Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jego Wysokość Chaos, Król Polski

Problem z Prawem i Sprawiedliwością jest taki: politycy tej partii zdają się nie przyjmować do wiadomości, że Polska jest (tylko – i aż!) średniej wielkości węzłem w wielowymiarowej, globalnej sieci

Odpowiedź na pytanie „kto rządzi Polską” wielu osobom może się wydawać oczywista. Prawo i Sprawiedliwość, Jarosław Kaczyński, ewentualnie jeszcze Kościół katolicki lub ojciec Tadeusz Rydzyk – takich odpowiedzi można się spodziewać. Kilka czy kilkanaście lat temu brzmiałyby – odpowiednio – Platforma (i Donald Tusk) oraz SLD (i Leszek Miller). Ale prawda, jak to ona zwykle, jest znacznie bardziej złożona. Owszem, w wewnątrzkrajowym układzie sił rola tych partii i polityków jest niekwestionowana (dogłębnie analizował ją niedawno na łamach NK Stefan Sękowski). W dzisiejszych realiach równie ważny jest jednak układ zewnętrzny – i to jemu warto przyjrzeć się bliżej tym razem.

Nieco teorii i historii

Żeby nie komplikować spraw nadmiernie, zostawmy na boku opasłe tomiszcza i setki artykułów teoretycznych z dziedziny nauk o polityce, poświęconych zjawisku „władzy” oraz relacji tego pojęcia z „rządzeniem”, „wpływem”, „kontrolą” itp. – i skupmy się na samym „rządzeniu”. I tak nie jest lekko. Jak obrazowo i przytomnie stwierdziła niegdyś, w swej znanej książce pt. „Governance”, duńska politolożka Anne Mette Kjaer: „Armia teoretyków rządzenia jest tak niejednorodna, że można by pomyśleć, iż słowo «rządzenie» jest jak etykieta na całej partii butelek, które następnie przesyłane są różnym producentom, i każdy z nich napełnia je produkowanym przez siebie napojem. Konsument musi być bardzo ostrożny”.

W skomplikowanym systemie przenikających się wzajemnie sieci – państwa i ich rządy stały się tylko „węzłami”

Bądźmy więc. Ale, że w wielu definicjach mamy dość powszechne wspólne mianowniki, to na użytek dalszych rozważań jest się czego trzymać. Rozróżnijmy jeszcze tylko „rządzenie” jako ludzkie działanie i jako zjawisko. W tym pierwszym sensie będzie tu traktowane jako panowanie nad formalnymi i nieformalnymi zasadami gry politycznej, przy pomocy środków, które związane są z ustalaniem tych zasad oraz z rozwiązywaniem konfliktów (to – z grubsza – też Kjaer). A w drugim – jako proces (lub zespół procesów) podejmowania i wprowadzania w życie określonych decyzji, z wykorzystaniem przymusu lub bez.

Przekonanie, że współczesnymi państwami rządzą (czyli: narzucają reguły gry oraz podejmują i wdrażają decyzje) wyłącznie lub nawet głównie prezydenci i premierzy, urzędujący w ich stolicach, jest tyleż powszechne, co archaiczne. Owszem – krajowi politycy, wymieniający się okresowo w fotelach i gabinetach, bardzo starają się podtrzymywać wrażenie swojej sprawczości. Ale w dzisiejszym świecie jest ona, w najlepszym razie, mocno ograniczona.

Realna siła rządów centralnych w instytucji zwanej „państwem” ewoluowała na przestrzeni wieków wraz z tymże państwem. W europejskim średniowieczu miało ono charakter relatywnie „lekki”. Królowie i książęta, władający terytoriami, które dziś oznaczamy w atlasach historycznych różnokolorowymi plamami, mieli zazwyczaj bezpośredni wpływ na sprawy wojny i pokoju, sporą część prawodawstwa na obszarze owych plam oraz na swoje własne dwory. Ale wokół nich, w chaotycznym i dynamicznym systemie, odrębne kompetencje do rządzenia różnymi sferami życia społecznego i indywidualnego miały także inne podmioty, m.in. Święte Cesarstwo (na sporej połaci kontynentu), Kościół, poszczególni feudałowie, samorządy miejskie i cechy, i tak dalej.

Stopniowe umacnianie władzy królewskiej i zdobywanie przez nią przewagi nad innymi aktorami trwało stulecia. Za ważną cezurę tego procesu historycy dość zgodnie uznają traktat westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią – i dlatego zazwyczaj określają panujący po niej porządek międzynarodowy właśnie „westfalskim”. Państwo było w nim „kulą bilardową” – podlegającą zewnętrznej przemocy, lecz „suwerenną” w środku. Dalsze procesy polegały nie tylko na umacnianiu władzy centralnej w tych państwach, ale też na poszerzaniu jej zakresu przedmiotowego. Już nie tylko sprawy wielkiej dyplomacji i wojny, nie tylko podatki i fundamentalne prawa – ale także koncesjonowanie działalności gospodarczej podmiotów prywatnych, coraz bardziej szczegółowe określanie jej reguł, edukacja, bezpieczeństwo wewnętrzne i porządek publiczny, i wiele innych sfer kolejno zawłaszczali królowie lub działający w ich imieniu politycy i urzędnicy. Nawet w kraju, wykazującym bodaj największy sceptycyzm wobec zwiększania kompetencji rządu centralnego, to znaczy w Stanach Zjednoczonych – jednak stopniowo „Kapitan Państwo” rósł w siłę. Apogeum tych trendów to XX wiek – gdy nawet w krajach demokratycznych (o autorytarnych i totalitarnych już nie wspominając) zakres władzy państwowej, mierzony tak „w głąb”, jak i „wszerz”, stał się historycznie bezprecedensowy.

Władza globalizacji

Ale potem zaczął się zaznaczać trend przeciwny. Wielkie korporacje, od tych przemysłowych po medialne, coraz śmielej rzucały wyzwanie rządom centralnym. Stopień skomplikowania polityki, będący poniekąd skutkiem łapczywości polityków i państwowych biurokratów na regulowanie kolejnych dziedzin życia lub na bezpośrednie nimi zarządzanie, wymusił delegowanie części kompetencji i zadań w dół (do samorządów regionalnych i lokalnych) oraz „w bok” (do tzw. sektora trzeciego). Szok i trauma II wojny światowej spowodowały śmielsze niż po I wojnie światowej przekazywanie wielu zadań koordynacyjnych i kontrolnych organizacjom międzynarodowym. A jednocześnie szereg powiązanych ze sobą wzajemnie zmian technologicznych, społecznych i kulturowych sprawił, że ludzie stali się – generalnie – mniej skłonni do ulegania tradycyjnej, „pionowo” zorganizowanej władzy i do bezkrytycznego wykonywania jej poleceń. Miejsce hierarchii zajęły sieci, a rządzenie zaczęło w coraz mniejszym stopniu polegać na wydawaniu rozkazów (i ewentualnie siłowym ich egzekwowaniu), w coraz większym zaś na „zdobywaniu atencji”, zdolności „do bycia branym pod uwagę” przez mocno rozproszonych decydentów cząstkowych, zdolności wpływania na emocje oraz subtelnego kreowania potrzeb.

Nowocześnie pojmowana suwerenność, realizowana w opisanych przed chwilą uwarunkowaniach, nie polega bowiem na pełnym i nieskrępowanym prawie rządu do robienia tego, na co tylko owemu rządowi przyjdzie ochota. Polega natomiast na poszukiwaniu – w interesie obywateli! – optymalnych sposobów, by „być branym pod uwagę” w zbiorowych decyzjach ważnych sieci

W skomplikowanym systemie przenikających się wzajemnie sieci – państwa i ich rządy stały się tylko „węzłami”. Wciąż z natury rzeczy potężnymi, ale już nie jedynymi. I zazwyczaj z trudem uczącymi się nowego rodzaju interakcji z innymi, teoretycznie słabszymi, ale często niwelującymi różnicę potencjału przez sprawność w narzucaniu swoich reguł gry, obcych państwowym molochom. Do wspomnianych wcześniej transnarodowych organizacji gospodarczych, korporacji medialnych, między- i pozarządowych politycznych, ekonomicznych czy społecznych organizacji międzynarodowych, władz regionalnych i lokalnych doszły też – w roli kolejnych węzłów sieci – jeszcze inne, w tym organizacje nielegalne (polityczne – np. etnoseparatystyczne i religijno-ideologiczne oraz „biznesowe”, czyli mafie), a także stanowiąca de facto dynamiczną magmę drobniutkich węzełków opinia publiczna.

Rzecz jasna, w różnych częściach świata znajdziemy bardzo różne przypadki, jeśli idzie o sprawczość centralnych rządów państwowych oraz ich miejsce w sieci. W komunistyczno-kapitalistycznych Chinach kontynentalnych mamy do czynienia również z władzą sprawowaną w modelu sieciowym, ale kluczowe węzły tej sieci są po pierwsze „wewnętrzne”, a po drugie jednak wszystkie (Biuro Polityczne KPCh, rząd, służby specjalne, kluczowe przedsiębiorstwa, itp.) są albo po prostu „państwowe”, albo pozostają pod faktyczną kontrolą organów państwowych. We Francji, tradycyjnie etatystycznej, jest w pewnym stopniu podobnie, choć stopień suwerenności teoretycznie państwowych koncernów względem nadzorujących ich ministrów jest zazwyczaj większy, niż teoretycznie prywatnych koncernów chińskich wobec tamtejszych polityków i generałów. Węzły zewnętrzne – choćby unijne czy „korporacyjne” – są też istotne. A w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych, przy odrobinie fantazji, można spokojnie sformułować tezę, że – jako państwo – nie tyle są one „węzłem” jako takim, ile narzędziem do realizacji własnych interesów przez koalicję węzłów wewnętrznych i zewnętrznych, wśród których wymienia się m.in. Pentagon, CIA z przyległościami, parę wiodących think tanków i uniwersytetów, przynajmniej kilkanaście wielkich firm, ale też np. społeczność żydowską, dbającą o interesy dwóch swoich ojczyzn jednocześnie (w Polsce taki koncept jako pierwsza przedstawiła bodaj Jadwiga Staniszkis w swej „Władzy globalizacji”).

Suwerenność w sieciach

Nic więc dziwnego, że kraje mniejsze i słabsze od wymienionych – jak chociażby Polska – oraz ich rządy są węzłami, na które tym mocniej oddziałują przeróżne inne węzły, zlokalizowane poza granicami danego państwa. Pytaniem istotnym z punktu widzenia analizy „rządzenia Polską” nie jest więc pytanie o to „czy” (bo tu odpowiedź jest oczywista), lecz: „jakie” i „w jaki sposób”. Bez rzetelnej analizy tychże, nie odpowiemy sobie bowiem na pytanie następne: co można i należy zrobić, by w warunkach globalizacji, usieciowienia itp. uzyskać maksymalną możliwą sterowność naszej państwowej nawy i jak najwyższą jakość rządzenia. Dodajmy: rządzenia w interesie obywateli RP, a nie partykularnych interesów tego czy owego węzła wewnątrz czy na zewnątrz kraju.

Nowocześnie pojmowana suwerenność, realizowana w opisanych przed chwilą uwarunkowaniach, nie polega bowiem na pełnym i nieskrępowanym prawie rządu do robienia tego, na co tylko owemu rządowi przyjdzie ochota. Polega natomiast na poszukiwaniu – w interesie obywateli! – optymalnych sposobów, by „być branym pod uwagę” w zbiorowych decyzjach ważnych sieci. I właśnie w ramach owej optymalizacji, Rzeczpospolita jakiś czas temu suwerennie postanowiła scedować część swoich uprawnień do rządzenia – między innymi wstępując do NATO i Unii Europejskiej.

To oznacza, że te organizacje w pewnym stopniu „rządzą Polską”, za jej wiedzą i zgodą. I to, powtórzmy, w dzisiejszym świecie problemem nie jest. Owszem, może się on pojawić, gdy zakres owego rządzenia nami z zewnątrz wykracza poza to, na co się niegdyś umówiliśmy.

Inaczej rzecz się ma z Unią Europejską. Tutaj nie ma aż tak wyraźnego hegemona, bo nawet najsilniejsze państwa, jak Niemcy czy Francja, można jednak zrównoważyć funkcjonalnymi koalicjami mniejszych graczy

Takiej sytuacji można się dopatrzyć odnośnie naszego członkostwa w sieci transatlantyckiej. Wynika to z jej konstrukcji: USA są w jej ramach węzłem kluczowym, lub jak to woli „hubem”, z racji swego potencjału wojskowo-politycznego i gospodarczego zdecydowanie dominującym nad pozostałymi. Sposób i skala korzystania przez hegemona z tej uprzywilejowanej pozycji jest zmienny w czasie i w przestrzeni; zależy od szeregu czynników, wśród których najważniejsze to nastawienie aktualnej administracji amerykańskiej oraz asertywność konkretnego partnera. Na pierwszy z tych czynników Polska wpływu nie ma. Na drugi – jak najbardziej. W uproszczeniu – jesteśmy więc wobec USA (i pośrednio wobec NATO) na tyle suwerenni i samodzielni, na ile potrafimy sobie to wytargować. Niestety, nigdy nie było z tym dobrze, a ostatnie doświadczenia w tym zakresie nie skłaniają niestety do optymizmu. Mentalność (i brak profesjonalizmu) znacznej części naszych elit politycznych powoduje, że Polska regularnie przyjmuje rolę posłusznego wasala, zamiast młodszego i słabszego, ale partnera. Przykłady można mnożyć: od „nagrodzenia” Leszka Millera sutym stypendium w USA za jego wierne wykonywania polecań Waszyngtonu w czasie wojny z Irakiem, poprzez sposób prowadzenia negocjacji o tarczy antyrakietowej jeszcze za czasów PO, po najnowsze: wrobienie nas w niesławną konferencję bliskowschodnią w Warszawie, pokorne przyjmowanie reprymend od ambasador Mosbacher (niezależnie od ich merytorycznej słuszności – nie było to coś, co budowało w Polakach dumę z ich państwa), pamiętne, fatalne rozegranie protokolarne wizyty prezydenta Dudy w USA, regularne dawanie się wodzić za nos obietnicą „paciorków” w postaci zniesienia wiz, itd.

Przesadą byłoby oczywiście stwierdzenie, że „Stany rządzą Polską” permanentnie. Ale nasze własne błędy i zaniedbania: brak profesjonalnej dyplomacji publicznej, zdolnej oddziaływać na wpływowe osobistości i na opinię publiczną w USA (a więc pośrednio także na ich rząd), brak ukierunkowanego lobbingu, a przede wszystkim – niezachowanie sobie nawet minimalnego pola manewru w postaci choćby hipotetycznej alternatywy i regularne wysyłanie wiernopoddańczych sygnałów, to wszystko spowodowało, że cena, jaką płacimy za amerykańsko-natowski parasol bezpieczeństwa jest chwilami wyjątkowo wysoka. Bo Amerykanie, gdy faktycznie chcą i mają w tym wyraźny interes, po prostu są w stanie „rządzić Polską” przynajmniej chwilowo i w zakresie pewnych konkretnych polityk.

Inaczej rzecz się ma z Unią Europejską. Tutaj nie ma aż tak wyraźnego hegemona, bo nawet najsilniejsze państwa, jak Niemcy czy Francja, można jednak zrównoważyć funkcjonalnymi koalicjami mniejszych graczy. Znaczniejszy jest też wpływ aktorów pozapaństwowych, co wynika w dużej mierze z bardziej „miękkiego”, nieco neośredniowiecznego charakteru mapy wpływów i zależności w integrującej się Europie. Nawet kraje o teoretycznie mniejszym potencjale od naszego potrafią w tej Unii całkiem skutecznie chronić swoje interesy i uzyskiwać okresowo wpływ na istotne dla nich decyzje wspólnoty. Czynią to przy pomocy – między innymi – sprawnej i koncyliacyjnej dyplomacji, poszukującej aktywnie kompromisów zadowalających możliwie szeroką gamę uczestników, ale też poprzez budowanie swoich wpływów w coraz silniejszej, „pozapaństwowej” unijnej biurokracji. Nie trzeba chyba przypominać, jak od lat (ale w ostatnich latach szczególnie) ta druga kwestia jest zaniedbywana w przypadku Polski.

Twarde stanowisko – owszem, sprawdza się niekiedy jako taktyka negocjacyjna. Unia do tego przywykła, to nic innego, jak stara, dobra szkoła dyplomacji, przez stulecia cyzelowana m.in. w Londynie, Paryżu, Wiedniu, Sztokholmie, Berlinie czy Madrycie. Rzecz jednak polega na tym, że im ostrzejsze wygłasza się oświadczenia, tym więcej mieć trzeba w zanadrzu pomysłów, jak się z nich wycofać z twarzą, gdy na stole pojawi się atrakcyjny kompromis. Całkiem niedawno parę razy pokazał to np. Viktor Orbán. My na razie znacznie częściej poprzestajemy na pierwszym elemencie, po czym zostajemy z pustymi rękami i propagandowymi hasłami o „moralnych zwycięstwach”.

Czy to oznacza, że Unia rządzi Polską? W pewnym stopniu tak, gdy przywołamy definicje rządzenia, odnoszące się do ustalania reguł gry, tyle, że na takie „rządzenie” jednak przystaliśmy dobrowolnie (i nawet jeśli niektórym politykom nie na rękę jest dziś o tym pamiętać, to wśród przystających byli też kluczowi politycy PiS, z obydwoma braćmi Kaczyńskimi na czele). Gdy popatrzymy na możliwość podejmowania konkretnych działań w ramach owych reguł ogólnych, to zakres naszej samodzielności wciąż jest jednak relatywnie znaczny. Ale – uwaga – wynika to w dużej mierze z tego, że Unia, wciąż jeszcze mało pozbierana wewnętrznie, z wielu narzędzi nie umie lub nie chce korzystać. Ten stan nie będzie raczej trwał w nieskończoność. Wniosek – już niebawem możemy stanąć wobec alternatywy, czy z mocniej integrującej się struktury wyjść, czy nauczyć się bardziej wpływać na jej zbiorowe decyzje. To pierwsze jest względnie łatwe, ale raczej krótkowzroczne, bo miejsca na mapie i miejsca w gospodarce światowej sobie nie zmienimy, więc Unia i tak będzie nami wtedy (współ)rządzić, tyle że już nawet bez pozorów pytania nas o zdanie. Drugie jest tyleż trudniejsze, co bardziej obiecujące. Wymaga jednak zupełnie innego spojrzenia na integrację europejską i mechanizmy władzy europejskiej, niż dominujące dotychczas.

W szponach chaosu

W pewnym stopniu podobnie ma się rzecz z innymi, zewnętrznymi węzłami sieci, w których chcąc nie chcąc funkcjonuje nasz kraj i my sami. Nie ma co zamykać oczu na fakt, że w różny sposób próbują manipulować naszymi instytucjami takie ośrodki, jak służby specjalne przynajmniej paru państw ościennych oraz specjednostki działające komercyjnie na rzecz pewnych międzynarodowych korporacji. Tak to się w dzisiejszym świecie dzieje – państwa nie są jednak wobec takich działań bezradne, o ile mają profesjonalne, dobrze zadaniowane i dofinansowane służby i instytucje własne. Ta gra się nigdy nie kończy, ale da się wychodzić z niej względnie cało. Odnośnie Polski – niestety, można mieć czasami wrażenie, że albo mamy (chwilowe) szczęście, bo żaden poważny agresor nie wziął się za nas na razie na serio, albo przeciwnie, że różne zakulisowe siły przejęły już kontrolę nad istotnymi fragmentami polityk publicznych, tyle że są na tyle cwane, by się z tym nie afiszować.

Jeśli dzisiaj ktoś rządzi Polską – to tak naprawdę przede wszystkim jest to Jego Wysokość Chaos

Również istotnymi węzłami są organizacje międzynarodowe, działające często z dala od strefy zainteresowania popularnych mediów, o charakterze technokratycznym, ale ustalające reguły i wymuszające konkretne działania w sferach życia niezwykle istotnych. Często będące organizacjami wyspecjalizowanymi ONZ, ale nie tylko. O ich faktycznym znaczeniu opinia publiczna dowiaduje się okazjonalnie i wyrywkowo: jak na przykład o Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) „dzięki” pandemii albo o roli Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU) przy ustalaniu strategicznie ważnych standardów technicznych, związanych z warunkami rywalizacji na rozwijającym się rynku usług związanych z technologią 5G (i za moment także 6G). Teoretycznie – rządy realizują tam swoją politykę za pośrednictwem delegowanych przez siebie przedstawicieli. Ale, po pierwsze, głosy państw mają na forum tych organizacji różną wagę faktyczną. Po drugie zaś, kluczową rolę w przygotowaniu merytorycznych decyzji mają tam jednak gremia ekspercko-biurokratyczne, w znacznym stopniu reprezentujące bądź to interesy własne, bądź najsprawniejszych spośród zewnętrznych i wewnętrznych lobbystów.

Proponowana lista istotnych węzłów zewnętrznych jest, siłą rzeczy, skutkiem pewnego subiektywnego wyboru. Pozwolę sobie pominąć na przykład reptilian (brak dostępnych materiałów do analizy). Odkładam również na bok teorie o globalnym spisku masońskim. I od razu przepraszam zawiedzionych, ale na podstawie wiedzy insidera, zgromadzonej przez wiele lat uczestnictwa w pracach jednego z największych, międzynarodowych zakonów wolnomularskich, a także w świetle cudzych i własnych badań naukowych – muszę stwierdzić, że o ile np. w wieku XVIII, XIX, a nawet na początku wieku XX rzeczywiście da się zidentyfikować wpływ organizacji spod znaku cyrkla i węgielnicy na polską politykę, to w obecnym stuleciu absolutnie nie. Pewnie i tak niektórzy nie uwierzą, ale trudno.

Konkluzja z całości rozważań jest zaś tyleż prosta, co niepokojąca. Jeśli dzisiaj ktoś rządzi Polską – to tak naprawdę przede wszystkim jest to Jego Wysokość Chaos. Próbuje rządzić nie tylko nami, jego lepkie macki odnajdziecie Państwo na całym świecie. Ale my pozwalamy mu na stosunkowo dużo. Za dużo.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Jego Wysokość Chaos, Król Polski”

  1. Jarek pisze:

    Unia Europejska to organizacja międzynarodowa, a nie jak wielu na polskiej prawicy sądzi – coś na kształt zakonu masońskiego lub jeden z elementów Jego Wysokości Chaosu. Albo się umie robić politykę miedzynarodową, w tej czy innej organizacji, albo się jest dzieckiem we mgle. Kto dziś w Polsce rozumie, że słynne “zwycięstwo” 1:27 było chyba największym w ostatnich latach ciosem w suwerenność Polski ? To nie krasnoludki podjęły tę decyzję tylko sfrustrowani politycy żyjący złudzeniami, że wstają z kolan, podczas uderzyli się mocno w głowę. Cierpi na tym pozycja międzynarodowa Polski katastrofalnie zdewastowana przez pisowskie rządy w ostatnich 6 latach.

    • Marko pisze:

      A w czym lepsza była poprzednia władza i jak budowała naszą pozycję międzynarodową ?-oświeć mnie proszę bo zalet rządów PO – PSL dostrzec nie mogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz