Filipiny mogą wstrząsnąć światem

Aktualności,

W przeddzień czwartkowej wizyty w Chinach prezydent Filipin Rodrigo Duterte stwierdził, że pora „powiedzieć żegnaj” Stanom Zjednoczonym oraz ogłosił, że „Ameryka przegrała”. Otoczenie głowy państwa po raz kolejny musiało tłumaczyć, co prezydent „tak naprawdę chciał powiedzieć”, a Waszyngton po raz pierwszy okazał irytację. Działania Duterte zaczynają komplikować plany USA, chociaż z punktu widzenia Filipin w tym szaleństwie jest metoda.

Wszystko oczywiście kręci się wokół Morza Południowochińskiego, gdzie Chiny i państwa regionu rywalizują o archipelagi małych wysp, a pośrednio o kontrole nad złożami ropy naftowej i szlakami handlowymi. Filipiny są pod każdym względem najsłabszym z uczestników sporu. Już podczas kampanii prezydenckiej Chiny wyraźnie kokietowały ówczesnego burmistrza Davao, a ten ze swojej strony deklarował możliwość rozwiązania konfliktu na drodze bilateralnych rozmów, czyli tak jak oczekuje tego Pekin. Duterte wpadł tutaj we własne sidła. W kampanii wyborczej często wykorzystywał hasła nacjonalistyczne, a chętny do ich słuchania elektorat bardzo źle przyjmuje jakiekolwiek sugestie rezygnacji z roszczeń.

Paradoksalnie, sytuację skomplikowało korzystne dla Filipin orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Hadze, uznające roszczenia Chin za bezpodstawne. Dyplomatyczny sukces ograniczył prezydentowi pole manewru. Do ostatniej chwili przed ogłoszeniem wyroku Pekin deklarował chęć hojnego zadośćuczynienia za wycofanie sprawy. Wkrótce po werdykcie Duterte stwierdził jednak, że jest gotów przynajmniej częściowo zrezygnować z roszczeń w zamian za stosowną rekompensatę, ale nie oznacza to odrzucenia wyroku Trybunału.

Chiny zdecydowały się wykorzystać szansę. Z kolei filipiński prezydent wykazywał  umiar w wypowiedziach pod adresem Pekinu, w przeciwieństwie do tych kierowanych wobec Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej i ONZ. O rozmowach na temat wizyty w Pekinie poinformowano miesiąc temu. Sama wizyta od początku miała mieć charakter nie tylko dyplomatyczny, ale też gospodarczy. Prezydentowi towarzyszyła liczna delegacja przedsiębiorców, a ostatecznie podpisano trzynaście porozumień o współpracy w tej materii.

Dotychczasowa amerykańska polityka powstrzymywania zapędów Chin na Morzu Południowochińskim nie przynosi zakładanych rezultatów

Tym samym już nie tylko słowem, ale też czynem, Duterte zaznaczył rozchodzenie się ze Stanami Zjednoczonymi. „Rozwód” ma mieć charakter nie tylko gospodarczy, ale też militarny. Prezydent zapowiedział wycofanie ze wspólnych patroli na Morzu Południowochińskim, rezygnację z amerykańsko-filipińskich ćwiczeń oraz zażądał powrotu do domu sił specjalnych USA, które wspierają Manilę w walkach z islamistami i separatystami na południu kraju. Niemniej, po powrocie z Pekinu tłumaczył, że rozejście się z USA nie oznacza zerwania więzi.

Działania Duterte są chaotyczne i kontrowersyjne, ale po bliższym przyjrzeniu widać w nich pewien sens. Dotychczasowa amerykańska polityka powstrzymywania zapędów Chin na Morzu Południowochińskim nie przynosi zakładanych rezultatów. Filipiny nie są też tak silne gospodarczo i militarnie jak Wietnam, czy Indonezja, o Japonii nie wspominając, żeby samodzielnie zniechęcić Pekin do poważniejszej konfrontacji. W tej sytuacji wytargowanie korzystnej ceny za ustępstwa wydaje się rozsądnym rozwiązaniem.

Otwartym pozostaje co uda się Dutertemu ugrać. W rezultacie wizyty w Pekinie zapowiedziano podjęcie rozmów na temat Morza Południowochińskiego, a Chiny wyraziły chęć dopuszczenia rybaków z wysp na wody Scarborough Shoal, która leży w obszarze filipińskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Doświadczenie uczy jednak, że takie rozmowy ciągną się latami, podczas których Pekin i tak realizuje swoje cele, a o umowach gospodarczych trudno jeszcze wyrokować. Dużo skuteczniejsze w obronie Filipińczyków przed chińską strażą wybrzeża i rybakami okazywały się dotąd patrole amerykańskiego lotnictwa.

Waszyngton zachowywał do tej pory dużą powściągliwość w stosunku do wybryków Duterte. Wygląda jednak na to, że wraz z wizytą w Pekinie miarka się przebrała. Filipiny są strategicznie położone i z tej racji odgrywają istotną rolę w planach USA, a ich wypadnięcie z obozu amerykańskich sojuszników wywróci regionalną architekturę bezpieczeństwa do góry nogami. Do tego Waszyngton ma na archipelagu silne wpływy i duże możliwości wywierania, tak politycznego jak i gospodarczego, nacisku na Manilę, których jeszcze nie wykorzystał. Pomimo dawnej kolonialnej zależności większość Filipińczyków odbiera Amerykanów pozytywnie; po wydarzeniach w Pekinie były prezydent i mentor Duterte, Fidel Ramos, zapytał w liście, czy „odrzucamy dekady militarnego partnerstwa (…) i braterstwa broni tak po prostu?”

Odpowiedź nie jest prosta. Prezydent zapowiedział gotowość zakupu chińskiej i rosyjskiej broni. To jednak tylko jedna strona medalu. Filipiński resort obrony jest gotów zacieśniać współpracę z Japonią, zostać największym odbiorcą pomocy wojskowej od tego kraju, a nawet przedstawił całą listę sprzętu z demobilu Sił Samoobrony, którego pozyskaniem jest zainteresowany. Tokio ma być wkrótce celem zagranicznej wizyty Duterte i obie strony wiążą z nią duże nadzieje. Nie trzeba dodawać, że Japonia jest najważniejszym i najsilniejszym sojusznikiem USA w Azji Wschodniej.

Rodrigo Duterte nie wypracował jeszcze spójnej koncepcji swojej polityki zagranicznej i nieco na oślep próbuje różnych opcji. Jeżeli wyścig do Białego Domu wygra Hillary Clinton, będzie mieć ciężki orzech do zgryzienia. Natomiast Donald Trump z pewnością znajdzie z filipińskim prezydentem wspólny język. Nie oznacza to jednak zbieżności perspektyw i interesów. Zapowiedzi kandydata Republikanów co do polityki zagranicznej nie są pozytywne dla amerykańskich sojuszników, nie tylko w Azji.