Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Głupi po demograficznej szkodzie?

ONZ przewiduje 21 milionów mieszkańców Polski na koniec stulecia. Oznaczałoby to marginalność, odpowiadającą dzisiejszej pozycji Kambodży czy Sudanu Południowego

Do wąskiej grupy tematów ważnych okazjonalnie poruszanych w polskiej debacie publicznej dołączyła ostatnio demografia. Obok zwyczajowej dawki błahostek i chwilowych podniet możemy więc uświadczyć w mediach wywiadów z ekspertami i licznych głosów publicystów z troską pochylających się nad problemem wyludniania się kraju. Obóz rządzący zapowiedział zaś niedawno… powołanie specjalnego instytutu, mającego zachęcać Polski do rodzenia dzieci. Ma być on częścią nowej strategii demograficznej, ta zaś – elementem szumnie zapowiadanego Nowego Ładu.

Będące kanwą tych dyskusji dane za zeszły rok mogą robić wrażenie. Liczba ludności spadła (według Głównego Urzędu Statystycznego) o 118 tysięcy osób. Tak jakby zniknęło miasto wielkości Płocka. Daje nam to jeden z najgorszych wyników na świecie. Mimo że jest to świat cierpiący na rosnące problemy demograficzne, pogłębiające się jeszcze w dobie pandemii COVID-19. Według ONZ zeszłoroczny spadek liczby ludności daje nam 212 miejsce na 235 badanych jednostek geopolitycznych. Poniższe dane wyglądają przy tym na znacznie zaniżone w stosunku do GUS, podającego współczynnik prawie trzykrotnie wyższy (-3,2); jeśli pozostałe liczby by się zgadzały, mielibyśmy 221 miejsce na planecie. Czternaste od końca.

Źródło: https://statisticstimes.com/demographics/countries-by-population-growth-rate.php

Nie jest to jednak zjawisko nowe. Polska znajduje się w demograficznej zapaści już od lat. Mimo różnic, które wykazał GUS, dane ONZ dobrze pokazują, że nawet jeśli wziąć pod uwagę poprzednie 15 lat, byliśmy w rankingu jedynie o oczko wyżej, a więc wynik był odrobinę mniej zły. Co więcej, także wzięcie pod uwagę siedemdziesięciolecia 1950-2020, z wielkim przyrostem po demograficznej katastrofie II wojny światowej, nie poprawia radykalnie obrazu sytuacji: mamy wówczas 197 miejsce. Dużo lepsze, ale wciąż jesteśmy wśród najgorszych. Jak to możliwe – pomimo przyrostu liczby ludności o ponad połowę?

Globalna sytuacja demograficzna radykalnie się zmieniła. O ile w okresie 1950-2020 tylko 6 jednostek geopolitycznych zanotowało ujemny przyrost rzeczywisty, o tyle w zeszłym roku było ich już 29, podobnie jak w ostatnim piętnastoleciu. Należymy do cywilizacji, której udział w światowej populacji ustawicznie spada. Nasz natomiast spada bardziej niż większości innych krajów zachodnich. Mając w 1950 r. 25 milionów mieszkańców, gościliśmy 1 proc. ówczesnej populacji planety. O ponad połowę większa liczba (zawyżona zresztą) daje nam w dzisiejszych realiach niespełna pół procenta udziału. Do prognoz na wiele dekad do przodu należy podchodzić z ostrożnością, ale i z otwartością umysłu, pozwalającą uchwycić kierunki, które wskazują. Wspomniany ONZ przewiduje 21 milionów mieszkańców Polski na koniec tego stulecia. W jedenastomiliardowym świecie oznaczałoby to spadek naszego udziału poniżej 0,2 proc. A więc marginalność, odpowiadającą dzisiejszej pozycji Kambodży czy Sudanu Południowego, oscylujących obecnie w przedziale 13-16 milionów mieszkańców. Z bliższych perspektyw, ma być nas o 3 miliony mniej już w 2030 roku, wedle prognozy GUS-u sprzed pandemii.

Idziemy w stronę najgorszego scenariusza: spadku liczby ludności, częściowo rekompensowanego faktycznym multikulturalizmem, ale bez przyzwolenia społecznego i konsensu politycznego

Jesteśmy w punkcie, w którym zaszły nieodwracalne zmiany. Nie da się już odrobić strat za pomocą samego wspierania dzietności. Bez masowego napływu imigrantów – na który nie ma politycznej zgody – ludność Polski będzie w najbliższych latach maleć. Oznacza to spadek międzynarodowego znaczenia kraju i szereg poważnych problemów rozwojowych, od braku rąk do pracy po widmo krachu systemu emerytalnego. Demografowie i cały szereg niespecjalistów (również środowisko „Nowej Konfederacji”) alarmowali w tej sprawie od lat. Nie była to wiedza tajemna, publicznie znane liczby mówiły zresztą same za siebie. Dlaczego więc dopiero teraz ten fundamentalny temat spotyka się z szerszym zainteresowaniem?

W dobie pandemii Polska doświadcza najcięższej katastrofy humanitarnej od II wojny światowej. Nadliczbowe zgony związane z nią odpowiadają, jakkolwiek liczyć, za większość zeszłorocznego ubytku liczby Polaków (67-75 tys. ze 118 tys.). Mimo prób zamiecenia tego problemu pod dywan i przykrycia propagandą rzekomych sukcesów przez obecny obóz władzy, ta sprawa przebija się do powszechnej świadomości. Swoją moc mają też liczebne rekordy, jak również zbieranie się masy krytycznej wiadomości i świadomości. Oraz oczywiście permanentne podążanie tzw. elit opiniotwórczych za bieżącymi komunikatami partyjnymi. W każdym razie – problem znany nielicznym od dawna staje się obecnie przedmiotem ogólnego zainteresowania.

Dzieje się to jednak za późno. Nawet najlepsza polityka wspierania dzietności może już tylko ograniczać skalę strat. Oficjalnie ksenofobiczny obóz władzy po cichu przyzwala na ściąganie do Polski licznych pracowników tymczasowych, odpowiadających na coraz bardziej dojmujący problem braku rąk do pracy. Demografowie przewidują – na podstawie doświadczeń innych krajów – że część tych osób zostanie. Idziemy w stronę najgorszego scenariusza: spadku liczby ludności, częściowo rekompensowanego faktycznym multikulturalizmem, ale bez przyzwolenia społecznego i konsensu politycznego. A więc sytuacji i spadku znaczenia kraju, i dotkliwych problemów wewnętrznych związanych z zarządzaniem wieloetniczną zbiorowością.

Polska polityka kolejny raz okazuje się więc niezdolna do mierzenia się z podstawowymi wyzwaniami historycznymi swojego czasu. Na bycie mądrym przed szkodą jest już za późno. Ale gdy obserwuje się obecne wzmożenie polityczne związane z demografią, wysuwające na pierwszy plan takie pomysły jak powołanie specjalnego urzędu i waloryzacja programu 500+, przypomina się pieśń Jana Kochanowskiego:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Głupi po demograficznej szkodzie?”

  1. Roman Czekaj pisze:

    Osobiscie wiąże umiarkowane nadzieje z jutrzejszymi propozycjami obozu rzadzacego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz