Newsletter

Grubsza laska Wuja Sama

Przemówienie Mike’a Pence’a, dotyczące relacji USA z Chinami, nie jest może przełomowe, ale wskazuje, że marsz w kierunku nowego świata dwubiegunowego wyraźnie przyspieszył

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Czwartkowe przemówienie Mike’a Pence’a nie jest może „przełomowym” – bo takowe zastrzeżone są w amerykańskiej tradycji politycznej dla prezydentów, nie dla ich zastępców – ale bez wątpienia to ważne wystąpienie, przybliżające nas do nowego świata bipolarnego.

Przede wszystkim zauważmy, że trudno tu dopatrywać się jakiegoś specjalnego zaskoczenia. Wiceprezydent Pence, występując w Hudson Institute, poważnym konserwatywnym think-tanku, nie powiedział nic, czego specjaliści nie wiedzieli wcześniej. Główne tezy jego przemówienia sygnalizowano dziennikarzom z wyprzedzeniem, przy pomocy mniej czy bardziej oficjalnych przecieków, a sygnał do szarży przeciwko Chinom dał już Donald Trump, który otwierając niedawne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych wprost oskarżył Chińską Republikę Ludową o ingerowanie w amerykańskie wybory.

Wiceprezydent powtórzył i rozbudował ten zarzut, a do tego dołożył kilka innych wątków. Usłyszeliśmy więc o grze, podejmowanej przez chińskich agentów wpływu w celu poróżnienia władz stanowych i federalnych w USA, o próbach nielegalnego pozyskiwania amerykańskich tajemnic handlowych i technologicznych, o zmasowanej chińskiej presji na środowiska uniwersyteckie i eksperckie, o agresywnej chińskiej polityce militarnej w regionie, o prześladowaniach dysydentów politycznych i religijnych w Chinach, a wreszcie – o naciskach na Google, związanych z wdrożeniem projektu „Dragonfly” i zwiększeniem możliwości szpiegowania przez chińskie służby użytkowników Internetu. Pojawił się także wątek niedawnego incydentu na Morzu Południowochińskim, w którym chiński okręt zmusił amerykański niszczyciel „Decatur” do awaryjnego manewru.

Przegląd owych chińskich grzechów i grzeszków Pence okrasił twardą retoryką, sprowadzającą się do tego, że Ameryka nie ustąpi przed presją i tego samego oczekuje od swoich sojuszników. Stwierdził też, że „rosyjskie próby ingerencji w amerykańskie sprawy to nic w porównaniu z tym, co robią Chiny” (czego, notabene, rosyjski „Sputnik” nie omieszkał natychmiast zaakcentować w tytule swej informacji).

Uzasadnione jest także inne przypuszczenie – że całe przemówienie jest elementem zaplanowanej kampanii, mającej odwracać uwagę amerykańskiej opinii publicznej od niewygodnej dla administracji problematyki rosyjskiej

Tłem dla tych mocnych słów jest nasilająca się rywalizacja, czy – jak chcą już niektórzy – wojna handlowa między Chinami i USA. Pod koniec września weszły w życie nowe, dziesięcioprocentowe amerykańskie cła na chińskie towary o wartości 200 mld USD w skali roku. Chiny zareagowały wprowadzeniem adekwatnych ceł na towary amerykańskie, a dodatkowo wstrzymały zakupy ropy naftowej z USA (o czym akurat tuż przed wystąpieniem Pence’a poinformował za pośrednictwem Reutera prezes China Merchants Energy Shipping, Xie Chunlin). W tym kontekście, trudno oprzeć się odruchowemu wrażeniu, że wyjątkowo twarda retoryka wiceprezydenta USA może mieć charakter taktyczny i doraźny. Uzasadnione jest także inne przypuszczenie – że całe przemówienie jest elementem zaplanowanej kampanii, mającej odwracać uwagę amerykańskiej opinii publicznej od niewygodnej dla administracji problematyki rosyjskiej, szczególnie w aspektach wpływu Moskwy na politykę wewnętrzną USA (na co z kolei kładą nacisk liczne amerykańskie i europejskie media, niezbyt Trumpowi przychylne).

Niezależnie od faktycznych intencji Waszyngtonu, to przemówienie zapewne będzie mieć znaczenie wykraczające poza sferę public relations czy bieżącej polityki. Zdecydowane reakcje chińskich czynników oficjalnych każą spodziewać się eskalacji wzajemnych oskarżeń, a w ślad za słowami, pewnie także coraz bardziej zdecydowanych czynów. Oczywiście, nikt poważny nie myśli dziś o przekształcaniu „zimnej” wojny w „gorącą”, interesy chińskie i amerykańskie są wciąż zbyt splątane, by nie ucierpiały na otwartym konflikcie zbrojnym, ale możemy uznać, że marsz w kierunku nowego świata dwubiegunowego, do tej pory nieśmiały i niezbyt konsekwentny, w ostatnich dniach wyraźnie przyspieszył.

Dla pozostałych graczy, przynajmniej tych bezpośrednio związanych z przestrzenią Eurazji – oznacza to, że czas najwyższy coraz bardziej serio myśleć o wyborze strony lub, jeśli nie ma się na to ochoty, o przyspieszonym „wybiciu się na podmiotowość”.

Na to drugie – cień szansy ma wciąż jeszcze Unia Europejska, oczywiście, o ile zdoła szybko porzucić stare, wygodne przyzwyczajenia i zdobędzie się na błyskawiczny wysiłek promodernizacyjny i proefektywnościowy. Jeśli jednak wsłuchać się w niedawne wystąpienia polityków europejskiego mainstreamu, a także krytycznie przyjrzeć się ich działaniom, to wydaje się, że kluczowi gracze unijni są raczej skłonni do rozwiązania miękkiego, czyli stopniowego dryfu z roli sojuszników USA do technologicznego, handlowego i – w konsekwencji – politycznego partnerstwa z dalekowschodnim Smokiem. Rosja, ostro kuszona przez Trumpa, ma chyba też zbyt wielką bezwładność wewnętrzną, by wybrać rozwiązanie trudniejsze, acz długofalowo lepsze dla niej samej – i również stopniowo pogłębi swoje uzależnienie od Państwa Środka.

To postawi Amerykę przed poważnym wyzwaniem utrzymania sieci sojuszy przynajmniej na obrzeżach tej kontynentalnej potęgi, a także zachowania przewagi na morzach, w Kosmosie i w cyberprzestrzeni. Stany Zjednoczone ze swoją potęgą finansową, technologiczną, a przede wszystkim wciąż bezkonkurencyjne w dziedzinie jakości zarządzania gospodarką i sferą publiczną, są oczywiście i tak faworytem, jeśli chodzi o ostateczny wynik tej rywalizacji. Ale z punktu widzenia mniejszych graczy, istotny jest nie tylko rezultat finalny – ale także zyski cząstkowe i straty, jakie można ponieść w poszczególnych fazach wojny, bez względu na to, czy będzie ona wyłącznie „zimna”, czy kiedyś przekształci się w „gorącą”. I to jest coś, o czym powinni pamiętać także polscy politycy i ich doradcy.