podawać sobie rąk, że musimy zmienić nasze wyobrażenie o kontakcie fizycznym. Nie chcę żyć w świecie, w którym nie mogę uścisnąć dłoni przyjaciela, nie mogę pocałować lub przytulić bliskiej osoby. Nie chcę żyć w świecie dystansu.

Kultura strachu rozwinęła się w Kalifornii, potem przeniosła się do wschodnich stanów, a stamtąd – do Europy. Chociaż w USA istnieje solidna mniejszość, która się jej sprzeciwia, to jednak Ameryka zawsze była najbardziej niechętna ryzyku ze wszystkich krajów świata

Mówię o tym nie z powodu mojej lekkomyślności, ale dlatego, że już przed rozpoczęciem pandemii to podejście oparte na dystansowaniu było częścią kultury strachu. Przez pandemię idea, że nie powinniśmy być zbyt blisko siebie, może stać się normą, gdy zagrożenia SARS-CoV-2 dawno już nie będzie. W Anglii w szkołach obowiązuje tzw. „no touch rule” – zasada „bez dotyku”. Pielęgniarki i inni dorośli nie mogą dotykać dzieci. W dawnych czasach, gdybym miał 9 lat i płakałbym na ulicy, od razu podeszłaby jakaś pani i przytuliła mnie. Dziś nikomu nie wolno tak zrobić. Poszliśmy już tą drogą i dlatego taka jest nasza automatyczna reakcja na pandemię. To pryzmat, przez który rozumiemy świat.

Jak ocenia pan strategie lockdownu w zachodnim świecie? Na przykład w Polsce minister zdrowia stwierdził, że będziemy musieli nosić maseczki, dopóki nie będzie dostępna szczepionka. Eksperci twierdzą, że to może trwać rok, dwa lata albo dłużej. Czy te obawy są przesadzone?

Myślę, że to nie jest rozsądne podejście. Nawet z czysto technicznego, medycznego punktu widzenia wiemy, że maseczki nie robią wielkiej różnicy. W zasadzie jedynym celem ich noszenia jest to, by samemu nie rozprzestrzeniać wirusa, jeśli akurat jesteśmy zakażeni.

Bardzo często, gdy politycy nie wiedzą, jak reagować, stosują symboliczne gesty tylko po to, by pokazać, że cokolwiek robią. Wiele rządów przyjęło strategie, które wskazują, że ich członkowie sami są trochę przestraszeni. Zamiast dobrego, przemyślanego przywództwa jest szybkie i głośne reagowanie na bieżące zmiany.

W Anglii rząd na początku miał własną strategię. Wtedy jednak media zaczęły szaleć: „Spójrzcie, we Francji, w Norwegii i we wszystkich innych krajach stosowana jest inna strategia. Dlaczego my tak nie robimy?”. Była to bardzo silna presja na rząd. Powodem, dla którego rządzący zmienili zdanie, był strach, że jeśli choć jedna osoba umrze, media skoczą im do gardła. Wygląda to tak, że klasa polityczna nie robi tego, co konieczne, ale to, co wydaje się dobrze wyglądać na zewnątrz.

Jak pan myśli, jaki będzie wpływ obecnej pandemii na kulturę światową, zwłaszcza na kulturę strachu? Bartłomiej Radziejewski twierdzi w swoim eseju, że być może „nastąpi ponowne związanie zasług z prestiżem i sławą. (…) Będzie więcej miejsca dla bohaterów i ludzi elementarnie użytecznych, mniej – dla «znanych z tego, że są znani»”. Myśli pan, że to możliwe?

Chciałbym, żeby red. Radziejewski miał rację. Taka zmiana byłaby dobra. Ale wątpię, że do niej dojdzie. Przeprowadziłem wiele badań nad katastrofami i reakcjami na nie i widzę, że zawsze w pierwszej kolejności istniejące wcześniej tendencje stają się silniejsze.

Jestem pewien, że wydarzą się dwie rzeczy. Po pierwsze, postawy ostrożnościowe staną się silniejsze. I to będzie miało naprawdę bardzo niedobry wpływ na nasze życie. Po drugie, naprawdę martwię się, że tyrania zdrowia publicznego stanie się jeszcze silniejsza. Pojęcie „zagrożenia dla zdrowia” może być skutecznie wykorzystywane do regulowania wszystkich obszarów życia, do ustanawiania zasad. Zdrowie staje się moralnością zastępczą. W takim ujęciu dobry człowiek to ktoś, kto nosi maseczkę, a zły jest ktoś, kto jej nie nosi.

Zmiany takie jak ta, o których mówi red. Radziejewski, również mogą nastąpić, ale pozostaną niszowe. Wiele osób będzie czerpać naukę z doświadczenia pandemii i uświadomi sobie, że aby odzyskać siły, musimy zacząć współpracować i budować wspólnotę. Wiele osób zda sobie sprawę, że rodzina jest ważniejsza, niż to sobie wcześniej wyobrażaliśmy, że potrzebujemy swoich społeczności i sąsiadów i możemy na nich polegać.

Być może w niektórych przypadkach sytuacja pandemii da ludziom większe poczucie identyfikacji z narodem. Część osób zda sobie sprawę, że nie można po prostu polegać na tanich chińskich towarach. Że dobrze jest mieć nieco większą kontrolę nad własną egzystencją społeczną i ekonomiczną.

Zacieranie się granic wynika z tego, że boimy się wydawać sądy o świecie, podczas gdy poprzez wydawanie sądów tak naprawdę rozwijamy naszą ludzką zdolność do rozumienia rzeczywistości. I to właśnie dzięki niemu możemy rzeczywiście zjednoczyć się, prowadzić dialog i tworzyć życie publiczne, które coś znaczy

W wywiadzie dla magazynu „Reaction” krytykuje pan Unię Europejską za niechęć do ryzyka. Twierdzi pan, że według UE „jeśli coś się rusza, to powinno zostać uregulowane”. Jednak Stany Zjednoczone, które są powszechnie uznawane za przychylne wobec ryzyka, wcale nie radzą sobie o wiele lepiej z pandemią…

W Stanach Zjednoczonych zawsze więcej było gadania niż działania. Kultura strachu rozwinęła się w Kalifornii, potem przeniosła się do wschodnich stanów, a stamtąd – do Europy. Chociaż w USA istnieje solidna mniejszość, która się jej sprzeciwia, to jednak Ameryka zawsze była najbardziej niechętna ryzyku ze wszystkich krajów świata.

Mówi się, że miejsca takie jak Palo Alto z Doliną Krzemową, gdzie byłem kilka razy, to królestwo eksperymentatorów, innowatorów, ludzi skłonnych do podejmowania ryzyka. Ale potem idziesz do domów tych ludzi, wchodzisz do kuchni, i widzisz, że jest jedna lodówka dla żony, jedna dla męża, jedna dla dziecka – bo każdy członek rodziny ma inne alergie! Kuchnia jest jak laboratorium medyczne. Supermarket w Palo Alto jest jak apteka. Twierdzenie, że Amerykanie to „twardzi faceci z pogranicza”, przychylni ryzyku, to mit. Indywidualnie rzecz biorąc, Polacy wydają mi się o wiele bardziej skłonni do ryzyka niż Amerykanie.

Na koniec chciałbym zapytać pana o nową książkę “Why Borders Matter”, która ukaże się w lipcu. Co może pan powiedzieć naszym czytelnikom o tej książce?

Podstawowa teza, którą rozwijam, brzmi, że nie tylko coraz gorzej umiemy dokonywać sądów moralnych i rozdzielać dobro od zła, ale też coraz słabiej trzymamy się naprawdę ważnych granic. Nie mówię tylko o granicach państwowych. W rzeczywistości nie umiemy już dłużej utrzymywać jednoznacznej granicy między dorosłymi a dziećmi. Wielu dorosłych ma problem z byciem dorosłymi; chcą być dziećmi. Mamy więc infantylnych dorosłych i „dorosłe dzieci”. Granica staje się coraz bardziej zamazana. Nie jesteśmy pewni co do granicy między mężczyznami i kobietami, a nawet między ludźmi i zwierzętami. Zanika również granica między tym, co prywatne i publiczne.

Może te granice nie są – w rzeczywistości – tak jasne, jak myśleliśmy wcześniej? Może dawniej stawialiśmy zbyt wiele granic?

Zacieranie się granic wynika z tego, że boimy się wydawać sądy o świecie, podczas gdy poprzez wydawanie sądów tak naprawdę rozwijamy naszą ludzką zdolność do rozumienia rzeczywistości. I to właśnie dzięki wydawaniu sądów możemy rzeczywiście zjednoczyć się, prowadzić dialog i tworzyć życie publiczne, które coś znaczy. Ale jeśli mówimy, że sądzenie jest błędem, i uczymy nasze dzieci nie wydawać sądów, to w zasadzie tracimy zdolność do moralnego rozumowania i zaczynamy nadawać sens światu w sposób niezwykle wąski i techniczny. W tych okolicznościach stajemy się niezdolni do radzenia sobie z codziennymi problemami naszego życia.

*
Dziękuję Zbigniewowi P. Szczęsnemu za pomoc w przygotowaniu pytań do wywiadu.

brytyjski socjolog, publicysta, profesor emeritus na University of Kent. Specjalizuje się w socjologii strachu i edukacji. Autor m.in. takich książek jak „The Politics of Fear. Beyond Left and Right” (2005) czy “How Fear Works. Culture of Fear in the 21st Century”(2018)
główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kultura strachu utrudnia radzenie sobie z pandemią”

  1. pielu pisze:

    Bardzo fajny wywiad w czasach psychozy. Dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz