Newsletter

Jak rządziłaby lewicowa alternatywa?

Ostatnie kilkanaście lat pozwoliło nam poznać realne pomysły formacji centroprawicowych i SLD na funkcjonowanie państwa. Nie wiemy natomiast, jaki program państwowy mogłaby mieć inna niż SLD lewica

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Czy lewica może stać się w Polsce czymś innym niż reprezentacją środowisk i sentymentów postkomunistycznych? Czy może odegrać istotną i pozytywną rolę w sytuacji, gdy – z racji pokoleniowej wymiany – wspomniana wyżej funkcja ulegnie wyczerpaniu? Nikt po lewej stronie, kto szukał innej niż SLD drogi – czy to w nawiązaniu do tradycji PPS czy lewicy solidarnościowej – nie odniósł sukcesu. Najbliżej byli twórcy Unii Pracy, którym udało się pod własnymi sztandarami wejść do Sejmu. Wybór publicystyki jednego z nich – Piotra Marciniaka „Miraż Sierpnia. Lewicowe myślenie w dobie antykomunistycznej rewolucji” – czytany równocześnie z współczesnym konceptem lewicowej alternatywy, opisanym w „Nowym autorytaryzmie” Macieja Gduli, pozwala z nieco innej postawić pytanie o szanse i sens takiego projektu.

Pewnym kapitałem symbolicznym – kluczowym dla zrozumienia koncepcji Marciniaka – jest zatem pamięć i dziedzictwo Sierpnia 1980 roku

Pytanie to jest tym ważniejsze w sytuacji, w której ostatnie trzy lata nie wytrąciły polityki polskiej z kolein, w które wpadła ona w roku 2005. Zapowiedź czegoś nowego, związana z pojawieniem się Nowoczesnej, list Kukiz’15 czy Partii Razem, nie przekształciła się na razie w czynnik zmieniający układ sił na scenie partyjnej. Co więcej, nie wpłynęła istotnie na osie podziałów i główne tematy dyskusji. Żaden z pretendentów nie wykorzystał ani długiego okresu słabości Platformy Obywatelskiej, ani nowych wyzwań, jakie wynikały z rządów PiS.

Można tłumaczyć nowe ugrupowania na sto sposobów. Obok oczywistego braku doświadczenia, środków czy zaplecza, można wskazywać, że Kukizowi odebrał PiS paliwo antyestablishmentowości, a Partii Razem – paliwo postulatów socjalnych. Ci, którzy chcieli zadania ciosu elitom Trzeciej Rzeczpospolitej mieli dość satysfakcji z konfliktów, które wzniecił Jarosław Kaczyński. Partia Razem zyskała łatwe pole konfrontacji z PiS w sferze światopoglądowej i obyczajowej oraz w obszarze polityki historycznej. Ale nie przebiła się ze swoim stanowiskiem w innych sferach. Co więcej, ostrość rozwiązań zaproponowanych przez PiS w ustawach deubekizacyjnej i degradacyjnej zmobilizowała po raz kolejny wyborców SLD, którzy docenili fakt, że formacja ta stanęła otwarcie w obronie osób pokrzywdzonych przez te ustawy.

Sens sporu o lewicowość

Jaki projekt lewicy kreślą autorzy dwóch wspomnianych na wstępie książek? Maciej Gdula zawarł istotę projektu lewicowego w stwierdzeniu, iż „zadaniem, ale też szansą lewicy jest dzisiaj wskazanie klasowego charakteru polskiego społeczeństwa, jednak nie po to, żeby zadenuncjować ten system i domagać się jego zniesienia, ale w celu wyzwolenia nas ze złudzeń nacjonalizmu i liberalizmu i zadania pytań, jak ten system poprzestawiać, żeby Polska była bardziej demokratyczna”. Gdula zwraca uwagę przede wszystkim na kwestię powiązania lewicowości z interesami i oczekiwaniami klasy ludowej, przejęcia jej wyborców z rąk PiS.

Dla Piotra Marciniaka z kolei orientacja socjaldemokratyczna „nie powinna kreować się na partię partykularno-klasową, lecz na partię, która dąży do nadania partykularnym interesom dużych grup społecznych charakteru całościowej programowej alternatywy wobec dwóch pozostałych dużych orientacji: prawicowo-liberalnej i chrześcijańsko-tradycjonalnej”. Te duże grupy to dla Marciniaka jeszcze „środowiska pracownicze, zarówno robotnicze, jak i inteligenckie”. Dla Marciniaka ważny był też związek tego rodzaju opcji z obozem „rewolucji” – tej z 1980 i 1989 roku, nawiązywanie do tradycji solidarnościowego sprzeciwu.

Problem z SLD polega jednak na tym, że nigdy nie spełniała ona kryteriów stawianych przez Marciniaka i Gdulę. Unikała diagnoz klasowych i była partią chroniącą interesy elit PRL. Ale w opinii potocznej, to ona była lewicą. Trudno zresztą o nudniejsze spory niż te, czy PiS jest prawicą, a SLD lewicą, czy PO to jeszcze partia liberalna. Oczywiście rozumiem tych dyskutantów, którzy walczą w ten sposób o własną polityczną obecność – prawicowców z Partii Wolność czy lewicowców z Partii Razem. Rozumiem ich także dlatego, że tożsamości partii politycznych są dziś formatowane przez pryzmat badań opinii publicznej, a nie przez jakiekolwiek systemy przekonań. Może z wyjątkiem tych religijno-obyczajowych i środowiskowych (bo nawet nie klasowych) w przypadku PSL. Możemy uznać zatem, że SLD jest lewicą na inny sposób niż definiują to Marciniak i Gdula.

Ale konstatacja taka nie pozostaje bez skutków. Brak lewicy łączącej postulaty społeczne z obyczajowymi sprawi, że wielu ludzi o lewicowych poglądach zapewne dokona wyboru między większą i skuteczniejszą PO, a mniejszą i bardziej wyrazistą światopoglądowo SLD. Dla części – zwłaszcza starszych – będzie to także pochodną ich stosunku do PRL. Nie prowadzi to jednak lewicy w kierunku zdolności do reprezentowania wskazywanej przez Gdulę „klasy ludowej”.

Sprawa jest poważniejsza niż kalkulacje – mniej lub bardziej zasadne – dotyczące potencjalnego elektoratu innej niż SLD-owska lewicy

Nie jest to sprawa nowa. Marciniak na początku lat 90. przestrzegał przed pokusą, by usytuować nową formację lewicową „gdzieś na przecięciu wielkich tradycji socjalistycznych i liberalnych”, a zatem tam, gdzie próbował je wiele lat później usytuować Aleksander Kwaśniewski, forsując formułę „Lewica i Demokraci” (2006-2007) czy Europa Plus Twój Ruch (2014). „Konsekwentne pójście w tym kierunku grozi jednak utratą kontaktu z tymi środowiskami, dla których tradycje te, a zwłaszcza ich język, są obce a nawet wrogie. Żadna formacja dążąca do pozyskania nieinteligenckiego elektoratu nie może być nadmiernie wykorzeniona ze świata pojęć i języka dominującego w polskim społeczeństwie. (…) Wyklucza to z pewnością zarówno nadmierny libertynizm, jak i nadmierne wyjałowienie programu z problematyki tożsamości narodowej”. Ta intuicja wydaje się być nadal trafna, choć nie oznacza, co podkreślał wyraźnie autor „akceptacji dla tendencji izolacjonistycznych, konserwatywnych czy klerykalnych”.

Kto potrzebuje reprezentacji?

Pewnym kapitałem symbolicznym – kluczowym dla zrozumienia koncepcji Marciniaka – jest zatem pamięć i dziedzictwo Sierpnia 1980 roku. Jest to najważniejszy polityczny akt dokonany przez robotników w imieniu i interesie całego społeczeństwa. Poparty przez środowiska inteligenckie, ale na warunkach partnerskich. Doświadczenie tego ruchu, w którym lewica uczestniczyła na równych warunkach, ale bez akcentowania swojej politycznej odrębności, wydaje się zresztą być fundamentem strategii przyjętej po 1989 przez środowisko polityczne, które współtworzył Marciniak. Polegała ona bardzo długo na wspieraniu silnej pozycji związków zawodowych (przy jednoczesnym ostrzeganiu przed pułapką współrządzenia państwem), kwestionowaniu odgórnego i neoliberalnego charakteru przemian, występowaniu w obronie środowisk wielkoprzemysłowej klasy robotniczej jako rdzenia ruchu solidarnościowego w latach 80.

To, co czyni podobnym myślenie Gduli i Marciniaka, to przekonanie, że politykę lewicową powinien konstytuować zamiar reprezentowania najsłabszych ekonomicznie grup ludności. W obu przypadkach definicje są jednak nieprecyzyjne. I to nie w sensie akademickim, ale przede wszystkim możliwości operacjonalizacji politycznej. Marciniak miał zapewne w pamięci zarówno dziesięciomilionową „Solidarność” z lat 1980-1981, obserwował tracącą na znaczeniu klasę robotniczą, pisał o grupach pokrzywdzonych przez transformację. A jednocześnie widział postępujący dryf politycznych obu głównych central związkowych: „Solidarności” na prawo, a OPZZ w strategicznym związku z postkomunistyczną lewicą. Tymczasem grupą, która zapewniła Unii Pracy jedyny sukces w wyborach parlamentarnych nie byli jednak bohaterowie publicystyki Marciniaka, ale protestujące przeciwko ustawie antyaborcyjnej z roku 1993 środowiska feministyczne. Elektorat UP był – według badań dokonanych w ramach Polskiego Generalnego Studium Wyborczego – mniej socjalny w swoich oczekiwaniach nie tylko od wyborców SLD i PSL, ale także od PC czy KPN. Z kolei na osi obyczajowej i światopoglądowej lokował się w pobliżu antyklerykalnie nastawionych elektoratów SLD i KLD.

Także współczesna obserwacja exit poll z roku 2015 (jak i późniejszych danych sondażowych) pokazuje niski poziom zakorzenienia Partii Razem w środowiskach robotniczych i wśród ludzi z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym lub zawodowym (2 proc.) przy relatywnie wyższym w grupie „dyrektorów, kierowników i specjalistów” oraz osób z wyższym wykształceniem (5 proc.).

Nie piszę tego, by krytykować jedną lub drugą partię, ale by pokazać pewien paradoks reprezentacji i głosowania. Sprawa nie ogranicza się przy tym do wskazanej wyżej trudności z dotarciem do przedstawicieli „klasy ludowej”. Problemem jest to, kto naprawdę jest zainteresowany proponowanym przez środowiska lewicy scenariuszem reform państwa i modernizacji sektora publicznego. Wydaje się, że droga do szerokich wpływów w klasie ludowej zablokowana jest dziś przez dwa trendy: po pierwsze wyraziście antyliberalną, konsekwentną orientację PiS; po drugie – przez uznanie sensowności modernizacji sektora publicznego raczej przez zatrudnioną w jego instytucjach część klasy średniej niż przez klasę ludową.

Lewica i państwo

Sprawa jest poważniejsza niż kalkulacje – mniej lub bardziej zasadne – dotyczące potencjalnego elektoratu innej niż SLD-owska lewicy. Dotyczy bowiem tego, czy na scenie politycznej pojawi się formacja na poważnie zainteresowana wzmocnieniem państwa, nie w tym sensie, jaki ukształtował dzisiejszą retorykę PiS, ale w sferze jego sprawności i zdolności do wywiązywania się z podstawowych zadań. Ostatnie kilkanaście lat pozwoliło nam poznać realne pomysły na funkcjonowanie państwa, jakie potrafią sformułować dwie główne formacje – umownie mówiąc – centroprawicowe. Lata rządów Leszka Millera pokazały jakoś realny wymiar pomysłów SLD. Nie wiemy natomiast, jaki program państwowy mogłaby mieć inna niż SLD lewica.

Lektura tekstów Macieja Gduli i Piotra Marciniaka pokazuje, iż projektowana przez nich lewica ma pewien niedoceniany w dzisiejszej debacie potencjał

Gdula obiecuje przecież, że rezultatem lewicowej polityki upodmiotowienia klasy ludowej mogłaby być sensowna przebudowa sektora publicznego, zmiana regulacji dotyczących rynku pracy czy przywrócenie równowagi w rozwoju centrum i prowincji. A zatem coś, co można nazwać nieprawicową strategią wzmocnienia państwa. W zasadzie to samo powiedział w debacie przed wyborami parlamentarnymi 2015 lider Partii Razem, stawiając pytanie „czy chcemy mieć porządne, europejskie państwo, czy chcemy mieć państwo z tektury”, wskazując konsekwencje tego wyboru po stronie systemu podatkowego, umożliwiającego wywiązanie się z tych zadań.

Tym, co może różnić lewicę od PiS, będzie nie antyliberalna retoryka, nie licytacja na nowe pomysły redystrybucji, ale jakiś program naprawy służby zdrowia, oświaty, transportu publicznego, wzmocnienia instytucji kultury i pomocy społecznej. Być może będzie on atrakcyjny raczej dla uboższych kręgów klasy średniej, być może nie będzie odwoływał się – jak chciałby Maciej Gdula – do tak wyrazistej diagnozy klasowej, ale spełni rolę niemniej istotną – da tej formacji zakorzenienie w innych niż tylko obyczajowe postulatach społecznych. Sprawi też, że wypowie ona swoje zdanie na temat wizji ustroju państwa wychodzącej poza ogólne pryncypia, ale schodzącej na poziom realnej organizacji zadań wykonywanych przez administrację, rozwiązania niezwykle trudnych dylematach ich finansowania, opowiedzenia się za jakąś wersją ustroju samorządowego itp.

Nie mam zamiaru odkryć jakiejś tajemnicy sukcesu wyborczego, udzielić marketingowych rad Partii Razem czy jakiejś innej formacji, która może pojawić się w tym polu. Z pewnością można tu znaleźć osoby lepiej zorientowane i bardziej pomysłowe. Jednak lektura tekstów Macieja Gduli i Piotra Marciniaka pokazuje, iż projektowana przez nich lewica ma pewien niedoceniany w dzisiejszej debacie potencjał. Potencjał, który może być przydatny nie tylko dla jej polityków i wyborców, ale także dla państwa – a zatem mieć sens ogólniejszy niż ten, który wyznacza partyjna polityka.