Wpisz kwotę, którą chesz przekazać na rzecz NK
Negocjacje między Stanami Zjednoczonymi a Iranem weszły w nową fazę po tym, jak według doniesień amerykańskich mediów strony uzgodniły wstępne ramy porozumienia dotyczącego zakończenia wojny i przedłużenia rozejmu o 60 dni. Projekt zakłada rozpoczęcie intensywnych rozmów na temat irańskiego programu nuklearnego, zapewnienie swobodnej żeglugi przez cieśninę Ormuz oraz stopniowe znoszenie części amerykańskich restrykcji wobec Teheranu. Choć negocjatorzy mieli wypracować większość warunków już wcześniej, ostateczna decyzja nadal należy do prezydenta USA Donalda Trumpa, który według źródeł z Białego Domu chce jeszcze przeanalizować polityczne i militarne skutki potencjalnego porozumienia.
Kluczowym elementem rozmów pozostaje kwestia irańskiego programu nuklearnego. Wstępne ustalenia mają obejmować zobowiązanie Iranu do niepodejmowania działań prowadzących do zdobycia broni atomowej, jednak najtrudniejsze kwestie zostały odłożone na kolejne dwa miesiące negocjacji. Chodzi przede wszystkim o sposób utylizacji wysoko wzbogaconego uranu oraz o przyszłość procesu wzbogacania uranu na terytorium Iranu. Jednocześnie Stany Zjednoczone miałyby rozpocząć rozmowy o łagodzeniu sankcji i odmrożeniu części irańskich aktywów finansowych. Oznacza to, że obecne ustalenia są bardziej próbą zatrzymania eskalacji konfliktu niż pełnym politycznym przełomem.
Potencjalne porozumienie może mieć ogromne znaczenie dla całego Bliskiego Wschodu. Utrzymanie bezpieczeństwa żeglugi w cieśninie Ormuz jest kluczowe dla światowego rynku ropy i stabilności gospodarczej wielu państw regionu. Każde ograniczenie napięcia między USA a Iranem zmniejsza również ryzyko bezpośredniej konfrontacji militarnej, w którą mogłyby zostać wciągnięte państwa arabskie oraz Izrael. Nieprzypadkowo Donald Trump równolegle naciska na rozszerzenie Porozumień Abrahamowych i normalizację relacji kolejnych państw arabskich z Izraelem. Administracja USA próbuje w ten sposób budować nowy układ bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.
Mimo optymistycznych sygnałów sytuacja pozostaje bardzo niestabilna. W ostatnich dniach doszło do poważnych naruszeń rozejmu, w tym zestrzelenia irańskich dronów przez siły USA oraz irańskiego ataku rakietowego na Kuwejt. Pokazuje to, że nawet jeśli strony są gotowe do rozmów, napięcie militarne nadal jest bardzo wysokie, a każdy incydent może doprowadzić do załamania negocjacji.
W ostatnich dniach doszło do poważnych naruszeń rozejmu, w tym zestrzelenia irańskich dronów przez siły USA oraz irańskiego ataku rakietowego na Kuwejt
Zmiana dynamiki w wojnie na Ukrainie? Szef estońskiego wywiadu zagranicznego Kaupo Rosin ocenił, że Kreml ma najwyżej kilka miesięcy na osiągnięcie wyraźnych sukcesów militarnych, ponieważ obecne tempo działań wojennych staje się dla Moskwy coraz trudniejsze do utrzymania. Według danych przywoływanych przez amerykańskich i ukraińskich urzędników Rosja ponosi ogromne straty osobowe, które sięgają nawet kilkunastu tysięcy zabitych miesięcznie. Jednocześnie postępy rosyjskiej armii są minimalne, a część wcześniejszych ofensyw praktycznie wyhamowała.
Rosnące koszty wojny coraz mocniej uderzają również w rosyjską gospodarkę. Sankcje Zachodu, problemy kadrowe oraz skuteczne ukraińskie ataki na rosyjski sektor energetyczny powodują spadek tempa wzrostu gospodarczego i zwiększają presję finansową na Kreml. Ukraińskie drony regularnie atakują rafinerie, magazyny paliw i infrastrukturę przesyłową znajdującą się setki kilometrów od frontu, co według zachodnich wywiadów przynosi Rosji miliardowe straty. Coraz trudniejsze staje się także utrzymanie wysokich premii finansowych dla nowych rekrutów, które do tej pory były jednym z głównych narzędzi uzupełniania armii bez ogłaszania pełnej mobilizacji.
Mimo tych problemów Kreml nie zamierza rezygnować z dalszej eskalacji wojny. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ostrzegł, że Rosja przygotowuje kolejną falę mobilizacji i chce zwiększyć liczebność wojsk o dziesiątki tysięcy żołnierzy. Według ukraińskich władz ma to zrekompensować rosnące straty na froncie i umożliwić kontynuowanie ofensywy w Donbasie. Jednocześnie Rosja sięga po coraz bardziej demonstracyjne środki militarne, czego przykładem jest ponowne użycie przeciwko Ukrainie hipersonicznego pocisku Oriesznik. Prezydent Francji Emmanuel Macron ocenił, że takie działania świadczą o impasie rosyjskiej strategii i są próbą wywarcia presji psychologicznej zarówno na Ukrainę, jak i na państwa Zachodu.
Jeśli Rosji nie uda się osiągnąć przełomu militarnego, Kreml może zostać zmuszony do trudnych decyzji dotyczących mobilizacji i gospodarki, co zwiększy ryzyko napięć wewnętrznych. Z drugiej strony Ukraina nadal potrzebuje ogromnego wsparcia wojskowego, szczególnie w zakresie obrony przeciwlotniczej. W tym aspekcie pojawiają się bardzo istotne problemy z dostarczaniem amerykańskiego sprzętu, w tym m.in. systemu Patriot, który w znacznych ilościach jest wykorzystywany przez Amerykanów na Bliskim Wschodzie, co silnie ogranicza możliwości dystrybucji na Ukrainę. Zdaniem Bartłomieja Radziejewskiego: „Amerykanie mogą nie być w stanie kontynuować wsparcia dla Ukrainy ze względu na deficyt własnych zasobów i ograniczone zdolności produkcyjne”.
Jeśli Rosji nie uda się osiągnąć przełomu militarnego, Kreml może zostać zmuszony do trudnych decyzji dotyczących mobilizacji i gospodarki, co zwiększy ryzyko napięć wewnętrznych. Z drugiej strony Ukraina nadal potrzebuje ogromnego wsparcia wojskowego
Izrael przeprowadził zmasowany atak na miasto Tyr, największy ośrodek w południowym Libanie, deklarując, że celem była infrastruktura związana z Hezbollahem. Przed uderzeniem armia izraelska wezwała mieszkańców części miasta do ewakuacji, a następnie ogłosiła szeroki obszar południowego Libanu „strefą walk”, sięgającą nawet około 40 kilometrów od granicy. Według doniesień lokalnych mediów doszło do kilku serii nalotów, które objęły zarówno Tyr, jak i okolice innych miejscowości w regionie.
Według libańskiego ministerstwa zdrowia i agencji informacyjnych w wyniku ataków zginęło co najmniej jedenaście osób, w tym dzieci, a wiele kolejnych zostało rannych. Izrael poinformował jednocześnie o śmierci jednego ze swoich żołnierzy, który miał zginąć w wyniku przeprowadzonego przez Hezbollah ataku drona. Wymiana ognia i naloty wpisują się w trwającą eskalację konfliktu, mimo formalnie obowiązującego od kwietnia rozejmu, który w praktyce jest regularnie naruszany przez obie strony.
Sytuacja na południu Libanu pozostaje bardzo napięta, a izraelska armia w ostatnich dniach znacząco zwiększyła intensywność działań militarnych, tłumacząc ich potrzebę rosnącą liczbą ataków dronowych ze strony Hezbollahu. W odpowiedzi Izrael rozszerzył obszar operacji wojskowych i prowadzi nocne uderzenia na cele uznawane za związane z szyicką organizacją wspieraną przez Iran. Hezbollah z kolei kontynuuje ostrzały i deklaruje dalszą walkę, odrzucając możliwość rozbrojenia oraz negocjacji z Izraelem.
Nowa pozycja Białorusi? Rosja w coraz większym stopniu próbuje wykorzystywać Białoruś jako element swojej strategii militarnej przeciwko Ukrainie – ocenił prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po spotkaniu w Kijowie z liderką białoruskiej opozycji Swiatłaną Cichanouską. Jak podkreślił, Moskwa dąży do pogłębienia zależności Mińska i zwiększenia jego zaangażowania w działania wojenne, mimo że społeczeństwo białoruskie w dużej części sprzeciwia się bezpośredniemu udziałowi w konflikcie. Zełenski zaznaczył jednocześnie, że Ukraina rozróżnia władze w Mińsku od obywateli Białorusi i docenia wszystkie przejawy wsparcia dla ukraińskiej niepodległości.
Ukraiński prezydent przypomniał, że Białoruś już na początku wojny odegrała istotną rolę, udostępniając swoje terytorium dla rosyjskiej inwazji na północ Ukrainy, w tym na kierunku kijowskim. Obecne sygnały, według Kijowa, wskazują jednak na możliwe dalsze pogłębianie współpracy wojskowej między Moskwą a Mińskiem, co budzi obawy o bezpieczeństwo całego regionu, w tym państw NATO. W tym kontekście Ukraina wzmacnia swoje siły na kierunku białoruskim i przygotowuje scenariusze reagowania na ewentualne nowe zagrożenia militarne.
Ukraina wzmacnia swoje siły na kierunku białoruskim i przygotowuje scenariusze reagowania na ewentualne nowe zagrożenia militarne
Polska i Wielka Brytania podpisały w Londynie nowy traktat o partnerstwie w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności, który premier Keir Starmer określił jako „największy od pokolenia krok naprzód” w relacjach obu państw. Dokument został podpisany w miejscu symbolicznym dla wspólnej historii, muzeum Bitwy o Anglię, i podkreśla zarówno historyczne więzi, jak i współczesne wyzwania związane z bezpieczeństwem Europy. W ocenie obu rządów kluczowym tłem porozumienia jest agresywna polityka Rosji oraz rosnące zagrożenia hybrydowe, cybernetyczne i militarne.
Traktat zakłada szeroką współpracę wojskową, w tym wspólne ćwiczenia armii, rozwój systemów obrony powietrznej i przeciwrakietowej oraz produkcję nowej generacji pocisków średniego zasięgu. Przewidziano również intensyfikację współpracy przemysłów zbrojeniowych, rozwój technologii obronnych, w tym systemów bezzałogowych, oraz wzmocnienie koordynacji w obszarze cyberbezpieczeństwa i walki z dezinformacją. Istotnym elementem porozumienia jest także współpraca w zakresie ochrony infrastruktury krytycznej, granic oraz przeciwdziałania nielegalnej migracji i działalności grup przestępczych.
W wymiarze politycznym traktat ma umacniać solidarność w ramach NATO oraz wzmacniać współpracę europejsko-brytyjską po brexicie. Londyn i Warszawa deklarują większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo wschodniej flanki Sojuszu oraz szybszą i bardziej praktyczną reakcję na potencjalne zagrożenia militarne.
Papież o AI. Pierwsza encyklika papieża Leona XIV zatytułowana „Magnifica Humanitas” jest poświęcona roli i konsekwencjom rozwoju sztucznej inteligencji oraz ochronie godności człowieka w epoce cyfrowej. Dokument jest pierwszym w historii Kościoła tekstem nauczania papieskiego, w którym sztuczna inteligencja stanowi główny temat refleksji teologicznej i społecznej. Encyklika ukazała się w pierwszą rocznicę inauguracji pontyfikatu Leona XIV i została datowana symbolicznie na rocznicę encykliki „Rerum Novarum” Leona XIII, co podkreśla jej znaczenie dla współczesnej nauki społecznej Kościoła.
Papież już wcześniej wielokrotnie ostrzegał przed bezkrytycznym zaufaniem wobec technologii cyfrowych, wskazując na ryzyko manipulacji, dezinformacji oraz osłabienia więzi społecznych
W centrum dokumentu znajduje się pytanie o to, jak rozwój sztucznej inteligencji wpływa na rozumienie człowieczeństwa, relacji międzyludzkich oraz godności osoby ludzkiej. Papież, który ma wykształcenie matematyczne, już wcześniej wielokrotnie ostrzegał przed bezkrytycznym zaufaniem wobec technologii cyfrowych, wskazując na ryzyko manipulacji, dezinformacji oraz osłabienia więzi społecznych. W swoich wypowiedziach podkreślał, że AI może zarówno wspierać rozwój ludzkości, jak i pogłębiać nierówności oraz służyć interesom wąskich grup posiadających kontrolę nad technologią.
Stanisław Kruszona-Barełkowski: Czy sztuczna inteligencja rzeczywiście stanowi nowy wyścig zbrojeń, porównywalny z tym z XX wieku, a może coś więcej?
Dr Grzegorz Lewicki: Absolutnie tak. Doniosłość tego procesu jest podwójna. Po pierwsze, AI przypomina rewolucje przemysłowe z przeszłości – w tym ich prądożerność. Po drugie, dokonuje fundamentalnego przewartościowania czynników władzy. Sztuczna inteligencja tworzy nowe elementy potęgi. To, co w książce Geopolityka technologii nazywam wiedzowładzą. AI umożliwia państwom projektowanie wizji rzeczywistości, wpływ na to, co jest wiedziane i postrzegane, oraz tworzenie nowych standardów technologicznych. W efekcie zmienia się sama definicja potęgi międzynarodowej.
Sztuczna inteligencja to co najmniej trzeci outsourcing w historii ludzkości – pozwala zlecać algorytmowi nie tylko wyszukiwanie, ale i syntezę wiedzy
Jako współautor State Power Index (wraz z dr. Piotrem Arakiem) badałem siedem klasycznych czynników potęgi państwa: hard power (wojsko, ekonomia), soft power (dyplomacja, kultura) oraz czynniki geograficzne. Dziś jednak dochodzą do głosu zupełnie nowe zmienne. Dla sukcesu kraju – lub regionu geopolitycznego – liczą się nagle cztery rzeczy, które nazywam wielką czwórką: po pierwsze dane – bez nich nie ma rozwoju i skutecznego wykorzystania AI; po drugie moc obliczeniowa – dzięki której dane są analizowane i porządkowane; po trzecie talenty inżynierskie – geniusze matematyczni i informatyczni, którzy kierują moc obliczeniową na konkretne cele; po czwarte instytucje parasolowe – czyli otoczenie organizacyjne i regulacyjne. Kto nie zapewni sobie dostępu do tych czterech zasobów, jego międzynarodowa pozycja będzie systematycznie spadać. To generuje ogromną rywalizację i niepokój na arenie międzynarodowej.
SKB: Czy możemy mówić o AI jako o przełomie cywilizacyjnym większym niż poprzednie rewolucje?
Dr Grzegorz Lewicki: Zdecydowanie tak. W historii ludzkości mieliśmy dotąd trzy wielkie outsourcingi poznawcze. Pierwszym było wynalezienie pisma – outsourcing pamiętania na nośnik zewnętrzny. Drugim – druk Gutenberga, czyli multiplikacja wyników analizy. Trzecim – Internet, który pozwolił zlecać algorytmom wyszukiwanie w globalnej wszechnicy wiedzy. Sztuczna inteligencja to co najmniej trzeci outsourcing w historii ludzkości – pozwala zlecać algorytmowi nie tylko wyszukiwanie, ale i syntezę wiedzy. A teraz AI robi rzecz niesamowitą: nie tylko pozwala nam wyszukiwać wyniki analizy, ale sama umożliwia zlecanie algorytmowi analizy i syntezy wiedzy, generowania treści. To rewolucja w samych podstawach informatyki. Kiedyś mieliśmy: dane plus reguły równa się wynik. Dziś: dane plus wynik równa się algorytm sam rozpoznaje reguły wyższego rzędu dzięki propagacji wstecznej uczenia maszynowego. To największa rewolucja w dotychczasowych dziejach ludzkości – potężniejsza niż poprzednie rewolucje przemysłowe.
SKB: Jak duży wpływ na globalne zużycie energii mają centra danych AI? Jakie są prognozy na najbliższe lata?
Dr Grzegorz Lewicki: To kluczowe pytanie, ponieważ świętym graalem geopolityki stała się właśnie tania, wydajna i bezpieczna energia pod rozwój narzędzi AI. Szacunki różnią się, ale są bardzo wymowne. Przewiduje się, że do 2050 roku samo zużycie energii przez AI może stanowić 30% globalnego zapotrzebowania na energię elektryczną – przy założeniu utrzymania obecnego tempa wzrostu modeli.
Już teraz widać dramatyczną zmianę. Gdy przeciętny użytkownik korzysta z chatbota zamiast z wyszukiwarki Google, zużywa dziesięciokrotnie więcej energii. Poproszenie czatu o wygenerowanie obrazka to tysiąckrotnie więcej energii niż zwykłe wyszukiwanie. AI staje się nowym przemysłem ciężkim – nie przez obsługę tłoków, ale przez przyspieszanie iteracji procesów na mikrochipach.
AI staje się nowym przemysłem ciężkim – nie przez obsługę tłoków, ale przez przyspieszanie iteracji procesów na mikrochipach
Cały świat przez lata mówił o oszczędzaniu energii, o globalnym ociepleniu, o energooszczędnych chipach. A tu nagle AI wchodzi i zachowuje się jak piec hutniczy z lat siedemdziesiątych. To paradoks: dla zwykłego człowieka procesy materialne są zrozumiałe, ale to, że iteracja energetyczna na mikrochipie pochłania ogromne ilości energii, nie robi wrażenia – a powinno.
Do tego dochodzi zużycie wody potrzebnej do chłodzenia centrów danych. I szerzej – cały globalny wymiar tego problemu. Jak opisuje Karen Howe w książce Empire of AI, centra danych i kopalnie minerałów potrzebnych do produkcji chipów znajdują się w krajach globalnego Południa. Bogaty Zachód drenuje zasoby energetyczne i wodne biedniejszych regionów. Do tego tysiące nisko opłacanych ludzi w Afryce czy Indiach wykonuje pracę przy tagowaniu danych (to jest stoliczek, to kanapa) – to tak zwany human in the loop, bez którego algorytmy nie mogą się uczyć. To tworzy nową formę cyfrowego kolonializmu.
SKB: Skoro zapotrzebowanie na energię rośnie tak gwałtownie, czy możemy oczekiwać globalnego porozumienia o ograniczeniu zużycia energii przez AI, podobnego do tego, jakie próbowano wprowadzić w genetyce w latach 70.?
Dr Grzegorz Lewicki: To bardzo trafna analogia, ale niestety prowadzi do odmiennych wniosków. W genetyce liderami rozwoju były uniwersytety – środowisko z realnym autorytetem i możliwością samoregulacji. Naukowcy znali się osobiście, prowadzono rejestry badań, pewnych rodzajów eksperymentów nie finansowano w obawie przed armią mutantów. To zostało w pewnym stopniu okiełznane.
Genetyka to uniwersytety, AI to firmy i państwa. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić, do czego służy model generowany na drugim końcu świata
Genetyka to uniwersytety, AI to firmy i państwa. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić, do czego służy model generowany na drugim końcu świata. W przypadku AI liderami są firmy i państwa. Nie istnieje mechanizm pozwalający zweryfikować, do czego służy model generowany na drugim końcu świata. Państwa grają w teorię gier: skoro AI może doprowadzić do złożonego systemu nadzorczego dającego przewagę geopolityczną, każdy chce go zbudować. Nie będzie globalnego porozumienia o ograniczeniu zużycia energii na rozwój AI – będzie wręcz przeciwnie.
Zamiast tego obserwujemy wyścig w kierunku nowych źródeł energii. Microsoft, OpenAI inwestują we własne reaktory jądrowe. Sam Altman zasiadał w radzie firmy Helion Energy (której głównym klientem miało być OpenAI), zajmującej się fuzją jądrową. To pokazuje skalę wyzwań: AI zużywa coraz więcej energii, a jednocześnie może pomóc w optymalizacji fuzji. Pytanie brzmi: czy AI zdąży pomóc nam okiełznać fuzję, zanim sama wyłączy korki na planecie?
SKB: Jak na tym tle wypadają główni gracze – Stany Zjednoczone, Chiny i Europa? Kto prowadzi w tym wyścigu?
Dr Grzegorz Lewicki: To pytanie wymaga spojrzenia przez pryzmat różnic kulturowych. W oparciu o zmienne kulturowe rozbija nam się system kapitalistyczny na trzy modele.
Europa nie wygenerowała własnych gigantów technologicznych – jedynym kandydatem był Wirecard, który okazał się rosyjską wydłużką.
Stany Zjednoczone reprezentują to, co Shoshana Zuboff nazywa kapitalizmem nadzoru. Indywidualizm jednostki jest ważny, ale równie ważny jest ul – państwo amerykańskie. To model, w którym pszczoła i ul mają znaczenie.
Chiny to kapitalizm roju – cokolwiek służy ulowi, służy też pszczole. Kolektywizm mentalny i polityczny jest nadrzędny. Chińczycy są mistrzami w early deployment – wczesnym wrzucaniu technologii na rynek. Choć w najbardziej zaawansowanych obszarach (jak humanoidalne roboty NVIDIA Project Groot) przewodzą Amerykanie, to Chiny szybko wprowadzają swoje produkty, jak robot Unitree G1, dostępny na rynku znacznie taniej.
Unia Europejska natomiast dryfuje w kierunku kapitalizmu regulacji – etycznie i moralnie zasadnego, ale pozbawionego bitewnych okrętów. Europa nie wygenerowała własnych big techów. Jedynym kandydatem był Wirecard (europejski odpowiednik Paypala), który okazał się rosyjską wydłużką – założyciele uciekli na Białoruś. Angela Merkel jeździła z tą firmą do Chin, by załatwić wielkie deale – i ta próba się nie udała.
Nie oznacza to jednak, że Europa nie ma szans. Powstają niszowe firmy, jak gdański Eleven Labs (nazwa nawiązuje do 11 listopada), który wchodzi w generowanie głosu i wideo z AI. Potencjał istnieje, ale wymaga zmiany myślenia.
SKB: Co zatem Europa powinna zrobić, by nie zostać w tyle? Czy ma jakąś trzecią drogę?
Dr Grzegorz Lewicki: Trzecia droga istnieje i polega na operowaniu we współpracy transatlantyckiej, w obrębie cywilizacji łacińskiej lub zachodniej. Kluczowe jest wykorzystanie istniejących lęków geopolitycznych – państwa wschodniej flanki NATO (Polska, kraje nordyckie, Rumunia) mają wspólne cele i obawy przed presją ze wschodu.
Europa musi inwestować w technologie dual use – to nie z liberalnej woli, lecz z poczucia przymuszenia przez ducha dziejów. Powinniśmy postawić na huby technologiczne o przeznaczeniu obronnym lub dual use, zlokalizowane w pasie nordycko-środkowo-europejskim. To wymaga stabilnego NATO, ale właśnie tam leżą interesy Amerykanów – co pokazała ostatnia próba sił wokół pięciu tysięcy żołnierzy w Polsce.
Europa musi inwestować w technologie dual use – to nie z liberalnej woli, lecz z poczucia przymuszenia przez ducha dziejów
Jeśli spojrzeć z perspektywy długiego trwania (Fernand Braudel), Europa nie jest w tak niekorzystnej sytuacji. Peter Turczyn z Vienna Complexity Hub na podstawie bazy danych SESAD wykazał, że historycznie największy rozkwit cywilizacyjny następował po okresach inwestycji w technologie rolnicze lub obronne. Mamy właśnie taki moment – musimy inwestować w obronność, energię i rywalizację na mikrochipy. Jeśli dokonamy tego odpowiednio, nie zabraknie nam ludności, to Polska i Europa mogą przeżyć rozkwit jakiego nie było od czasów Pax Romana.
SKB: A jak wygląda kwestia surowców krytycznych i metali ziem rzadkich? Czy dominacja Chin w tej dziedzinie jest nie do pokonania?
Dr Grzegorz Lewicki: Chiny rzeczywiście mają dostęp do wielu kluczowych surowców, ale Zachód też je posiada. Gra toczy się o wolumen i o to, kto zabezpieczy sobie dostawy na przyszłość. Najciekawszy proces rozgrywa się w relacjach z krajami rozwijającymi się, zwłaszcza w Afryce.
W państwach afrykańskich trwa potężna ekspansja Chin (wspierana przez Rosję). Tworzone są narracje antykolonialne: Zachód jest zły, współpracujcie z nami. Celem nie jest jednak walka z kolonializmem, tylko wyeksportowanie własnych standardów technologicznych na dekady, stworzenie path dependency – zależności od ścieżki. Gdy kraje afrykańskie wejdą w chińską infrastrukturę, trudno będzie im z niej zrezygnować.
Chiny są sprawne, bo liczy się dla nich qui pro quo bez kwestii ideologicznych. Zachód potrzebuje nowej narracji postkolonialnej
Chiny są sprawne, bo liczy się dla nich qui pro quo bez kwestii ideologicznych. Zachód potrzebuje nowej narracji postkolonialnej. Zachód stara się robić podobnie, ale krępują go własne standardy – mówimy o pracy dzieci w kopalniach kobaltu, o toksycznych zatruciach. To słuszne wrażliwości, ale Chińczycy tych tematów w ogóle nie poruszają w przestrzeni publicznej. Potrzebujemy nowej, atrakcyjnej dla krajów postkolonialnych narracji. Gdybym był doradcą w Białym Domu, zalecałbym przemodelowanie narracji postkolonialnej – działać jak lis i lew, łącząc pragmatyzm z budowaniem wiarygodności.
Zaniedbanie tych kwestii kulturowo-ideologicznych miało już swoje konsekwencje – było jednym z powodów, dla których Rosja nie spodziewała się oporu Ukrainy. Nie wierzyli, że ludzie mogą z sercami wybrać Zachód.
SKB: Jaki scenariusz rozwoju AI niepokoi Pana najbardziej?
Dr Grzegorz Lewicki: Mnie najbardziej niepokoi sytuacja, w której rewolucja fuzyjna przyjdzie za późno. Gdy będziemy zmuszeni wzmacniać cyfrowy kolonializm, opierając się na klasycznej energetyce jądrowej (z odpadami radioaktywnymi), a nie na czystej fuzji.
Wtedy możliwe są dwa podscenariusze. Po pierwsze – międzynarodowy konsensus (np. w ramach WHO czy ONZ), który ograniczy odsetek energii elektrycznej przeznaczany na rozwój AI, by stabilizować ekosystemy. Po drugie – brak porozumienia i kontynuacja obecnego modelu: coraz więcej wody i energii zużywanej, globalne ocieplenie uderzające w pierwszej kolejności w kraje rozwijające się (te same, które dostarczają półproduktów do rewolucji AI).
Najbardziej boję się globalnego konfliktu zbrojnego – żeby ta zimna wojna AI-owa nie stała się brutalną walką o zabezpieczanie zasobów. Ale to nie jest mój największy lęk. Najbardziej boję się kinetycznej destrukcji – że obecna zimna wojna AI-owa eskaluje do brutalnej walki o zasoby na finansowanie rozwoju AI. Że zejdziemy z niskiej drabiny eskalacyjnej na wyższe szczeble.
Mam jednak wiarę – zarówno w cywilizację konfucjańską, jak i zachodnią – że skumulowana przez dzieje mądrość nie pozwoli do tego dopuścić. I dodam jeszcze jedno: mimo że pesymista to optymista po przejściach, starajmy się zachować dozę optymizmu.
SKB: Czy widzi Pan dla Europy realną szansę na awans w tym wyścigu, czy raczej czeka nas rola trzeciego gracza, skazanego na regulacje i defensywę?
Dr Grzegorz Lewicki: Europa ma szansę, ale musi przestać myśleć w kategoriach konfrontacyjnych. Nie powinniśmy stawać ani przeciw Stanom, ani przeciw Chinom. Naszą drogą jest zagospodarowywanie nisz – zarówno technologicznych (jak Eleven Labs), jak i energetycznych. W Europie prowadzi się wiele badań nad nowymi źródłami energii. Możemy stać się języczkiem uwagi między dwoma mocarstwami, jeśli rozegramy to dobrze.
Wymaga to jednak odejścia od protekcjonizmów i tożsamościowych wojen na rzecz faktycznie jednolitego rynku technologicznego. Dziś europejski startup nie widzi w UE jednego wielkiego ogrodu – widzi wiele ogródków, gdzie sąsiedzi kłócą się o miedzę.
Z tym przekazem pozostawiam Państwa: nowy cyfrowy porządek świata wykuwa się teraz. Gdy zastygnie, pozostanie na stulecia. Miejmy nadzieję, że Europa znajdzie w sobie dość mądrości, by w tym procesie uczestniczyć jako podmiot, nie tylko jako przedmiot.
Dla zrozumienia podziałów gospodarczych współczesnego świata, całej tej mozaiki rozmaitości ścieżek rozwoju, nie wystarczy szkicowanie map kulturowych, precyzyjnie kreślących linie demarkacyjne, np. pomiędzy kulturami rodzinnymi i indywidualistycznymi, nastawionymi rynkowo bądź protekcjonistycznie. Istotniejsze jest według mnie odwołanie się do terminu zapożyczeń kulturowych, w nawiązaniu do koncepcji badacza cywilizacji Arnolda Toynbee’ego, który utrzymuje, że kultury są wehikułami zapożyczeń, częstokroć odtwarzającymi coś, co już się gdzieś wydarzyło w innym miejscu globu. Stąd też ich granice – pod pewnymi co prawda warunkami – można przekraczać, dobierając z dostępnych modeli gospodarczych pożądane wedle nas wzorce wraz z ich instytucjonalno-myślowym otoczeniem. Wszak importować możemy nie tylko prawodawstwo bądź technologię, ale także kwestie mniej wymierne, jak moduły kulturowe. Jak będę się to starał udowodnić, zapożyczenia kulturowe wpisują się też w koncepcję „przypominania”, bowiem wszystko już kiedyś było, trzeba tylko odświeżyć pamięć. Taki jest też sens badań nad historią rozumianą jako magistra vitae, która uczy nas, jak czytać i zrozumieć to, co się kiedyś wydarzyło.
Wszystko już kiedyś było, trzeba tylko odświeżyć pamięć. Taki jest też sens badań nad historią rozumianą jako magistra vitae, która uczy nas, jak czytać i zrozumieć to, co się kiedyś wydarzyło
Jak rozumieć zapożyczenia kulturowe?
Jeden z popularnych historyków francuskich i zwolennik szkoły tzw. długiego trwania Fernand Braudel w „Dynamice kapitalizmu” pisze, iż „kraje północne tylko zajęły miejsca wcześniej zajmowane przez śródziemnomorskie centra kapitalistyczne”. W efekcie: „Amsterdam (XVII) kopiuje Wenecję, tak jak Londyn (80-lata XVIII) będzie kopiował Amsterdam, a Nowy Jork Londyn”. Łatwo udowodnić, że instytucje bankowe i instrumenty kredytujące katolickich Włoch wraz z wekslami i innymi zasadami obrotu towarowego zostały przeszczepione do protestanckiej Holandii czy Wielkiej Brytanii, i dopiero to połączenie przyczyniło się do rewolucji kapitalistycznej. Przede wszystkim jednak pisząc o łańcuchu pokoleniowych zapożyczeń: Wenecja–Amsterdam–Londyn–Nowy York (a aż się prosi by dopisać jeszcze Pekin bądź Szanghaj), autor ma na myśli porty morskie jako węzły handlu globalnego, które dzięki swym szeroko rozpostartym ramionom zbliżały do innych terytoriów zamorskich, ale i wzorców zachowań z innych czasów. Bowiem „gospodarka ta stanowi łącznik, motor, wąski, lecz żywy obszar, z którego wypływają inspiracje, żywotne siły, nowości, inicjatywy, rozmaite podejścia, wzrost, a nawet postęp” – pisze Braudel.
To co jednak istotne, tworząca się wówczas zasada podziału pracy nie powstawała z automatu, ale jako skutek świadomej i intencjonalnej działalności ludzkiej, która kazała przynajmniej części globu (dodajmy, że części bardziej uświadomionej, ale i wyposażonej w większy kapitał) piąć się w górę na skutek stopniowego uprzemysłowienia, a zatem zastępowania handlu towarami rolniczymi przez eksport rodzimego przemysłu na rynki zamorskie. W ten sposób narodził się merkantylizm, czyli wsparcie rodzimego przemysłu na rynkach zagranicznych, zaś samo zastąpienie rolnictwa przemysłem to – jakkolwiek by patrzeć – postawienie na myśl ludzką, czyli wartość dodaną. Powyższa zasada koresponduje ze szkołą aktywnej polityki ekonomicznej niemieckiego ekonomisty Friedricha Lista, którego główne dzieło, „Narodowy system ekonomii politycznej”, ukazało się ostatnio na polskim rynku. Robiono to oczywiście przy pomocy ceł i polityki przemysłowej, zjednoczenia sił wytwórczych narodu (jak mawiał List), jednak trudno nie dostrzec tu pewnej kierunkowości jako warunku rozwoju. Chodzi bowiem o to, by siły produkcyjne były pod kontrolą sił umysłowych. Kluczową rolę w ujęciu Toynbee’ego odgrywa, tak zwana kreatywna mniejszość – elity jednostki lub grupy, które dzięki swojej inteligencji, wizji i determinacji potrafią znaleźć skuteczne odpowiedzi na napotkane wyzwania.
Ile mówi się dziś o tym, że Zachód uczy się od Azji, bowiem jego model liberalnej gospodarki zabrnął w ślepą uliczkę. Myśl, że japońskie firmy lepiej sobie radzą od amerykańskich, po raz pierwszy na poważnie do głów Amerykanów zaczęła pukać w latach 80. XX wieku, a sukcesy legendarnego Ministerstwa Handlu Międzynarodowego i Przemysłu rządu Japonii stały się głównym punktem odniesienia dla odrodzenia szkoły interwencjonizmu, protekcjonizmu i neomerkantylizmu w USA. Na tej fali pośpiesznie chciano nawet powołać podobny twór w Ameryce. Kolejne lata potwierdzały bowiem wcześniejsze przeczucia, tyle że miejsce Japonii i kilku małych choć dzielnych tygrysów: miast-państw (często zresztą byłych kolonii brytyjskich, spośród których wyróżniała się myśl strategiczna Singapuru nawiązująca do roli portów morskich i handlu wymiennego), zajęły państwa wielkie o rozległych terytoriach i rozległym udziale w globalnym PKB, jak Państwo Środka. Stąd amerykański monopol recepty na sukces rozpadł się w proch.
Myśl, że japońskie firmy lepiej sobie radzą od amerykańskich, po raz pierwszy na poważnie do głów Amerykanów zaczęła pukać w latach 80. XX wieku
Azja uczy się od Zachodu
Stosunkowo mniej mówimy jednak, że zapożyczenia działają także w drugą stronę. I nie chodzi tylko o naśladownictwo zachodnich technologii, rozwiązań prawnych czy modeli marketingowych, które są z sukcesem kopiowane w Azji, co notabene budzi często naszą irytację, by przypomnieć procesy wytaczane przeciw plagiatom i szpiegostwu gospodarczemu. Wypracowany w Japonii model gospodarki państwowej był zapożyczeniem Made in Germany z kart bismarckowskiego modelu polityki gospodarczej i Niemieckiego Związku Celnego, którego ojcem duchowym był właśnie cytowany wyżej List.
Japońscy reformatorzy epoki Meiji, przymuszeni przez amerykański imperializm, poszukiwali inspiracji, jak przełamać peryferyjność swojego kraju. Oczywiście naśladowali też Stany Zjednoczone, stąd elity Kraju Kwitnącej Wiśni w latach 1871–1873 zorganizowały misję gospodarczą, by przeszczepić na swój grunt co lepsze rozwiązania, by go zmodernizować, uwalniając od feudalizmu oraz szogunatu. Czy jednak naprawdę Japonia musiała za wszelką cenę się westernizować, odwracając od swej historii, jak doradzali jej wówczas zachodni eksperci trochę w stylu topornych porad współczesnego Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którym zachodni guru raczą kraje rozwijające się?
Modernizacja nie przebiegała wedle prostego wzorca. Prawodawstwo liberalne uczące uniwersalnych i transparentnych procedur, którego podstawy można było czerpać pełnymi garściami z kultury anglosaskiej wychowanej – jakkolwiek by patrzeć – na leseferyzmie, było oczywiście istotne. Brakowało mu jednak ducha wspólnoty oraz wzmiankowanej wyżej intencjonalności, która jest czynnikiem motywującym do działania grupy ludzkie i całe narody oraz jednoczącym jego siły wytwórcze w imię celów wyższych niż partykularne prawo korzyści. Trudno się nie domyślić, iż w przypadku państw azjatyckich to ważne. Stąd też szczególnie istotną rolę odegrał proces zapożyczeń, ale z bismarckowskich Niemiec – kultury wspólnotowej, w której liczyły się rodziny, samorządy i zrzeszenia produkcyjne, trochę wzorowane na historycznych cechach.
Szczególnie istotną rolę odegrał proces zapożyczeń, ale z bismarckowskich Niemiec – kultury wspólnotowej, w której liczyły się rodziny, samorządy i zrzeszenia produkcyjne
Paradoksalnie neofeudalna struktura społeczeństwa Japonii nie musiała być zatem przeszkodą na drodze do modernizacji, co było asumptem do zapożyczeń z XIX-wiecznych Niemiec w dziele reformy japońskiego prawa i konstytucji, administracji, szkolnictwa technicznego, organizacji armii, przede wszystkim zaś uformowało japoński model polityki przemysłowej opartej na zaibatsu – wielkich grupach przemysłowych.
Kontynuując zaś jeszcze przywołany wyżej wątek zapożyczeń Japończyków z kultury anglosaskiej – i tu kwestia nie musiała przyjmować postaci transpozycji czystego liberalizmu, choć hasło Adam Smith w Japonii, podobnie jak dziś Adam Smith w Chinach, oczywiście było i jest nośne (czasami co najwyżej za Adama Smitha wymiennie wpisuje się np. Miltona Friedmana). Należy bowiem pamiętać o rzadziej opisywanych przez historyków wpływach teorii merkantylnej (czyli protekcjonistycznej) Aleksandra Hamiltona na rozwój gospodarczy Stanów Zjednoczonych, a dodajmy tylko, że jego „Raport o przemyśle” z 1791 roku uruchomił proces budowy amerykańskiej dominacji w przemyśle drogą ceł i państwowych subwencji, w efekcie Ameryka przeszła ewolucję z kraju rolniczego do potęgi industrialnej. Niektórych historyków natchnęło to nawet do głoszenia tezy, zgodnie z którą dzieło Hamiltona (dogłębnie przestudiowane oczywiście także przez Lista) odegrało dla USA rolę równie ważną, co konstytucja i odzyskanie niepodległości.
Zachód uczy się od Azji, która przypomina mu jego dziedzictwo
Zapożyczeń zatem ciąg dalszy. Może cały Zachód, który dziś tak wielkim szturmem się orientalizuje (kuchnia chińska smakuje, produkty chińskie już mniej, a jednak popularne, bo tanie, tym bardziej iż coraz bardziej zaawansowane technologicznie), przypomina sobie jedynie zasady i modele gospodarowania, które kiedyś w nim obowiązywały, ale o których już trochę zapomniał. W istocie założyciel koncernu Toyoty, by nauczyć się fachu, czytał pamiętniki Forda. Ale działo się to i w drugą stronę: gdy do zachodnich podręczników zarządzania wprowadzano koncepcje jakości pracy w stylu „kaizen” bądź „kaban” wypracowane w Toyocie. Stąd proces naśladownictwa zaczął przebiegać w relacji zwrotnej, przypominając rewitalizację lub recycling, a może proces odkrywania naszej własnej tożsamości, którą Azjaci muszą nam dziś przypomnieć, ale która wciąż gdzieś tkwi w zakamarkach zachodniej duszy. Może drogą adaptacji i zapożyczeń Zachód dociera dziś do własnego dziedzictwa, trochę już pokrytego kurzem zapomnienia, podobnie jak zalegające w bibliotekach dzieła: „Raport o przemyśle” Aleksandra Hamiltona, czy „Narodowy system ekonomii politycznej” Friedricha Lista, które tak fascynowały kiedyś japońskich, a potem chińskich reformatorów.
W istocie założyciel koncernu Toyoty, by nauczyć się fachu, czytał pamiętniki Forda
Logikę tej zależności dobrze zdiagnozował Parag Khanna, autor popularnej monografii „Przyszłość należy do Azji”, pisząc o uwarstwionym modelu kultury, która jest jak plakaty zalegające na murze ogłoszeniowym – pod jednym plakatem skrywa się poprzedni, a przed tym poprzednim jeszcze wcześniejszy, i trzeba dopiero zadać sobie trud zrywania tych plakatów, by się o tym przekonać i przypomnieć sobie, czy bardziej jesteśmy liberałami, czy też wspieramy produkcję rodzimą.
Ku aktywnej polityce przemysłowej
Dzisiaj wolelibyśmy wierzyć, iż raczej to drugie, jako że odradza się perspektywa narodowa i moda na lokal content, trochę właśnie w duchu cytowanych wyżej Hamiltona i Lista. Rekomendacje dotyczące wspierania bądź odbudowy przemysłu poprzez cła bądź inne formy subwencji zdają się dominować dziś nie tylko w Azji i USA (zwłaszcza za obecnej prezydentury); to model coraz bardziej popularny w krajach europejskich, a także Unii Europejskiej jako całości, gdzie przez wszystkie przypadki odmienia się kwestię reindustrializacji, konieczności aktywnych polityk narodowych, odbudowy przemysłu samochodowego czy też przenoszenia linii produkcyjnych z powrotem na Stary Kontynent.
Trudno się temu dziwić. Odkąd upowszechniono maszynę parową, Zachód zdominował przemysłowo resztę globu. Z mocy produkcyjnych fabryk brała się jego potęga gospodarcza, polityczna i militarna, która opanowała cały świat i poglądy na temat przyczyn bogactwa narodów. Jak starałem się udowodnić, nie było to obiektywne prawo natury, lecz konsekwencja świadomego wyboru i wysiłku myśli, w efekcie udzielono adekwatnej odpowiedzi na wyzwanie czasów, by pozostać przy ujęciu Toynbee’ego. Na naszych oczach i z własnej winy Zachód utracił jednak dominację w obszarze przemysłu, tracąc swój prymat na skutek przesunięcia się punktu ciężkości świata do Azji. To zmiana bez precedensu w historii świata, co może budzić uczucie defetyzmu i przygnębienia, przypominając choćby niechlubne losy gasnącego Rzymu.
W historii nie ma jednak prostego determinizmu, bo cywilizacja ludzka to nie organizm biologiczny, który po fazie wzrostu nieuchronnie prowadzi do fazy starzenia się i śmierci, jak myślał Oswald Spengler. Wynika to z praw rozwojowych cywilizacji, które czerpią z pokładów ludzkiej myśli, czyli ducha, emancypującego wąskie prawa fizyki, jako że człowiek, ale i ludzka kultura, wciąż może zaczynać od nowa.
W czasach wzmożonych relacji, wymiany handlu, ale i cyrkulacji myśli możemy zafundować sobie drugie życie. O ile oczywiście będzie nam się jeszcze chciało
Choć zatem nie ma prostych analogii do czasów historycznych, istnieją jednak „zapożyczenia w czasie i przestrzeni”, a te dokonują się na skutek naszych świadomych wyborów i wysiłku pracy twórczej, co można by sparafrazować zabiegiem „szarpnięcia cugli”. W omawianym przypadku chodziłoby o zapożyczenie i transmisję wzoru kulturowego tym razem z Azji na Zachód, choć – jak starałem się udowodnić – w tym azjatyckim nośniku nieco skrywa się nasze własne zapomniane, a może celowo wyparte dziedzictwo: wspólnotowej kultury relacji, firm rodzinnych, wartości narodowych czy w końcu aktywnej polityki przemysłowej, które tworzyły potęgę Starego Kontynentu jeszcze u źródeł rewolucji przemysłowej. Oczywiście dzisiejsze wskaźniki nie zachwycają, a nawet Eurokraci przyznają, że sprawy zabrnęły za daleko. Niemniej w czasach wzmożonych relacji, wymiany handlu, ale i cyrkulacji myśli możemy zafundować sobie drugie życie. O ile oczywiście będzie nam się jeszcze chciało.
Stabilizacja stosunków USA–Chiny. Wizyta amerykańskiego prezydenta w Pekinie w dniach 13–15 maja miała wyraźnie ceremonialny charakter. Chińskie władze postawiły na demonstrację osobistej przyjaźni między przywódcami oraz utrzymanie atmosfery stabilizacji po latach napięć handlowych i geopolitycznych. Oficjalne rozmowy odbyły się w Wielkiej Hali Ludowej w Pekinie, gdzie delegacje koncentrowały się na bezpieczeństwie regionalnym w Azji Wschodniej, kryzysie w Zatoce, przyszłości dwustronnych relacji handlowych oraz rywalizacji technologicznej.
Na podstawie komunikatów obu stron po spotkaniu można stwierdzić znaczne rozbieżności co do tego, co właściwie ustalono. Wydaje się, że w ciągu kilku planowanych spotkań przywódcy USA i ChRL będą starali się osiągnąć porozumienie ramowe dotyczące najważniejszych kwestii gospodarczych i politycznych, a następnie urzędnicy niższego szczebla będą konkretyzowali te ustalenia. Stąd powołanie rad odpowiednio do spraw handlu i inwestycji; stąd wynika też język komunikatów, który jest mało konkretny i częściowo sprzeczny. Komunikacja strategiczna po rozmowach jest częścią tych negocjacji.
Po części formalnej Xi Jinping i Donald Trump uczestniczyli w bardziej symbolicznych elementach programu – wspólnie odwiedzili Świątynię Nieba oraz ogrody pałacowego kompleksu Zhongnanhai, co chińskie media przedstawiały jako sygnał gotowości do „stabilnego współistnienia mocarstw”. Wizycie towarzyszyła również obecność wpływowych przedstawicieli amerykańskiego biznesu, w tym Elona Muska i Tima Cooka, co podkreślało gospodarczy wymiar rozmów. Na bankiecie państwowym obok urzędników państwowych i biznesmenów byli również członkowie rodziny Trumpa, co media odczytały jako kolejny przejaw zacierania różnic między interesem publicznym i prywatnym w Waszyngtonie.
Czy USA „sprzedały” Tajwan? Jednym z najbardziej napiętych punktów rozmów pozostawała kwestia Tajwanu, którą Pekin określił jako absolutnie najważniejszą „czerwoną linię” w relacjach z Waszyngtonem. Xi Jinping miał ostrzec stronę amerykańską, że jakiekolwiek dalsze wzmacnianie wojskowych i politycznych więzi USA z Tajpej będzie traktowane jako bezpośrednie naruszenie integralności terytorialnej Chin.
Stąd szczególne kontrowersje wywołały wypowiedzi Donalda Trumpa po wizycie sugerujące, że Tajwan znajduje się „bardzo daleko od Stanów Zjednoczonych, a bardzo blisko Chin”, co w części interpretowano jako sygnał możliwej większej ostrożności Waszyngtonu wobec ewentualnego konfliktu w Cieśninie Tajwańskiej. Administracja Trumpa w latach 2017–2021 i po 2025 zezwoliła na rekordową sprzedaż uzbrojenia na wyspę. Po wizycie w Pekinie prezydent nazwał sprawę nowej transakcji sprzedaży broni dla Tajpej „kartą przetargową” między supermocarstwami.
Kontrowersje wywołały wypowiedzi Donalda Trumpa po wizycie sugerujące, że Tajwan znajduje się „bardzo daleko od Stanów Zjednoczonych, a bardzo blisko Chin”
Komentarze te wywołały niepokój zarówno wśród doradców bezpieczeństwa w USA, jak i amerykańskich sojuszników w regionie Indo-Pacyfiku, szczególnie w Japonii i Korei Południowej. Obawiano się, że Pekin może odczytać tego typu wypowiedzi jako osłabienie determinacji USA do militarnej obrony Tajwanu, co potencjalnie zwiększa ryzyko bardziej agresywnych działań Chin w perspektywie kilku najbliższych lat. Jednocześnie administracja amerykańska nie zadeklarowała żadnej formalnej zmiany polityki „strategicznej niejednoznaczności”, utrzymując oficjalnie dotychczasowe zobowiązania wobec bezpieczeństwa wyspy.
17 maja prezydent Tajwanu Lai Ching-te skomentował kilkudniową wizytę prezydenta Donalda Trumpa w Chinach i jego spotkanie z Xi Jinpingiem. Ocenił, że sprzedaż broni przez Stany Zjednoczone i współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa z demokratycznymi mieszkańcami wyspy są „kluczowymi elementami” pokoju w regionie, a jego kraj pozostaje w centrum globalnych interesów.
Jak zauważył japoński Asia Nikkei, nie ogłoszono wspólnie żadnego pisemnego porozumienia. Dopiero w niedzielę czasu amerykańskiego – dwa dni po powrocie Trumpa do Waszyngtonu – Biały Dom opublikował zestawienie informacji na temat podróży prezydenta do Chin, przedstawiające tak zwane „historyczne porozumienia”, które Trump wynegocjował z Xi. Ku wielkiemu zaskoczeniu, amerykański komunikat nie wspomina o Tajwanie, który Xi określił jako „najważniejszą kwestię w stosunkach chińsko-amerykańskich” podczas rozmów z Trumpem.
Ku wielkiemu zaskoczeniu, amerykański komunikat nie wspomina o Tajwanie, który Xi określił jako „najważniejszą kwestię w stosunkach chińsko-amerykańskich” podczas rozmów z Trumpem
Młodym adeptom administracji publicznej jej weterani przekazują lekcję działania, którą można zawrzeć w słowach: „Po pierwsze: nie myśl. Pomyślałeś? Nie mów. Powiedziałeś? Nie pisz. Napisałeś? Nie podpisuj. Podpisałeś? To się później nie dziw.” W sprawie Tajwanu Amerykanie zatrzymali się przed zrobieniem trzeciego kroku.
Putin w Pekinie. Prezydent Trump nie był jedynym przywódcą państwa, który w ostatnim czasie zawitał do Pekinu. Wizyta prezydenta Władimira Putina w Chinach, rozpoczęta 19 maja 2026 roku, miała również znaczenie wykraczające poza relacje dwustronne. Spotkanie, będące już przeszło 40. bezpośrednim kontaktem Putina i Xi Jinpinga, odbyło się zaledwie kilka dni po wizycie prezydenta USA Donalda Trumpa w Chinach, co uwypukliło pozycję Pekinu jako potęgi dyplomatycznej. Chiny pozycjonują się jako państwo zdolne do utrzymywania istotnych relacji zarówno z Zachodem, jak i z Rosją, niezbędny uczestnik globalnych negocjacji politycznych i gospodarczych. Jak zauważyli analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW), konsultacje rosyjsko-chińskie trwają na różnych szczeblach niemal nieprzerwanie, a wizyty przywódców to jedynie najbardziej widoczny wierzchołek góry lodowej.
Jednym z głównych rezultatów wizyty było potwierdzenie dalszego zacieśniania strategicznego partnerstwa chińsko-rosyjskiego, czego symbolem stała się decyzja o przedłużeniu traktatu o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 2001 roku. Równocześnie przywódcy potwierdzili polityczne porozumienie dotyczące przebiegu i realizacji gazociągu „Siła Syberii 2” przez Mongolię. Projekt ma strategiczne znaczenie dla Moskwy, ponieważ ma umożliwić przekierowanie do 50 mld metrów sześciennych gazu rocznie z rosyjskiej Arktyki na rynek chiński i częściowo zrekompensować Rosji utratę odbiorców w Europie.
Jednak mimo politycznych deklaracji szczyt nie przyniósł przełomu gospodarczego – wśród około 40 podpisanych porozumień zabrakło kluczowych, wiążących kontraktów gazowych, a strony nie wyznaczyły harmonogramu rozpoczęcia ani zakończenia budowy magistrali.
Najważniejszym punktem spornym pozostaje cena gazu, która pokazuje rosnącą asymetrię relacji między oboma państwami. Pekin, wykorzystując osłabioną pozycję Rosji po utracie rynku europejskiego, domaga się długoterminowych cen zbliżonych do rosyjskich stawek krajowych, wynoszących około 120–130 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Moskwa próbuje natomiast utrzymać bardziej rynkowy mechanizm wyceny, podobny do modelu zastosowanego w pierwszym gazociągu „Siła Syberii”. Brak porozumienia w tej kwestii wskazuje, że ponieważ Rosja politycznie potrzebuje Chin, to Pekin nie zamierza rezygnować z twardego egzekwowania przewagi gospodarczej w negocjacjach.
Pekin, wykorzystując osłabioną pozycję Rosji po utracie rynku europejskiego, domaga się długoterminowych cen gazu zbliżonych do rosyjskich stawek krajowych
W wymiarze geopolitycznym spotkanie potwierdziło wspólne dążenie obu państw do budowy wielobiegunowego ładu międzynarodowego i ograniczenia dominacji Stanów Zjednoczonych, czego wyrazem była wspólna krytyka „hegemonizmu” Zachodu oraz deklaracje współpracy „ramię w ramię”. Xi Jinping i Putin wspólnie apelowali także o zakończenie wojny między USA i Izraelem a Iranem, wskazując na ryzyko destabilizacji globalnych dostaw energii. W sprawie Ukrainy Pekin utrzymał formalną neutralność, jednocześnie sprzeciwiając się zachodnim sankcjom wobec Rosji.
Kolejny szczyt japońsko-koreański. Jeśli by tych dwóch szczytów było mało, to kolejne ważne wydarzenie dyplomatyczne miało miejsce na Półwyspie Koreańskim. Również 19 maja przywódcy Japonii i Korei Południowej uzgodnili zacieśnienie współpracy w zakresie łańcuchów dostaw w celu złagodzenia skutków zakłóceń w dostawach nośników energii spowodowanych wojną między Stanami Zjednoczonymi i Izraelem a Iranem.
Japońska premier Sanae Takaichi przybyła do południowokoreańskiego miasta Andong, miejsca urodzenia prezydenta Korei Południowej Lee Jae Myunga. Lewicowy Lee i konserwatywna Takaichi przeprowadzili w ostatnich miesiącach serię przyjaznych spotkań dyplomatycznych, kontynuując okres niezwykle ciepłych stosunków między sąsiadującymi krajami.
Seul i Tokio stoją przed wspólnymi wyzwaniami, takimi jak podatność na wstrząsy energetyczne spowodowane wąskimi gardłami w cieśninie Ormuz u wybrzeży Iranu. Oba kraje posiadają duże bazy produkcyjne i importują znaczną część ropy naftowej z Bliskiego Wschodu.
Seul i Tokio stoją przed wspólnymi wyzwaniami, takimi jak podatność na wstrząsy energetyczne spowodowane wąskimi gardłami w cieśninie Ormuz
„W obliczu szybko zmieniającej się sytuacji międzynarodowej potwierdziliśmy znaczenie współpracy dwustronnej między naszymi krajami, a także trójstronnej współpracy między Koreą, Stanami Zjednoczonymi i Japonią w interesie pokoju i stabilności w regionie” – powiedział Lee po rozmowach z Takaichi. Zarówno Korea Południowa, jak i Japonia są sojusznikami Stanów Zjednoczonych i jako tacy przeżywają w ostatnich latach tego samego rodzaju dylematy co Tajwan czy Polska: na ile wiarygodne są amerykańskie gwarancje w wypadku kryzysu w regionie.
Napięcia na linii Warszawa–Waszyngton. W kontekście tej dynamicznie zmieniającej się sytuacji międzynarodowej warto spojrzeć na zgrzyty w relacjach Warszawy z Waszyngtonem.
Pierwsza sprawa ma charakter raczej symboliczny. Tuż przed zaprzysiężeniem rządu Petera Magyara 9 maja z Węgier do Stanów przez Mediolan wyleciał Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości w rządach Zjednoczonej Prawicy (2015–2023). Po 2023 r. polska prokuratura oskarżyła go o łącznie 26 przestępstw związanych z rzekomymi nieprawidłowościami związanymi z podległym mu Funduszem Sprawiedliwości. Ponieważ Ziobrze unieważniono polski paszport, korzystał prawdopodobnie z węgierskich tymczasowych dokumentów podróżnych i potrzebował wizy, by dostać się do USA. Wedle informacji Reutersa wydano mu ją w błyskawicznym tempie na polecenie Christophera Landaua, zastępcy sekretarza Stanu.
Zarówno nietypowa procedura wydania wizy jak i fakt, że do USA wpuszczono osobę podejrzaną w państwie sojuszniczym o złamanie prawa, sprawiają, że casus Ziobry jest niezwykły wedle amerykańskich standardów. Przypomnijmy, że były minister sprawiedliwości należał do polityków Zjednoczonej Prawicy najczęściej krytykowanych przez pierwszą administrację Donalda Trumpa ze względu na jego rolę w kwestiach związanych ze spadkami po ofiarach Holocaustu oraz nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która przewidywała odpowiedzialność karną za publiczne przypisywanie „Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu” współodpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy.
Fakt, że do USA wpuszczono osobę podejrzaną w państwie sojuszniczym o złamanie prawa, sprawiają, że casus Ziobry jest niezwykły wedle amerykańskich standardów
Druga kwestia sporna związana już jest bezpośrednio z polskim bezpieczeństwem. Media poinformowały, że do Polski nie zostanie wysłana kolejna grupa żołnierzy amerykańskich w ramach ich rotacyjnej obecności nad Wisłą. Oficjalnie w Polsce w kilku bazach powinno być ok. 10 tys. żołnierzy. Wedle informacji Rzeczpospolitej od zeszłego roku jest już ich znacznie mniej, a wstrzymanie kolejnej rotacji dodatkowo ograniczy liczbę amerykańskiego personelu.
Obie sprawy są zapewne ze sobą bezpośrednio niezwiązane. Pierwsza wynika z poczucia ideologicznej bliskości między środowiskami MAGA w Stanach Zjednoczonych i europejską prawicą. Wspieranie partii i ruchów prawicowych w strategii bezpieczeństwa narodowego USA z 2025 r. jest uważane za sposób utrzymywania amerykańskich wpływów w Europie.
Druga wynika zapewne z logiki zmiany strategicznej w USA: wobec kosztownej reformy sił zbrojnych i priorytetyzacji Indo-Pacyfiku Amerykanie chcą ograniczać obecność wojskową na Starym Kontynencie, uważanym przez nich za drugorzędny teatr strategiczny z punktu widzenia amerykańskich interesów. Tak wynika z tzw. Global Force Posture Review, czyli Przeglądu Sił USA na Świecie. I choć ten dokument nie został upubliczniony, to na podstawie m.in. Narodowej Strategii Bezpieczeństwa jasnym staje się, że amerykańska obecność militarna w Europie będzie się zmniejszać. Ponieważ przesunięcie wojsk z Niemiec jest długotrwałe i uciążliwe biurokratycznie z powodu wewnętrznych przepisów USA, a usunięcie rotacyjnej obecności z Polski stosunkowo proste, politycy w Waszyngtonie zdecydowali się prawdopodobnie na ten drugi wariant. Jak stwierdził były szef BBN Jacek Siewiera, na poziomie planistycznym takie decyzje były podejmowane także w przeszłości, ale potem udawało się je odwrócić dzięki interwencjom politycznym. Być może tak stanie się i tym razem, ale z każdą kolejną zmianą zatrzymanie Amerykanów w Polsce będzie coraz trudniejsze.
Obie te bezpośrednio niezwiązane ze sobą sprawy powinny dać do myślenia polskim decydentom, zajętym wewnętrznymi wojnami, oraz naszej opinii publicznej, niezależnie od sympatii politycznych. Nie mamy właściwie żadnych narzędzi wpływu na administrację w Waszyngtonie. Ta z kolei może rozgrywać polską klasę polityczną wedle własnych – czasami ulotnych – interesów. Mimo całej podniosłej retoryki i traktatów, polski sojusz z USA oparty jest zaś w gruncie rzeczy na bieżącej ocenie sytuacji paru ludzi w Stanach. Nie ma obecnie tak solidnej podstawy, jak choćby ta dotycząca obecności żołnierzy USA w Niemczech czy Japonii.
Mimo całej podniosłej retoryki i traktatów, polski sojusz z USA oparty jest zaś w gruncie rzeczy na bieżącej ocenie sytuacji paru ludzi w Stanach
Węgierski premier z pierwszą wizytą ponownie w Warszawie. Pierwsza oficjalna zagraniczna wizyta nowego premiera Węgier Pétera Magyara w Polsce (19–21 maja 2026 r.) miała wyraźnie symboliczny charakter i została odczytana jako zapowiedź odbudowy relacji polsko-węgierskich po okresie napięć związanych z polityką Viktora Orbána wobec Rosji i wojny w Ukrainie. Nieprzypadkowo Warszawa stała się pierwszym kierunkiem zagranicznym nowego szefa rządu – Magyar jeszcze w kampanii wyborczej deklarował, że chce „naprawić” strategiczne partnerstwo z Polską.
Podróż rozpoczęła się 19 maja w Krakowie, gdzie premier Węgier spotkał się m.in. z kardynałem Grzegorzem Rysiem. Następnie rozmowy polityczne odbyły się w Warszawie z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Karolem Nawrockim. Drugiego dnia delegacja udała się do Gdańska, gdzie Magyar spotkał się z byłym prezydentem i liderem „Solidarności” Lechem Wałęsą – co miało dodatkowy wymiar symboliczny, odwołujący się do wspólnych doświadczeń transformacji demokratycznej Europy Środkowej.
Najważniejszym politycznym rezultatem rozmów była deklaracja powrotu do ścisłej współpracy polsko-węgierskiej oraz próba odnowienia formatu Grupy Wyszehradzkiej (V4), który w ostatnich latach praktycznie utracił znaczenie z powodu rozbieżności dotyczących Rosji i Ukrainy. Péter Magyar zapowiedział organizację szczytu V4 w Budapeszcie pod koniec czerwca 2026 r., podkreślając konieczność wspólnego stanowiska regionu wobec migracji i bezpieczeństwa granic.
Istotnym punktem rozmów było bezpieczeństwo energetyczne. Donald Tusk zadeklarował gotowość wsparcia Węgier w dywersyfikacji źródeł energii i ograniczaniu zależności od rosyjskich surowców, w tym poprzez możliwość zwiększenia dostaw LNG przez Polskę i wykorzystania infrastruktury terminalowej w Gdańsku. Temat ten ma strategiczne znaczenie dla Budapesztu, który za rządów Orbána utrzymywał silną zależność od Rosji w energetyce i paliwach.
W kwestii wojny w Ukrainie obaj premierzy deklarowali wolę wypracowania wspólnego stanowiska na forum UE. Donald Tusk podkreślał konieczność respektowania unijnych zasad w procesie integracji Ukrainy, natomiast Magyar sygnalizował odejście od konfrontacyjnej polityki poprzedniego rządu wobec Kijowa i bardziej pragmatyczne podejście do współpracy europejskiej.
Wątek polityczny dotyczył także współpracy prawnej we wspomnianej wyżej sprawie polityków PiS – Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego, ściganych przez polską prokuraturę w związku z nieprawidłowościami wokół Funduszu Sprawiedliwości. Donald Tusk podziękował stronie węgierskiej za deklarację współpracy, natomiast Magyar stwierdził, że politycy opuścili Węgry jeszcze przed jego zaprzysiężeniem.
Po zwycięstwach wyborczych w 2010, 2014 i 2018 r. Viktor Orbán również kierował swoje pierwsze oficjalne wizyty do Warszawy, podkreślając szczególny charakter partnerstwa polsko-węgierskiego i znaczenie współpracy regionalnej. Dopiero po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r. relacje zaczęły się wyraźnie rozchodzić – Polska przyjęła jednoznacznie antyrosyjską politykę i wspierała Kijów, podczas gdy Budapeszt utrzymywał bardziej ugodowe relacje z Moskwą i dystansował się od części działań UE wobec Rosji. W tym kontekście wybór Polski przez Magyara to próba politycznego resetu i symbolicznego powrotu do wcześniejszego modelu współpracy polsko-węgierskiej.
Wybór Polski przez Magyara to próba politycznego resetu i symbolicznego powrotu do wcześniejszego modelu współpracy polsko-węgierskiej
Sparaliżować logistykę i wysiłek wojenny. Także w ubiegłym tygodniu na froncie rosyjsko-ukraińskim nie doszło do strategicznego przełomu. Jednak wyraźnie nasiliła się wzajemna eskalacja działań, przede wszystkim w domenie powietrznej. Jak wskazuje OSW, obecny etap konfliktu charakteryzuje „wzajemna eskalacja ataków powietrznych”, obejmująca ponownie bardzo intensywne rosyjskie uderzenia rakietowo-dronowe na ukraińskie miasta i infrastrukturę oraz rosnącą liczbę ukraińskich ataków dalekiego zasięgu na rosyjskie zaplecze logistyczne, przemysłowe i paliwowe.
Jednocześnie walki lądowe pozostają intensywne, szczególnie na kierunkach donieckim i charkowskim, ale rosyjskie postępy mają ograniczony charakter i nie doprowadziły do przełamania ukraińskiej obrony. Ukraina z kolei prowadzi lokalne kontrataki i utrzymuje zdolność do zadawania strat na zapleczu przeciwnika.
Bilans ostatnich dni wskazuje więc raczej na utrzymanie wojny pozycyjnej przy rosnącej intensywności oddziaływania na infrastrukturę i logistykę obu stron niż na zasadniczą zmianę sytuacji operacyjnej.
Donald Trump wygrywa od własnej administracji 1,8 mld dolarów. Todd Blanche, pełniący obowiązki prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych, oświadczył, że amerykański Urząd Skarbowy (IRS) ma „NA ZAWSZE ZABRONIONE” kontynuowanie wszelkich toczących się kontroli dotyczących rodziny Trumpów lub jej przedsiębiorstw. 18 maja prezydent zawarł ugodę w sprawie przeciwko urzędowi skarbowemu, w której domagał się 10 mld dolarów odszkodowania za to, że podwykonawca IRS ujawnił jego zeznania podatkowe. W zamian za wycofanie pozwu Trump wywalczył dla swoich zwolenników 1,8 mld dolarów odszkodowania za „wojnę prawną” prowadzoną przez rząd. Wedle deklaracji otoczenia prezydenta środki te zostaną w części przeznaczone na pomoc osobom skazanym za zamieszki w budynkach Kongresu w styczniu 2021 r.
Todda Blanche’a na stanowisko p.o. prokuratora generalnego USA (oraz wcześniej na stanowisko zastępcy prokuratora ) mianował prezydent Trump. Blanche to były osobisty prawnik i szef zespołu obrońców Trumpa. Nominacja ta miała miejsce w kwietniu po tym, jak z funkcji ustąpiła Pam Bondi.
Nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób kwota 1,8 mld dolarów zostanie rozdzielona. Ponieważ nie są już to środki publiczne, nie będzie to wiadomość publiczna. Przeciwnicy prezydenta zarzucają mu, że wprost wykorzystuje urząd do rozwiązywania własnych problemów z prawem oraz wzbogacenia siebie i własnej rodziny.
Prezydent sprawuje kontrolę nad Partią Republikańską. Ed Gallrein – poparty przez Donalda Trumpa kandydat do Izby Reprezentantów w północnym Kentucky – pokonał długoletniego republikańskiego rywala prezydenta, Thomasa Massiego. Jest to jak dotąd najwyraźniejszy znak utrzymywania się wpływów Trumpa w stanach o silnej tradycji republikańskiej, mimo że ogólnokrajowe sondaże wskazują na rosnące niezadowolenie szerokiego elektoratu z jego polityki.
Wpływy Trumpa wykraczają poza wybory do Izby Reprezentantów. W Luizjanie republikański senator Bill Cassidy – jeden z siedmiu senatorów Partii Republikańskiej, którzy głosowali za pociągnięciem do odpowiedzialności Trumpa po wydarzeniach z 6 stycznia – przegrał niedawno prawybory po tym, jak urzędujący prezydent poparł konkurencyjnego kandydata. Porażka Cassidy’ego i Massiego podkreśliła polityczny koszt dla Republikanów, którzy otwarcie zrywają z Trumpem, i wzmocniła przekonanie, że lojalność wobec prezydenta pozostaje decydująca dla pozycji w Partii Republikańskiej.
Lojalność wobec prezydenta pozostaje decydująca dla pozycji w Partii Republikańskiej
Trybunał w Hadze przyznaje rację Pakistanowi. 15 maja Stały Trybunał Arbitrażowy (PCA) uwzględnił skargę Pakistanu dotyczącą dwóch indyjskich projektów hydroelektrycznych w regionie Kaszmiru administrowanym przez Nowe Delhi. Spór dotyczy tego, czy Indie mogły jednostronnie zawiesić Traktat o wodach Indusu (IWT).
Trybunał w Hadze podtrzymał swoje czerwcowe orzeczenie, potwierdzając dalszą ważność IWT i stwierdzając, że Indie nie mogą jednostronnie zawiesić umowy. IWT to pakt dotyczący podziału zasobów wodnych, który Indie i Pakistan podpisały w 1960 roku. Indie zawiesiły traktat w zeszłym roku po ataku terrorystycznym w Pahalgam, w części Kaszmiru administrowanym przez Indie.
Zbliżają się wybory w Izraelu. Izraelski parlament, Kneset, przegłosował własne rozwiązanie stosunkiem głosów 110 do 0. Projekt ustawy, zanim wejdzie w życie, musi przejść jeszcze trzy czytania, ale głosowanie to rozpoczyna odliczanie do wyborów, które odbędą się we wrześniu lub październiku. Koalicja Benjamina Netanjahu z partiami ultraortodoksyjnymi rozpadła się po tym, jak premierowi Izraela nie udało się przeforsować ustawy, która zwalniałaby studentów szkół religijnych z obowiązkowej służby wojskowej.
BeiDou zdominowała nawigację satelitarną w Chinach i zdobywa kolejne rynki. Chińskie Stowarzyszenie Globalnych Systemów Nawigacji Satelitarnej i Usług Lokalizacyjnych opublikowało raport, z którego wynika, że wartość chińskiego sektora nawigacji satelitarnej wzrosła w 2025 r. do 629 mld juanów (93 mld dolarów), co oznacza wzrost o 9,24% rok do roku. Podkreślono w nim, że do końca 2025 r. prawie 1,4 mld smartfonów w Chinach było wyposażonych w funkcje pozycjonowania BeiDou, co stanowi około 98% wszystkich telefonów komórkowych w kraju. Ponad 160 mln innych urządzeń mobilnych i ponad 100 mln samochodów osobowych korzystało z systemów nawigacji i pozycjonowania obsługiwanych przez BeiDou.
Poza Chinami produkty i usługi BeiDou były eksportowane do ponad 140 krajów i regionów na całym świecie. Rola BeiDou ewoluuje od prostego śledzenia lokalizacji do wspierania inteligentniejszego podejmowania decyzji
Poza Chinami produkty i usługi BeiDou były eksportowane do ponad 140 krajów i regionów na całym świecie. Wedle autorów raportu chiński sektor nawigacji satelitarnej w coraz większym stopniu integruje się z komunikacją mobilną, technologiami pozycjonowania wewnątrz budynków oraz sztuczną inteligencją, tworząc coś, co określono jako „przemysł czasowo-przestrzenny BeiDou”. Zhang Huifeng, prezes stowarzyszenia, stwierdził, że rola BeiDou ewoluuje od prostego śledzenia lokalizacji do wspierania inteligentniejszego podejmowania decyzji poprzez integrację danych i technologie sztucznej inteligencji.
Krzysztof Zmyśliński – Na marginesie eseju „Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik”
Karl Haushofer (1869–1946) należy do najbardziej wpływowych postaci w historii nowoczesnej geopolityki. Generał armii bawarskiej, profesor geografii, uczeń Friedricha Ratzla i jeden z głównych popularyzatorów myśli Rudolfa Kjelléna w Niemczech, współtworzył język geopolityczny XX wieku. Wraz z kręgiem skupionym wokół „Zeitschrift für Geopolitik” próbował stworzyć nową syntezę myślenia o państwie, przestrzeni, gospodarce, historii i strategii.
Wczesna geopolityka niemiecka wyrastała z dużo szerszego kryzysu europejskiego myślenia o państwie i polityce. Była próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego państwa upadają mimo siły militarnej, potencjału gospodarczego i rozwiniętej kultury oraz dlaczego klasyczna dyplomacja i tradycyjne elity polityczne okazały się niezdolne do zrozumienia procesów, które doprowadziły Europę do katastrofy pierwszej wojny światowej.
Haushofer próbuje zdefiniować geopolitykę jako praktyczną syntezę wielu nauk: geografii politycznej, historii, ekonomii, demografii, strategii, komunikacji i psychologii zbiorowej
Publikowany poniżej tekst – „Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik” – należy właśnie do tego wcześniejszego etapu twórczości Haushofera. To nie jest jeszcze język późniejszej propagandy, lecz próba stworzenia podstaw nowej dyscypliny politycznego myślenia o przestrzeni.
I powiem uczciwie: to jest bardzo ważny tekst. Nie tylko ideologicznie, ale intelektualnie. Widać tu jeszcze Haushofera „przed katastrofą” – mocno zakorzenionego w Ratzlu, Kjellénie, geografii politycznej i problemie przestrzeni.
Najciekawsze są tu właśnie momenty, w których Haushofer próbuje zdefiniować geopolitykę nie jako publicystykę czy ideologię, lecz jako praktyczną syntezę wielu nauk: geografii politycznej, historii, ekonomii, demografii, strategii, komunikacji i psychologii zbiorowej. Pojawia się jego słynna formuła „Brücke vom Wissen zum Können” – „mostu od wiedzy do działania” – mającego połączyć naukę z praktyką polityczną. Obok tego znajdziemy ostrą krytykę dyplomacji wilhelmińskiej, rozważania o relacji między kontynentalizmem a oceanicznością, odniesienia do Mackindera, analizę znaczenia Japonii jako modelowego państwa wyspiarskiego oraz bardzo ciekawe uwagi o rosyjskim „Nowym Wschodzie” i sowieckiej praktyce geopolitycznej.
Ale właśnie tutaj pojawia się moment chyba najciekawszy.
Bo mimo całego języka nauki, metodologii, geografii politycznej i „wissenschaftliche Grundlage”, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie mamy już do czynienia z nauką państwa w sensie Kjelléna. To nie jest już klasyczna geografia polityczna ani próba zrozumienia organizmu państwowego poprzez przestrzeń. Pod powierzchnią tego tekstu zaczyna pracować coś innego: przekonanie, że wiedza nie ma jedynie opisywać państwa, lecz je projektować, wzmacniać i prowadzić.
W tym sensie tekst Haushofera wydaje się jednym z ważnych momentów przejścia od klasycznych nauk politycznych do nowoczesnej inżynierii politycznej.
I dlatego jest tak interesujący.
Nie ma tu jeszcze pełnej brutalności późniejszego języka ideologicznego. Jest natomiast technokratyczna ambicja sterowania przestrzenią, przekonanie o możliwości „naukowego” przewidywania dziejów, myślenie blokami cywilizacyjnymi oraz niezwykle nowoczesna idea integracji geografii, ekonomii, demografii, psychologii mas, komunikacji, propagandy i strategii w jeden aparat analizy i działania.
To nie jest już zwykła geografia polityczna.
To zaczyna być projekt zarządzania ruchem wielkich mas ludzkich w przestrzeni.
I właśnie dlatego Haushofer jest dziś ponownie interesujący – nie jako historyczna ciekawostka, lecz jako świadectwo narodzin sposobu myślenia, który w różnych formach dominuje również współcześnie. Dzisiejsze elity polityczne mówią innym językiem, używają innych narzędzi i odwołują się do innych wartości, ale bardzo często myślą podobnymi kategoriami: przepływów, korytarzy, logistyki, demografii, przestrzeni ekonomicznych, bloków handlowych, infrastruktury i sterowania percepcją społeczną.
Dzisiejsze elity polityczne mówią innym językiem, używają innych narzędzi i odwołują się do innych wartości, ale bardzo często myślą podobnymi kategoriami. Różnica polega głównie na słowniku
Różnica polega głównie na słowniku.
Szczególnie interesujące jest także to, że Haushofer traktuje geopolitykę przede wszystkim jako narzędzie prognozy. Nie chodzi mu wyłącznie o opis świata, lecz o próbę rozpoznania długich procesów przestrzennych, demograficznych i cywilizacyjnych, które dopiero nadchodzą. W tym sensie tekst ten pozostaje ważnym świadectwem momentu, w którym europejskie myślenie polityczne zaczynało przechodzić od klasycznej dyplomacji XIX wieku do nowoczesnego myślenia blokowego i globalnego.
W Polsce Haushofer pozostaje niemal nieobecny w przekładach. Funkcjonuje głównie jako nazwisko, symbol lub przypis historyczny. Tymczasem bez znajomości jego własnych tekstów trudno zrozumieć nie tylko politologię, historię geopolityki, ale również intelektualne źródła wielu sporów XX wieku – od koncepcji „heartlandu”, przez problem przestrzeni imperialnych, aż po współczesne konflikty między logiką kontynentalną i oceaniczną.
Publikowany przekład ma charakter źródłowy i historyczny. Jest próbą udostępnienia polskiemu czytelnikowi jednego z kluczowych tekstów europejskiej geopolityki okresu międzywojennego.
Karl Haushofer – Podstawy, istota i cele geopolityki
Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik. Opublikowane w zbiorze Bausteine der Geopolitik, 1928
Jeśli naród po ogromnych ofiarach, po pracy i dokonaniach znacznie przekraczających przeciętną dla narodów ziemi doświadczył tak straszliwego zniszczenia swojej formy życia, tak obłąkańczego pocięcia i okaleczenia swojej przestrzeni życiowej jak naród niemiecki, ma prawo zapytać, gdzie zawiedli ci, którzy w pierwszym rzędzie zostali ustanowieni strażnikami tej formy życia w jej przestrzeni życiowej. Ma prawo pytać, gdzie zawiedli ci, którzy mieli być strażnikami tej formy życia w jej przestrzeni.
Nie po to, by brać odwet, ponieważ zemsta i skrucha są bezpłodne; lecz z pragnienia, by zapobiec temu, aby nasz dom przez ludzi tego samego rodzaju znowu został zbudowany na tym samym lotnym piasku albo na tym samym papierze, zamiast na nośnej ziemi i wyrosłym gruncie – z tego właśnie pragnienia zrodził się przymus postawienia tego pytania. Z elementarnego dążenia do lepszej, naukowej ochrony politycznej formy życia, a także ziemi narodu i kultury, zrodził się również postulat geopolityki. Z niego wywodzimy odpowiedź, dlaczego jej idea, po raz pierwszy jasno zarysowana przez szwedzkiego badacza państwa Rudolfa Kjelléna, oraz jej szczęśliwie i trafnie dobrana nazwa tak szybko znalazły zwolenników właśnie wśród myślących uczestników wojny w Europie Wewnętrznej.
Jeśli w rozdartej Europie Środkowej istnieje zgoda co do czegokolwiek, to co do tego, że zewnętrzne i wewnętrzne kierownictwo wielkich środkowoeuropejskich form życia, państw centralnych – jak szybko nazwała je angielska geopolityka: Central Powers – zawiodło wobec brytyjskiej, francuskiej i słowiańskiej polityki naukowej. Dotyczyło to ludzi z towarzystwa, powierzchownie zręcznych, lecz wewnętrznie pustych; ludzi z urzędów spraw zagranicznych i placówek dyplomatycznych, jednostronnie oszlifowanych odrobiną jurystyki, nauk społecznych i znajomości języków, lecz niezdolnych do zejścia w głąb. Dotyczyło to jednak także tych, którzy powinni byli ich lepiej wychować: strażników wiedzy geograficznej, historii, nauk społecznych, prawnych i państwowych. Oni zbyt głęboko utknęli w swoich wąskich specjalizacjach i nie potrafili stworzyć syntezy jako podłoża nauk politycznych – takiej, jaką przeciwnikom Niemiec stworzyła jednak „political science” Anglosasów i paryska „École des sciences politiques”.
Jeśli w rozdartej Europie Środkowej istnieje zgoda co do czegokolwiek, to co do tego, że zewnętrzne i wewnętrzne kierownictwo państw centralnych zawiodło wobec brytyjskiej, francuskiej i słowiańskiej polityki naukowej
W tę lukę – której straszliwego i brzemiennego w skutki istnienia w latach 1900–1914, kiedy u wszystkich zainteresowanych pojawił się przypływ późnej skruchy, nikt w Europie Środkowej nie odważy się zaprzeczyć – chce wejść geopolityka. Z naukowo uchwytnych, uwarunkowanych przez ziemię i wyrosłych z gruntu cech, które sprawdziły się w biegu historycznych wydarzeń, stara się ona zbudować dla sztuki polityki most prowadzący aż do miejsca, w którym polityka musi oderwać się od stałego gruntu nauki. Chodzi o to, aby był to przynajmniej skok od wiedzy ku umiejętności działania, a nie z niewiedzy, skąd z pewnością skok jest dalszy i bardziej niebezpieczny.
To, że w budowie i kierunku tego mostu – ostatniej pomocy, jakiej nauka stojąca na pewnym gruncie udziela sztuce polityki – musi zawierać się pewna prognoza i odwaga jej stawiania, wynika z samej istoty dalszego budowania. Geopolityka wykracza bowiem poza przyjęte, ale przecież nieustannie wyprzedzane przez życie ustalenia czystej geografii, zwłaszcza działu geografii politycznej, oraz historii, zwłaszcza historii współczesnej – wychodząc naprzeciw temu, co nadciąga.
Dlatego też geopolityka stawia nadzwyczaj wysokie wymagania każdemu, kto chce ją uprawiać twórczo – nie tylko rzeczowe, lecz także osobiste. Zawiera bowiem w sobie ni mniej, ni więcej tylko roszczenie do prawa wychowywania przywódców, którzy mają uprawiać sztukę polityki w praktyce.
Geopolityka stawia nadzwyczaj wysokie wymagania każdemu, kto chce ją uprawiać twórczo – nie tylko rzeczowe, lecz także osobiste
Jej najlepszą podstawą – i o to walczę jako geograf – jest i pozostaje pełne wykształcenie przede wszystkim w geografii politycznej, do której oczywiście należą geografia komunikacji i gospodarki, a także geografia kultury i obronności; następnie w metodach historii oraz nauk o państwie i społeczeństwie. Dopiero potem powinna przyjść edukacja prawnicza, której sposób myślenia zagraża zdolności działania w niepewności.
Tak więc – i w tym całkowicie przyznaję rację Tiessenowi – geopolityka stoi wprawdzie na gruncie geografii politycznej i jej ustaleń, korzystnie posługuje się, jak mówi Maull, jej metodami, ale oczywiście nie jest tylko geografią polityczną. Obejmuje znacznie więcej.
Rudolf Kjellén w książce „Państwo jako żywy organizm” (ZonaZero 2021, przekład K.Z.) dał teorię, a w „Großmächte der Gegenwart” również zastosowanie tej teorii w praktyce geopolityki. Później Lautensach podjął trud zestawienia kilku zastosowań w swojej broszurze o geopolityce. W słowach wstępnych pokazał, jak bardzo Kjellén stał na barkach naszego genialnego niemieckiego antropogeografa Ratzla i jak bardzo żył w pojęciach jego rozumienia geografii politycznej.
Jak obco i nowo brzmiało zbiorcze określenie „geopolityka” dla rzeczy w gruncie rzeczy prastarej, zdradza choćby hasło „Geopolitik” w „Geographisches Lexikon” Bansesego, które wymienia tylko niektóre prace Dixa, Schönego i Kjelléna, ale wśród nich nie tę decydującą, najbardziej programową.
Od roku 1924 coraz większy krąg autorów skupionych wokół „Zeitschrift für Geopolitik” starał się nadać istocie geopolityki wyraźniejsze kontury. Z pismem tym w roku 1927 połączyła się „Zeitschrift für Weltpolitik und Weltwirtschaft”. Temu samemu celowi służyły moje prace o „Politische Erdkunde und Geopolitik” oraz dwie inne rozprawy, J. Märza i O. von Niedermayera, opublikowane w „Freie Wege vergleichender Erdkunde”; temu służyła „Bessarabische Frage” C. Uhliga, moja „Geopolitik des Pazifischen Ozeans”, a także badania J. Märza i moje nad stosunkiem „geopolityki i samostanowienia w Azji Południowo-Wschodniej”, których zdolność prognostyczna została chyba w międzyczasie potwierdzona przez dalszy rozwój tamtejszych relacji.
W przeciwieństwie do tego Passarge w ogóle zakwestionował odrębność pacyficznej swoistości form, przejawiającej się w polityce pacyficznych form życia wobec innych przestrzeni na ziemi. Tym samym zakwestionował zresztą również uznany na całym świecie opis dychotomii pacyficznego i atlantyckiego typu wybrzeża, sformułowany przez Sueßa.
Takie przeciwieństwo nie może jednak pozostać bez śladu i bez skutków dla mieszkańców tych obszarów, chyba że zechcemy zaprzeczyć wszelkiemu oddziaływaniu swoistości przestrzeni życiowej na formy życia.
Podobne stanowisko stałoby jednak w takiej sprzeczności z niekwestionowanymi doświadczeniami zarówno całej ludzkości, jak i poszczególnych ludzi, że zapewne tylko bardzo nieliczni gotowi byliby pójść za nauką drogami tak bardzo negującymi.
Znacznie większe jest inne niebezpieczeństwo – podobnie jak wobec faktów, które Hellpach zebrał w swoich „Geopsychische Erscheinungen” – mianowicie to, że na bardzo trzeźwym gruncie faktów geopolityki zostanie nadbudowana nowa geomancja, nowa forma zabobonu. Wtedy nosiciele idei geopolitycznych zostaną prześcignięci przez własnych zwolenników albo przynajmniej popchnięci dalej, niż sami uznają drogi za dostatecznie zbadane i możliwe do przejścia po pewnym gruncie.
Znacznie większe jest inne niebezpieczeństwo – mianowicie to, że na bardzo trzeźwym gruncie faktów geopolityki zostanie nadbudowana nowa geomancja, nowa forma zabobonu
Przyjaznym i pełnym zrozumienia oparciem, zwłaszcza w tym kierunku, był R. Sieger, który swoimi pracami z zakresu geografii politycznej wspierał i wskazywał kierunek nowym drogom. Jego wczesna śmierć jest bolesną stratą dla zachowania czystości idei geopolitycznych.
On, podobnie jak Penck, Volz i ich szkoła, dostrzegał szczególną wartość metod geopolitycznych dla zagrożonych pograniczy i ich wszechstronnego badania, dla utrzymania zagrożonej ziemi narodu i kultury – przy pomocy naukowego przeniknięcia szerszego, niż mogła dać sama geografia polityczna.
Wskazówki dotyczące użyteczności takich metod można znaleźć wielokrotnie u von Loescha w „Volk unter Völkern” i „Staat und Volkstum” albo u Volza w „Westdeutscher und ostdeutscher Volksboden”.
Jeden z zawartych tam artykułów pokazuje, co świadoma polityka ochrony pogranicza może zyskać – zwłaszcza dzięki metodom geopolitycznym. Że powinna posługiwać się przy tym mapami sugestywnymi, które z powodzeniem można stosować także w większych badaniach polityki światowej. Trudny do prześcignięcia dowód tego przynosi rozrachunek, jaki von Loesch przeprowadził z ideą Paneuropy.
Seria niewielkich tomów, które wkrótce ma wydać dr Grabowsky, ma pokazać na przykładzie poszczególnych kręgów zagadnień teoretyczne i praktyczne zastosowanie geopolityki.
Co gospodarka światowa może zyskać od geopolityki, o tym nieco mówi mój wykład o gospodarce światowej i geopolityce, z którego sprawozdanie ukazało się w czasopiśmie Berlińskiego Towarzystwa Gospodarki Światowej.
Granice geopolityki zakreślał wąsko Passarge, nieco szerzej E. Tiessen w pracy „Die Eingrenzung der Geographie”, opublikowanej w „Petermanns Mitteilungen” w roku 1927.
Czym geopolityka może być dla kupca myślącego i przetwarzającego swoje doświadczenia w duchu naukowym próbowałem wykazać w niezwykle bogatym w wartościowe geopolitycznie artykuły „Handwörterbuch des Kaufmanns” Botta, wydanym w Hamburgu, pod hasłem „Geopolitik”.
Ten krótki i bynajmniej niepełny przegląd piśmiennictwa daje pewien punkt oparcia dla zrozumienia, z jakich łatwo dostępnych miejsc i od jakich nazwisk można uchwycić podstawy, istotę i cele geopolityki oraz sens jej nowej nazwy. Nazwa ta nie ma być pustym sloganem, lecz krótkim i trafnym określeniem istniejącej od dawna u politycznie dalekowzrocznych narodów syntezy wszystkich nauk niezbędnych do utrzymania państwa w przestrzeni, a zarazem postulatem stworzenia takiej syntezy tam, gdzie jeszcze jej nie ma.
Nazwa ta nie ma być pustym sloganem, lecz krótkim i trafnym określeniem istniejącej od dawna u politycznie dalekowzrocznych narodów syntezy wszystkich nauk niezbędnych do utrzymania państwa w przestrzeni
Można zapytać: po co w ogóle wybierać nowe słowo? Dlaczego sięgać po pojęcie wywiedzione z obcego zasobu językowego?
Kto stawia takie pytanie, niech najpierw spróbuje znaleźć niemieckie tłumaczenie, które zawierałoby wszystko, absolutnie wszystko, co nazwa „geopolityka” mówi dziś całej ludzkości sama przez się.
Z jednej strony musi ona w jednej sylabie oddać związany z ziemią, zakorzeniony, niemal fatalistyczny rys hellenistycznej Gai wraz z jej mistyczną świętością – tej pramatki ziemi, która obejmuje także chińską „zasadę ziemi” (yin, przeciwstawione zasadzie nieba – yang).
Z drugiej strony musi zawierać polityczną wolę mocy zawartą w słowie „polityka”, rozumianym w szerokim sensie, jaki nadawał mu choćby Alfred Weber: jako walkę o utrzymanie, przekształcanie i zdobywanie władzy na powierzchni ziemi.
A wykształcony humanistycznie człowiek i tak dopowiada sobie jeszcze obok słowa „polityka” niewypowiedziane słowo „techne” – polityczną sztukę.
Przedrostek „geo” mówi sam przez się, że sztuce tej należy dostarczyć wszystkiego, co dzięki wiedzy o ziemi i gruncie może zostać przygotowane jako umiejętność praktyczna i naukowa – nie tylko samej wiedzy z zakresu geografii politycznej – tak, aby mogła obrać właściwą drogę ku stworzeniu swojego politycznego dzieła przestrzennego, wychodząc od ostatniego, najbardziej skrajnego punktu, który nauka potrafi jeszcze pewnie uzasadnić.
Już sama nazwa mówi więc, że geopolityka ma za zadanie przygotować dla sztuki politycznej wszystko to, co jest potrzebne do możliwie rozumnej realizacji potęgi w przestrzeni, i podać to w formie możliwej do bezpośredniego użycia.
Geopolityka ma za zadanie przygotować dla sztuki politycznej wszystko to, co jest potrzebne do możliwie rozumnej realizacji potęgi w przestrzeni, i podać to w formie możliwej do bezpośredniego użycia
Z tego wynika również, że musi ona wyrastać z dużo szerszej podstawy niż sama – choć dostarczająca rzeczy najważniejszych – geografia polityczna.
Nauki o państwie i ekonomia, nauki społeczne i demografia – w takim sensie, w jakim uprawiają je Carr-Saunders, Jean Brunhes, Albrecht Penck czy Camille Vallaux – dalej „scientific politics” Stanów Zjednoczonych, doświadczenia historii, prawa narodów i prawa państwowego, a dopiero później samej jurysprudencji: wszystkie te dziedziny muszą współtworzyć budowlę, która nie służy jedynie zachowaniu przeszłości, jak czyni to wiele dzieł geografii politycznej i historii, lecz ma nieść przyszłość i umożliwiać jej kształtowanie.
Dla tych potrzeb – i oczywiście, jak domagał się już Sieger, wraz z odwagą prognozowania – musi zostać skonstruowana naukowa podstawa geopolityki.
Wymaga to niezwykle starannej i wszechstronnej umiejętności konstruowania.
Dlatego też do samodzielnych, twórczych osiągnięć w tej dziedzinie zdolny będzie z reguły tylko taki intelektualista, który nie tylko zdobył wszechstronne podstawy teoretyczne, lecz poza własną formą życia i jej sąsiednimi przestrzeniami zna z własnego doświadczenia przynajmniej jeszcze jeden, najlepiej przeciwstawny obszar.
Zwłaszcza dychotomia między kontynentalnym a oceanicznym określeniem przestrzeni życiowej, potęgi lub wspólnoty narodowej – które Ratzel uważał za największe przeciwieństwo, o jakim w ogóle można wypowiedzieć się w sensie antropogeograficznym – nie może odgrywać żadnej roli jako świadome lub nieświadome uprzedzenie w edukacji geopolitycznej.
Wszystkie wielkie siły kształtujące geograficznie uchwytne losy ludzi i narodów – morza i wyżyny śródlądowe, góry, kotliny, doliny rzek i rozległe równiny przybrzeżne, lasy i bagna, stepy i pustynie – muszą być znane człowiekowi posiadającemu pewny osąd geopolityczny – zarówno w ich fizycznej swoistości, jak i w ich wpływie na człowieka.
Już Karol V mówił, że każdy język, którego się nauczył, dał mu nowe życie. Powinniśmy więc pójść jeszcze dalej i uznać, że typowy dla naszego śródziemnomorskiego kręgu kulturowego poziom wykształcenia językowego nie wystarcza dla osiągnięcia pewnego osądu geopolitycznego. Konieczny byłby przynajmniej wgląd w języki i sposób myślenia wielkich narodów słowiańskich, ludów uraloałtajskich, ludów Indii i Azji Wschodniej.
Aby nie być skazanym wyłącznie na utrwaloną w książkach – a więc zawsze opóźnioną o trzy do pięciu lat – statykę wielkich przestrzeni politycznych, lecz by pojąć również ich dynamikę, praktyczna działalność geopolityczna wymaga stałego kontaktu z gazetami i czasopismami, z aktualną mapą, codziennym serwisem informacyjnym i polityczną karykaturą świata. Wymaga to co najmniej zdolności dobrego dziennikarza, rozumiejącego wymogi chwili, połączonej z powagą uczonego i jego zdolnością odróżniania wartości trwałych od przemijających. Do tego musiałaby dojść pewna płynność stylu, gdy celem jest oddziaływanie na masy. Naukowa geopolityka może być miejscami trudna w lekturze, szczególnie gdy musi ścieśniać treść wielu stron do kilku wierszy i posługiwać się telegraficznym stylem. Nigdy jednak nie może być tak nudna jak czysto naukowe książki, bo w przeciwnym razie nie dotrze do ludzi władzy i tym samym nie przyciągnie tych, od których zależy jej praktyczne zastosowanie. Być może nic nie zużywa człowieka tak szybko jak intensywna działalność geopolityczna – ale też nic nie wynagradza równie silnie. Geopolityka bardziej niż jakakolwiek inna nauka stawia swoich adeptów i mistrzów przed nieosłoniętym, monumentalnym widokiem działającego losu, którego straszliwa powaga odstrasza wielu ludzi.
Praktyczna działalność geopolityczna wymaga stałego kontaktu z gazetami i czasopismami, z aktualną mapą, codziennym serwisem informacyjnym i polityczną karykaturą świata
Poznanie istoty potęgi nie musi jednak prowadzić – nawet w duchu Machiavellego – do cynicznego nadużywania jej dla własnych celów ani do przekonania, że sama potęga jest czymś złym. Jest ona jedynie – jak słusznie pisał Voßler – czymś przerażająco ostrym, jak gotowa do strzału mina albo japoński miecz obosieczny, naostrzony jak brzytwa – który w nieprzygotowanych i źle wychowanych rękach bardzo łatwo może stać się narzędziem zła.
Właśnie dlatego domagamy się miejsca dla geopolityki w wychowaniu każdego, kto na politycznie odpowiedzialnym stanowisku może przynieść pożytek lub szkodę własnej albo obcej formie życia. I dlatego domagamy się, aby geografia i historia były w szkołach pielęgnowane w zupełnie innym stopniu niż dotychczas – jako warunek późniejszego rozumienia geopolitycznego.
Takie żądanie jest jednak w pełni uzasadnione, jeśli spojrzymy na doniosłość celów, ku którym geopolityka chce prowadzić ludzkość. Cele te oznaczają bowiem ni mniej, ni więcej, jak dążenie do sprawiedliwego podziału przestrzeni życiowej na ziemi: podziału zdolnego – w perspektywie najwyżej trzystu lat – stawić czoła straszliwemu niebezpieczeństwu przeludnienia planety, poprzez bezsporne odwołanie się do rozumu narodów na polu kultury, władzy i gospodarki.
Przeciwstawiają się temu jednak wszystkie te siły, które mają interes w utrzymaniu absurdalnych dysproporcji w zagęszczeniu ludności, albo w zniewoleniu narodów skrępowanych w swobodzie ruchu w jednych częściach świata – a zarazem egoistycznym zamykaniu rozległych, głodnych ludzi rezerw ziemi w innych miejscach. Przede wszystkim są to przedstawiciele dawnego kolonialnego aparatu siły i przemocy – bez względu na to, czy bardziej opierają się oni na czystej dominacji politycznej, czy na przymusie gospodarczym.
Przeciwstawiają się temu jednak wszystkie te siły, które mają interes w utrzymaniu absurdalnych dysproporcji w zagęszczeniu ludności
W argumentacji najpotężniejszą bronią geopolityki są dane dotyczące gęstości zaludnienia w poszczególnych miejscach – liczba mieszkańców przypadających na kilometr kwadratowy ziemi.
Liczby te nie mówią jedynie, gdzie na ziemi panuje nieznośny ścisk ludności, ciasnota przestrzeni i przeludnienie obejmujące więcej ludzi, niż jest w stanie wyżywić nawet najbogatsza gleba – jak w Lombardii (602), na japońskich wybrzeżach (od 1600 do 200), w Zagłębiu Ruhry (800), Saksonii (330) czy Nadrenii (między 300 a 200 na km²).
Pokazują one również z bezlitosną wyrazistością, gdzie gospodarz nie potrafi rozwinąć swojego rozległego, pustego kraju i gdzie – wcześniej czy później – konieczność sprowadzi na te ziemie głodnych ludzi, jeśli gospodarz nie dojdzie z nimi do porozumienia – jak w Australii z mniej niż jednym mieszkańcem na kilometr kwadratowy czy w pacyficznych obszarach Ameryki z liczbą od jednego do najwyżej dwudziestu pięciu, czy w krajach nad Amurem z liczbą znacznie poniżej jednego mieszkańca.
Liczby te oskarżają. Ujawniają, gdzie „również dzieje się to, co wydarzyło się dawno temu, bo winnica Nabota już istniała!”. Pokazują one, że to czysta żądza potęgi popchnęła Australię ku niemieckim wyspom południowego Pacyfiku, a Nową Zelandię ku Samoa. Pokazują, która rasa potrafiła w ciągu jednego pokolenia wypełnić Mandżurię kipiącą energią trzydziestu trzech milionów ludzi, i która inna utrzymywała tam jedynie nieliczną warstwę panów, która niemal całkowicie zniknęła kilka lat po załamaniu się ich władzy.
To czysta żądza potęgi popchnęła Australię ku niemieckim wyspom południowego Pacyfiku, a Nową Zelandię ku Samoa
Tą właśnie bronią, według metod geopolitycznych, od wielu lat – od czasu wielkiego przemówienia hrabiego Komury o przestrzeni życiowej rasy japońskiej – walczy wytrwale Cesarstwo Japonii. Według tych samych zasad działa od niedawna, lecz nie mniej zręcznie, dyktator przeludnionych Włoch. I tą właśnie bronią, która mogła tak potężnie przemawiać na rzecz obronnego charakteru wojny prowadzonej przez Europę Środkową z czystej konieczności samoobrony – u nas, z powodu braku geopolitycznej świadomości, posługiwano się zbyt słabo. Przede wszystkim nie pokazano jej własnemu narodowi. Należało stale pokazywać mu mapę świata, a nie jedynie mapę wojenną Europy Środkowej, aby zrozumiał ogrom swojego zagrożenia i straszliwie konkretny charakter desperackiej walki o minimalną przestrzeń życiową na ziemi – walki o samo istnienie, przed którą nie ma ucieczki w żadną ideologię. I to robotnicy, o których przestrzeń życiową i możliwość oddychania chodziło przede wszystkim, mogli i powinni byli jako pierwsi spojrzeć tym geopolitycznym faktom w twarz. Tak jak czynią to dziś Winnig i niektórzy młodzi socjaliści.
Ich poczucie sprawiedliwości, buntujące się przeciw gwałtowi wobec małego państwa, powinno również zrozumieć, że nic zgodnego z prawem nie dzieje się tam, gdzie jak u nas 133 ludzi musi tłoczyć się na jednym północnoalpejskim kilometrze kwadratowym, niezdolnym do ich wyżywienia – podczas gdy w imperiach kolonialnych jedynie 7, 9, 15, 23 czy 25 ludzi czerpie utrzymanie z ziem znacznie bogatszych – jak w imperium belgijskim, francuskim, holenderskim czy brytyjskim – i to jeszcze przy przestrzeni życiowej przeciętej liniami komunikacyjnymi i pozbawionej najlepszych źródeł surowców.
Tak rozumiana geopolityka jest jednym z najpotężniejszych narzędzi w walce o sprawiedliwy podział przestrzeni życiowej i oddechowej na ziemi – według zdolności narodów do pracy i tworzenia kultury, a nie według dyktatu przemocy, narzuconego przez zręcznie zorganizowany kartel utrzymujący niesprawiedliwy podział przestrzeni na świecie – zdobyty i utrwalony jedynie przy pomocy wojen i przemocy.
Geopolityka pokazuje przede wszystkim, że nawet zgodnie z zasadami najwyższej demokracji – z których wywiedziono niegdyś tak nadużywane hasło wyzwolenia i samostanowienia małych i wielkich narodów, choć dziś wielu chętnie by je wycofało – nie może istnieć żadne prawo pozwalające garstce niezwykle bogatych ludzi z imperiów kolonialnych odmawiać samostanowienia 950 milionom mieszkańców krajów monsunowych, ponad siedemdziesięciu milionom Niemców oraz wielu milionom innych uciskanych mniejszości w Europie Pośredniej, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej. Gdyby głosowano tutaj według parytetu myślących głów i pracujących rąk – co przecież ostatecznie stanowi istotę demokratycznej mądrości – powstałoby zupełnie inne prawo niż to, wyłudzone w Genewie.
Gdyby głosowano tutaj według parytetu myślących głów i pracujących rąk, powstałoby zupełnie inne prawo niż to, wyłudzone w Genewie
To geopolityka ujawnia pochód tego tłumionego prawa natury, które dziś najwyraźniej dochodzi do świadomości w południowych Chinach, ale już wprawia w niespokojny ruch cały ogromny, liczący 20,5 miliona kilometrów kwadratowych obszar krajów monsunowych. Dlatego uprawianie geopolityki bez uprzedzeń byłoby tak potrzebne, ale i tak pocieszające – właśnie dla Europy Środkowej, ponieważ odsłania jej przemożną liczbę towarzyszy losu na drodze powrotu ku wolności.
To, o czym była mowa wcześniej, jest wielkim i odległym celem ostatecznym. Samo jasne ukazanie tego celu pozwoliłoby osiągnąć przynajmniej jedno: stworzyć wewnątrz Europy Środkowej pewną ponadpartyjną wspólnotę wszystkich politycznych dążeń, które można dostrzec jedynie w jego świetle – wspólnotę w największych i ostatecznych kwestiach przestrzeni polityki zagranicznej, na przykład w pytaniu o dalsze istnienie albo karłowacenie naszego narodu.
Sytuacja jest bowiem wystarczająco poważna wobec niesamowitego przyspieszenia dynamiki geopolitycznej, szczególnie w kwestiach podziału przestrzeni planety. Imperium brytyjskie widzi to co najmniej z pełną powagą – o czym świadczy jego nowa organizacja – podobnie widzą to Japonia i Stany Zjednoczone, a na swój sposób także Sowiety. Zwłaszcza polityka azjatycka Sowietów dowodzi, że rozumieją geopolityczny sposób działania. Ich rocznik „Nowyj Wostok” oraz niewielkie podręczniki poświęcone politycznie ważnym dla nich przestrzeniom są często prawdziwymi arcydziełami piśmiennictwa geopolitycznego. Brytyjczycy stworzyli natomiast praktyczny podręcznik geopolityki dla laików w postaci „Geography and World-Power” Fairgrieve’a: prosty, szorstko generalizujący; taki, jaki Anglosasi lubią, gdy chcą poruszyć masy – i właśnie dlatego skuteczny oraz adekwatny do swoich celów.
W tym miejscu stajemy na rozdrożu dróg, które – zgodnie z odmiennością krajobrazów – prowadzą z różnych przestrzeni politycznych – zarówno przywódców, jak i prowadzone przez nich masy – ku ostatecznym celom geopolityki. Na początku niemal wszędzie spotykamy swoistą dla danego kraju, lecz jako całość powszechną, próbę „ugeopolitycznienia” cennych treści geografii politycznej. Jednak w przedstawianej formie pozostają one najczęściej niestrawne i nieprzyswajalne dla mas, które przecież dopiero mają zostać upolitycznione. Dlatego dla wszystkiego, co naucza i prowadzi masy politycznie w sposób naukowy, niemal nieuniknione staje się rozgraniczenie między geografią polityczną a geopolityką – czy to w teorii, czy na konkretnych przykładach praktycznych.
Takie teoretyczne rozgraniczenie najłatwiej przeprowadzić, zestawiając jedną z wyżej wspomnianych prac geopolitycznych z dziełem z zakresu geografii politycznej – na przykład nowe wydanie „Politische Geographie” Ratzla albo Maulla, „Methode der Geographie als Wissenschaft” Brauna z jej znakomitym przeglądem literatury, „Krise des modernen Staatsgedankens in Europa” Alfreda Webera czy prace Siegera, Dixa albo Wütschkego.
Różnicę między mapą czysto naukową i obiektywną a mapą sugestywną, podporządkowaną określonemu celowi, pokazują choćby mój artykuł „Die suggestive Karte” opublikowany w „Grenzboten” w roku 1922, rozprawa J. Märza „Die Landkarte als politisches Propagandamittel” z roku 1921 czy „On Maps” Roberta Louisa Stevensona – pochwała tego, czym mapa może być dla człowieka obdarzonego wyobraźnią. Od problemów znanych nam z Europy Środkowej do ogólniejszego spojrzenia geopolitycznego prowadzi między innymi analiza problemu trzech rzek Europy Środkowej u Kjelléna – Renu, Dunaju i Wisły – zawarta w „Studien zur Weltkrise”. Ponieważ w Europie Środkowej niemal wszędzie napotykamy problemy określane przez rzeki, otwiera się stąd droga do kompleksu Mitteleuropy i Paneuropy, o którym fascynujące dyskusje prowadzili Partsch i Naumann, Mackinder i Chéradame, Wentzke i Keyser, Coudenhove-Kalergi, Spahn oraz von Loesch. Znajdują się one przede wszystkim w „Volk unter Völkern”, gdzie opublikowałem również własne studium „Die geopolitische Betrachtung grenzdeutscher Probleme”, oraz w „Staat und Volkstum”, zawierającym błyskotliwą analizę Paneuropy autorstwa K.C. von Loescha.
Ponieważ w Europie Środkowej niemal wszędzie napotykamy problemy określane przez rzeki, otwiera się stąd droga do kompleksu Mitteleuropy i Paneuropy
Istnieje jednak także zupełnie inna droga prowadząca ku poznaniu – droga wychodząca z przeciwieństwa. Punktem wyjścia jest tu założenie, że my, Niemcy i mieszkańcy Europy Środkowej, niezależnie od tego, czy chcemy to przyznać, jesteśmy w przeważającej mierze ukształtowani kontynentalnie. Zdradza to już nasza flora, przewaga elementu pontyjskiego nad atlantyckim, nawet gdyby Tirpitz nie zarzucał nam, że nie rozumiemy morza. A morze rzeczywiście niełatwo zrozumieć. Nawet mieszkańcowi wybrzeża i żeglarzowi ma ono wiele do powiedzenia, co pojmuje on bardzo powoli.
Poszukując na drodze poznania geopolitycznego, należałoby więc wyjść od wspomnianej już dychotomii oceaniczno-kontynentalnej i spróbować najpierw zrozumieć obcą nam przestrzennie i formalnie formę życia państw wyspiarskich – tych potęg i organizmów naukowych obejmujących morza. Pomagają nam w tym dwie niezwykle błyskotliwe prace. Jedna należy do Brytyjczyka Mackindera i – z punktu widzenia człowieka wyspiarskiego, oceanicznego – próbuje oddać sprawiedliwość wielkim kontynentalnym potęgom stepowym: „The Geographical Pivot of History”. Druga to „Inselvölker und Inselstaaten” Friedricha Ratzla. Ratzel z kolei próbuje – z perspektywy człowieka kontynentu – zainspirowany szybkością przemiany energii potencjalnej w kinetyczną w Cesarstwie Japonii – oddać sprawiedliwość państwom wyspiarskim.
W zestawieniu tych dwóch wielkich prac widzimy więc światotwórcze przeciwieństwo doprowadzone do najwyższego wyrafinowania i niemal przesadnej czułości percepcji – przez ludzi o niezwykle subtelnej wrażliwości i najwyższej randze naukowej. Przeciwieństwo to zostało przez nich niemal całkowicie odsłonięte – by nie powiedzieć – wypreparowane.
„Być szeroko otwartym na wszelkie impulsy i wrażenia, a zarazem zdolnym bezpiecznie je przetwarzać pod ochroną zwartej osobowości – oto gwarancja wzrostu form życia ku najwyższemu spełnieniu”. Tymi słowami Ratzel daje wręcz hasło przewodnie dla porównania szczególnego uprzywilejowania geopolitycznego wielkich państw wyspiarskich, takich jak Ateny i Wenecja w przeszłości oraz Anglia i Japonia współcześnie. Tam właśnie, gdzie położenie i przestrzeń pozwalają na takie warunki, powstaje optimum rozwoju, rzadko osiągalne dla innych obszarów przejściowych o mniej sprzyjającej sytuacji geopolitycznej. Ukazuje się nam „właściwe prawo panowania nad morzem”: wielka potęga oddziałująca z niewielkiej przestrzeni, zdolna do osiągania natychmiastowych i dalekosiężnych skutków, lecz zarazem zależna od pojedynczych wielkich rozstrzygnięć. Z tego wynika również konieczność szukania wobec potęg wyspiarskich takich właśnie rozstrzygnięć, a nie gromadzenia flot niczym skarbca.
„Szeroka przestrzeń podtrzymuje życie” – jak monumentalnie wyrasta to rozpoznanie z porównań zawartych w drugim tomie „Die Erde und das Leben” Ratzla, ale zarazem jak straszliwie ono brzmi dla wielkiego narodu stłoczonego w zbyt ciasnej przestrzeni niczym dzwon pogrzebowy.
Wyspiarska ciasnota przestrzeni uczy zupełnie innego rozumienia przestrzeni niż jej kontynentalne marnotrawstwo, takie jakie praktykowała dawna Rosja carska mimo swojej żądzy ekspansji. Z niezwykłą zdolnością prognozy, dzięki której już w roku 1904 przewidywał konsekwencje przyszłej wojny światowej, Mackinder przeciwstawia oceaniczne potęgi zewnętrznego półksiężyca starego świata – Imperium Brytyjskie, Japonię i Stany Zjednoczone – centralnemu punktowi historii znajdującemu się w kontynentalnym imperium stepowym: niegdyś Mongołów, potem carów, dziś Sowietów. Między nimi, rozdzierane przez obu „rabusiów lądu i morza”, znajdują się państwa przejściowe wewnętrznego półksiężyca: Europa Środkowa, Bliski Wschód, Indie i Chiny. W Azji Wschodniej mamy jednak czysty geopolityczny rozdział między kontynentalnymi Chinami a wyspiarską Japonią poprzez korytarz mórz przybrzeżnych oraz fakt geopolityczny, że przez dwa i pół tysiąca lat sąsiedztwa państwa te prowadziły ze sobą wojnę jedynie trzy razy. Naprzeciw temu stoi zagmatwany problem środkowoeuropejski, gdzie na przykład Czechy i Bawaria stanowią kontynentalne gabinetowe części wielkiej niemieckiej przestrzeni życiowej, lecz niestety jedna z nich jest chronioną kotliną – „twierdzą leśną” – podczas gdy druga stanowi przedalpejski teren przemarszu.
Wyspiarska ciasnota przestrzeni uczy zupełnie innego rozumienia przestrzeni niż jej kontynentalne marnotrawstwo
Pouczające jest także to, że wszyscy wielcy autorzy utopii politycznych światowej literatury wyobrażali sobie swoje idealne państwa jako państwa wyspiarskie: Platon w Atlantydzie, Bacon, Campanella w „Civitas Solis”, autor „Insel Felsenburg”, Swift…
Wiara, że właśnie w państwie archipelagowym można najlepiej badać naturę państwa idealnego, zaprowadziła również mnie samego do Japonii, co stało się źródłem wszystkiego, co o niej napisałem, gdy obserwowałem Japonię na jej rozdwojonej drodze: od kultury samowystarczalnej – ku ekspansywnemu państwu przemysłowemu.
Stamtąd prowadziła już naturalna droga ku geopolityce krajów monsunowych i Oceanu Spokojnego, na której zetknąłem się z tak fascynującymi zjawiskami jak „Futurism of Young Asia” Benoya Kumara Sarkara, „Democracies of the East” Radhakamala Mukerjee oraz „New World of Islam” L. Stoddarda, a także z pracą von Boeckmanna o „Kulturreich der Meere”, która od strony nauk o kulturze wyciąga rękę ku geopolityce. Właśnie próba wyznaczenia pola badawczego geopolityki i dania choćby pobieżnego przeglądu – pokazuje całą kipiącą siłę ludzkiego przeobrażania potęgi w przestrzeni. Próba objęcia tak demonicznego pola sił spojrzeniem z jednego centrum dowodzenia – jak z dyspozytorni wielkiego dworca albo pulpitu dobrze zorganizowanej elektrowni – wydaje się niemal kpiną z samej idei ograniczenia i kontroli. A jednak ludzkość będzie musiała podjąć tę próbę, jeśli w niedalekiej przyszłości nie chce popaść w walkę o byt, o przestrzeń życiową, o miejsce do oddychania i o szerokość łokcia – walkę, której nikt z nas nie chciałby dożyć ani pozostawić jej w spadku swoim wnukom.
Wszyscy wielcy autorzy utopii politycznych światowej literatury wyobrażali sobie swoje idealne państwa jako państwa wyspiarskie
Oczywiście tylko pewna część – trzeźwo licząc może około dwudziestu pięciu procent – daje się w toku ruchu dziejowego wydobyć z ludzkiej samowoli i głupoty jako geopolityczna prawda, a może nawet jako prawo wynikające z cech uwarunkowanych przez ziemię i przestrzeń.
Ale czy ta jedna czwarta naukowej jasności w chaosie polityki nie jest warta pracy, którą trzeba na nią poświęcić?
Jeżeli w całości – skądinąd nieobliczalnej – choćby tylko pewien fragment można uczynić przedmiotem naukowego poznania i częściowego przewidywania, to z pewnością warto badać ten fragment bardziej systematycznie i planowo, niż czyniła to dotąd ludzkość, a zwłaszcza jej przywódcy polityczni.
Jeśli uznamy to bardzo skromne żądanie zdrowego rozsądku, uznamy tym samym również prawo geopolityki do istnienia.
Krzysztof Zmyśliński – Kilka słów o kopaniu tunelu łyżeczką
Haushofer sprawia, że praca tłumacza staje się prawdziwą orką, ale efekt końcowy potrafi tę pracę wynagrodzić. I jest to trudność bardzo specyficznie niemiecka. Nie chodzi wyłącznie o słownictwo. Haushofer pisze językiem przeładowanym abstrakcją, z gigantycznymi zdaniami piętrowymi, pełnym nominalizacji, stale przechodzącym od nauki do retoryki i dodatkowo obciążonym obsesją syntezy wszystkiego ze wszystkim. Momentami brzmi jednocześnie jak profesor geografii, sztabowiec, filozof historii, publicysta i państwowy kaznodzieja.
Haushofer nie argumentuje spokojnie – on ostrzega, mobilizuje, dramatyzuje i buduje poczucie historycznej konieczności
Najbardziej męczące są chyba trzy rzeczy. Po pierwsze: zdania budowane spiralnie. Haushofer zaczyna od jednej myśli, po czym dopowiada wyjątek, robi ideowy nawias, wraca do poprzedniego wątku, dodaje historyczny przykład i kończy zdanie pół strony później. To bardzo charakterystyczne dla niemieckiej eseistyki akademickiej okresu międzywojennego. Po drugie: nieustanne „rzeczownikowanie” świata. Nie pisze: „państwo działa”, lecz raczej: „urzeczywistnienie politycznej formy życia w przestrzeni”. Wszystko zamienia się w abstrakcyjne konstrukcje: Lebensraum, Lebensform, Raumgestaltung, Machtverwirklichung, geopolitische Arbeitsweise. Tłumacz musi więc stale wybierać między zachowaniem terminologii a odzyskaniem sensu po polsku. Po trzecie wreszcie: retoryka katastrofy. Haushofer nie argumentuje spokojnie – on ostrzega, mobilizuje, dramatyzuje i buduje poczucie historycznej konieczności.
Właśnie to sprawia, że tekst jest intelektualnie fascynujący, ale stylistycznie bardzo ciężki. Uczciwie mówiąc, jest to jednak chyba jeden z najlepszych tekstów Haushofera do przekładu. Pozostaje jeszcze myślowo żywy, mocno osadzony w Ratzlu i Kjellénie, pełen realnych idei – i nie popada jeszcze w późniejszy, toporny język quasi-propagandowy.
Późny Haushofer bywa już po prostu nieznośny.
Wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa w Pekinie stała się jednym z najważniejszych wydarzeń międzynarodowych ostatnich miesięcy. Pierwsza podróż Trumpa do Chin od 2017 roku odbywa się w momencie wyjątkowo napiętej sytuacji geopolitycznej: trwającej wojny USA i Izraela z Iranem, sporów handlowych między Waszyngtonem a Pekinem oraz rosnących napięć wokół Tajwanu. Rozmowy z przywódcą Chin Xi Jinpingiem pokazały jednocześnie skalę wzajemnych zależności obu mocarstw oraz głębokie różnice strategiczne.
Jednym z kluczowych tematów spotkania była sytuacja na Bliskim Wschodzie. Trump ujawnił w wywiadzie dla Fox News, że Xi zaoferował pomoc w zakończeniu konfliktu z Iranem. Według amerykańskiego prezydenta chiński przywódca zadeklarował również, że Pekin nie będzie dostarczał Iranowi broni. Deklaracja ta ma duże znaczenie polityczne, ponieważ Chiny pozostają jednym z głównych odbiorców irańskiej ropy i utrzymują z Teheranem bliskie relacje gospodarcze.
Trump ujawnił w wywiadzie dla Fox News, że Xi zaoferował pomoc w zakończeniu konfliktu z Iranem
Istotnym elementem rozmów była także kwestia cieśniny Ormuz. Po irańskiej blokadzie akwenu, będącej odpowiedzią na działania militarne USA i Izraela, zarówno Waszyngton, jak i Pekin podkreśliły konieczność utrzymania swobodnego przepływu ropy i gazu. Wspólne stanowisko Trumpa i Xi w tej sprawie pokazuje, że mimo rywalizacji oba państwa są zainteresowane stabilnością światowych rynków energetycznych.
Równolegle do rozmów o Iranie coraz większe emocje budzi kwestia Tajwanu. Xi Jinping określił ją jako „najważniejszą sprawę” w relacjach chińsko-amerykańskich i ostrzegł, że niewłaściwe podejście może doprowadzić nawet do konfliktu między mocarstwami. Pekin konsekwentnie uznaje demokratycznie rządzony Tajwan za część Chińskiej Republiki Ludowej i nie wyklucza użycia siły w celu podporządkowania wyspy.
Stanowisko Stanów Zjednoczonych próbował tonować sekretarz stanu Marco Rubio, który zapewnił, że polityka USA wobec Tajwanu pozostaje niezmienna. Rubio podkreślił jednak, że ewentualna próba siłowego przejęcia wyspy byłaby „okropnym błędem” i zagroziłaby stabilności całego regionu Indo-Pacyfiku. Jednocześnie przypomniał o rekordowym amerykańskim pakiecie uzbrojenia dla Tajwanu, którego wartość przekracza 11 miliardów dolarów.
Rubio podkreślił jednak, że ewentualna próba siłowego przejęcia wyspy byłaby „okropnym błędem” i zagroziłaby stabilności całego regionu Indo-Pacyfiku
Ważnym kontekstem wizyty pozostają również relacje gospodarcze. Xi Jinping przekonywał, że „w wojnach handlowych nie ma zwycięzców”, apelując o stabilizację stosunków ekonomicznych. W Pekinie obecni byli przedstawiciele największych amerykańskich koncernów, takich jak m.in.: Apple, Tesla, Meta, NVIDIA czy Boeing.
Wizyta Trumpa w Chinach unaoczniła, że relacje amerykańsko-chińskie weszły w nową fazę – jednoczesnej współpracy i strategicznej rywalizacji. Oba państwa próbują znaleźć wspólny język w kwestiach globalnego bezpieczeństwa i handlu, ale równocześnie pozostają po przeciwnych stronach w sprawach takich jak Tajwan czy dominacja technologiczna. Od wyniku tego dialogu zależeć może nie tylko przyszłość relacji Waszyngtonu i Pekinu, lecz także stabilność całego ładu międzynarodowego.
Wstrzymana została m.in. rotacja brygady pancernej, której część żołnierzy znajdowała się już w drodze do Europy i ma teraz wrócić do Teksasu. Dodatkowo Pentagon miał anulować wcześniejsze plany stałego rozmieszczenia w Niemczech batalionu artylerii dalekiego zasięgu wyposażonego m.in. w pociski Tomahawk. Według źródeł amerykańskich mediów decyzje te wpisują się w strategię zmniejszania liczebności sił USA na kontynencie europejskim do poziomu sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę z 2022 roku.
Wstrzymana została m.in. rotacja brygady pancernej, której część żołnierzy znajdowała się już w drodze do Europy i ma teraz wrócić do Teksasu
Tłem decyzji mają być napięcia między administracją Trumpa a europejskimi sojusznikami. Według CNN wewnętrzne dokumenty Pentagonu wskazują na frustrację Waszyngtonu wobec postawy części państw europejskich w kontekście wojny z Iranem oraz krytycznych wypowiedzi pod adresem USA. Szczególnie negatywnie odebrane miały zostać słowa niemieckiego kanclerza Friedricha Merza.
Doniesienia wywołały zaskoczenie również w amerykańskim Kongresie. Przewodniczący senackiej komisji sił zbrojnych Roger Wicker zapowiedział, że będzie domagał się od Pentagonu pełnych wyjaśnień. Senator podkreślał wcześniej znaczenie obecności amerykańskich wojsk na wschodniej flance NATO jako elementu odstraszania Rosji. Krytycznie do planów redukcji sił odniosła się także senator Tammy Duckworth, która oceniła, że ograniczanie obecności wojskowej mogłoby zostać odebrane jako osłabienie wsparcia dla sojuszników.
Sytuacja budzi szczególne zainteresowanie w Polsce, gdzie po 2022 roku liczebność amerykańskiego kontyngentu wzrosła z około 5 do 10 tysięcy żołnierzy. Polski rząd stara się jednak tonować nastroje. Wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił, że obecny poziom sił USA w Polsce nie uległ zmianie, a reorganizacja może dotyczyć jedynie sposobu rozmieszczania poszczególnych jednostek.
Wojna z Iranem i kryzys energetyczny dominują obrady BRICS. Spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw BRICS w Nowym Delhi odbywa się w cieniu wojny wokół Iranu i narastającego kryzysu energetycznego. Szef indyjskiej dyplomacji Subrahmanyam Jaishankar ostrzegł podczas obrad przed „znacznymi wahaniami”, które zwiększają niepewność gospodarczą i destabilizują światowe rynki paliwowe.
Grupa BRICS, zrzeszająca obecnie m.in. Chiny, Rosję, Indie, Iran, Arabie Saudyjską oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, coraz wyraźniej próbuje budować alternatywne centrum wpływów wobec państw zachodnich. Tegoroczne rozmowy pokazują jednak, że wewnątrz ugrupowania istnieją poważne podziały polityczne i strategiczne.
Tegoroczne rozmowy pokazują jednak, że wewnątrz ugrupowania istnieją poważne podziały polityczne i strategiczne
Największe napięcia pojawiły się między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi oskarżył ZEA o bezpośredni udział w działaniach militarnych przeciwko Teheranowi podczas wojny prowadzonej przez przeciw Iranowi przez USA i Izrael. Według irańskich mediów Aragczi zarzucił władzom Emiratów współpracę z Izraelem i brak potępienia amerykańsko-izraelskich ataków.
Spór wpisuje się w szerszy kontekst konfliktu rozpoczętego 28 lutego, kiedy Stany Zjednoczone i Izrael przeprowadziły uderzenia na cele w Iranie. Teheran odpowiedział atakami rakietowymi i dronowymi wymierzonymi w Izrael, amerykańskie bazy wojskowe oraz infrastrukturę w państwach regionu. Szczególnie mocno ucierpiały Zjednoczone Emiraty Arabskie, które według własnych danych stały się celem setek irańskich pocisków i dronów.
Choć od 8 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni, sytuacja pozostaje bardzo niestabilna. Prezydent USA Donald Trump określił rozejm jako „niesamowicie słaby” i zasugerował możliwość wznowienia działań wojennych. Niepewność wokół konfliktu wpływa bezpośrednio na światowe ceny ropy i bezpieczeństwo energetyczne wielu państw.
Szczególnie widoczne jest to w przypadku Indii, które zwróciły się do Stanów Zjednoczonych z prośbą o przedłużenie zawieszenia sankcji na rosyjską ropę. Według doniesień agencji Bloomberg Delhi obawia się destabilizacji rynku paliwowego i wzrostu cen energii w sytuacji przedłużającej się wojny na Bliskim Wschodzie. Indie pozostają obecnie jednym z największych importerów rosyjskiej ropy, a dostawy z Rosji mają kluczowe znaczenie dla stabilności gospodarczej kraju.
Obrady BRICS pokazują, że konflikt wokół Iranu wykracza daleko poza wymiar militarny i staje się jednym z najważniejszych czynników wpływających na światową gospodarkę. Kryzys energetyczny, napięcia geopolityczne oraz rywalizacja o wpływy na Bliskim Wschodzie coraz silniej oddziałują zarówno na państwa zachodnie, jak i kraje rozwijające się skupione wokół BRICS.
Obrady BRICS pokazują, że konflikt wokół Iranu wykracza daleko poza wymiar militarny i staje się jednym z najważniejszych czynników wpływających na światową gospodarkę
Ukraina buduje międzynarodową koalicję dronową. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował, że około 20 państw współpracuje obecnie z Kijowem przy projektach związanych z produkcją i rozwojem dronów wojskowych. Według ukraińskich władz cztery umowy zostały już podpisane, a kolejne znajdują się na różnych etapach negocjacji. Inicjatywa ta pokazuje, że wojna rosyjsko-ukraińska coraz mocniej napędza rozwój nowoczesnych technologii militarnych i budowę nowych partnerstw strategicznych.
Program określany jako „Drone Deals” ma obejmować nie tylko produkcję oraz dostawy bezzałogowców, ale również rakiet, pocisków, oprogramowania wojskowego oraz wymianę technologii między Ukrainą a partnerami zagranicznymi. Kijów liczy także na integrację własnych systemów z rozwiązaniami państw współpracujących. Projekt ma więc charakter znacznie szerszy niż klasyczne zakupy uzbrojenia i stanowi próbę stworzenia międzynarodowej sieci współpracy przemysłów obronnych.
Według Zełenskiego szczególnie istotną rolę odgrywają państwa Bliskiego Wschodu i regionu Zatoki Perskiej. Ukraina oczekuje, że współpraca technologiczna w sektorze dronowym przełoży się również na korzyści gospodarcze, w tym stabilne dostawy surowców energetycznych i paliw. Prezydent Ukrainy podkreślił, że dzięki zawieranym porozumieniom kraj ma już zagwarantowaną „niezbędną ilość paliwa na rynku”, co ma duże znaczenie w warunkach długotrwałej wojny.
Prezydent Ukrainy podkreślił, że dzięki zawieranym porozumieniom kraj ma już zagwarantowaną „niezbędną ilość paliwa na rynku”, co ma duże znaczenie w warunkach długotrwałej wojny
Współpraca obejmuje także państwa Europy i Kaukazu Południowego, a według zapowiedzi Kijów przygotowuje rozszerzenie programu o kolejny region świata. Pokazuje to rosnącą rolę Ukrainy jako państwa rozwijającego nowoczesne technologie wojskowe, szczególnie w obszarze bezzałogowców. Od początku rosyjskiej inwazji drony stały się jednym z najważniejszych elementów działań bojowych – wykorzystywane są zarówno do rozpoznania, jak i ataków na cele wojskowe oraz infrastrukturę przeciwnika.
Zełenski poinformował również, że w Stanach Zjednoczonych prowadzone były rozmowy dotyczące możliwych spotkań przywódców poświęconych zakończeniu wojny z Rosją. Równolegle trwają negocjacje dotyczące wymiany jeńców wojennych między obiema stronami konfliktu.
Rozwijany przez Ukrainę program „Drone Deals” może stać się jednym z ważniejszych przykładów transformacji współczesnych konfliktów zbrojnych. Wojna coraz wyraźniej pokazuje bowiem, że przewagę militarną buduje dziś nie tylko liczba żołnierzy czy ciężkiego sprzętu, ale także zdolność do szybkiego wdrażania nowych technologii, współpracy przemysłowej i pozyskiwania międzynarodowych partnerów strategicznych.
Przewagę militarną buduje dziś nie tylko liczba żołnierzy czy ciężkiego sprzętu, ale także zdolność do szybkiego wdrażania nowych technologii, współpracy przemysłowej i pozyskiwania międzynarodowych partnerów strategicznych
Kryzys niemieckiej motoryzacji pogłębia się. Niemiecki sektor motoryzacyjny, przez dekady będący jednym z filarów europejskiej gospodarki, mierzy się z coraz poważniejszym kryzysem konkurencyjności. Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA) prognozuje, że do 2035 roku branża może stracić nawet 225 tysięcy miejsc pracy. To o 35 tysięcy więcej niż zakładały wcześniejsze prognozy.
Według prezes VDA Hildegarda Mueller już w latach 2019–2025 z niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego zniknęło około 100 tysięcy stanowisk. Dane te pokazują skalę problemów, z jakimi mierzy się sektor uznawany dotąd za symbol niemieckiej siły gospodarczej.
Przedstawiciele branży wskazują kilka głównych przyczyn pogarszającej się sytuacji. Wśród nich wymienia się przede wszystkim wysokie koszty energii, rosnące podatki i opłaty, a także rozbudowaną biurokrację utrudniającą prowadzenie działalności przemysłowej. Krytyka dotyczy również polityki klimatycznej oraz kosztownej transformacji w kierunku elektromobilności, która wymaga ogromnych inwestycji przy jednoczesnym spadku konkurencyjności europejskich producentów wobec firm z Chin i Stanów Zjednoczonych.
Szczególnie silna presja widoczna jest w przypadku niemieckich gigantów motoryzacyjnych, takich jak Volkswagen, BMW czy Mercedes-Benz. Europejscy producenci muszą jednocześnie finansować rozwój samochodów elektrycznych, utrzymywać konkurencyjność cenową oraz mierzyć się z rosnącą dominacją chińskich producentów baterii i pojazdów elektrycznych.
Problemy niemieckiej motoryzacji mają znaczenie nie tylko dla samych Niemiec, lecz także dla całej gospodarki europejskiej. Branża pozostaje jednym z najważniejszych sektorów przemysłowych Unii Europejskiej, odpowiadając za miliony miejsc pracy oraz rozbudowaną sieć poddostawców w państwach Europy Środkowej, w tym również w Polsce.
Prognozy VDA pokazują, że europejski przemysł motoryzacyjny znajduje się obecnie w okresie głębokiej transformacji. O przyszłości sektora zdecyduje nie tylko tempo rozwoju nowych technologii, lecz także zdolność państw europejskich do utrzymania konkurencyjnych warunków dla przemysłu wobec dynamicznie rozwijających się gospodarek Azji i Ameryki Północnej.
Ostrożny postęp w rozmowach między Libanem a Izraelem. W Waszyngtonie trwa kolejna runda rozmów pokojowych między Libanem a Izraelem, prowadzonych przy mediacji Stanów Zjednoczonych. Według przedstawiciela amerykańskiego Departamentu Stanu czwartkowe negocjacje przebiegały w „produktywnej i pozytywnej” atmosferze, a rozmowy mają być kontynuowane również w piątek.
Spotkania mają szczególne znaczenie polityczne, ponieważ są to pierwsze bezpośrednie kontakty obu państw od ponad trzydziestu lat. Dotychczas odbyły się już trzy rundy negocjacji w Waszyngtonie, a podczas poprzedniego spotkania strony uzgodniły przedłużenie zawieszenia broni o kolejne trzy tygodnie. Sam fakt utrzymania dialogu jest uznawany przez komentatorów za istotny sygnał deeskalacji napięć w regionie.
Rozmowy toczą się w cieniu trwającego konfliktu izraelsko-libańskiego oraz działań przeciwko wspieranemu przez Iran Hezbollahowi. Premier Izraela Benjamin Netanyahu podkreśla, że celem izraelskiej ofensywy pozostaje osłabienie i zniszczenie struktur Hezbollahu, który od lat stanowi jedno z największych zagrożeń bezpieczeństwa dla Izraela.
Skutki konfliktu są jednak bardzo poważne dla ludności cywilnej Libanu. Według źródeł libańskich działania wojenne doprowadziły już do śmierci blisko trzech tysięcy osób oraz zmusiły około 1,2 miliona mieszkańców do opuszczenia swoich domów. Kryzys humanitarny dodatkowo pogłębia niestabilność polityczną i gospodarczą kraju, który od kilku lat zmaga się również z głębokim kryzysem ekonomicznym.
Stany Zjednoczone odgrywają w negocjacjach rolę głównego mediatora i próbują doprowadzić do trwałego ograniczenia napięć na północnej granicy Izraela. Waszyngton obawia się, że dalsza eskalacja mogłaby doprowadzić do rozszerzenia konfliktu na cały region Bliskiego Wschodu, zwłaszcza w kontekście napiętej sytuacji wokół Iranu i trwających działań militarnych w regionie.
Choć rozmowy określane są jako konstruktywne, eksperci podkreślają, że osiągnięcie trwałego porozumienia będzie procesem długim i trudnym. Główne przeszkody stanowią wzajemny brak zaufania, obecność Hezbollahu oraz sprzeczne interesy regionalnych mocarstw zaangażowanych w sytuację na Bliskim Wschodzie.
To, że czas pędzi dziś niezwykle szybko, jest powracającą obserwacją. Dotyczy to również polityki światowej, w której zwykle mówi się raczej o głębokich i powolnych prądach historii. Dzisiejszy niepokój bierze się jednak stąd, że na powierzchni dziejów wiatr i prąd działają przeciw sobie — jak to często bywa, gdy nadciąga burza. Niektórzy politycy próbują sterować jednocześnie pod wiatr i pod prąd.
Sytuacja międzynarodowa nabiera przez to wyraźnego charakteru przełomu i przejścia. Coś gromadzi się pod powierzchnią, coś próbuje wyłonić się jako organiczny produkt procesu historycznego, lecz napotyka opór mechanicznych konstrukcji tworzonych z ludzkiej potrzeby kalkulacji. Widzimy to jako narastającą walkę pomiędzy koniecznością natury a ludzką wolnością — walkę, która wypełnia i tworzy historię. Równowaga zmienia się więc niemal z każdym rokiem. Siły przesuwają się względem siebie, plany polityków się krzyżują: ich wola przeciwstawia się naturalnym ciążeniom. A jednak z tego całego błądzenia, napięcia i wysiłku wyłania się powoli nowa sytuacja, która dlatego ma szansę okazać się trwalszą, bo jest obecnie najbardziej naturalna. Wielkie pytanie naszych czasów brzmi zatem: czy nowy modus vivendi zdoła się ułożyć pokojowo, czy też nadciągająca burza zdąży się wyładować nad narodami wcześniej.
Wielkie pytanie naszych czasów brzmi zatem: czy nowy modus vivendi zdoła się ułożyć pokojowo, czy też nadciągająca burza zdąży się wyładować nad narodami wcześniej
Ostatnio doszło ponownie do znaczących przesunięć w równowadze sił. Same wydarzenia — bez odwoływania się do rozstrzygnięć wojennych — doprowadziły do powstania nowych napięć i nowych układów sił, z poważnymi konsekwencjami dla całej sytuacji politycznej. Chwila wydaje się więc odpowiednia, by spojrzeć na obecną równowagę jak na całość — zarówno wyrosłą z poprzedniej epoki, jak i taką, która prawdopodobnie ukształtuje najbliższą przyszłość.
Obecnie żaden cywilizowany naród nie jest na tyle mały ani odległy od głównych scen świata, by mógł przejść obojętnie wobec takich kwestii. Nie wystarczy też uspokajanie się odziedziczonymi wyobrażeniami, bo starych punktów orientacyjnych już nie ma, a nowych jeszcze nie widać. Każdy naród ma obowiązek — nie tylko wobec własnej ciekawości, lecz także wobec własnego przetrwania — co pewien czas na nowo orientować się w rzeczywistości wielkiej polityki i poddawać rewizji swoje dawne wyobrażenia.
I
Jakże prosta — i jakże odległa — wydaje się dziś wizja poprzedniego pokolenia, które wyobrażało sobie politykę światową jako huśtawkę z Rosją na jednym końcu i Anglią na drugim. Był to czas, gdy ten obraz nieźle oddawał rzeczywistość. Ale ten czas minął. Pojawienie się Niemiec, Stanów Zjednoczonych, a ostatnio także Japonii w pierwszym szeregu mocarstw uniemożliwia dziś wyjaśnianie historii świata przy pomocy tak prostych porównań.
Stare stulecie kończyło się innym, bardziej skomplikowanym układem, znacznie bliższym naszej obecnej sytuacji: Trójprzymierze w centrum Europy, sojusz francusko-rosyjski po obu flankach, a Anglia — podobnie jak Stany Zjednoczone — pozostająca na zewnątrz, we „wspaniałej izolacji”. To właśnie wtedy zaczęło być jednak odczuwalne narastające napięcie — i zaczęło się ono w Anglii. Izolacja zaczęła wydawać się niebezpieczna, zwłaszcza gdy wojna południowoafrykańska obnażyła słabość brytyjskich sił lądowych. Niedawno jeszcze Anglia szczerzyła zęby przeciw Francji podczas kryzysu faszodzkiego; napięcie z Rosją w Azji pozostawało ostre. Teraz widzimy Anglię wyciągającą ręce ku Stanom Zjednoczonym i Niemcom, by ostatecznie w roku 1902 zawrzeć z nimi jawny sojusz na Dalekim Wschodzie. W ten sposób również Francja i Rosja zostały objęte — po szerszym jeszcze okręgu — sojuszem Anglii i Japonii. Widmo Niemiec, wojny na dwa fronty, zaczęło odtąd zagrażać także Rosji.
Można było przypuszczać, że w tej sytuacji napięcie na kontynencie europejskim osłabnie i ustąpi miejsca porozumieniu — wobec wspólnej presji zewnętrznej. Zapowiedzi kontynentalnej koalicji pojawiły się już przecież w Azji Wschodniej: przeciw Japonii w roku 1895. Czy sytuacja nie dojrzała teraz do tego, by ostrze tej koalicji zwrócić również przeciw Anglii? Wówczas świat był zaskoczony postawą Francji. Zapomniała ona o świeżych ranach po Sudanie wobec głębszych ran po Sedanie, odrzuciła zbliżenie z Niemcami i stanęła u boku Anglii — poprzez „entente”, która rozwiązywała wszystkie bieżące i powierzchowne spory między nimi. Stało się to w roku 1904.
Stanęliśmy tu wyraźnie na jednym z wielkich rozdroży historii świata — i wybór należał do Francji. Mogła pójść drogą na prawo, u boku Niemiec i Rosji. Oznaczałoby to połączenie rdzenia układu — Trójprzymierza — z wewnętrznym pierścieniem sojuszu francusko-rosyjskiego przeciw zewnętrznemu pierścieniowi sojuszu angielsko-japońskiego. Europa stanęłaby wówczas wspólnie przeciw Anglii i Japonii. Francja wybrała jednak drogę przeciwną — stanęła po stronie Anglii i Japonii. W praktyce oznaczało to zamknięcie obu pierścieni wokół Trójprzymierza, a właściwie wokół jego centrum: Niemiec.
Stanęliśmy tu wyraźnie na jednym z wielkich rozdroży historii świata – i wybór należał do Francji
Angielsko-francuska „entente” z roku 1904 utorowała drogę porozumieniu angielsko-rosyjskiemu z roku 1907. Ponownie uporządkowano spory poprzez kompromisy i wymiany, zgodnie z zasadą „do ut des” — daję, abyś dał. W ten sposób powstała Trójententa jako przeciwwaga dla Trójprzymierza. Była to nowa europejska równowaga, gdyż Anglia wyszła ze swojej izolacji i położyła swój ciężar na zewnętrznej szali układu. Niemcy–Austria–Włochy, które dotąd równoważyły Francję i Rosję, miały teraz ważyć przeciwko Francji, Rosji — i Anglii razem.
Nowy układ uzasadniano znacznym osłabieniem Rosji po wojnie azjatyckiej lat 1904–1905. Twierdzono, że gdyby szala rosyjska nie została wzmocniona, Niemcy zdominowałyby Europę. Szybko okazało się jednak, że nawet przyłączenie Anglii do sojuszu uznano za niewystarczające. Jeszcze w tym samym roku 1907 zewnętrzny pierścień układu został rozbudowany na Wschodzie poprzez rosyjskie i francuskie traktaty z japońskim sojusznikiem Anglii, a na Zachodzie poprzez angielsko-francuskie zbliżenie z Hiszpanią — tak zwane porozumienie śródziemnomorskie. Równocześnie szala państw centralnych zaczęła słabnąć z powodu dawnej włoskiej grawitacji ku Anglii. W wydanej niedawno broszurze „Deutsche Auslandspolitik und ihre Verleumder” (Lipsk 1910) aktywny dyplomata nazywa wręcz Włochy „cichym partnerem Trójententy” i opisuje próby stworzenia „bloku łacińskiego” przeciw „pangermanistycznej hydrze”. Nie jest to już polityka statycznej równowagi prowadzonej wyłącznie w imię pokoju. Wszystko to zbyt wyraźnie świadczy o planach wymierzonych przeciw Niemcom. Jeśli próbować odnaleźć źródło tych planów, jeden stary ślad prowadzi — ze słowem „rewanż” na drogowskazie — do Paryża. Wszystkie pozostałe prowadzą do Londynu. To właśnie sprzeczności między Anglią a Niemcami spychają dawne konflikty Anglii z Francją i Rosją w cień. Chmury od dawna wisiały nad Europą, a teraz zaczynają gęstnieć. Zaczyna się formować centrum burzy.
Że nie chodzi już wyłącznie o zachowanie równowagi, pokazuje dalszy rozwój wydarzeń. Pierścień wokół Niemiec miał jeszcze jedną wielką lukę — na południowym wschodzie. Tam Niemcy od dawna utrzymywały bliskie relacje z sułtanem tureckim. Tymczasem w Rewlu spotykają się władcy Anglii i Rosji, a zaraz potem daje się odczuć wzmożona presja w kwestii macedońskiej. Rezultatem jest rewolucja młodoturecka, która obala sułtana i przejmuje los państwa w swoje ręce. Dzieje się to latem 1908 roku. Wydaje się, że Trójententa właśnie odniosła nowy wielki triumf. Pierścień zaciska się wokół znienawidzonego rywala Anglii. Jeśli Niemcy są muchą, wydają się być teraz uwięzione w sieci rozpiętej przez pająka siedzącego w Londynie. Centrum burzy zaczyna się poruszać. Nadciąga. Wszyscy oczekują wyładowania.
Kiedy napięcie zgromadzi się wokół jakiegoś punktu, miejsce wyładowania staje się sprawą drugorzędną, niemal przypadkową. Fakt, że wybuch w Europie groził na granicy Serbii i Austrii, nie powinien przesłaniać rzeczywistego układu sił — nawet jeśli za Serbią stała Rosja. Za Rosją stała Anglia. Za Austrią — Niemcy. To Anglia i Niemcy stały naprzeciw siebie, w pewnego rodzaju próbnej mobilizacji. Na tym się jednak skończyło. W obliczu uniesionej groźnej ręki Niemiec — Rosja ustąpiła. Był marzec 1909 roku. Sieć nie wytrzymała. Chmura odpłynęła — tym razem.
Fakt, że wybuch w Europie groził na granicy Serbii i Austrii, nie powinien przesłaniać rzeczywistego układu sił. To Anglia i Niemcy stały naprzeciw siebie, w pewnego rodzaju próbnej mobilizacji
Układ pozostał jednak ten sam. Młodoturcy wspierali się dalej na mocarstwach zachodnich, równowaga trwała, ententy i sojusze nadal funkcjonowały. Dopiero rok 1910 miał naprawdę wystawić na próbę trwałość wielkich kombinacji politycznych ostatnich lat — wytrzymałość pajęczyny, w którą Edward VII próbował schwytać Wilhelma II.
II
Lata 1904–1909 tworzą dziś wyraźnie osobny rozdział w historii wielkiej polityki. To angielska próba okrążenia Niemiec przy pomocy papierowych traktatów. Początek tej polityki można zresztą przesunąć jeszcze o rok wcześniej: już w 1903 roku Anglia zacieśnia dawne relacje z Rzymem i Lizboną, równocześnie rozpoczynając „entente” z Francją. Rok 1904 przynosi jej formalne przypieczętowanie, a zarazem pierwsze większe zbliżenie z Hiszpanią. Rok później Anglia wspiera rozdział Norwegii od Szwecji, zdobywając tym samym nową łódź na swoich wodach. Rok 1907 stanowi kulminację tej polityki: porozumienie śródziemnomorskie, entente z Rosją oraz konsolidację wpływów na Dalekim Wschodzie, dzięki której Rosja i Francja zostają odciążone od problemów ograniczających ich zdolność działania w Europie.
Jaki jest sens tego politycznego okrążenia? Oficjalnie uzasadnia się je wielkim hasłem europejskiej równowagi, a więc potrzebą zachowania pokoju. Ale dlaczego to właśnie Anglia nieustannie występuje jako rzecznik tej równowagi? Czy rzeczywiście chodzi jedynie o bezinteresowną troskę o innych? Historyk wojny burskiej potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie. Anglia nie ma serca dla nikogo, kto stoi na drodze jej interesów. Podobnie jak każde świadome swojej siły mocarstwo prowadzi po prostu politykę interesu. Strzeże europejskiej równowagi dlatego, że leży ona w jej własnym, oczywistym interesie. Jakim? Najpierw — bezpieczeństwa. Potem — nieograniczonego wzrostu własnej potęgi. Równowaga na kontynencie europejskim oznacza bowiem w praktyce jedno: przewagę Anglii na morzu. A wraz z nią — panowanie nad światem. Europejska równowaga jest podstawą brytyjskiego imperium światowego. Hasło „równowagi europejskiej” w ustach Anglii jest więc, mówiąc wprost, historycznym blefem służącym konkretnemu interesowi angielskiej potęgi.
Anglia nie ma serca dla nikogo, kto stoi na drodze jej interesów. Strzeże europejskiej równowagi dlatego, że leży ona w jej własnym, oczywistym interesie
Blef ten działa jednak nadal, ponieważ opiera się również na spekulacji dotyczącej złych relacji między państwami kontynentu oraz naturalnego poczucia słabości mniejszych mocarstw wobec największego z nich. Niezmienna i typowa dla Anglii polityka zawierania sojuszy z mniejszymi państwami kontynentalnymi przeciw największemu. Schemat ten powtarza się za każdym razem, gdy równowaga na kontynencie zostaje zachwiana przez pojawienie się dominującej potęgi. Dwieście lat temu była nią Francja Ludwika XIV — wtedy to Wilhelm III tworzył przeciw niej swoje „wielkie alianse”. Sto lat temu była nią Francja Napoleona — wtedy William Pitt budował przeciw niej swoje „koalicje”. Pięćdziesiąt lat temu była nią Rosja Mikołaja I — wtedy Palmerston odpowiadał „sojuszem mocarstw zachodnich”. Dziś jest nią Rzesza Wilhelma II — i widzimy Edwarda VII snującego swoją sieć „ententes”. Czy zaczynamy już rozumieć?
Konieczne jest tylko jeszcze jedno uzupełnienie, by sytuacja stała się całkowicie jasna. Za każdym poprzednim razem polityka Anglii prowadziła do wojny światowej. Wojna ta na pewien czas paraliżowała Europę, wyczerpywała zwycięzców i pokonanych. Anglia natomiast — której własna ziemia nigdy nie była polem bitwy — pozostawała nadal jedynym mocarstwem stojącym pewnie na nogach, silniejszym wtedy, gdy inni byli osłabieni. Za każdym razem dodawała łokcie do własnego wzrostu. Wojna prowadzona „w imię równowagi” okazywała się jeszcze lepszym interesem niż sama równowaga. Czy zaczynamy rozumieć, skąd naprawdę bierze się zagrożenie dla pokoju w Europie?
Dziś spektakl powtarza się po raz czwarty. Jedno z mocarstw wydaje się wyrastać ponad pozostałe na kontynencie. Wtedy Anglia — która przez długi czas spokojnie krążyła po oceanach — wpływa do swojego europejskiego portu, zawiera traktaty pozwalające skoncentrować siły morskie w bezpośrednim sąsiedztwie przeciwnika, buduje system polityczny zamykający go niemal w całkowitej izolacji, drażni go, prowokuje do wyrwania się z okrążenia. Do zakończenia spektaklu pozostaje już niewiele. Czy zaczynamy rozumieć?
*
Co jednak robiły w tym czasie same Niemcy, żeby zabezpieczyć się przed nadciągającym zagrożeniem? Anglia politycznie „obchodziła ich flankę”, podobnie jak wcześniej obchodziła strategicznie swoich mniejszych przeciwników w Afryce Południowej. Pozostawała jednak jeszcze jedna otwarta przestrzeń. Niemcy nadal miały oddech i możliwość ekspansji w jednym kierunku — na południowy wschód. Państwo sułtana tureckiego, szeroki most pomiędzy Europą i Azją, pozostawało politycznie otwarte na niemiecki rozwój i tworzyło dla niego korzystne warunki.
Warto zatrzymać się przy tej niemieckiej perspektywie przyszłości, ponieważ ma ona znaczenie decydujące dla całej obecnej sytuacji. Określano ją hasłami Berlin–Bagdad albo Łaba–Eufrat. Widzimy szeroki pas przecinający ukośnie Europę przez Niemcy, Austro-Węgry, Bałkany i Azję Mniejszą. Co on oznaczał dla Niemiec? Chleb na pustyni dla ich nadmiarowej i nieustannie rosnącej ludności. Oznaczał ścisły związek z krajami słabo rozwiniętymi przemysłowo, które mogły wymieniać zboże i bawełnę na niemieckie wyroby przemysłowe. A więc naturalny obszar produkcji i konsumpcji. Polityczno-ekonomiczną całość zdolną — w razie potrzeby — istnieć samodzielnie, niezależnie od świata zewnętrznego.
Nie chodziło przy tym o podboje terytorialne. Program Łaba–Eufrat był nowoczesny właśnie dlatego, że pozostawiał istniejące państwa formalnie niezależnymi, łącząc je przede wszystkim ekonomicznie. Był nowym Zollvereinem, nie nową Rzeszą. Nowoczesnych imperiów nie buduje się już bowiem inaczej niż na fundamencie narodowości. Spajającym elementem miał być wspólny interes: dla Niemiec — pewny rynek dla własnych wyrobów przemysłowych, dla pozostałych — pewny rynek zbytu dla surowców. Był to przede wszystkim program pokojowy, nienaruszający niczyich praw i taki, który nie powinien zakłócać niczyjego spokoju.
Program Łaba–Eufrat był nowoczesny właśnie dlatego, że pozostawiał istniejące państwa formalnie niezależnymi, łącząc je przede wszystkim ekonomicznie
W praktyce jednak łatwo było przewidzieć, że ze względu na niemiecką przewagę gospodarczo-polityczną cała konstrukcja mogłaby przekształcić się w rodzaj Wielkich Niemiec z kolonialnymi dodatkami. Dlatego entuzjazm dla tego projektu poza samymi Niemcami — szczególnie na Węgrzech i w Turcji — nie mógł być równie silny. Tutaj tkwiły słabe punkty programu i najtrudniejsze zadania dla niemieckiej dyplomacji.
W latach krytycznych widzimy więc Niemcy pracujące nad tym problemem — przede wszystkim umacniające swoje związki z sułtanem tureckim. Budowa kolei bagdadzkiej — południowego kręgosłupa całego programu — została wprawdzie zatrzymana przez trudności finansowe wywołane działaniami Anglii, lecz Niemcy pomagają sułtanowi przy budowie innej strategicznej linii kolejowej prowadzącej ku Arabii. Można też dostrzec niemiecką rękę w skierowaniu jej ku Synajowi, co w roku 1906 wzbudziło brytyjskie obawy o bezpieczeństwo Egiptu.
Również na północy Niemcy próbowały oczyścić sobie horyzont. Skoro nie mogły zamknąć Bałtyku jako własnego mare clausum, stworzyły przynajmniej zabezpieczenie polityczne poprzez porozumienia bałtyckie i północnomorskie z roku 1908. Równocześnie poprzez połączenie promowe zbliżyły się do największego państwa skandynawskiego, z którym już wcześniej zawarły układ handlowy.
Taka była sytuacja w chwili wybuchu rewolucji młodotureckiej. Stanowiła ona najpoważniejsze zagrożenie dla niemieckiego programu na południowym wschodzie. Gdyby Anglii udało się wciągnąć Turcję do własnego systemu, pozycja Niemiec stałaby się nie do zniesienia. Musiałyby się wyrwać z okrążenia.
I teraz każdy może dostrzec, kto w tej sytuacji był stroną agresywną. Niemcy miały jasno określony kierunek ekspansji. Nie zagrażał on Anglii ani nie wkraczał w ogromną strefę brytyjskich interesów. Anglia jednak — nieusatysfakcjonowana własnym imperium — próbowała uniemożliwić Niemcom wykorzystanie ich jedynej realnej drogi rozwoju. Nie musiała tego robić. Sama posiadała własny pokojowy program: unię celną ze swoimi samorządnymi koloniami. Również ona mogła w ten sposób stworzyć zamknięty obszar produkcji i konsumpcji — nieporównywalnie większy niż niemiecki. Oba światy mogły istnieć obok siebie. Jedna z głównych brytyjskich partii chciała właśnie takiego rozwiązania. Edward VII chciał jednak czegoś innego. Kto więc był stroną agresywną? Kto naprawdę próbował zburzyć równowagę?
I teraz każdy może dostrzec, kto w tej sytuacji był stroną agresywną. Niemcy miały jasno określony kierunek ekspansji. Nie zagrażał on Anglii ani nie wkraczał w ogromną strefę brytyjskich interesów
Nawet z wpływowych kręgów francuskich zaczynają czasem padać słowa odsłaniające prawdę ukrytą pod całą tą siecią egoistycznych interesów, blefu, iluzji i politycznych przesądów. Robert de Caix pisał niedawno: „Solidarność Anglii i Francji oznacza sojusz posiadaczy przeciw nieposiadającym, przeciw państwom, które muszą się rozszerzać ze względu na wzrost własnej ludności”. Tak prosta jest prawda o europejskiej równowadze.
Polityka oparta na fałszywych wyobrażeniach rzeczywistości nie może trwać wiecznie. Wraz ze wzrostem świadomości europejskie mocarstwa coraz mniej chętnie służą Anglii tak, jak czyniły to dawniej — wtedy, gdy interesy Anglii rzeczywiście pokrywały się z ich własnymi. Sytuacja nie jest już taka sama, ponieważ Wilhelm II nie jest Ludwikiem XIV ani Napoleonem. „Cesarstwo niemieckie jest pokojem” — pod warunkiem, że pozostawi się je w spokoju. I właśnie dlatego pokój w Europie umacnia się w takim stopniu, w jakim system polityczny Edwarda VII zaczyna rozpadać się pod ciężarem własnej pustki.
„Cesarstwo niemieckie jest pokojem” – pod warunkiem, że pozostawi się je w spokoju
Symptomy tego widzieliśmy przez cały rok 1910, podczas gdy równocześnie program niemieckiej ekspansji zyskiwał coraz większą wewnętrzną spoistość. To wkład roku 1910 do historii świata. Rozwój wydarzeń zdaje się ponownie wracać na stare szlaki, od których konstruktywna polityka mogła jedynie chwilowo odciągnąć historię.
III
Obserwowaliśmy na politycznym firmamencie konflikt między Anglią a Niemcami, rozrastający się do tego stopnia, że wszystkie inne światowo-historyczne wątki wydają się chwilowo pozostawać w jego cieniu. Ernest Lémonon opisał niedawno narodziny i rozwój tego konfliktu od 1901 roku — gdy polityka Anglii zdaje się obracać wokół własnej osi — w znakomitej pracy „L’Europe et la politique britannique” (1910). W przedmowie do tej książki Paul Deschanel wskazuje, że konflikt ujawnił się również w Belgii i Holandii, w państwach bałkańskich, Rosji, Hiszpanii, Bagdadzie, Persji, Chinach i Japonii — a listę tę można bez trudu wydłużyć.
Wzdłuż tego głębokiego pęknięcia zaczęły osadzać się dwa przeciwstawne układy państw: jeden po stronie Anglii, drugi po stronie Niemiec. W słabszym lub silniejszym związku, z większą lub mniejszą swobodą działania — ku Trójentencie ciążą Norwegia, Dania, Serbia i Grecja; ku Trójprzymierzu — Szwecja, Holandia i Rumunia. Widzimy niemal ten sam obraz co w latach dwudziestych XVIII wieku, gdy prawie cały kontynent był podzielony na dwa wrogie obozy („hanowerski” i „wiedeński”). Globalny zasięg współczesnej polityki rozszerza jednak perspektywę obecnego konfliktu: Japonia stoi po stronie Anglii, podczas gdy Chiny, a nawet Stany Zjednoczone, zdają się politycznie ciążyć ku Niemcom. To druga wielka szczelina polityczna naszych czasów — pomiędzy Japonią a Stanami Zjednoczonymi — styka się tutaj z pierwszą i niejako ją przedłuża.
W takiej właśnie sytuacji Niemcy w marcu 1909 roku pokazały Rosji swoją „żelazną pięść”, z takim skutkiem, że centrum burzy odpłynęło, a blok niemiecko-austriacki pozostał nienaruszony — silniej zespolony niż kiedykolwiek wcześniej. Był to punkt zwrotny; od tego momentu akcje Niemiec zdają się nieustannie rosnąć, co przejawia się w dobrej koniunkturze dla programu Łaba–Eufrat.
W takiej właśnie sytuacji Niemcy w marcu 1909 roku pokazały Rosji swoją „żelazną pięść”, z takim skutkiem, że centrum burzy odpłynęło, a blok niemiecko-austriacki pozostał nienaruszony
Krytycznym punktem tego programu jest oczywiście Konstantynopol. Młodoturcy reprezentowali idee liberalne, a ich zwycięstwo było samo w sobie triumfem mocarstw zachodnich. Już jednak w maju 1909 roku André Tardieu („Questions diplomatiques et coloniales”) dostrzegł, że wpływy Anglii wśród nich słabną. Musiało do tego dojść prędzej czy później, ponieważ pomiędzy Turcją a Anglią istnieją realia, których nie sposób długo ukrywać — wystarczy wspomnieć Egipt i Kretę — a młodoturcy byli przede wszystkim zmuszeni prowadzić politykę narodową. Natomiast pomiędzy młodoturkami a Niemcami nic podobnego nie istniało. Było więc jedynie kwestią czasu, nim polityka Turcji powróci do dawnego, przyjaznego Niemcom nurtu — i zdaje się, że właśnie Francji przypadło przyspieszyć i przypieczętować ten moment.
Taki jest bowiem sens tureckiej operacji pożyczkowej, w której Francja — nie bez wiedzy i aprobaty Anglii — postawiła Turcji tak upokarzające warunki, że musiała je ona odrzucić i zwrócić się do niemiecko-austriackiego konsorcjum. Sprawa nabiera właściwego znaczenia, gdy zauważymy niemal identyczny rezultat wcześniejszej próby pożyczkowej Węgier w Paryżu — oba przypadki miały miejsce w tym samym roku. Fakt, że Niemcy i Austria znalazły we własnym gronie środki pozwalające zaspokoić potrzeby ekonomiczne Konstantynopola i Budapesztu po tym, jak Francja zbyt mocno napięła łuk i utraciła pierwszeństwo w interesie, musiał potężnie przyczynić się do zespolenia politycznej osi Europy: od Morza Północnego po Dardanele, a dalej ku Zatoce Perskiej.
Polityka mocarstw zachodnich nie była szczęśliwa: próba okrążenia Niemiec przez Anglię zbliżyła Niemcy i Austrię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a francuska próba ekonomicznego duszenia doprowadziła do jeszcze ściślejszego związania z nimi Węgier i Turcji. W ten sposób wielkoniemiecki program zamkniętego obszaru produkcji i konsumpcji rośnie organicznie.
Szczęście, podobnie jak nieszczęście, rzadko przychodzi samotnie. Węgierska polityka separacyjna wobec Austrii, zrodzona z nienawiści do elementu niemieckiego, była jedną z największych przeszkód programu. W tym samym roku 1910 została ona w znacznej mierze odsunięta na bok, gdy powszechne wybory na ziemi Madziarów przyniosły wyraźną większość „Narodowej Partii Pracy”, która nie chciała już podobnych awantur. Inną przeszkodą pozostawała dawna nienawiść Czechów do Niemców w Czechach. Nie doszło jeszcze do pojednania — próba „ausgleichu”, z którą wiązano wielkie nadzieje, niemal rozbiła się już u wejścia do portu — lecz zaledwie kilka dni temu ucieleśnienie antyniemieckiego ducha, młodoczeski Kramář, został odrzucony przez własnych stronników, i tym samym droga do pojednania wydaje się dziś bardziej otwarta niż jeszcze niedawno.
Wszystkie te wydarzenia rzucają światło na najnowszą fazę wielkiej polityki, rozgrywającą się obecnie w Persji: rosyjsko-angielską współpracę mającą na celu z jednej strony zajęcie poszczególnych części kraju, z drugiej zaś budowę linii kolejowej prowadzącej stamtąd do Indii. Zastąpiła ona próbę stworzenia sojuszu bałkańskiego przeciw Niemcom, który latem 1909 roku gorąco rekomendował przychylny Anglii Lémonon, a na początku 1910 roku z wielką energią, lecz bez powodzenia, forsowała Rosja.
Tak śmiałe projekty zasługiwałyby każdy na osobny rozdział, lecz w tym kontekście ukazują się aż nazbyt wyraźnie jako ruchy w politycznym pojedynku Anglia–Niemcy. Anglia, niepewna już swoich wpływów w Konstantynopolu i tracąca nadzieję na sojusz bałkański, próbuje teraz rozszerzyć pierścień tak, by objąć Turcję również od zewnątrz, a zarazem stworzyć silną konkurencję gospodarczą dla znienawidzonej i budzącej lęk kolei bagdadzkiej. Naturalną konsekwencją jest to, że Turcja jeszcze bardziej zbliżyła się do Niemiec. W Konstantynopolu dochodzi już do wyraźnych demonstracji proniemieckich, a siewcy pogłosek zaczynają rozgłaszać możliwość przyłączenia Turcji do Trójprzymierza poprzez Rumunię. Równocześnie jednak coraz wyraźniej trzeszczy angielsko-rosyjska entente — zarówno na scenie tureckiej, jak i perskiej — a uważne ucho może wychwycić podobne zgrzyty w przyjaźni angielsko-francuskiej.
W taki oto sposób wielka gra przesuwa się tam i z powrotem po świecie, ze zmiennym szczęściem głównych graczy. Nie można zaprzeczyć, że Niemcy trzymają dziś najlepsze karty od dawna. Czy jest to jednak przypadek, czy też mamy do czynienia z naturalnym rozwojem wydarzeń?
Odpowiedź wydaje się dziś łatwa i możemy ograniczyć się do krótkiego stwierdzenia: polityka Edwarda VII była imponującą konstrukcją — wielką próbą zmiany biegu historii wyłącznie przy pomocy sztuczek dyplomatycznych, bez realnych fundamentów. Taka polityka działa przez pewien czas; potem jednak głębsze siły odzyskują swoje prawa. Słynne ententes są bowiem typowym przykładem takiej sztuki leczenia, która nie robi nic poza pudrowaniem symptomów, podczas gdy korzenie choroby pozostają nietknięte. W głębi stare konflikty pozostały nietknięte. Na powierzchni przykryto je jedynie papierowymi zasłonami.
Słynne ententes są bowiem typowym przykładem takiej sztuki leczenia, która nie robi nic poza pudrowaniem symptomów, podczas gdy korzenie choroby pozostają nietknięte
Taka polityka może być bardzo skuteczna jednorazowo, gdy chodzi o szybką mobilizację przeciw wspólnemu wrogowi. Nie tworzy jednak trwałych stosunków na przyszłość. Jeśli jej chwilowy cel nie zostaje osiągnięty, całość okazuje się porażką. Przypomina lwa: wykonuje tylko jeden skok ku ofierze — najwyżej dwa — po czym, jeśli atak zawiedzie, wycofuje się.
Po niepowodzeniu próby z wiosny 1909 roku możemy więc traktować Trójententę jako pozycję już przezwyciężoną. Prawdopodobnie nie zdoła ona utrzymać się dostatecznie długo, by doczekać kolejnej próby. Zbyt oczywista stała się cała sytuacja. Głębokie czynniki odzyskają swój wpływ i ponownie rozbiją powierzchowne związki.
Jest więc oczywiste, że Francja zawarła układ z Anglią przede wszystkim ze względu na Maroko. Skoro jednak ten chwilowy interes wydaje się osiągnięty traktatem z Niemcami z lutego 1909 roku, Francja nie ma już powodu zbyt mocno wiązać swojego losu z Anglią. Niebezpieczeństwo takiej polityki odczuła zresztą sama już wiosną 1905 roku, kiedy polityka Edwarda VII wykonała pierwszy „skok”, który rozbił się o samą groźbę Niemiec — dokładnie tak samo jak próba cztery lata później. Kosztowało to Francję ministra spraw zagranicznych, ale nauczyło ją bardzo dotkliwie, jaka rola przypadnie jej w chwili rozstrzygnięcia: przyjąć pierwszy i najsilniejszy cios ze strony Niemiec. Jeśli prawdą jest, że polityka pożyczkowa Francji wobec Węgier i Turcji inspirowana była z Londynu, Francja będzie znacznie mniej entuzjastycznie przyjmować wyznaczoną jej rolę — zaczyna ona zbyt mocno przypominać Traviatę.
Jeśli chodzi o Rosję, nikt chyba nie wierzy, że pójdzie z Anglią choćby o krok dalej, niż leży to w jej interesie, ani że poświęci choćby jeden własny interes dla pozorów równowagi w Europie. Rok 1907 — czas depresji po wojnie i rewolucji — był psychologicznym momentem, który Edward VII trafnie rozpoznał i wykorzystał. Im bardziej jednak sytuacja w wielkim imperium będzie się stabilizować i im bardziej będą do niego wracały siły, tym mniejsza okaże się gotowość poświęcania rzeczywistej równowagi w Azji dla pozorów równowagi w Europie.
Tutaj dotykamy sedna problemu. Europejska równowaga jest chimerą, jeśli równowaga nie istnieje również na innych kontynentach. A tej równowagi trudno się dopatrzyć tak długo, jak Anglia dominuje Stary Świat, Stany Zjednoczone — Nowy, a Anglia dodatkowo włada oceanami. Hasło europejskiej równowagi pochodzi z minionej epoki, gdy Europa była jedyną sceną historii świata. Dziś scena rozszerzyła się na cały glob, a wraz z tym wyrosły państwa światowe: Anglia, Rosja, Stany Zjednoczone, Chiny–Japonia. W tych warunkach europejska równowaga w dawnym sensie oznacza jedynie niezdolność nadążania za rozwojem dziejów. Oznacza wieczne rozdrobnienie Europy na małe państwa — co jest korzystne dla wielkich mocarstw, lecz prowadzi Europę ku upadkowi. Europa przypomina małe miasteczko, w którym zazdrośnie pilnuje się, by żaden kupiec nie wyrósł ponad innych, podczas gdy wielkie miasta organizują już bezlitosną konkurencję prowadzącą do unicestwienia słabszych.
Jeszcze jedno słowo. Podział na dwa obozy dyplomatyczne w latach dwudziestych XVIII wieku nie doprowadził do wojny i obecny układ również nie musi do niej prowadzić. Nawet jeśli w nadchodzących wyborach angielska prawica nie odniesie zwycięstwa ze swoim programem koncentracji, Ziemia jest dostatecznie wielka, by Anglia i Niemcy mogły istnieć obok siebie. Wymaga to jednak, by Anglia zeszła ze swojej monopolistycznej pozycji na morzach. Równie anachroniczne jest przekonanie, że morze nie może pomieścić więcej niż jednego mocarstwa, podczas gdy ląd mieści ich osiem. Tej pozycji Anglia nie utrzyma ani wobec Stanów Zjednoczonych na zachodzie, ani wobec Japonii na wschodzie. Pozostaje jej więc pogodzić się również z Niemcami w centrum. I nawet wtedy pozostanie dla niej jeszcze bardzo wiele. Dopiero wtedy będzie można naprawdę mówić o politycznej równowadze w Europie i na świecie.
Historia świata pokazuje ten sam obraz, który widzimy w poszczególnych społeczeństwach: feudalną wielką własność zagrożoną przez młode, wschodzące siły. To całkowicie zrozumiałe, że feudalny pan próbuje utrzymać młodych w ryzach, głosząc potrzebę równowagi pomiędzy nimi; trudno jednak na dłuższą metę ukryć, co naprawdę służy równowadze. Ci zaś, którzy w polityce wewnętrznej interesują się równością ekonomiczną, nie powinni żywić przesadnych sympatii wobec światowego trustu noszącego nazwę Imperium Britannicum.
Trwająca od ponad dwóch miesięcy amerykańska operacja w Zatoce Perskiej, zapowiadana początkowo jako krótka demonstracja siły, przekształciła się w przedłużający się konflikt, obnażający fundamentalne problemy strategiczne Stanów Zjednoczonych. Incydent z odwołaniem operacji odblokowania cieśniny Ormuz – według źródeł arabskich spowodowany niepoinformowaniem przez Waszyngton kluczowego sojusznika, Arabii Saudyjskiej – stanowi symptomatyczny przykład chaosu decyzyjnego w administracji Trumpa. Brak elementarnych konsultacji z partnerami, których zasoby są niezbędne dla powodzenia operacji, doprowadził do sytuacji, w której Saudyjczycy mieli zażądać jej wstrzymania.
Problem sięga jednak głębiej niż kwestie proceduralne. Administracja amerykańska nie przedstawiła dotąd realistycznej wizji zakończenia konfliktu. Publicznie deklarowane cele – jak trwałe pozbawienie Iranu zdolności do rażenia celów amerykańskich i sojuszniczych w regionie, ogłoszone przez szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generała Kane’a – są w praktyce nieosiągalne bez masowej operacji lądowej, długotrwałej okupacji i de facto dezindustrializacji Iranu.
Tymczasem irańska kontrola nad drabiną eskalacyjną okazuje się zaskakująco skuteczna. Teheran nie tylko utrzymuje zdolność do ataków na amerykańskie bazy i sojuszników w regionie, ale przede wszystkim efektywnie zarządza temperaturą konfliktu, deklarując – i częściowo demonstrując – że to on zdecyduje o momencie jego zakończenia. Amerykańska amunicja precyzyjna, w tym szczególnie cenne Patrioty, wyczerpuje się w tempie zatrważającym, podczas gdy irańskie zdolności w zakresie pocisków krótkiego i średniego zasięgu pozostają trudne do oszacowania, ale prawdopodobnie znacznie większe od prognozowanych. Przy dziennym koszcie operacji sięgającym pięciu milionów dolarów i ograniczonych możliwościach szybkiego uzupełnienia rezerw, Waszyngton staje przed perspektywą wojny na wyniszczenie, którą trudno będzie wygrać na założonych warunkach.
Utrata wiarygodności sojuszniczej. Jedną z najpoważniejszych konsekwencji tej operacji jest postępująca erozja amerykańskiej reputacji sojuszniczej. Kraje Zatoki Perskiej, obserwując amerykańską dezorganizację i niezdolność do szybkiego rozstrzygnięcia konfliktu, dokonują rekalkulacji swoich strategicznych interesów. W debatach publicznych tych państw coraz wyraźniej wybrzmiewają pytania o zasadność dotychczasowego modelu sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Są to koszty polityczne trudno mierzalne w pieniądzach czy liczbie pocisków, ale fundamentalne dla amerykańskiej pozycji w regionie – i nie tylko tam. Każda poważna stolica na świecie, od Pekinu po Moskwę i Delhi, uważnie analizuje tę sytuację, wyciągając wnioski zachęcające do testowania amerykańskiej determinacji.
Dla Polski płynie z tego podstawowa lekcja strategiczna: paradygmat opierania narodowego bezpieczeństwa głównie lub wyłącznie na niezachwianej amerykańskiej gwarancji jest błędny i niebezpieczny. Przekonanie, że Stany Zjednoczone zawsze i nieodwołalnie będą zdolne do efektywnej projekcji siły na duże odległości, zostało poważnie nadwyrężone. Tymczasem Polska wciąż nie wypracowała nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – poprzednia z 2020 roku, intelektualnie i strategicznie wątpliwa, nie doczekała się nawet aktów wykonawczych. Cztery lata krwawej wojny w Ukrainie nie wystarczyły, by wywołać poważną narodową debatę nad fundamentalnym pytaniem: na czym naprawdę oprzeć polską niepodległość, skoro dotychczasowy filar kruszeje.
Równolegle do amerykańskich problemów Rosja doświadczyła w ostatnim czasie trzech istotnych porażek, choć ich jednoznaczna interpretacja jako symptomu upadku byłaby błędem.
Mali – cios w afrykańskie wpływy. Rosyjscy najemnicy, dawni Wagnerowcy, ponieśli dotkliwą porażkę w Mali. Skoordynowane natarcie rebeliantów z północy i z centrum kraju doprowadziło do szybkiej utraty kontroli nad blisko połową terytorium i zagroziło samej juncie, którą Rosjanie wspierali. To kolejna z serii utrat wpływów – po Wenezueli i Armenii – co grozi Moskwie nie tylko prestiżowym uszczerbkiem, ale realnym ograniczeniem zdolności operacyjnych w Sahelu.
Armenia – sojusznik odwraca się od Moskwy. Spektakularny szczyt Armenia-UE z udziałem kilkudziesięciu państw unijnych symbolizuje fundamentalną zmianę w polityce Erywania. Porzucona przez Rosję podczas konfliktu z Azerbejdżanem, zaangażowaną wówczas na Ukrainie, Armenia została zmuszona do bolesnej kapitulacji. W efekcie rząd Paszyniana rozpoczął intensywne zbliżenie z Zachodem. Perspektywa integracji z NATO pozostaje odległa i spotkałaby się z ostrą reakcją Moskwy na miarę Ukrainy, jednak sam zwrot jest wymowny. Rosja nadal dysponuje kluczowymi instrumentami wpływu – Armenia jest całkowicie zależna od rosyjskiej ropy, gazu i obsługi elektrowni atomowej – ale przedstawiona sytuacja uderza w wizerunek Moskwy jako wiarygodnego sojusznika.
Front ukraiński – piąty miesiąc przewagi strat rosyjskich. Ukraińskie dane, nawet przy założeniu wojennej propagandy, wskazują na piąty z rzędu miesiąc, w którym straty rosyjskie przekraczają możliwości uzupełnień. Niezależne analizy potwierdzają symboliczne, lecz jednak postępy terytorialne Ukrainy przy jednoczesnym wyhamowaniu rosyjskich ataków. Zbliżająca się parada 9 maja, tradycyjnie stanowiąca kluczowy element legitymizacyjny putinowskiego reżimu, staje się źródłem nerwowości, podsycanej groźbą ukraińskich ataków dronowych.
Ostrzeżenie przed pochopnym optymizmem. Powyższe porażki nie układają się w liniowy trend słabnięcia Rosji. W tym samym czasie Moskwa pogłębia swoje wpływy na Białorusi, która de facto została już podporządkowana operacyjnie i wojskowo, pozostając formalnie niepodległa. Ta absorpcja ma dla Polski fundamentalne znaczenie: wydłuża dwukrotnie granicę z rosyjskim potencjałem wojskowym w porównaniu do obwodu królewieckiego i daje Moskwie bezpośrednią trasę projekcji siły. Wnioskowanie o nieuchronnym upadku Rosji z faktu jej strat w jednym obszarze, przy jednoczesnych zyskach w innym, jest klasycznym błędem indukcyjnym. Cele rosyjskie na Ukrainie pozostają jasne i niezmienne – niedopuszczenie do integracji Ukrainy z Zachodem w obszarze bezpieczeństwa – i Moskwa konsekwentnie do nich dąży, ponosząc wysokie, lecz akceptowane koszty.
Rok rządów kanclerza Friedricha Merza przyniósł rozczarowanie wśród niemieckiej opinii publicznej. Ponad połowa Niemców nie wierzy, że wielka koalicja CDU/CSU-SPD przetrwa do końca kadencji, a zaledwie jedna czwarta w to wierzy. Zapowiadane spektakularne reformy – służby zdrowia, systemu emerytalnego, ubezpieczeń społecznych – utknęły w martwym punkcie. W polityce zagranicznej akcentowany przez Merza proamerykanizm zderzył się z rzeczywistością konfliktu z Donaldem Trumpem, co wywołało krytykę nieudolnego rozegrania sprawy relacji transatlantyckich.
Z perspektywy polskiej kluczowa pozostaje jednak kwestia remilitaryzacji. Wizja Merza dotycząca 460-tysięcznej armii, w przeciwieństwie do pustych deklaracji kanclerza Scholza, wydaje się nabierać realnych kształtów. Rheinmetall ogłosił, że produkuje już najwięcej amunicji na świecie, w tym kluczowej amunicji 155 mm, wyprzedzając Stany Zjednoczone. Trend powrotu do potencjału z czasów zimnej wojny, z półmilionową armią i zdolnościami mobilizacyjnymi, będzie najprawdopodobniej kontynuowany niezależnie od politycznych losów samego Merza. Remilitaryzujące się Niemcy, z ich gospodarczym i technologicznym potencjałem, stanowić będą nową jakość w europejskiej architekturze bezpieczeństwa – jakość, której Warszawa nie może ignorować.
Zapowiadane spotkanie Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem nie przyniesie, według wszelkiego prawdopodobieństwa, przełomu w żadnej z istotnych dziedzin stosunków amerykańsko-chińskich. Ameryka pod rządami Trumpa przegrywa rywalizację z Chinami bardziej dotkliwie niż za Bidena. Wojna handlowa przynosi więcej strat Waszyngtonowi niż Pekinowi. W technologiach nie odnotowano znaczących sukcesów. Dyplomatyczne i ekonomiczne cele administracji nie są realizowane – czego dobitnym przykładem jest błyskawiczne wycofanie się Trumpa z ceł po tym, jak Chiny ogłosiły wstrzymanie eksportu minerałów ziem rzadkich.
Trump, potrzebując wizerunkowych sukcesów w polityce zagranicznej, będzie kontynuował strategię „dobrej miny do złej gry” – deklarując wspaniałą przyjaźń ze wspaniałym przywódcą Chin, podczas gdy realia wskazują na rosnącą amerykańską niezdolność do zdyscyplinowania głównego rywala. Spotkanie to, przy całym jego rytualnym znaczeniu, nie zmieni strukturalnej dynamiki, w której Waszyngton nie dysponuje wystarczającą siłą, by narzucić Pekinowi swoje warunki.
Zarówno Japonia, jak i Korea Południowa, ze szczególną intensywnością Tokio, dokonują fundamentalnej rewizji założenia o niezachwianej wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do dominującego w Polsce przekonania, że Trump jest jedynie aberracją do przeczekania, tamtejsze elity postrzegają obecny kryzys jako strukturalny problem Ameryki.
Świat wielobiegunowy, który nieubłaganie nadchodzi, jest dla państw średnich takich jak Polska jednocześnie śmiertelnym zagrożeniem i bezprecedensową szansą. Analogia do konkwistadorów, którzy opuszczali bezpieczny Madryt, by narażając się na niebezpieczeństwa Nowego Świata, zdobyć fortuny i miejsce w historii, jest tu trafna. Polska nie ma jednak wyboru – już w tym nowym świecie jest. Pytanie brzmi, czy ma w sobie dość strategicznej odwagi i trzeźwości, by zająć miejsce w gronie państw wygrywających na nowym porządku, czy pozostanie biernym obserwatorem zmian.
Optymistycznym sygnałem jest pojawiająca się w wypowiedziach części polskich polityków retoryka przywództwa w dziedzinie bezpieczeństwa i nadawania tonu w Europie – na razie jednak całkowicie oderwana od strategicznych realiów. Świadczy natomiast o tym, że na poziomie myślenia zaczyna zachodzić zmiana. Historia uczy, że słowa mogą pozostać słowami – jak często bywało w polskim doświadczeniu – ale mogą też poprzedzać czyny. Domaganie się tych drugich ze strony państwa jest dziś powinnością każdego, komu zależy na silniejszej i mądrzejszej Polsce przyszłości.
Rozejm czy pat? Agencja Bloomberga we wtorek 5 maja ogłosiła: “Ceny ropy ustabilizowały się, ponieważ kruche zawieszenie broni między USA a Iranem nadal obowiązuje”. Konkurenci z Reutersa byli już innego zdania “Rozejm na Bliskim Wschodzie stoi pod znakiem zapytania, ponieważ Stany Zjednoczone i Iran walczą o kontrolę nad Cieśniną Ormuz.”
Konfuzja dotyczy tak mediów, jak i rynków międzynarodowych. Po gwałtownych zwyżkach cen kontraktów na ropę z zeszłego tygodnia, ropa Brent wróciła w okolice 100 dolarów, a indeksy giełdowe znowu rosły. Wszystko z tego powodu, że 6 maja przedstawiciele Iranu oświadczyli, że analizują amerykańską propozycję zakończenia wojny, która podobno zakłada zawieszenie przez Teheran wzbogacania uranu. Prezydent Donald Trump ostrzegł, że Stany Zjednoczone wznowią bombardowania Iranu na „znacznie większą skalę i z większą intensywnością”, jeśli kraj ten nie przyjmie porozumienia. Z jakiegoś powodu po raz kolejny rynki reagują entuzjastycznie na mglistą perspektywę zakończenia wojny, a najbardziej wojownicze wypowiedzi prezydenta nie bulwersują giełdowych traderów.
Po gwałtownych zwyżkach cen kontraktów na ropę z zeszłego tygodnia, ropa Brent wróciła w okolice 100 dolarów, a indeksy giełdowe znowu rosły.
Obie strony jednocześnie negocjują oraz walczą o to, kto ma prawo wydawać zgodę na przepłynięcie Cieśniny Ormuz i ją faktycznie kontrolować. Z tego punktu widzenia obecny rozejm bardziej przypomina pat, w którym żadna ze stron nie zdobyła wystarczającej przewagi, by narzucić własne warunki, ale jednocześnie powrót do działań zbrojnych nikomu nie jest na rękę. Ten ostatni jest jednak możliwy, jeśli status quo będzie dla którejś ze stron nie do utrzymania.
Obecnie górą wydają się być Irańczycy, gdyż zagrożenie, jakie powodują dla żeglugi, de facto paraliżuje cały ruch na tym wąskim pasku wody między Iranem a Półwyspem Arabskim. Prezydent USA wprawdzie ogłosił “Projekt Wolność”, wedle którego US Navy miałaby umożliwiać wypłynięcie statków z Zatoki na pełne morze, ale po niecałych 48 godzinach od ogłoszenia został on wstrzymany. W nocy z 5 na 6 maja Donald Trump wyjaśnił na platformie społecznościowej Truth Social, że chce sprawdzić, czy zostanie podpisane porozumienie z Iranem.
Tłumaczenie to wydaje się jednak opowieścią, która niezbyt zgrabnie przykrywa rzeczywistość: USA nie są w stanie zapewnić wolności żeglugi na tej strategicznej drodze wodnej. Marynarka wojenna USA w ramach Projektu Wolność nigdy nie oferowała konwojowania i ochrony statków, a jej rola miała w gruncie rzeczy sprowadzać się do doradzania wyboru najbezpieczniejszego przejścia dla statków handlowych. Dwie spośród jednostek, które zdecydowały się skorzystać z amerykańskiego wsparcia, zostały ostrzelane przez Irańczyków.
USA nie są w stanie zapewnić wolności żeglugi na tej strategicznej drodze wodnej.
W pobliżu Cieśniny utknęło około 1600 statków i 20 000 marynarzy, którzy dalej czekają na możliwość wypłynięcia na pełne morze.
Zaatakowano też infrastrukturę naftową w Fudżajrze, czyli największym porcie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich leżącym poza Zatoką, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Emiracka obrona miała tam przechwycić dwanaście rakiet balistycznych, trzy pociski manewrujące i cztery drony z Iranu.
Stawka wojny w Zatoce. Warto zauważyć, że podstawowa obietnica Pax Americana polegała na tym, że Waszyngton dostarczał bezpieczeństwo jako dobro publiczne do systemu międzynarodowego, zapewniając przede wszystkim wolność i bezpieczeństwo żeglugi.
Stawką trzeciej wojny w Zatoce jest w gruncie rzeczy ta wolność żeglugi, a pośrednio – status Ameryki jako mocarstwa niepodzielnie panującego na morzach. Niezależnie więc od oceny działań USA w Iranie, wszyscy uważający obecny globalny ład ekonomiczny za korzystny powinni trzymać kciuki za Waszyngton. To z tego powodu na przykład Francja wysłała swoją grupę uderzeniową z lotniskowcem na Morze Czerwone. Stanowi pierwszy krok w kierunku ewentualnej misji mającej na celu zabezpieczenie Cieśniny Ormuz. Jeśli Stany Zjednoczone i Iran dojdą do porozumienia, Paryż jest gotowy włączyć się w skład wielonarodowych sił odpowiedzialnych za ochronę statków przepływających przez Cieśninę.
W Libanie dalej krwawy “rozejm”. 6 maja Izrael poinformował, że przeprowadził atak na południowe przedmieścia Bejrutu, którego celem był jeden z najwyższych dowódców Hezbollahu, wspieranej przez Iran milicji. Jest to pierwszy atak na stolicę Libanu od czasu, gdy oba kraje wprowadziły w zeszłym miesiącu kruche zawieszenie broni. Walki między Hezbollahem a Izraelem w innych rejonach Libanu trwają nadal.
Jeśli Stany Zjednoczone i Iran dojdą do porozumienia, Paryż jest gotowy włączyć się w skład wielonarodowych sił odpowiedzialnych za ochronę statków przepływających przez Cieśninę.
Stany Zjednoczone wezwały Liban i Izrael do podjęcia negocjacji. Wcześniej premier Libanu Nawaf Salam wykluczył możliwość zorganizowania w najbliższym czasie „spotkań na wysokim szczeblu”. Trudno jednak powiedzieć, na czym te negocjacje miałyby polegać. Oficjalny rząd w Damaszku i podległe mu siły zbrojne nie biorą udziału w walkach, nie mając wpływu ani na politykę Izraela, ani na szyicki Hezbollah, autonomiczną milicję kontrolującą znaczną część kraju.
Ukraina stabilizuje front i odbija niektóre okupowane terytoria. Wedle amerykańskiego Instytutu Badań nad Wojną, rosyjskie siły utraciły w kwietniu kontrolę nad 116 km2 terenu więcej niż uzyskały. Była to pierwsza strata terytorium “netto” przez Rosję od czasu ukraińskiej operacji w obwodzie kurskim w sierpniu 2024 roku. Najeźdźcy posuwają się powoli naprzód w Donbasie, ale w okręgach dniepropietrowskim i zaporoskim musieli się cofać.
Fakty te mają znaczenie głównie symboliczne, ponieważ nie doszło do znaczącego przełamania, nawet w skali operacyjnej. Natomiast jest to ważny symbol powodzenia ukraińskiego oporu, a symbole na wojnie mają znaczenia, gdyż organizują wyobraźnię.
Natomiast powód względnego ukraińskiego powodzenia może zwiastować nowy etap wojny: pat. Ze względu na przewagę Ukrainy w wojskach dronowych i zakłócenia logistyki wojskowej, Rosjanie na razie nie są w stanie posuwać się nawet w tak niewielkim tempie, jak w 2025 r.
Dzięki masowemu użyciu bezzałogowców mogących atakować cele odległe od kilkudziesięciu do 100 km od linii frontu, Kijów wydaje się stabilizować front na całej jego długości.
“Rozejmy” i piesza parada w Moskwie. Przykładem na to, że symbole są istotne w warunkach wojny, jest też gra ogłaszanymi przez obie strony “jednostronnymi rozejmami”. Kreml proklamował takie zawieszenie broni na 8-9 maja, tradycyjny czas parad z okazji zakończenia II wojny światowej w Moskwie i innych większych miastach.
Na to Kijów odpowiedział własnym jednostronnym rozejmem 6 maja, który miał być sprawdzianem rosyjskich intencji. Już przed południem prezydent Ukrainy oświadczył, że w godzinach porannych “rosyjska armia dopuściła się 1820 naruszeń zawieszenia broni: ostrzałów, prób szturmów, uderzeń lotniczych oraz użycia dronów”.
„Ukraina jasno deklarowała, że będzie działać w sposób symetryczny, uwzględniając natarczywe rosyjskie apele w mediach i sieciach społecznościowych o wprowadzenie rozejmu na czas moskiewskiej parady. Dla wszystkich normalnych ludzi oczywiste jest, że pełnowymiarowa wojna i codzienne zabijanie ludzi to zły czas na publiczne świętowanie” – oświadczył Wołodymyr Zełenski w mediach społecznościowych.
W ten sposób Ukraińcom udało się zrzucić na Rosjan winę za nieprzestrzeganie rozejmu 9 maja, który został ogłoszony po rozmowie Putin-Trump, a na który Kijów nigdy nie wyraził zgody.
Parada zwycięstwa w 81. rocznicę końca wojny światowej będzie w tym roku wyjątkowo skromna. Może sprowadzić się do przemarszu oddziałów wojskowych silnie osłanianych przed ewentualnymi atakami ukraińskich dronów.
Ta parada zwycięstwa okazać się może też pułapką dla samej Rosji. Do Moskwy ściągane są dodatkowe baterie obrony przeciwpowietrznej, by chronić samą paradę i przebywających tam VIP-ów. Będzie prowadzić to do odsłonięcia instalacji o strategicznym znaczeniu dla Rosji.
Kto będzie na paradzie zwycięstwa? W 2025 roku w stolicy Rosji paradzie przyglądało się ok. 30 przywódców państw z Europy, Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Najważniejszym gościem był chiński przewodniczący Xî Jinping.
W porównaniu z zeszłoroczną pompą tegoroczne obchody zapowiadają się skromnie. Prawdopodobnie przyjadą niektórzy przywódcy Azji Centralnej, a i to nie jest pewne. Na razie swoją obecność zapowiedział król Malezji oraz prezydent Białorusi.
Premier Słowacji – wbrew wcześniejszym zapowiedziom – na samej paradzie się nie pojawi, a jedynie złoży wieniec na grobie nieznanego żołnierza w Moskwie i spotka się z gospodarzem Kremla.
Można z tego zestawienia wyciągnąć dwa ostrożne wnioski, oba dla Rosji niekorzystne. Po pierwsze, że pozycja Moskwy od maja 2025 r. znacznie się pogorszyła. Po drugie, że w zeszłym roku do stolicy Rosji ciągnęły pielgrzymki innych przywódców nie za sprawą Władymira Putina, tylko jego chińskiego odpowiednika.
Armenia gra na nosie Kremlowi. Jeszcze rok temu Nikol Paszynian pojechał do Moskwy na paradę zwycięstwa. W tym roku na spotkanie Europejskiej Wspólnoty Politycznej premier Armenii zaprosił do Erywania nie tylko przywódców UE i państw z nią współpracujących, ale też największych wrogów Moskwy i Mińska, czyli prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i Swiatłanę Cichanouską, zwyciężczynię wyborów prezydenckich z 2000 r. na Białorusi, a dzisiaj emigrantkę polityczną. Prośby białoruskich służb dotyczące ekstradycji liderów opozycji zostały zignorowane.
„Dziś w Erywaniu dwóch bezmózgich rusofobów, którzy świetnie mówią po rosyjsku, rozmawiało między sobą łamanym angielskim z powodu własnej ułomności” – z mieszaniną pogardy i wściekłości komentował spotkanie premiera Paszyniana z prezydentem Zełenskim były premier i były prezydent Rosji, a obecnie sekretarz putinowskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew
To niezwykle ryzykowna gra premiera Armenii Nikola Paszyniana. Kraj ten formalnie wciąż jest członkiem zdominowanej przez Rosję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) oraz Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG). Zaledwie godzinę drogi od Erywania, w Giumri, znajduje się rosyjska baza wojskowa. Do tego w wielu sektorach gospodarki istotną rolę odgrywa rosyjski kapitał. Ponad 35 proc. całej wymiany handlowej przypada na Rosję, która jest głównym dostawcą surowców energetycznych do Armenii.
Ponad 35 proc. całej wymiany handlowej przypada na Rosję, która jest głównym dostawcą surowców energetycznych do Armenii.
Stosunki armeńsko-rosyjskie znalazły się w głębokim kryzysie po drugiej wojnie w Górskim Karabachu w 2023 r., gdy Azerbejdżan definitywnie odzyskał region kontrolowany od lat 90-tych przez ormiańskich separatystów. Choć pakt obronny OUBZ formalnie nie obejmował tego regionu uznawanego w prawie międzynarodowym za terytorium azerskie, to ta organizacja zignorowała liczne prośby o pomoc płynące z Erywania, który alarmował, że konflikt objął również suwerenne terytorium Armenii. W kraju pojawiły się setki tysięcy uchodźców-karabaskich Ormian. Władze w Erywaniu zamroziły więc swoje członkostwo w OUBZ oraz wyprosiły rosyjskich pograniczników ze stołecznego lotniska.
Tamtejszy parlament zadeklarował chęć zbliżenia do Unii Europejskiej, co wprawdzie co najmniej od powołania Partnerstwa Wschodniego przez Unię Europejską w 2009 r. było możliwością, ale Armenia nie wykonywała przez ponad dekadę istotnych ruchów świadczących o chęci integracji z Europą.
Wymowna była też obecność na szczycie w Erywaniu prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa. Od zawieszenia broni i unormowania stosunków w zeszłym roku państwa te przeżywają okres względnej normalizacji, korzystając po części z amerykańskich zachęt. Za akuszera azerbejdżańsko-armeńskiego pokoju uważa się nieco na wyrost prezydent Trump.
W przyszłym miesiącu w Armenii odbędą się wybory parlamentarne. Nikol Paszynian wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pozostanie premierem przez kolejną kadencję.
Upadł rumuński rząd. Parlament 5 maja doprowadził do upadku rządu Ilie Bolojana, lidera centroprawicowej Partii Narodowo-Liberalnej (PNL), co oznacza początek kryzysu parlamentarnego w tym kraju. O upadku gabinetu zdecydowały głosy wcześniejszego koalicjanta, centrolewicowej Partii Socjaldemokratycznej (PSD). Od kwietnia rząd Bolojana miał charakter mniejszościowy, po tym jak z koalicji wyszli socjaldemokraci. Pozostał w niej oprócz PNL także centrowy Związek Ocalenia Rumunii (USR) i centroprawicowy Demokratyczny Związek Węgrów w Rumunii (UDMR).
Rząd zachowywał charakter prounijny w odróżnieniu od opozycyjnego, skrajnie prawicowego Sojuszu na rzecz jedności Rumunów (AUR) oraz partii S.O.S Rumunia, które łączy nieufność do instytucji UE i integracji. PSD opuściła rząd i zaczęła wzywać do dymisji premiera w związku z forsowaną przez niego polityką oszczędności, która miała poprawić stan finansów publicznych Rumunii i doprowadzić do zatwierdzenia miejscowego Krajowego Programu Odbudowy przez Brukselę. Zarzewiem sporu między koalicjantami było podniesienie podatku VAT z 19% do 21% oraz zamrożenie części wydatków budżetowych.
Choć od 2020 r. zadłużenie państwa w relacji do PKB dynamicznie rośnie, to w porównaniu z innymi państwami UE pozostaje niskie. Osiągnęło w ubiegłym roku ok. 60 proc. Jednak ze względu na rosnące koszty obsługi zadłużenia, dług nominowany w walutach obcych stawał się problemem dla Bukaresztu. W odróżnieniu od Bułgarii, która przyjęła euro od stycznia 2026 r., w Rumunii walutą pozostaje narodowy lej.
W odróżnieniu od Bułgarii, która przyjęła euro od stycznia 2026 r., w Rumunii walutą pozostaje narodowy lej.
Niepopularne decyzje makroekonomiczne sprawiły, że wyborcy socjaldemokratów zaczęli odpływać do skrajnej prawicy. AUR może już wedle sondaży liczyć na ponad 36 proc. głosów.
Niestabilność polityczna może sprawić, że Rumunia straci szansę na uzyskanie ok. 10 mld euro z miejscowego KPO, które mają zostać przekazane Bukaresztowi po wdrożeniu uzgodnionych reform (tzw. kamieni milowych). Rumunia ma na to czas do sierpnia, a brak wykorzystania europejskich kredytów obciążyło by wizerunek koalicjantów wśród ich wyborców.
Dlatego wobec upadku rządu wybrany w zeszłym roku centrowy prezydent kraju Nicușor Dan poszuka wśród proeuropejskich ugrupowań kandydata na premiera, który będzie w stanie odtworzyć istniejącą przed wyjściem PSD z rządu koalicję.
Obecnie to najbardziej prawdopodobny wariant wyjścia z politycznego impasu. Socjaldemokraci deklarują, że wrócą do rządu, jeśli zmieni się premier. Jednak PNL na razie wyklucza możliwość wskazania innego kandydata na szefa rządu i powrót do koalicji z lewicą.
W Rumunii droga do przedterminowych wyborów jest długa. Są możliwe tylko wtedy, gdy dwóch kandydatów na premiera nie uzyska wotum zaufania w ciągu 60 dni. W takim wypadku ostateczna decyzja o ewentualnym rozwiązaniu parlamentu należy do prezydenta. Ewentualne nowe wybory możliwe są najwcześniej w końcu roku, ale wcześniej kraj może czekać długi okres politycznej niepewności.
Kara śmierci za korupcję. Wedle chińskiej państwowej agencji Xinhua, dwaj byli chińscy ministrowie obrony, Wei Fenghe, który sprawował urząd ministra obrony Chin w latach 2018–2023, oraz Li Shangfu, pełniący tę funkcję od marca do października 2023 roku, zostali 7 maja skazani na karę śmierci za korupcję. Wykonanie wyroku odroczono na dwa lata. Wyroki zostały wydane oddzielnie przez chiński sąd wojskowy.
Zgodnie z orzeczeniami sądu Wei Fenghe został uznany za winnego przyjmowania pieniędzy, natomiast Li Shangfu został skazany zarówno za przyjmowanie, jak i wręczanie łapówek. Obaj zostali także dożywotnio pozbawieni praw politycznych, a cały ich majątek osobisty zostanie skonfiskowany.
Zarówno Wei, jak i Li są również byłymi członkami Centralnej Komisji Wojskowej oraz byłymi radcami państwowymi Chin. Należeli do najściślejszego przywództwa ChRL.
Korupcja w chińskiej elicie ma charakter endemiczny. Nie jest wypaczeniem systemu, lecz jego cechą. Oficjalne uposażenie najwyższych urzędników jest dość skromne. Jednocześnie, by piąć się w górę po ścieżkach kariery i budować wpływy, potrzeba znacznych środków finansowych.
Jednocześnie dla rządzącego od 2012 r. Xî Jinpinga walka z korupcją stała się narzędziem legitymizacji władzy wśród społeczeństwa i dyscyplinowania członków elity. Kara śmierci wymierzona dwóm urzędnikom, których Xî samodzielnie mianował, nie jest już jednak typową praktyką. Świadczy o chęci wymuszenia bezwzględnego posłuszeństwa i umocnienia własnej władzy.
Wybory w ważnych stanach Indii. 4 maja ogłoszono wyniki kwietniowych wyborów w czterech indyjskich stanach i terytorium związkowym Puducherry. Doszło w nich do kilku istotnych przetasowań politycznych. W trzecim najludniejszym indyjskim stanie Bengal Zachodni Mamata Banerjee – dotychczasowa premier i liderka All India Trinamool Congress (TMC), czyli regionalnej partii o centrolewicowym, populistycznym profilu – poniosła dotkliwą porażkę. Władzę przejęła rządząca na szczeblu centralnym od 2014 roku Indyjska Partia Ludowa (BJP) premiera Narendry Modiego, zdobywając 207 z 294 mandatów i kończąc 15-letnie rządy TMC. Do głównych przyczyn tej porażki zalicza się narastające zmęczenie wyborców długoletnimi rządami jednej partii, zarzuty korupcyjne wobec lokalnych działaczy TMC, skuteczną mobilizację elektoratu przez BJP oraz silną, spersonalizowaną kampanię liderów tej partii, w tym regionalnego przywódcy tej partii Suvendu Adhikari. Warto dodać, że Adhikari nie zawsze był związany z BJP – w latach 90. zasilił szeregi wówczas rządzącego Indyjskiego Kongresu Narodowego, a następnie w latach 1998–2020 działał w TMC, zanim przeszedł do BJP po konflikcie z Mamatą. BJP pomogła niewątpliwie także kontrola nad “zasobami administracyjnymi” – z list wyborców skreślono kilka tygodni temu 9 mln ludzi.
W trzecim najludniejszym indyjskim stanie Bengal Zachodni Mamata Banerjee – dotychczasowa premier i liderka All India Trinamool Congress (TMC), czyli regionalnej partii o centrolewicowym, populistycznym profilu – poniosła dotkliwą porażkę.
Drugi sukces rządząca na szczeblu centralnym BJP odniosła w Asamie. Koalicja wyborcza pod jej przywództwem utrzymała rządy. Zapewniło to premierowi stanowemu Himancie Biswa Sarmie trzecią kadencję. Podobnie w terytorium związkowym Puducherry, gdzie koalicja z udziałem BJP umocniła swoją władzę ,zdobywając 18 z 30 mandatów.
O sukcesie może też mówić najstarsza partia subkontynentu, czyli Indyjski Kongres Narodowy. W południowoindyjskiej Kerali nastąpiła zmiana władzy – koalicja Zjednoczony Front Demokratyczny (UDF) pod wodzą Kongresu zdobyła 102 na 140 mandatów, przerywając dziesięcioletnie rządy Lewicowego Frontu Demokratycznego (LDF) spod znaku sierpa i młota.
W Tamil Nadu, jednym ze stanów – motorów indyjskiego wzrostu gospodarczego, dużym zaskoczeniem był sukces aktora i świeżo upieczonego polityka Thalapathy Vijaya oraz jego nowej Partii Zwycięstwa Tamilów. Głosząc hasła antykorupcyjne to stronnictwo zdobyło 108 mandatów w 234-osobowym zgromadzeniu stanowym.
Przełamało tym samym dominację partii drawidyjskich, które dotąd dominowały w tym stanie. To ugrupowania wywodzące się z ruchu społeczno-politycznego podkreślającego tożsamość drawidyjską (południowoindyjską), sprzeciw wobec dominacji kultury północnych Indii oraz postulaty sprawiedliwości społecznej i świeckości. Wynik TVK nie daje samodzielnej większości (brakuje do niej 10 głosów), więc ostateczny kształt rządu będzie zależał od ewentualnych koalicji.
Wybory stanowe w Indiach to bezpardonowa walka polityczna, w której strony wymierzają sobie także ciosy poniżej pasa, a prawa wyborcze nie zawsze są respektowane. Rządząca w Nowym Delhi i ciągle bardzo popularna ludowa BJP premiera Modiego stopniowo umacnia się także na poziomie stanowym dzięki sojuszom z silnymi lokalnymi liderami i wykorzystaniu nacisków administracyjnych.
Jednak zwracając uwagę na niedostatki indyjskiej demokracji warto zauważyć, że ten system ciągle jest pluralistyczny i konkurencyjny. Wyborcy dzięki swoim decyzjom przy urnach wciąż mają wpływ na rządzących na poziomie federalnym i stanowym.
Japonia na ćwiczeniach filipińsko-amerykańskich. 4 maja japońskie Siły Samoobrony wzięły udział w ćwiczeniach z użyciem ostrej amunicji w ramach corocznych amerykańsko-filipińskich manewrów wojskowych „Balikatan”. Ten etap ćwiczeń, przeprowadzonych na wybrzeżu Morza Południowochińskiego w prowincji Ilocos Norte, polegał na odparciu symulowanego desantu wroga.
Japonia dołącza do wielostronnych wysiłków mających na celu wzmocnienie potencjału odstraszającego w obliczu chińskiej ekspansji morskiej na Morzu Południowochińskim. Jako uczestnik w corocznych manewrach Balikatan bierze udział od 2023 r.
Klęska brytyjskich labourzystów? 7 maja odbyły się wybory do parlamentów Walii i Szkocji oraz do rad lokalnych w większości regionów Anglii. Ich wyniki nie były znane w momencie przygotowywania tego materiału. Jeśli potwierdzą się sondaże, to dla rządzącej Partii Pracy wybory te będą szczególnie bolesne. Może ona stracić od 1200 do 1900 z 2200 mandatów w radach, o które walczy. Partia centrolewicowa może również stracić kontrolę nad walijskim parlamentem, czyli Senedd, po raz pierwszy od czasu utworzenia tej izby w 1999 roku.
Z dużym prawdopodobieństwem jednak zwycięzcami nie będą torysi. Populistyczno-lewicowa Partia Zielonych ma nadzieję na zdobycie poparcia w miejskich bastionach Partii Pracy, zwłaszcza w Londynie. Populistyczno-prawicowa partia Reform UK chce wyprzeć Partię Pracy z jej tradycyjnych okręgów wyborczych klasy robotniczej w północnej Anglii.
Teza na temat ważności roli obrotu morskiego, portów, żeglugi i producentów statków w gospodarce światowej nie budzi już chyba dla nikogo wątpliwości, a jako potwierdzenie przytacza się fakt, iż ok. 80% globalnego handlu realizowanego jest z wykorzystaniem mórz i oceanów transferujących ponad 10 miliardów ton ładunków rocznie. Mniejsza jest jednak świadomość na temat roli głównych uczestników obrotu morskiego, to jest przewoźników, którzy obsługują globalne szlaki żeglugowe. Niestety monopolizują oni też przewóz za pośrednictwem daleko posuniętych procesów integracji i konsolidacji, fuzji kapitałowych i organizacyjnych wraz z praktykami eliminacji konkurencji.
Przewoźnicy monopolizują przewóz za pośrednictwem daleko posuniętych procesów integracji i konsolidacji, fuzji kapitałowych i organizacyjnych wraz z praktykami eliminacji konkurencji
Dla zrozumienia tej zależności nie wystarczą odwołania do współczesnych trendów technologicznych na temat racjonalizacji przestrzeni morskiej, konteneryzacji i konieczności budowy coraz większych jednostek pływających a z drugiej strony coraz większych portów jako odpowiednik rosnących woluminów i handlu. Jest oczywiście prawdą, iż procesy konsolidacyjne na rynku morskim korespondują z naturalnymi procesami gospodarki światowej zainicjowanymi powojennym trendem rozwoju korporacji i towarzyszącą mu monopolizacją i kartelizacją gospodarki (rewolucja menedżerska i nowe modele zarządzania), co uległo przyspieszeniu wraz z globalizacją. Istotną cezurą rozwoju handlu morskiego i wymiany handlowej było w końcu przesunięcie się punktu ciężkości świata z Zachodu do Azji.
Rzut oka na czasy kolonialne
Aby dobrze zrozumieć naturę tej zależności, trzeba by jednak sięgnąć wcześniej, mianowicie do genezy handlu morskiego czasów kolonialnych, co przyczyniło się do rewolucji przemysłowej i ekspansji zachodnich wartości i produktów na cały świat. Wtedy to bowiem formowała się koncepcja, że „duży może więcej”. Pierwszymi formami organizacyjnej ekspansji, a jednocześnie spółkami prawa międzynarodowego i równocześnie armatorami były, jak wiadomo, wielkie kompanie handlowe XVII wieku, a największą i najważniejszą wschodnioindyjska powołana na mocy przywileju frachtu wydanego przez królową brytyjską Elżbietę I w 1600 roku. Ona to pociągnęła za sobą powstawanie kolejnych, w efekcie w trakcie XVII i XVIII wieku powstało ich ok. 80 – obsługujących różne rejony świata, a do rywalizacji o morza dołączyli też Francuzi.
Po zaciętej rywalizacji mocarstw morskich o dostęp do nowych lądów kraje anglosaskie stopniowo wyrastały jednak na nowego hegemona i dysponenta władzy na bazie ustaleń aktów nawigacyjnych, dzielących świat wedle nowych stref wpływów. Wielka Brytania w latach 1680–1820 rosła szybciej, jeżeli chodzi o per capita, niż jakikolwiek inny kraj świata, umacniając swą handlową hegemonię na morzach i oceanach. Rozwój międzynarodowego podziału pracy pogłębiał specjalizację i wymianę międzynarodową, wykształcając system trwałych związków, obejmujących coraz większą liczbę krajów. Wielkim potentatom z trudem przychodziło jednak dzielenie się światem z innymi, stąd liczne zatargi i wojny, np. holendersko-angielskie.
Nie należy też zapominać, iż aktywność odkrywców, a potem kolonizatorów stymulowana była przez nową filozofię Wieku Świateł, która umacniała człowieka w przekonaniu, iż staje się panem mórz i lądów, zmieniając świat w ziemię poddaną. Wszak odkrycia geograficzne sprzyjały eliminacji z globu wszelkich lądów nieznanych i zacienionych jako dawnych terra incognito, analogicznie jak racjonalizm rugował z naszych umysłów średniowieczne zabobony i przesądy. Można tu dostrzec ciekawą i korespondującą z tematyką artykułu – tendencję scalającą wyrastającą z chęci projektowania rozwiązań całościowych, o wielkiej skali. W procesie tym motywację żeglarza i odkrywcy geograficznego wyrażały dwa krzyżujące się instynkty: korsarza i kupca – jako chęci ekspansji i dominacji nad otoczeniem, kolonizacji i podboju – w stylu darwinistycznej walki gatunków i rozpychania się łokciami; a z drugiej strony w stylu ekonomii leseferyzmu, w której zwycięzca zgarnia całą pulę.
Odkrycia geograficzne sprzyjały eliminacji z globu wszelkich lądów nieznanych, analogicznie jak racjonalizm rugował z naszych umysłów średniowieczne zabobony i przesądy
Nowożytne prawo na rzecz obrotu morskiego
Proces konsolidacji rósł też w siłę na skutek nowożytnych rozwiązań prawnych, które na papierze prezentowały się bardzo postępowo – w duchu Mare Liberum Grotiusa czyniąc morza i oceany wolnymi i dostępnymi dla wszystkich. W istocie jednak w miejsce dawnego podporządkowania globu bullom papieskim wkroczyły nagie instynkty nacjonalistyczne i walka o interesy. Warto na marginesie prawodawstwa zwrócić uwagę na rolę gwarancji jednostkowych nowoczesnego prawodawstwa gospodarczego rozwijającego się w kierunku kontraktów (a contrario), czyli umów równych – przynajmniej teoretycznie – względem siebie podmiotów, co było odpowiedzią na proces różnicowania się gospodarki i wyodrębniania coraz to nowych funkcji i spółek prawa handlowego.
Do początków XVIII wieku prawo nie było zbyt skomplikowane w tej materii (bo i tradycja rzymska trochę poszła w zapomnienie), nie odróżniając armatora od przewoźnika, podobnie jak wcześniej nie odróżniano także przewoźnika od gestora ładunku, czyli kupca. Indywidualizacja formalna sprzyjała jednak wyodrębnianiu poszczególnych ogniw – uczestników obrotu morskiego, często wyspecjalizowanych spółek spedycyjnych, brokerskich, sztauerskich. Szybko się jednak okaże, iż zdobycze dla małych firm są tylko na papierze, jako że nowy porządek sprzyjać będzie tzw. rynkowi przewoźnika, a w nim to firma żeglugowa dyktować będzie warunki. Trochę przyczynił się do tego kontraktowy charakter nowoczesnego prawodawstwa niszczącego oddolne więzi i związki kupieckie. Poza tym duzi dysponowali dostępem do środków kapitałowych, technologii, a przede wszystkim kancelarii prawnych, które trzymały ich stronę. Przykładem powyższej asymetrii może być rynek ubezpieczeń morskich, który chronił interesy przewoźnika przed roszczeniami gestorów ładunków, czyli producentów i kupców w razie uszkodzenia czy utraty ładunku (umowy handlowe w razie katastrofy morskiej nie chroniły towaru, lecz przewoźnika). W efekcie od XIX wieku rosło znaczenie interesów wyodrębnionych kompanii żeglugowych, które dbały o swe interesy, monopolizując rynek.
Umowy handlowe w razie katastrofy morskiej nie chroniły towaru, lecz przewoźnika
Ku kartelom – ewolucja form organizacyjnych
Kolejnym etapem powyższego procesu będą nowe formy organizacji transportu morskiego uprzywilejowujące tzw. konferencje żeglugowe rozumiane jako porozumienia o charakterze kartelowym, w ramach których armatorzy wspólnie ustalali taryfy i stawki dla eliminacji konkurencji. W organizacjach tych zawierano też porozumienia międzykonferencyjne, by organizować rynki, np. za pośrednictwem puli żeglugowych dedykowanych poszczególnym rynkom i destynacjom terytorialnym. To nowy sposób organizacji linii żeglugowych, którego ewolucją będą współczesne alianse grupujące armatorów i ich serwisy oceaniczne. Pierwszą liniową konferencją frachtową zawiązaną przez 3 armatorów brytyjskich była Konferencja Kalkucka z 1875 roku. W latach 60. ubiegłego wieku konferencji tych będzie już ponad 36.
Stopniowo następował jednak rozkład systemu konferencyjnego na rzecz nowych porozumień, serwisów, kończąc na aliansach kontenerowych, których rozkwit nastąpił od 1996 roku wraz z Global Alliance. Zmniejszała się też ich liczba. Zauważmy, iż wskutek globalizacji, trendu outsourcingu czy wreszcie optymalizacji ekonomicznych, przedsiębiorstwa często wydzielają osobne podmioty pełniące funkcję jednostek wydelegowanych do czynności operatorskich. Zajmują się one eksploatacją, planowaniem podróży czy rekrutacją załogi. Z drugiej zaś strony te nowo wydzielane specjalności za każdym razem stają się tylko dodatkową pokusą, by je wchłonąć i podporządkować korporacji, jak było i dawniej.
Trend integracji i konsolidacji przyspieszył w ostatnich latach, podwajając wzrost udziału 10 największych armatorów w światowym tonażu. Proces dokonuje się poprzez fuzje i przejęcia, np. zakup armatora APL przez grupę CMA-CGM w 2015 r., ale także poprzez tworzenie spółek typu joint venture, co w 2018 roku uczyniło trzech japońskich armatorów: NYK, MOL i K-Line. Innym przykładem było przejęcie armatorów P&O i Nedlloyd przez Maersk czy Choyang przez Hanjin Shipping.
10 największych operatorów światowych dysponuje dziś blisko 90% światowej floty
Alianse żeglugowe w natarciu
Najważniejszym sposobem skupiania masy towarowej i konsolidacji rynku jest w końcu tworzenie aliansów strategicznych, zwanych również sojuszami. W efekcie, o ile w roku 2000 na rynku funkcjonowało ich 10, w 2018 było ich tylko 3 (2M, The Alliance, Ocean Alliance). W 2025 roku nastąpiły w końcu kolejne istotne zmiany w krajobrazie sojuszy żeglugowych, których siatki połączeń starały się wyjść naprzeciw wyzwaniom rosnącej chwiejności gospodarczej, napięciom geopolitycznym jako skutku nowych punktów zapalnych globu, a wcześniej pandemii; doprowadziły one do przetasowania dotychczas uważanych za stabilne szlaków żeglugowych. Chodziło oczywiście o racjonalizację połączeń i zapewnienie punktualności zawinięć.
Choć potencjalnie każda radykalna zmiana wywołuje reset w łańcuchach powiązań, a to daje szansę dla nowych graczy, by coś ugrać dla siebie i wejść w miejsce dotychczas przez kogoś zajmowane – wiele wskazuje na to, że umacnia się pozycja wielkich przewoźników i ich kompanii. W efekcie 10 największych operatorów światowych dysponuje dziś blisko 90% światowej floty, pod względem tonażu zgrupowanej w 4 głównych kartelach żeglugowych: Gemini Cooperation (w skład którego wchodzi duński Maersk i niemiecki Hapag-Lloyd), Ocean Alliance (składający się z francuskiego CMA-CGM, chińskiego COSCO Group, chińskiego OOCL i tajwańskiego Evergreen), Premier Alliance (obejmującego japoński Ocean Network Express, tajwański Yang Ming i południowokoreański Hyundai Merchant Marine) oraz MSC Independent Operations, bowiem włoski Mediterranean Shipping Company zdecydował się na budowę samodzielnego organizmu.
Trend monopolizacji obrotu morskiego wspierają też inne procesy. Początkowo konteneryzacja ograniczała się wyłącznie do odcinka port–port. Na pewnym etapie rozwoju globalizacji armatorzy zmuszeni zostali do zejścia w ląd, by podejmować inicjatywy na rzecz włączenia się w procesy akwizycji pozyskiwania ładunków i organizację, a nawet samodzielne wykonywanie dowozu kontenerów do portów morskich i odwozu z nich. Chodziło o przełamanie nieufności załadowców i spedytorów do nowej technologii i ułatwienie korzystania z niej w obustronnym interesie – szybszej, bezpieczniejszej i tańszej obsługi transportowej ładunków.
Dziś najwięcej inwestycji w porty morskie, centra logistyczne i terminale, także te ulokowane głęboko na lądzie, jest udziałem armatorów: MSC, Maerska czy chińskiego COSCO, a rosnące wpływy tego ostatniego wyglądają dla nas groźnie. Niemniej to kompanie żeglugowe przyczyniają się do przemian technologicznych i usprawnienia obsługi w portach kontenerowych, a procesom tym porty zawdzięczają swoje wyniki. Ekspansja roli armatora wynika też z poziomu złożoności operacji portowo-logistycznych oraz wzrostu znaczenia IT w zarządzaniu łańcuchami dostaw. Morscy przewoźnicy zeszli więc z kontenerami w ląd, nawet na dalekie zaplecze portów, stając się tym samym pionierami konteneryzacji również w transporcie lądowym, a zarazem organizatorami lądowo-morskich i multimodalnych łańcuchów logistycznych.
Morscy przewoźnicy zeszli z kontenerami w ląd, nawet na dalekie zaplecze portów, stając się tym samym pionierami konteneryzacji również w transporcie lądowym
Przeobrażenia globalnej gospodarki
Udział tych ostatnich w gospodarce światowej można też postrzegać w innych ujęciach, obrazujących jej strukturalne przeobrażenia i rekonfigurację. Produkcja, surowce i sprzedaż są rozproszone po całym świecie, z kolei przepływy towarów, kapitału i informacji są szybsze i tańsze niż kiedyś. Zauważmy, iż lądowo-morski łańcuch dostaw jako termin z dziedziny logistyki obejmuje dziś nie tylko transport oraz usługodawców; w ramach tego terminu rozpatruje się poszczególne ogniwa procesu logistycznego od procesu wydobycia surowca, przez różne fazy produkcji, uszlachetniania towarów, aż produkt trafi do finalnego klienta, przy czym oczywiście każde ogniwo ulokowane jest w innym obszarze globu zgodnie z zasadą outsourcingu.
Dla przykładu Apple, który sprzedaje swe iPhone’y na całym świecie – wpierw projektuje je w USA, po czym komponenty produkuje w Chinach, ekrany w Korei, a na koniec montaż dokonuje się na Tajwanie. I to jest właśnie globalny łańcuch dostaw o charakterze lądowo-morskim łączący system wymiany handlowej w jedną całość, stąd trudno się dziwić, iż trwa zacięta walka o to, kto takim łańcuchem zarządza.
Oczywiście trudno byłoby wskazać palcem na jeden typ podmiotów, jako że skala powiązań gospodarczych jest bardzo złożona, niemniej zarówno naszkicowane w artykule ujęcie historyczne, jak i współczesne trendy zdają się sugerować, iż podmiotami, które mają szczególnie dużo do powiedzenia, są wielcy armatorzy i kompanie żeglugowe. Jednocześnie dynamika rozwoju tych firm, ich filozofia i motywacja do działania nasuwają skojarzenia z okresem podbojów kolonialnych wielkich kompanii czasów historycznych. Zgodnie z zasadą, że duży może więcej oraz zwycięzca zgarnia całą pulę, ofiarą realizowanych strategii ekspansji, podobnie jak i dawniej, padają w pierwszym rzędzie inni armatorzy, którzy są przejmowani w drodze wykupów kapitałowych; poza tym oczywiście mniejsze podmioty jako uczestnicy obrotu żeglugowego, np. firmy spedycyjne, ponieważ usługi spedycyjne świadczy armator.
Podmiotami, które mają szczególnie dużo do powiedzenia, są wielcy armatorzy i kompanie żeglugowe
Trend ten nie ulega w ostatnich latach zmniejszeniu pomimo podejmowanych regulacji antymonopolowych z wykorzystaniem Komisji Europejskiej i Kongresu Stanów Zjednoczonych. Dopiero 2 lata temu Unia Europejska zdecydowała się na rezygnację z przepisów uprzywilejowujących wielkie kampanie, a przypomnijmy, że było to Consortia Block Expemtion Regulation (CBER), które przez 15 lat gwarantowało konsorcjom żeglugowym ich wyłączenie spod zasad równej konkurencji, zupełnie jakby nie w duchu Komisji Europejskiej, która stara się czujnym okiem obserwować próby naruszenia jej zasad.
A może integracja w żegludze jest jednak korzystna? Tylko dla kogo?
W zasadzie trudno się temu dziwić, jako że kontynent zdaje się budzić z drzemki w sytuacji turbulencji geopolitycznych i nasilających się wpływów azjatyckich armatorów, a wyżej przytoczone informacje na temat składu 4 największych aliansów potwierdzają dominację Azjatów. Oczywiście środowisko mniejszych firm i spedytorów także z Polski (z którymi przez 2 lata konsultowano ewentualność odejścia do formuły CBER) z dużym entuzjazmem przyjęło rezygnację z restrykcyjnych i niszczących konkurencję zapisów. Integracja w branży żeglugowej – jak starano się pokazać w artykule – zawiera wszak inklinacje do kartelizacji gospodarki w imię zaborczych instynktów i praw dyktowanych przez silnych, więc rezygnację tę przywitano z ulgą.
Z drugiej jednak strony w sytuacji nasilających się wojen handlowych istotniejsze niż gwarancje konkurencyjności dla mniejszych podmiotów wydaje się pytanie: kto kogo? Niestety taka jest kolej rzeczy, stąd i teza, że kapitał nie ma narodowości, wydaje się być dziś naiwna – gdy priorytetem jest konieczność podniesienia potencjału zachodnich aktywów gospodarczych w tej bezlitosnej walce o przetrwanie, która przyjęła postać zderzenia cywilizacji.
Patrząc z powyższego punktu widzenia, być może warto by było skorzystać ze skłonności do konsolidacji w branży morskiej, by umożliwić europejskim przewoźnikom, portom morskim i firmom logistycznym budowę przewag wynikających z korzyści skali, tym bardziej iż praktyka ta posiada na Zachodzie długą, ugruntowaną, choć niechlubną – jak dowodziliśmy w artykule – tradycję. Wydaje się, że do podobnych wniosków doszedł europejski prawodawca, który poszerza zakres dostępnych instrumentów pomocy publicznej UE dla sektora żeglugowego, a z tego mogliby skorzystać i polscy armatorzy, jak Polska Żegluga Morska czy Polska Żegluga Bałtycka.
Patrząc zatem całościowo, wydaje się, że obrany kierunek jest korzystny dla branży, choć wpisuje się w trend na rzecz integracji i rugowania konkurencji omawiany w niniejszym artykule. Skoro jednak taka jest kolej rzeczy, iż aktualnie blok państw niezachodnich wykorzystuje wymyślone na Zachodzie i omówione w artykule sposoby ekspansji i podboju (a dodajmy tylko, iż działa tu zasada rewanżu, jako że Azjaci byli ich ofiarami w czasach historycznych), nie pozostaje nam nic innego, jak się bronić.
Skoro aktualnie blok państw niezachodnich wykorzystuje wymyślone na Zachodzie i omówione w artykule sposoby ekspansji i podboju, nie pozostaje nam nic innego jak się bronić
Kiedyś Zachód rozkładał swe macki na cały świat, robił to w sposób zaborczy i niepohamowany, a instrumentem ekspansji była żegluga i rozległe łańcuchy handlu wymiennego. Choć proces posiadał swoją cenę, a kolonizowane kraje raczej nie były pytanie o zgodę – w aktualnej sytuacji nadal musimy w tej grze uczestniczyć.
Stanisław Kruszona‑Barełkowski: Ukraińskie drony po raz czwarty w ciągu dwóch tygodni uderzyły w port i rafinerię w Tuapse nad Morzem Czarnym – jedyną rosyjską rafinerię w tym regionie, kluczowego dostawcę paliw dla Floty Czarnomorskiej. Niemal równocześnie Ukraina zaatakowała zakład petrochemiczny ponad 1500 kilometrów w głąb Rosji. Jak ocenia pan te wydarzenia na tle trwającej wojny?
gen. Leon Komornicki: Ukraina od kilku miesięcy – a właściwie od początku tego roku – weszła w posiadanie nowych zdolności, których wcześniej nie posiadała. To kluczowy atrybut współczesnej wojny, nawet obronnej: możliwość wykonywania głębokich uderzeń od granicy Ukrainy w głąb terytorium Rosji, czyli w głąb terytorium potencjalnego agresora. Mówimy o zasięgu od strefy przygranicznej aż po obszar strategiczny. Ta zdolność jest istotna z punktu widzenia fundamentalnej zasady sztuki wojennej: strona broniąca się musi móc odciąć zgrupowanie przeciwnika – ten kontyngent agresora walczący na terenie okupowanym – od wsparcia logistycznego, personalnego i sprzętowego płynącego z jego własnego terytorium. Chodzi o to, by to zgrupowanie osłabło, zostało pozbawione zdolności ofensywnych, a ukraińska armia – po ostatecznym zatrzymaniu natarcia – mogła przeprowadzić strategiczną kontrofensywę w celu rozbicia agresora i odtworzenia granic sprzed wojny.
„Ukraina weszła w posiadanie zdolności, które pozwalają sięgać terytorium Rosji od granicy w obszar strategiczny do trzech tysięcy kilometrów.”
Przez większość wojny Ukraina tych zdolności nie posiadała. Nawet gdy otrzymała rakiety ATACMS i systemy HIMARS, Amerykanie – to nie prezydent Trump, lecz poprzednia administracja i ówczesny sekretarz stanu Blinken – zastrzegali, że Ukraina może wykonywać uderzenia ogniowe tylko w granicach własnego terytorium, bez prawa atakowania terytorium agresora. Pamiętamy, gdy Ukraińcy uderzyli w rosyjskie rafinerie i bazy paliwowe, Amerykanie natychmiast podnieśli alarm, argumentując wzrostem cen paliw w globalnej gospodarce. Krążyły nawet pogłoski, że wyrzutnie HIMARS zostały zaspawane w określonej pozycji, by uniemożliwić im oddziaływanie na Rosję. Co więcej, Amerykanie uzurpowali sobie prawo do wskazywania celów, które Ukraińcy mogą porażać, korzystając z własnego rozpoznania kosmicznego. Zatem nie można obarczać tylko Trumpa tym, co działo się przez ponad cztery lata – poprzednia ekipa również ma wiele na sumieniu.
SKB: Czy to oznacza, że Ukraina uniezależniła się od sojuszników w zakresie deep strikes? Jakie to będzie miało przełożenie na dalszy przebieg wojny i ewentualną zmianę układu sił?
LK: Amerykanie, ponieważ Ukraina nie posiadała własnego sprzętu wojskowego i po zużyciu uzbrojenia postsowieckiego praktycznie przeszła w trakcie wojny przezbrojenie na systemy zachodnie, sprawowali kontrolę nad eskalacją. Wyznaczano kolejne „czerwone linie”, szczególnie w przypadku systemów dalekiego zasięgu. Ukraińska armia była zdana na pomoc państw zachodnich i Stanów Zjednoczonych – choć dziś to głównie Europa płaci za sprzęt, bo USA porzucają Ukrainę. Co istotne, sprzęt był dostarczany z opóźnieniem: powinien trafiać z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem względem planu działań, tymczasem dostawy miały charakter kampanijny, wymuszając pauzy taktyczne i operacyjne. Tak się wojny nie prowadzi.
Dziś te mankamenty zostały w dużej mierze usunięte, głównie dzięki tytanicznemu wysiłkowi ukraińskiego przemysłu obronnego, finansowanemu przez zachodnie środki. Ukraińcy wybudowali pięć fabryk w czasie trwającej wojny, uruchamiając masową produkcję dronów i amunicji. Tym samym odzyskali częściową suwerenność strategiczną. To ważny wniosek także dla nas: jeśli uzależnimy dostawy sprzętu i amunicji od Zachodu, odbije się to na naszych własnych działaniach. Ukraińcy weszli w posiadanie zdolności sięgania terytorium Rosji na głębokość do trzech tysięcy kilometrów, produkując własne drony kamikaze dalekiego zasięgu. Co więcej, skonstruowali, przetestowali i wdrożyli rakiety balistyczne o zasięgu do 500 km, a w planach mają osiągnięcie 800 km. Produkują je masowo.
„Ukraińcy wybudowali pięć fabryk w czasie trwającej wojny. Tym samym odzyskali częściową suwerenność strategiczną.”
Choć działania te na razie mają charakter asymetryczny, a nie symetryczny, to poprzez właściwe definiowanie punktów krytycznych na terytorium Rosji – obiektów kluczowych dla jej potencjału gospodarczego i militarnego – są na tyle skuteczne, że mocno osłabiają rosyjską gospodarkę i armię walczącą na Ukrainie.
SKB: Właśnie w tym kontekście pojawiła się propozycja prezydenta Putina, by wprowadzić zawieszenie broni w dniach 8–9 maja. Czy to wyciągnięta dłoń, czy raczej wyraz obawy, że ukraińskie drony skompromitują defiladę w Moskwie?
LK: Putin wychodzi z tą inicjatywą nie dlatego, że nagle doznał potrzeby wykazania się humanitarnymi odruchami wobec Ukrainy. To wynika głównie z obawy, że ukraińskie drony sięgną Placu Czerwonego podczas centralnych uroczystości Dnia Zwycięstwa 9 maja – święta, które w Rosji ma szczególny wymiar propagandowy, historyczny i militarny, gdzie zawsze demonstrowano potęgę najpierw armii sowieckiej, a teraz rosyjskiej. To jest prawdziwy powód: strach przed kompromitacją. Zatem to nie jest gest dobrej woli, tylko wyrachowana próba ubiegnięcia wydarzeń. Propozycja rozejmu na te dni to swoisty egzamin dla Putina – zobaczymy, czy Rosja się do niego dostosuje. W każdym razie intencje są zdemaskowane.
SKB: Czy rosnące niezadowolenie społeczne w Rosji i spadek poparcia dla Putina – choć trzeba te dane traktować krytycznie – może doprowadzić do trwalszego rozejmu, a nawet pokoju?
LK: Myślę, że nie. Początkowa operacja nie zakończyła się w zakładanym terminie, popełniono wiele błędów, nie osiągnięto celów politycznych. Obszar zdobyty przez Rosję w pierwszym roku wojny znacząco się skurczył, ponieważ rosyjska armia straciła zdolność utrzymania zajętych terenów i wycofała się z wielu miejsc. Główny wysiłek skoncentrowano na czterech obwodach – ługańskim, donieckim, zaporoskim, chersońskim oraz Krymie – które Rosja uznała za integralną część swojego terytorium. Celem jest ostateczne zdobycie tych obwodów, a poprzez uderzenia powietrzno-rakietowe na infrastrukturę krytyczną i energetyczną – doprowadzenie do załamania ukraińskiej gospodarki, potencjału obronnego oraz woli i gotowości narodu do obrony. Te cele nie zostały osiągnięte, choć nastroje w społeczeństwie ukraińskim też są trudne. Pamiętajmy jednak, że przebiegiem wojny nie zarządzają wyłącznie politycy i generałowie ukraińscy – w głównej mierze wpływ na to mają sojusznicy, zwłaszcza Stany Zjednoczone.
„Amerykanie nie są zainteresowani zwycięstwem Ukrainy – Ukraina ma jeszcze oddać ostatecznie Donbas i usiąść do stołu, by pogodzić się z utratą tych obwodów.”
SKB: Czy to oznacza, że Stany Zjednoczone grają własną grę, w której Ukraina jest tylko narzędziem? Jakie są rzeczywiste cele Waszyngtonu?
LK: Już na początku wojny zdefiniowano, jak ma się ona zakończyć. Prezydent Biden wypowiedział kiedyś słowa, że dobrze byłoby, gdyby Ukraińcy oddali Donbas i Krym i na tym wojna się skończyła. Strategia USA sprowadza się do tego, że Ukraina nie może przegrać, ale Rosja nie może wygrać. Z tego wynika jednak także, że Ukraina nie może wygrać, a Rosja nie może przegrać. To logika polityczna i strategiczna: Amerykanie przez cały czas obawiali się pierwszego użycia przez Rosję broni taktycznej (jądrowej), chociaż do tego nie doszło, a z drugiej strony chcieli doprowadzić do osłabienia Rosji na tyle, by została zdominowana przez Chiny. To część szerszej geopolitycznej gry o nowy układ sił – dwóch supermocarstw (USA i Chiny, przy czym Chiny rosną w siłę, Amerykanie słabną) oraz dwóch mocarstw (Indie i Rosja). Stany Zjednoczone chcą powrócić do roli hegemona, ale nie mają już dostatecznej siły. Ukraina stała się de facto wojną proksyjną, narzędziem realizacji amerykańskiej polityki wobec Rosji i Chin. Do tego doszła jeszcze wojna na Bliskim Wschodzie – w mojej ocenie to swoiste awanturnictwo polityczno-wojskowe.
Dziś, za prezydenta Trumpa, Amerykanie za wszelką cenę chcą tę wojnę jak najszybciej zakończyć – i to po myśli Putina. Doradcy Putina mówią wprost, że Trump jest zaniepokojony, iż Zełenski nie chce zmierzać ku zakończeniu wojny, że eskaluje przez uderzenia na terytorium Rosji, a pomaga mu w tym Europa, pozostając na kursie kolizyjnym ze Stanami Zjednoczonymi. Trump pogania Zełenskiego, by kończył tę wojnę, w ostatniej rozmowie telefonicznej poganiał też Putina. To wszystko składa się w spójny obraz: Ukraina ma być ofiarą decyzji zapadających między wielkimi graczami – USA a Rosją.
SKB: Jakie konsekwencje dla bezpieczeństwa Polski i NATO ma ta sytuacja – szczególnie w kontekście obrony powietrznej? Mówi się o ogromnym zużyciu rakiet Patriot na Bliskim Wschodzie.
LK: Konsekwencje są bardzo poważne. Amerykanie zużyli na Bliskim Wschodzie – broniąc swoich baz, a także sojuszników (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Kuwejt) oraz Izraela – roczną produkcję rakiet PAC-III, blisko 900 sztuk. Zwalczali nimi irańskie drony. Problem w tym, że nie wdrożyli doświadczeń z Ukrainy, gdzie efektywność zwalczania dronów wynosiła 90 procent, a na Bliskim Wschodzie była dramatycznie niska – 10–20 procent. Zużyli jednak ogromne ilości, w wyniku czego załamał się harmonogram dostaw nie tylko dla Ukrainy, ale przede wszystkim dla państw NATO, które zamówiły te rakiety. Polska zamówiła około 800 rakiet PAC-II i 200 PAC-III. Produkcja roczna wynosi obecnie około 960 rakiet, a Amerykanie zużyli ponad 800 samodzielnie na Bliskim Wschodzie. To oznacza, że nasze dostawy zostaną opóźnione. Mamy obecnie dwie baterie Patriot, które osiągnęły wstępną gotowość – są w stanie osłonić co najwyżej obiektową ochronę najważniejszych obszarów, ale nie potencjał obronny całego państwa. W przyszłym roku mieliśmy osiągnąć kolejne baterie, a do 2027 roku – sześć baterii i zdolność do obrony powietrznej kraju. Teraz te terminy są zagrożone.
„Amerykanie zużyli na Bliskim Wschodzie roczną produkcję rakiet PAC-III – blisko 900 sztuk. Tym samym załamał się harmonogram dostaw także dla Polski.”
Europa nie ma własnych systemów zdolnych zastąpić Patriot. Ani systemy niemieckie, ani francuskie nie dają takiej efektywności. Jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę Stanów Zjednoczonych. To poważna słabość w kontekście zapisów amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, która mówi o „europeizacji NATO” – czyli Europejczycy mają przejąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Ale bez zdolności produkcyjnych i własnych systemów nie jesteśmy w stanie tego zrealizować.
SKB: Jak w tej układance odnajduje się Polska? Czy nasze elity rozumieją pozycję, w jakiej się znaleźliśmy? Jak powinniśmy się pozycjonować wobec USA i sojuszników?
LK: Polska nie ma innego wyboru – swoje bezpieczeństwo musi upatrywać w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Ale to nie może być sojusz bezwarunkowy. Nie możemy stać się wasalem ani narzędziem amerykańskiej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej. Mamy pieniądze, kupiliśmy dużo sprzętu, jesteśmy kluczowym państwem na wschodniej flance NATO – powinniśmy stawiać warunki i przekonywać Amerykanów do naszej strategii. Problem w tym, że my tej strategii… nie mamy.
Polska dryfuje od sześciu lat bez strategii bezpieczeństwa narodowego. W sytuacji, gdy za naszą granicą toczy się wojna, gdy na Bliskim Wschodzie mamy awanturnictwo amerykańskie, a sytuacja na Zachodnim Pacyfiku również ulega destabilizacji – brak takiego dokumentu to skandal. Nie możemy oczekiwać od sojuszników, że będą realizować nasze interesy, jeśli sami nie wiemy, czego chcemy. Potrzebujemy jasnej doktryny obronnej o charakterze ofensywnym: przenosimy obronę poprzez działania odwetowe na terytorium Rosji. Terytorium Polski nie może być obszarem wojny. Doktryna odstraszania musi być efektywna, oparta na zdolnościach, które gwarantują zachowanie żywotności i potencjału obronnego państwa.
„Polska od sześciu lat dryfuje, nie posiadając strategii bezpieczeństwa narodowego. W tej sytuacji, kiedy za naszymi granicami jest wojna, to skandal.”
Powinniśmy zabiegać o stałą obecność wojsk amerykańskich w Polsce – nie rotacyjną, ale stałą, tak jak w Niemczech czy w Korei Południowej. Amerykanie bez baz w Europie nie mają projekcji siły na Bliski Wschód. To nie jest kwestia ich sympatii do danego obszaru – to czysty interes. My musimy ten interes wykorzystać. Wypowiedź o tym, że „nie będziemy podbierać wojsk Niemcom”, uważam za niestosowną i nieprzemyślaną. Jeśli Niemcy dają zielone światło, należy z tego skorzystać. Nie wchodzimy w kolizję z Niemcami, a wręcz przeciwnie – realizujemy własny interes narodowy.
SKB: A co z obroną cywilną? Od pewnego czasu słyszymy głosy, że należy przywrócić powszechność obrony i wykorzystać potencjał emerytowanych żołnierzy, policjantów, strażaków. Jak pan to ocenia?
LK: Jesteśmy w tej dziedzinie daleko w tyle. Na moim osiedlu w Warszawie od dziesięciu lat nie słyszałem, by cokolwiek organizowano w ramach obrony cywilnej. Administracja mieszkaniowa nie ma gotowych odpowiedzi na podstawowe pytania. Jakiś początek został wykonany, ale jesteśmy daleko od tego, co powinno się wydarzyć. Tymczasem mamy ogromny, w pełni niezagospodarowany potencjał: emerytowani wojskowi, policjanci, strażacy, straż graniczna – ludzie sprawni intelektualnie, z wiedzą i doświadczeniem, którzy są chętni do zaangażowania. Niestety, przeszkodą bywa myślenie ideologiczne, sięganie po etykiety z przeszłości – „komuchy”, „służby z tamtego czasu”. To gra na rękę wyłącznie Rosji, która jest zainteresowana tym, by jak najmniej doświadczonych ludzi angażować dla dobra Rzeczypospolitej. Nie wolno tego czynić.
„Nie wolno lekceważyć potencjału emerytowanych wojskowych, policjantów, strażaków – Rosja jest zainteresowana tym, by jak najmniej tych ludzi angażować dla dobra Rzeczypospolitej.”
Obrona cywilna to fundament systemu obronnego państwa. Społeczeństwo musi być wciągnięte w zadania spójne z zadaniami sił zbrojnych. To nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale także budowania świadomości – że rodziny pozostawione w domu są zaopiekowane, że ludzie wiedzą, jak się zachować. Siły zbrojne są najbardziej predysponowanym orężem, ale cały potencjał państwa musi stanąć do obrony. To nasze prawo, obowiązek i przywilej.
Krzysztof Wołodźko: „W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową” to Biblia polskiego alt-leftu?
Dawid Kujawa: Zależy, jak zrozumiemy pojęcie alt-leftu. Nie przeszkadza mi ono, nie odcinam się od niego, ale uważam, że niesie w sobie ładunek historycznego przekłamania.
Dlaczego?
Ten termin sugeruje, że lewica społeczna jest nowym tworem, który powstał w kontrze do lewicy tożsamościowej. W dodatku wskazuje na mocne powiązania z libertariańską prawicą spod znaku alt-right. Lewica społeczna jest znacznie starszą, bliższą mi tradycją. Ale jeśli komuś wygodniej jest mówić o alt-lefcie – proszę bardzo!
Wyżej użyłem mocno chrześcijańskiego porównania, ale Tobie znacznie bliższa jest tradycja buddyjska?
W mojej książce zakodowany jest klucz biograficzny i aksjologiczny. Część pierwsza to rozdziały „Wiara”, „Nadzieja”, „Miłość”. Następnie „Wolność”, „Równość”, „Braterstwo”. W końcu „Współczucie”, „Szczodrość” i „Mądrość”. Po pierwsze – to wartości, w których dorastałem; po drugie – wartości, które sobie wybrałem, i po trzecie – wartości buddyjskie, które okazały się dla mnie ważne w dorosłym życiu.
Nie jest to jednak wyłącznie moja prywatna sprawa. Nie zdecydowałbym się na ten ruch, gdyby nie to, że wschodnie systemy metafizyczne były mocno powiązane z Nową Lewicą. To lata 60. XX wieku, tradycje kontrkultury. Buddyzm, przefiltrowany przez zachodnie postrzeganie, miał w tamtych czasach niebagatelny wpływ na studencką młodzież. Dziś już widać, że ten system wartości sprostytuował się jak wszystkie pozostałe.
Opisujesz guru uważności (mindfulness) jako agentów najbardziej egoistycznego kapitalizmu.
To po części postaci cyniczne, które doskonale zdają sobie sprawę, jak upraszczają wielowiekową tradycję buddyjskich praktyk duchowych. Na kartach „W myśl praw geometrii” starałem się pokazać całkowitą niekompatybilność poważnie traktowanej duchowości buddyzmu z logiką rynkową. Wprzęgnięte w ład korporacyjny wschodnie ćwiczenia duchowe okazują się szkodliwe – potęgują egoizm i narcyzm ludzi, którzy tworzą globalne kartele. Albo – oderwane od wspólnotowego i religijnego kontekstu – sprowadzają tarapaty na medytujących.
W myśl praw geometrii” starałem się pokazać całkowitą niekompatybilność poważnie traktowanej duchowości buddyzmu z logiką rynkową
Z mozołem budowałeś strukturę książki czy była to iluminacja?
[śmiech] W punkcie wyjścia chciałem po prostu napisać książkę o wartościach, o tym, co dzieje się z nimi we współczesnym, skrajnie utowarowionym świecie. Porządek trzech aksjologicznych triad niejako sam ułożył mi się w głowie.
Ostatecznie napisałeś książkę, która pewnie wejdzie do kanonu lewicy społecznej.
Nie myślałem o tym w ten sposób, dziękuję za miłe słowa. Dla mnie to raczej pamflet, broszurka, która jest skokiem w bok, bo dotąd nie zajmowałem się analizowaniem polityki. Napisałem wcześniej dwie książki o poezji, czyli rzeczy dla niszowej publiki. Nie ukrywam jednak, że sprawy społeczne i kwestia tego, co sztuka współczesna jest nam w stanie powiedzieć o świecie, to dla mnie ważne rzeczy.
Nie miałem ambicji napisania książki kanonicznej. Jest ona raczej podsumowaniem tego, co od dawna wisi w powietrzu, o czym mówi się za kulisami lewicowych debat ideowo-politycznych. Chciałem też sprawdzić, czy duże wydawnictwo głównego nurtu, związane z liberalną inteligencją, odważy się taką książkę opublikować [„W myśl praw geometrii” ukazała się nakładem Wydawnictwa Filtry – red.].
Mówisz o swojej książce jako o pamflecie, ale myślę, że nie została przeoczona z ważniejszego względu: starasz się przewartościować myślenie i działanie współczesnej lewicy.
Cieszy mnie, że nie została przemilczana. Negatywne głosy były dla mnie do przewidzenia, nie reaguję na nie irytacją. Przeciwnie, okazały się potwierdzeniem pewnych tez o kondycji współczesnej lewicy. Istotny jest dla mnie język, którym krytykuje się tę książkę.
Negatywne głosy były dla mnie do przewidzenia, nie reaguję na nie irytacją. Przeciwnie, okazały się potwierdzeniem pewnych tez o kondycji współczesnej lewicy
Czyli?
To język kultury terapeutycznej, o której też sporo piszę w książce. Pewne środowiska wyrażały swoje pretensje tak, jakbym rozdrapywał ich traumy, na których budują swoją lewicową tożsamość.
Lewica w Twoim ujęciu nie jest wrogiem publicznym numer jeden. Po pierwsze – proponujesz raczej powrót na ścieżkę społeczną; po drugie – wprost mówisz, że Sauronem jest kapitalizm.
Zarzucano mi, że całe zło współczesnego świata wiążę z lewicą i jej woke’istowskimi tendencjami. Nie sądzę, żeby tak było. Kluczem do książki jest zrozumienie radykalnych przeobrażeń współczesnego kapitalizmu. To są oczywiste punkty historyczne: kryzys naftowy w latach 70. XX wieku, podkopywanie znaczenia związków zawodowych na świecie, wyprowadzenie dużej części przemysłu z krajów zachodnich do Azji, wzrost znaczenia rynku usług i spekulacyjny charakter globalnej gospodarki. Na tym materialnym fundamencie wykuwały się nowolewicowe ideologie. I to one w naszych czasach stały się nadbudową dla radykalnie transformującej kapitalistycznej bazy. Dla lewicy to wstydliwa sprawa – przeoczyła moment, gdy jej własne radykalne postulaty stały się w pełni kompatybilne z późnym kapitalizmem.
Określeń na współczesny kapitalizm mamy co niemiara.
Bo oblicze kapitalizmu jest proteuszowe. Mnie w dużej mierze interesuje to, co nazywamy kapitalizmem komunikacyjnym, opartym na coraz szybszym i wielokanałowym przepływie informacji. Istnieją teorie, zgodnie z którymi język jest dziś kapitałem stałym, na którym nieustannie bogacą się właściciele cyfrowych gigantów. Lewica jest w to mocno uwikłana, produkując z sekciarskim zacięciem coraz bardziej zatomizowane dyskursy, skupiające się na rozszczepionych na czworo racjach.
Nowa nauka scholastyki: ile diabłów zmieści się na końcu lewicowej szpilki?
To samonapędzający się proces, oparty na ogół na negatywnych emocjach, którego beneficjentami są właściciele fabryk scrollowania. Kliknięcia, wyświetlenia, inby – to jest parawan, zza którego nie widać świata produkcji materialnej. Sieć cyfrowa przenika się z interesami kapitału i polityków. Ale nie tylko język jest tu istotny, ważne są też interesy policjantów i policjantek naszych myśli. Dyskurs lewicy to hierarchiczne, nieustanne dyscyplinowanie ludzi za to, jak się wypowiadają. Dla sporej części lewicy jest to dziś ważniejsze niż równość społeczna, równość w dostępie do dóbr materialnych i kulturowych, sprawy reprodukcji klas niższych.
Dyskurs lewicy to hierarchiczne, nieustanne dyscyplinowanie ludzi za to, jak się wypowiadają. Dla sporej części lewicy jest to dziś ważniejsze niż równość społeczna, równość w dostępie do dóbr
W swojej książce mówisz, że dzisiaj lewica próbuje negocjować z kapitalistami, oburzając się w Internecie. Niegdyś urządzała strajki ostrzegawcze i generalne. A luddyści niszczyli machiny. W skrajnych przypadkach wybuchały rewolucje.
Lewica tożsamościowa w odpowiedzi zarzuci nam klasowy redukcjonizm: sprowadzanie wszystkich problemów społecznych do relacji między kapitałem a pracą. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że w ujęciu tożsamościowym pracownik i pracownica najemni, robotnik czy inteligent, stają się jedną z wielu propozycji do wyboru w szerokim katalogu identyfikacji, jakie lewicowiec może wesprzeć. Taka lewicowość oznacza kult ofiar, znika w niej poczucie sprawczości w sporze z kapitalistami. A siła robocza zawsze była lewarem realnych społecznych zmian: robotnicy mogli odmówić pracy, więc socjalistów interesowała ich siła, a nie ich słabość w systemie. Tożsamościowe priorytety rozbrajają tego rodzaju strategię, wytrącają lewicy karty z rąk, czynią z niej jeszcze jedną platformę, ciągniętą przez kapitalistyczną lokomotywę w mało równościowym kierunku.
Był taki moment, jego symbolem jest marzec 2016 roku, gdy debiutująca w polityce partia Razem pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów próbowała scalić w jedno postulaty społeczno-gospodarcze i tożsamościowe.
Byłem członkiem Razem od 2015 roku i sporo czasu poświęciłem zbiórce podpisów, która umożliwiła komitetowi pierwszy start w wyborach parlamentarnych. Pamiętam, że większość energii i emocji poświęcaliśmy wówczas sprawom społecznym, choćby narastającemu uśmieciowieniu pracy. Tyle że szybko zaczął się zmieniać aktyw, a wraz z nim agenda partii. Wystąpiłem z Razem na początku roku 2018.
Dziś ugrupowanie Adriana Zandberga znów próbuje sięgać do swojej pierwotnej formuły. Pytanie, na ile to dzisiaj wiarygodne dla socjalnego elektoratu, który szczególnie po 500 Plus ugruntował swoje polityczne sympatie i antypatie.
Patrzę z pewną sympatią na prosocjalną próbę odświeżenia formuły Razem, ale trudno mi temu zaufać. Za tym już nie stoi nadzieja, że inna polityka jest możliwa, a raczej doraźna strategia wyborcza przed 2027 rokiem. Nie podchodzę też ze zbytnim entuzjazmem do wieści, że w okolicach wyborów prezydenckich, w trakcie udanej kampanii Zandberga, mnóstwo ludzi zapisało się do Razem.
Skąd sceptycyzm?
Wiem, co się dzieje w tej partii, gdy ludzie masowo się do niej zapisują. Szybko się okazuje, że trudno pogodzić interesy mnóstwa skupionych na sobie jednostek, które myślą, że ich najbardziej ekscentryczne przekonania to najlepszy pomysł na partyjną agendę.
Amerykańska lewicowa publicystka Amber A’Lee Frost analizowała skutki gwałtownego wzrostu popularności Berniego Sandersa w czasie kampanii prezydenckiej dekadę temu. Dużo ludzi zapisało się wtedy do Demokratycznych Socjalistów Ameryki. Frost miała z tym problem, bo widziała, że socjalizm stał się sexy. Nikomu nie chciało się ciężko pracować w kampanii, nikt nie chciał wykonywać żmudnej roboty. Cieszyli się hajpem, współuczestnictwem w czymś, co dawało w tamtym momencie frajdę, poczucie misji i uznanie środowiska. Jej konkluzja była prosta: jeśli twoje zaangażowanie polityczne jest sexy, to powinieneś się zastanowić, o co ci w nim chodzi. Bo może bardziej zależy ci na dopaminie niż na walce klas.
Wracając do Razem – dużo o partii powiedziało mi wyrzucenie Pauliny Matysiak, najzdolniejszej i najbardziej pracowitej posłanki, która (tak zapewne widział to zarząd) budowała zbyt szeroki front, żeby być akceptowaną w swoim środowisku.
Dużo o partii Razem powiedziało mi wyrzucenie Pauliny Matysiak, najzdolniejszej i najbardziej pracowitej posłanki, która budowała zbyt szeroki front, żeby być akceptowaną w swoim środowisku
Dawno temu w taniej księgarni na Grodzkiej w Krakowie znalazłem książkę pod frapującym tytułem „Bunt elit”. Christopher Lasch pisał: „W świecie, w którym nie ma wartości poza wartościami rynkowymi, jednostki nie mogą się nauczyć mówić własnym głosem, nie wspominając już o rozumnym pojmowaniu swego szczęścia i pomyślności”. Ty również czytałeś Lascha. I przedstawiasz go jako jednego z patronów swojej książki. Pozwolę sobie na publicystyczny skrót: proponujesz lewicowy konserwatyzm?
Jako marksista uważam normy etyczne za coś historycznie wytworzonego, a nie za transcendentną zasadę. Kiepski zatem ze mnie konserwatysta [śmiech]. Widzę jednak konserwatywne normy jako konieczne do funkcjonowania wspólnoty, uważam, że w każdym aspekcie życia społecznego istotny jest zdrowy konserwatywny odruch.
Drobna analogia, która dobrze to obrazuje: rozmawiałem niedawno ze znajomym o naszych szczenięcych latach, kiedy mieliśmy punkową kapelę. Zadawaliśmy się ze starszymi od nas weteranami sceny. Pamiętam, że istniały ściśle określone reguły, na ile eksperymentów może pozwolić sobie zespół punkowy. Zbyt chwytliwe melodie, które miały potencjał komercyjny, zawsze wywoływały naturalny odruch dezaprobaty. Mówimy o otwartej, egalitarnej i kontrkulturowej grupie, ale to był przecież jej zdrowy konserwatywny odruch: zabezpieczenie pewnego obyczaju, który chronił przed logiką towarową.
Czegoś takiego brakuje dziś lewicy. Jest niemal kompletnie ślepa na kult postępu, który sprzyja kapitalizowaniu każdego aspektu życia. Dobrym przykładem są chociażby aplikacje randkowe, które nie sprzyjają wcale powstawaniu relacji, ale są gigantycznym narzędziem zysków. I algorytmizują najbardziej intymną przestrzeń naszego życia. Jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której socjaliści i konserwatyści diagnozują to zjawisko bardzo podobnie. A w każdym razie proponują wspólne rozwiązania.
Choć dodam, że to akurat zagadnienie jest już nieźle zdiagnozowane także w Polsce. W mainstreamowej „Gazecie Wyborczej” zwykle opisują je redaktorki.
Dominika Tworek publikuje między innymi w „GW” naprawdę ciekawe rzeczy dotyczące spraw społecznych.
Wróćmy do Twojej książki i nawiązań do Lascha. Konserwatywne odniesienia to jedno, ale mam wrażenie, że choć odwołujesz się do Marksa, Twoja argumentacja bliższa jest przedmarksowskiej utopijnej lewicy. Aksjologię budują odwołania do chrześcijaństwa i buddyzmu, a nie materializm dialektyczny. Wychodzi z Ciebie dusza poety?
To duch przekory. Od reprezentantów lewicy społecznej, z którymi zwykle się zgadzam, często słyszałem, że woke’istowska lewica opiera się na odruchach moralnych. Postanowiłem pokazać, że to wcale nie jest moralność, lecz nibymoralność, za którą ukrywa się narcyzm i nihilistyczny egotyzm, który niszczy myślenie wspólnotowe. Powiem więcej: gdyby lewica rzeczywiście miała silne zasady etyczne, byłaby skuteczniejsza niż obecnie we wdrażaniu polityk socjalnych. Dziś przede wszystkim realizuje interesy poszczególnych aktorów sceny ideowo-politycznej.
Gdyby lewica rzeczywiście miała silne zasady etyczne, byłaby skuteczniejsza niż obecnie we wdrażaniu polityk socjalnych
Nie nazwałbym też siebie utopijnym socjalistą. W kwestiach gospodarczych staram się myśleć marksistowskimi kategoriami. Oddzielam twórczość poetycką od analiz społecznych. Nie wierzę nawet w sztukę zaangażowaną, moim zdaniem dziś nie służy ona szukaniu wspólnego dobra, lecz polityce tożsamościowej. W tych sprawach bliski jest mi Ernst Bloch, który twierdził, że dobra sztuka zawsze niesie ze sobą pierwiastek utopijny. Nie lubię literatury, która z założenia ma być egalitarna, wolałbym dążyć do umasowienia sztuki wysokiej.
Chcę się upewnić: mówimy o „marksistowskim teologu”, który głosił, że „Boga nie ma, ale będzie”?
Tak, to chyba nie jest bezpośredni cytat, ale Bloch rzeczywiście przedstawiał Boga jako zadanie dla ludzkości.
Twoja książka zaczyna się od opowieści o Saulu Williamsie i jego antykapitalistycznym protest songu, wykorzystanym później w reklamie Nike. Zauważasz, że bunt nie tylko dobrze się sprzedaje, istotniejsze jest to, że logika towarowa i wartości wymienne przeniknęły do sfer życia pozornie od nich wolnych.
Znam to z własnego, skromniejszego podwórka. Widzę, że gremia literackie premiują tematy, które wprost służą do greenwashingu, pinkwashingu, czy wręcz leftwashingu. Nic nie kosztuje nagrodzenie utworu, który jest radykalną krytyką współczesnego kapitalizmu. Przeciwnie, to uwiarygadnia gremia, które w coraz większym stopniu rządzą się przede wszystkim logiką tabelek Excela. Przy czym nie sądzę, żeby jurorzy korzystali z Excela, ale to jeszcze gorzej, bo najwyraźniej mają go w sobie zinternalizowanego [śmiech].
To doprowadziło mnie do eskapistycznego myślenia o sztuce. Sztuka, którą trudniej uchwycić w etykiety, która trudniej się tematyzuje i dyskursywizuje, jest bardziej odporna. Bo nie da się jej tak łatwo nagrodzić za podejmowanie słusznych tematów. Jest w tym pewnie jakiś elitaryzm i konserwatyzm, ale dla mnie to próba ocalenia sztuki przed rynkiem. A mnie po prostu zależy na literaturze.
Postawię się w roli adwokata diabła: artystyczny Olimp za swoje protest songi dostaje bajońskie kwoty. Gdy jednak jesteś twórcą z kraju o marnym socjalu dla artystów, do ucha szepczą ci nie tylko muzy, ale i grantodawcy. To samonapędzający się mechanizm: poglądy – pieniądze – poglądy – pieniądze…
Z logiki grantowo-rynkowej trudno się wyrwać, dlatego nie kieruję oskarżeń pod adresem artystów. Chodzi mi raczej o tryby, w które wpadli nie tylko lewicowi czy lewicujący twórcy. Jestem bardziej krytyczny wobec tych, którzy stawiają na piedestałach i strącają z nich sezonowych idoli.
Co więcej, uważam, że rzadko gesty artystyczne są cyniczne, na tym polega dramat sytuacji: sztuka pewnie płynie z potrzeby serca, ale i tak zostanie zmonetyzowana i zinstrumentalizowana, bo w tym systemie twórczość szybko wymyka się twórcom z rąk.
Na tym polega dramat sytuacji: sztuka pewnie płynie z potrzeby serca, ale i tak zostanie zmonetyzowana i zinstrumentalizowana, bo w tym systemie twórczość szybko wymyka się twórcom z rąk
Lewica ma swoje pomysły na szczęście ludzkości. Dzisiaj nieco inne niż przed stuleciem. Ale problem jest podobny: klasa robotnicza czy klasa ludowa być może nie wie, co ją tak naprawdę uszczęśliwi. W 1840 roku pewien francuski pisarz w jednym ze swoich tekstów stawiał pytanie: „A co, jeśli ludzkość nie zechce komunizmu?”. I sam sobie odpowiadał: „A jeśli pensjonariusze zakładu obłąkanych nie zechcą brać kąpieli?” (cytuję za „Głównymi nurtami marksizmu” Leszka Kołakowskiego). Ty również zarzucasz lewicy paternalizm. To paternalizm w innych szatach, bo nie mamy już szacownych broszur, ale wojnę prawie wszystkich z prawie wszystkimi w social mediach. Ale obłąkanym, którego trzeba leczyć, może okazać się każdy…
To problem tak zwanej fałszywej świadomości. Sięgnąłeś do XIX-wiecznych autorów, ale w XX wieku podobne pytanie stawiała sobie szkoła frankfurcka: „Dlaczego nie wybucha rewolucja pomimo sprzyjających warunków społecznych?”. Odpowiedzią była właśnie fałszywa świadomość klasy robotniczej. Mam poczucie, że to temat wciąż nieprzepracowany. I sam nie potrafię go do końca rozwikłać, ale mam do niego zupełnie inne podejście niż to zarysowane powyżej.
Co sprawia ci kłopot?
Trudno mi uwierzyć, że ludzie głosują wbrew własnym interesom. Możemy oskarżać – na przykład – wyborców prawicy, że kierują się niezrozumiałą sympatią do Donalda Trumpa albo że nie widzą ultraliberalnych zagrożeń związanych z alt-rightem. Tyle że antypodatkowa agenda kusi ludzi wizją trzystu złotych więcej w portfelu. To nie jest mało dla osób, które mają do utrzymania rodzinę i pod koniec miesiąca nerwowo patrzą na stan konta, bo dostają na rękę trzy lub cztery tysiące złotych. W sytuacji, gdy liberałowie i lewica tak naprawdę nie są w tych sprawach żadną alternatywą, bo nie spełniają swoich obietnic…
…Jak widzimy to dzisiaj…
…to nic nie da lewicowa gadanina o fałszywej świadomości wyborców.
To dotyczy również innych spraw, nie tylko logiki wyborczej: ludzie nie chcą tworzyć związków zawodowych ani się do nich zapisywać nie dlatego, że nie wiedzą o takiej możliwości albo o płynących z tego korzyściach. Po prostu świetnie zdają sobie sprawę, że groziłoby im za to zwolnienie. A wsparcie państwa w takiej sprawie byłoby żadne. Polacy i Polki są zachowawczy w kwestii uzwiązkowienia, bo demokracja pracownicza została kompletnie niemal zaorana u początków transformacji. Jeśli masz ciężarną partnerkę albo dziecko z niepełnosprawnością, albo kredyt na mieszkanie na dekady, nie będziesz się wychylać, bo lepsza jakakolwiek praca niż żadna. Trudno potępiać tych, którzy nie chcą podejmować ryzyka ze strachu.
Jeśli masz ciężarną partnerkę albo dziecko z niepełnosprawnością, albo kredyt na mieszkanie na dekady, nie będziesz się wychylać, bo lepsza jakakolwiek praca niż żadna
Nader pouczające jest przyglądanie się symbiozie lewicowych organizacji pozarządowych i liberalnego rządu.
No właśnie, zastanawiam się, kto faktycznie kieruje się fałszywą świadomością: ludzie z klasy ludowej doskonale wiedzą, jaka jest cena za odruch buntu. Lewicowa krytyka elektoratu socjalnego często wynika z błędnego, zbyt statycznego rozpoznania uwarunkowań materialnych. Nie jest przecież tak, że ludzie nie chcą poprawić swojego statusu. Robią to, ale poza logiką, którą proponuje im lewica.
Ktoś nam zarzuci, że w manierze typowej dla alf-leftu przeciwstawiamy dobry lud złym elitom.
Interesują mnie uwarunkowania systemowe, które widać gołym okiem. Dla lewicującego studenta zaangażowanie polityczne to dziś przede wszystkim pikieta pod tą lub inną ambasadą. Nie wiąże się to z żadnym większym ryzykiem, to raczej wydarzenie premiowane środowiskową aprobatą. Po takim proteście, nawet gdy sobie głośno pokrzyczysz, w głowie nie kotłują się pytania: „Czy będę miał się z czego utrzymać? Jak przeżyję ten miesiąc?”.
Czerwiec 2020 roku, „Gazeta Wyborcza”: „Na placu Wolności w Poznaniu zbiera się kilkaset osób – przeważają młodzi, wielu ubranych na czarno. Trzymają czarne flagi i transparenty: »Policyjna odznaka nie jest pozwoleniem na zabijanie«, »Dość przemocy i nadużyciom władzy. Rasizm, faszyzm – stop«. Ale dominuje jedno hasło: »Black lives matter« (»Czarne życie ma znaczenie«). To hasło aktywistów walczących z przemocą i rasizmem wobec czarnoskórych”. Gdy sześć lat temu czytałem ten artykuł, myślałem: jaka szkoda, że po zabiciu Jolanty Brzeskiej panowała głucha cisza. Trzeba było lat, zanim temat mafijnej reprywatyzacji zaczął budzić duże społeczne emocje, a młode stołeczne słoiki przestały się czepiać starych lokatorów, że chcą sobie „po taniości” żyć w kamienicach w centrum. Na tym nie koniec: często widać jak szybko, łatwo i chętnie duże ośrodki opinii sterują moralnymi odruchami, gdy mają w tym interes.
Istnieje niepisana zasada, że im dalej od nas dzieją się problemy społeczne domagające się krytyki systemu, tym łatwiej się zaangażować w protest. Tak funkcjonuje współczesny kapitalizm: moralne oburzenie jest akceptowalne, jeśli nie narusza lokalnego status quo. Możesz się złościć na niski wyrok dla adwokata od „trumny na kółkach”, ale nie licz na większy ferment. Reporterzy z kamerami nie będą dzwonić, o której z kolegami planujecie kłaść się w tej sprawie na ulicy.
Istnieje niepisana zasada, że im dalej od nas dzieją się problemy społeczne domagające się krytyki systemu, tym łatwiej się zaangażować w protest. Tak funkcjonuje współczesny kapitalizm
A wiemy skądinąd, że dzwonią, gdy trzeba.
Happening, za który nikt nas nie ukarze wywaleniem z pracy, jest bezpieczniejszy niż próba postawienia się pracodawcy. Wszyscy kalkulujemy, jakiego rodzaju bunt nam się opłaca, z tym że niektórzy mają większą skłonność do zarządzania cudzym ryzykiem – a niezgodę na to nazywają później fałszywą świadomością…
W książce opisujesz jeszcze jedno zjawisko – szukaniu wroga na lewicy towarzyszy narastająca wsobność opinii: „Mamy do czynienia z tysiącami mikropodmiotów, które wciąż wydają na świat swoje podgrupy i sekty oraz podejmują wyłącznie dyskursywne działania we własnym interesie”. Każdy cierpi na fałszywą świadomość – poza mną i tymi, którzy lajkują moje posty…
To zjawisko ciekawie analizuje amerykański artysta Joshua Citarella, przyglądając się fenomenowi Politigramu, który służy nieustannej memicznej indywidualizacji i polaryzacji. W świecie social mediów możesz wybrać dowolną, nawet najbardziej zatomizowaną tożsamość, która dosłownie o ideowe milimetry będzie cię odróżniać od całej reszty. To są polityczne tożsamości radykalne i wykluczające. W ten sposób nie budujemy uniwersalnych platform – szukamy emocjonującej i emocjonalnej odrębności.
Citarella pokazuje, że dotyczy to przede wszystkim nastolatków, którym umiejscowienie na Politigramie zastąpiło uczestnictwo w subkulturach. Ale najbardziej intryguje go fakt, że najważniejsi politycy potrafią dyskutować lub retwittować wypowiedzi nastoletnich, wsobnych radykałów, legitymizując zarówno ich wypowiedzi, jak i cały nurt. To ma daleko idące konsekwencje: dynamika skrajnie indywidualistycznych postawi i opinii, umasowiona do sześcianu za pomocą współczesnych technologii, prowadzi do zerwania wszelkich konsensusów społecznych i kulturowych. Pod wpływem skrajnych opinii możemy zrewidować wszelkie kanony. Często to działania ahistoryczne, bo nastoletni, wsobni radykałowie żądają stosowania standardów, które uważają za słuszne, wobec politycznych zasad, kulturowych norm, filozoficznych i estetycznych kanonów sprzed stuleci.
Dynamika skrajnie indywidualistycznych postawi i opinii, umasowiona do sześcianu za pomocą współczesnych technologii, prowadzi do zerwania wszelkich konsensusów społecznych i kulturowych
Kilka lat temu Katarzyna Czeczot i Michał Pospiszyl wydali „Romantyczny antykapitalizm”, antologię rodzimych i zagranicznych krytyków wczesnego kapitalizmu. Wyimki z Twojej książki mogłyby się znaleźć w drugiej części tej pracy, gdyby się ukazała, bo często i w różnych pozytywnych kontekstach odwołujesz się do przyrody i ekologii jako motywów lewicowych postaw. Pokazujesz naturę jako przestrzeń, która chroni przed presją cyfrowego kapitalizmu. Zastanawiam się, na ile wpisuje się to w logikę konserwatywnej lewicowości.
Z jednej strony romantyczny antykapitalizm to pojęcie problematyczne. György Lukács wiązał je z narodzinami nazizmu, konserwatywnym odwrotem od progresywistycznej, przemysłowej cywilizacji, z nostalgią za przeszłością, strachem przed wykorzenieniem. Romantyczny antykapitalizm przeciwstawiał się postępowi jako rozwojowi kapitalistycznych sił wytwórczych.
Z drugiej strony romantycy rzeczywiście bronili niemierzalnego bogactwa świata przed przemysłową cywilizacją. I takie ujęcie romantycznego antykapitalizmu jest mi bliskie. Dlatego już na początku książki określam się jako nieortodoksyjny marksista. Uważam, że natury, podobnie jak miłości i wszelkich międzyludzkich relacji, trzeba bronić przed parametryzacją, eksploatacją i wyceną. Trzeba bronić tego, co zostało ze świata sprzed zaprojektowania go – jak napisał William Wordsworth – „w myśl praw geometrii”.
Lewica to zagubiła?
Uwiera mnie prymitywny lewicowy akceleracjonizm, związany z przekonaniem, że technologie rozwijane w ramach współczesnych stosunków produkcji można po prostu przejąć i wykorzystać do własnych celów społecznych i politycznych. Technologia nie jest neutralna, w jej architekturę wpisane są określone wartości polityczne. Nie jestem doktrynerem, nie wzywam do porzucenia cyfrowych narzędzi, które mogą odgrywać niebagatelną rolę w zarządzaniu publicznym transportem czy opieką medyczną. Ale przestrzegam przed technooptymizmem.
A co z przyrodą? Mówimy o bezinteresownym pięknie natury, ale ekologia jest narzędziem polityki.
Ważną postacią jest dla mnie Paul Kingsnorth, autor „Wyznań otrzeźwiałego ekologa”, który uważa, że ruch ekologiczny zniszczyło to, z czym niegdyś chciał walczyć. Ekologia stała się domeną bogatych facetów w garniturach, którzy zrobili na niej dobry biznes.
Ekologia stała się domeną bogatych facetów w garniturach, którzy zrobili na niej dobry biznes
Zacytujmy angielskiego pisarza: „Współczesny ekologizm padł ofiarą kultu użyteczności, podobnie zresztą jak każda inna sfera naszego życia, od nauki po oświatę”.
Zielona polityka została zaprojektowana tak, żeby nie naruszyć interesów ludzi z Davos. Koszty walki o przyrodę, klimat i naszą przyszłość zostały przerzucone na plecy najuboższych. Doskonale to widać po Europejskim Systemie Handlu Emisjami (ETS): urynkowienie walki o klimat nie rozwiąże żadnych problemów, szczególnie gdy okazuje się, że to politycy koniunkturalnie decydują o tym, co jest, a co nie jest zielone. Dla poznańskiego Wydawnictwa Heterodox przełożyłem niedawno broszurkę Very Huwe i Miriam Rehm, dwóch ekonomistek, które pokazują, że najprostszy postkeynesowski model gospodarczy we współczesnych warunkach byłby o wiele bardziej „zielony” niż najbardziej nawet „zatroskane o klimat” rozwiązania neoliberalne, oparte na handlu emisjami.
W Twojej książce uderzyło mnie coś jeszcze: wyraźne pokazanie związku między przyrodą a sacrum. W Polsce to właściwie zniknęło z debaty publicznej, choć niektórzy pewnie jeszcze pamiętają franciszkański ruch ekologiczny z lat 80. Ty sięgasz do buddyjskich tradycji, do wdzięczności i szczodrości wobec świata.
W naszym świecie logika daru ściśle sprzęgła się z działalnością charytatywną. Wszystko jest częścią gigantycznych systemów transakcyjnych, do których na różne sposoby się dokładamy i przy okazji często żywimy tych, którzy spychają nas w dół społecznej drabiny. Kolorujemy i polaryzujemy swoje wybory: jeśli wrzucasz do puszki z serduszkiem, jesteś lewakiem, jeśli wrzucasz do puszki w kościele – prawakiem. Lewica też nie potrafi żyć poza tym transakcyjno-polaryzującym ładem. Więcej: sama go wzmacnia i pudruje, bo organizacje trzeciego sektora, z którymi jest związana, z reguły są elementami większej struktury, która podtrzymuje wolnorynkowy porządek.
Piszesz wprost, że lewica uległa kapitalistycznemu ukąszeniu. Polityczny pinkwashing korumpuje ideologiczny trzon Nowej Lewicy: transnarodowe korporacje są najlepszymi sponsorami parad równości.
I to już nie jest problem zza naszej zachodniej granicy. To rzecz, która bardzo mocno podzieliła środowiska lewicowe w Warszawie, gdy okazało się, że sponsorami stołecznej parady równości są korporacyjne rekiny. Mainstreamowe środowiska LGBTQ nawet się nie oburzają, że ta sama firma może robić interesy w krajach arabskich, gdzie homoseksualizm karany jest śmiercią, a w Europie w najlepsze przedstawiać się jako przyjaciel tęczowych mniejszości. Podobny wątek w książce wywołał lawinę obelg pod moim adresem.
Mainstreamowe środowiska LGBTQ nawet się nie oburzają, że ta sama firma może robić interesy w krajach arabskich, gdzie homoseksualizm karany jest śmiercią, a w Europie przedstawiać się jako przyjaciel tęczowych mniejszości
Jaki wątek?
Kilka lat temu głośna była w Polsce sprawa wyrzucenia z pracy w IKEI mężczyzny, który opublikował homofobiczny wpis na wewnętrznym forum szwedzkiej firmy. Przywołał słowa ze Starego Testamentu: „Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia ohydę. Obaj będą ukarani śmiercią; sami tę śmierć na siebie ściągnęli”. Owszem, paskudna sprawa. Ale ja nie chcę żyć w kraju, w którym prywatna firma legalnie zwalnia za jakiekolwiek poglądy lub opinie – a z tego wyciągnięto wniosek, że jestem homofobem.
A był sens bronić tego człowieka?
W połowie lat 80. w Anglii działała organizacja Lesbians and Gays Support the Miners (LGSM), która pomagała finansowo brytyjskim górnikom, prześladowanym przez rząd Margaret Thatcher. „Żelazna Dama” robiła, co chciała, bo dogadała się na polski węgiel z Wojciechem Jaruzelskim. Związkowcy początkowo wcale nie byli zadowoleni z takiego wsparcia: geje i lesbijki usłyszeli pod swoim adresem sporo nieprzyjemnych słów. Mark Ashton, założyciel LGSM, wziął to na klatę. Robotnicy w końcu to docenili i w 1985 r. walijscy górnicy przewodzili londyńskiej Paradzie Równości. Później do programu Partii Pracy wpisano walkę o prawa mniejszości seksualnych. Tak się tworzy wspólnotę.
Gdy kierowniczka krakowskiego oddziału IKEI wyrzuciła pracownika za homofobiczny wpis, lewica zawyła z radości. Nikt nie zapytał: po pierwsze, czy to nie jest zwykły pinkwashing; po drugie, czy nie należy jednak bronić człowieka wywalonego z roboty za poglądy. Jasne, to poglądy podłe, ale co jest wartością nadrzędną? I czy lewica powinna klaskać? Zostałem więc homofobem, choć w pełni popieram równość małżeńską. Uważam rodzinę za wartość i dlatego chciałbym, żeby kochające się osoby tej samej płci również mogły ją tworzyć w świetle prawa. Ale zmian legislacyjnych – na szczęście – nie wprowadza obyczajowa awangarda, tylko demokratyczna większość. A dlaczego większości miałoby zależeć na prawach mniejszości, skoro mniejszości nie troszczą się o większość?
Dlaczego większości miałoby zależeć na prawach mniejszości, skoro mniejszości nie troszczą się o większość?
To szerszy problem, mam wrażenie, że dzisiejsza lewica prawie nigdy nie wkłada tak wielkich emocji i energii w sprawy społeczne jak w kwestie tożsamościowe. Dzięki sieci dobrze widać, kiedy wskazówka „oburzometru” idzie w górę. Choć czasem pytam sam siebie, czy aby nie jestem uprzedzony.
Niestety, widzę to podobnie. Od wielu osób, które lubią przyznawać się do lewicowych poglądów, usłyszysz, że mają podobne do ciebie spojrzenie na sprawy społeczne. Ale łatwo odnotować, że polityka socjalna rzadko budzi w nich takie emocje, taki oddźwięk, jak kwestie tożsamościowe. To spory problem, bo nie dotyczy on tych ludzi lewicy, którzy zupełnie porzucili kwestie klasowe, lecz tych, którzy wciąż się do nich odwołują.
Gdy na różne sposoby zależysz od neoliberałów, będziesz tonować prosocjalne emocje.
À propos zależności: istnieje taki odłam lewicy, który specjalizuje się w śledzeniu, skąd prawicowe organizacje mają pieniądze. I zawsze chętnie o tym napisze w liberalnych mediach. Ta sama lewica jak tabu traktuje kwestie własnego finansowania. Dla pewnego grona czytelników mojej książki kontrowersyjna była nie tyle krytyka amerykańskiej lewicy tożsamościowej, bo to rzecz odległa, ile krytyczne uwagi na temat finansowej zależności lewicowych środowisk od Fundacji Batorego lub zblatowania się z Kongresem Kobiet. Krytyka Magdaleny Środy wzbudziła oczywiście niechęć Kingi Dunin. A przecież nie da się uczciwie mówić o polityce bez wskazania, kto kogo finansuje. Dotyczy to także spraw, które ja sam uważam za słuszne: mam prawo wiedzieć, kto płaci za promocję pewnych idei i dlaczego to robi.
Czas jakiś temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł „Czesi na rosyjskiej ścieżce. Ustawa o zagranicznych wpływach dzieli koalicjantów”. Może mnie uspokoisz lub napomnisz: jeśli ciekawią mnie wpływy niemieckich albo amerykańskich think-tanków na politykę, to jestem putinofilem?
[śmiech] Jeden rabin powie tak, drugi powie nie. Bo widzisz, kłopot nie tkwi w tym, że się tym interesujesz, ale w tym, komu się przyglądasz ze szczególną ciekawością. Media przyklasną, jeśli opiszesz mechanizm finansowania Conservative Political Action Conference. Wtedy okaże się, że przepływ kapitału ma swoje polityczne konsekwencje. Ale niedobrze jest mówić, że wielkie media są na pasku korporacji, a lewicowy trzeci sektor ma potężnych i równie interesownych sponsorów. Postulat finansowej czy wręcz ekonomicznej przejrzystości, jawności całego systemu traktowany jest wybiórczo właśnie przez liberałów i lewicę. To potwierdza ich zależność od dużego kapitału albo obcych partii politycznych, które realizują tylko własne cele. Dziś może wygląda to nieco inaczej, ale pamiętam czasy, gdy w dyskusjach o finansowaniu lewicowych środowisk wspomniało się o Sorosie, to odpowiedzią były pełne niesmaku spostrzeżenia, że takie komentarze to już prawicowe szurstwo.
Albo ironiczne nakładki na profilowe: „Soros is my sugar daddy”.
A przecież mówimy o faktach, a nie o teorii spiskowej.
Pochodzę z inteligenckiego domu na wielkopolskiej popegeerowskiej wsi, Ty wywodzisz się z klasy ludowej. Skrzydła czy garb?
Tak, pochodzę z robotniczej rodziny, jestem pierwszym pokoleniem urodzonym w mieście, oboje rodzice pochodzą ze wsi pod Płockiem, ich udziałem był duży awans klasowy w czasach PRL-u. Matka i ojciec przeprowadzili się z Mazowsza na Śląsk. Ojciec pracował jako górnik, matka była pielęgniarką. Moi rodzice nie należeli do związków, ale z pewną nostalgią myślę o świecie, w którym zaczynali życie zawodowe. W wieku 21 lat mój ojciec mógł przeprowadzić się na drugi koniec Polski, znaleźć pracę w kopalni, dostać mieszkanie, zabezpieczyć byt sześcioosobowej rodzinie.
W wieku 21 lat mój ojciec mógł przeprowadzić się na drugi koniec Polski, znaleźć pracę w kopalni, dostać mieszkanie, zabezpieczyć byt sześcioosobowej rodzinie
Ja miałem już świetne warunki, żeby zdobyć wyższe wykształcenie, przeżyć awans klasowy, ale świat mojej rodziny we mnie żyje. Poznałem, co to presja, żeby „przestroić się” na inny światopogląd, bardziej pasujący do nowych społecznych ról. Już na studiach, w najbardziej oczywisty dla mnie sposób, wszedłem w nowolewicowy sposób myślenia. Nadal uważam, że nowolewicowe idee, które wyrosły z kontrkulturowego buntu, wniosły do świata pewną wartość. To zresztą wzbudziło sprzeciw Remigiusza Okraski, który na łamach „Nowego Obywatela” – w życzliwej mi przecież recenzji – polemicznie odnosił się do mojego zaufania wobec tych idei. Mam sentyment do takich postaci jak choćby Bayard Rustin. Często zdarza mi się mówić, że współczesna lewica zastąpiła politykę ekspresją i zawsze wydawało mi się, że to moja teza. Ale Rustin, obserwując dynamikę lat 60. i 70., wyraził ją o wiele wcześniej, bazując na własnym doświadczeniu.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że czuję się reprezentantem klasy ludowej, znalazłem się w innym społecznym miejscu, pracuję jako programista. To zresztą sprawia, że patrzę na kwestię samozatrudnienia z innej perspektywy niż część lewicy.
O czym mówisz?
Na wrocławskiej premierze mojej książki, którą prowadziła Florentyna Gust z partii Razem, rozmawialiśmy między innymi o umowach B2B. Moja rozmówczyni podkreślała przede wszystkim to, że samozatrudnienie ma charakter przymusowy. Ale w mojej grupie zawodowej wygląda to inaczej: znam wielu programistów, którzy deklarują, że chcieliby bardziej sprawiedliwego świata i większej progresji podatkowej. Ale kiedy w sferze publicznej rozpoczęła się dyskusja o reformie Państwowej Inspekcji Pracy, niesamowicie się oburzali. Wracamy zatem do wątku ważenia korzyści i ryzyka – deklaracje nic nie kosztują, można je składać do woli, ale kiedy na stole pojawiają się rozwiązania, maski opadają.
Rzadko kto na lewicy ma ochotę naświetlać taki kontekst. Choć swego czasu Piotr Wójcik na łamach „Krytyki Politycznej” napisał wprost – przy okazji podchodów Polski 2050 dotyczących finansowania ochrony zdrowia – że choć jemu osobiście opłaca się degresywny system podatkowy, jest jego przeciwnikiem.
Nominalna lewica w Polsce to często klasa średnia i wyższa klasa średnia, a to sprawia, że jej własne interesy mocno rozjeżdżają się z tym, co należałoby popierać w ramach społeczno-gospodarczej agendy. Zarabiam nieźle, ale właśnie dlatego – w moim położeniu społecznym – lewicowość oznacza dla mnie umiejętność dojrzenia czegoś poza czubkiem własnego nosa. Chętnie dołożyłbym się w większym stopniu do społecznego dobrobytu, gdyby zamożniejsi ode mnie zrobili to samo. Innymi słowy, jeśli chcę być uczciwy wobec siebie, dziś muszę występować przeciwko własnym krótkoterminowym interesom.
Jeśli chcę być uczciwy wobec siebie, dziś muszę występować przeciwko własnym krótkoterminowym interesom
To otwarte pytanie, czy większość lewaków to ludzie z tzw. dobrych, wielkomiejskich domów. Niemała część z nich trafia z prowincji na studia do wielkich miast. I tam na dobre i złe socjalizują się do ideowopolitycznych szablonów.
Socjalizują się do „klasy specjalistyczno-menedżerskiej”, jak kiedyś ujęli to Barbara i John Ehrenreichowie. Dla nich to nie tyle kwestia statusu, ile raczej aspiracji do statusu.
Błażej Pascal mówił, że nawet jeśli ktoś wątpi, powinien słuchać mszy. I z czasem uwierzy. Przełóżmy to na współczesne pojęcia: naśladuj język hegemonicznego dyskursu, a w końcu zaczniesz myśleć jak elity.
Młodzież trafia na uczelnie, do korporacji i do trzeciego sektora z mniejszych miejscowości. Często obiema nogami siedzi w klasie ludowej albo niższej klasie średniej. Ale aspiruje do kręgów, które nadają ton debacie – mocno uzależniającej lewicowy ogląd spraw od liberalnych interesów. Jeśli chcesz się odnaleźć w środowiskach akademickich, nie tylko jako partner do rozmowy, ale też jako przyszły pracownik lub pracownica, musisz nauczyć się etykiety. To dotyczy również światopoglądu.
Niemal dwie dekady temu „Krytyka Polityczna” wydała „Co z tym Kansas” Franka Thomasa, rzecz traktowano jako objawienie. Opowieść o tym, jak Demokraci zdradzili amerykańską klasę robotniczą, nieźle się wówczas czytała nie tylko na lewicy. Twoja książka pod pewnymi względami jest do niej podobna, ale część goszystów uznała ją za afront. I to lewica, którą trudno – biograficznie – nazwać postkomunistyczną.
Powtórzę: przez lata polskiej lewicy znacznie łatwiej rozmawiało się o tym, co się dzieje z Pasem Rdzy albo jak południowoamerykańskie reżimy pod bronią strzegą korporacyjnych interesów. Ale wystarczy spojrzeć, jak wyglądała lewicowa debata o 500 Plus i socjalnym elektoracie. Było w tym pełno protekcjonalizmu, każdy argument za programem obwarowywano mnóstwem zastrzeżeń, to samo dotyczyło wolnych niedziel. A dzisiaj jest już jasne, że największą rewolucję socjalną po transformacji w Polsce przeprowadziło Prawo i Sprawiedliwość.
Dzisiaj jest już jasne, że największą rewolucję socjalną po transformacji w Polsce przeprowadziło Prawo i Sprawiedliwość
A przy okazji: który jesteś rocznik?
1989 rok.
Pytam o to, bo zaciekawiło mnie, że w twojej książce „Solidarność” pojawia się właściwie tylko jako napomknięcie. Zastanawiałem się, czy wynika to z faktu, że w III RP drogi lewicy i tego związku mocno się rozjechały.
Spotkałem w swoim życiu porządnych, dobrych związkowców, którzy na szczęście poukładali mi pewne rzeczy w głowie. Ruch związkowy ma wciąż znaczenie, duże zasługi mają mniejsze związki zawodowe, często z wielkim trudem organizujące się w prywatnych firmach, ale solidarnościowy etos to nie jest opowieść ważna dla tej lewicy, która rządzi dyskursem i debatuje o kolejnych teoriach świadomości klasowej. A mnie interesowała w książce przede wszystkim ta lewica – jako zjawisko społeczne.
Na boku zostawiłeś też opowieść o postkomunizmie.
Być może powinno być tego więcej. W ogóle polskie konteksty mocno przenikają się u mnie z zachodnimi. I miałem nawet do siebie pretensje za brak głębszego historycznego tła. Ale uznałem, że warto pokazać to, co kształtuje się dziś na Zachodzie, bo pewnie prędzej czy później trafi to do nas. Spójrzmy choćby na studia podyplomowe z aktywizmu na amerykańskich uczelniach – nie dotarło to do nas jeszcze na taką skalę, ale znamy przecież sposób funkcjonowania polskiej lewicy, rozmawialiśmy już o tym, skąd płyną do niej pieniądze. Takie wątki traktuję zatem jak ostrzeżenie. Rewolucyjny aktywizm okazał się dobrym biznesem na styku świata polityki, akademii i trzeciego sektora – w końcu ktoś to u nas zwęszy.
To nie tylko kwestia monetyzacji, ale i usieciowienia lewicy. W Polsce na przykład w systemie grantów.
Dlatego krzywię się, gdy ktoś mówi, że głównonurtowa lewica wyrosła już z woke. Być może najostrzejsze formy dyscyplinowania ludzi w imię tej doktryny mamy już za sobą. Ale spójrzmy na uniwersytety. Daleko mi do moralnej paniki konserwatystów, nie trafiają do mnie argumenty o tym, że gender studies „zagraża naszym dzieciom”. Ale takie kierunki studiów są przecież głęboko zakorzenione w strukturach konkretnych grup interesu. Akademicy będą bronili się pazurami przed jakąkolwiek zmianą paradygmatu na lewicy, bo to zagrażałoby ich pozycji i realnym interesom ekonomicznym. Teoria feministyczna wykładana na uczelniach obiecuje emancypację tam, gdzie emancypacji nie ma – jest tylko awans klasowy, wspinanie się po drabinie społecznej. Znam kilka porządnych marksistek, które zajmują się społeczną teorią reprodukcji, ale jest ich garstka. Gdyby wykładowczynie gender studies przyznały, że rzeczywista emancypacja jest w polityce klasowej, ich specjalizacje straciłyby rację bytu.
Akademicy będą bronili się pazurami przed jakąkolwiek zmianą paradygmatu na lewicy, bo to zagrażałoby ich pozycji i realnym interesom ekonomicznym
Tak reprodukuje się system: profesury, habilitacje, doktoraty, magisterki. Niewiele pozostaje przestrzeni dla kwestii socjalnych, które przecież determinują życie milionów kobiet z niższych warstw. A to bardzo mocno przenika się z polityką, prawodawstwem i gospodarką: liberalny Kongres Kobiet naprawdę nie jest dla sprzątaczek.
Usłyszysz odpowiedź, że halo, halo, mamy przecież Socjalny Kongres Kobiet w Poznaniu, animowany przez ludzi z Inicjatywy Pracowniczej. I to będzie rzeczowa riposta.
Tak, ale w najbardziej gorących debatach tożsamościowych albo w sporach politycznych, które decydują o tym, na kogo zagłosujesz w wyborach, to niemal kompletnie znika. Możesz w mniej zobowiązującej dyskusji przyznać, że socjalfeminizm jest ważny, ale spróbuj dzień przed wyborami powiedzieć, że liberałowie i tak oszukają lewicę! [śmiech]
Czasem to są mocne obrazy: Marta Lempart zrugana pod siedzibą PiS przez sprzątaczkę, gdy rozlewała czerwoną farbę. Socjalny elektorat, nawet jeśli popierał Czarny Protest, miał powody do nieufności. I nic dziwnego, że ostatecznie cała para poszła w gwizdek – liberałowie zagospodarowali ten ruch tak, jak im się to opłacało. Tak będzie zawsze, jeśli kwestie klasowe pozostaną dla lewicy tylko kwiatkiem do kożucha. Będzie nieustannie oszukiwana przez swojego największego sojusznika, który żyje w doskonałej symbiozie z biznesem.
Z jednej strony mamy książki takie jak „Wszyscy skazańcy rozstrzelani. PPS wobec stalinowskiego terroru w latach 1936–1938” Ewy Pejaś, z drugiej „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia” Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz. Ty więcej mówisz o relacjach lewicy z wielkimi religijnymi tradycjami niźli o kwestiach lewicy niepodległościowej czy samoświadomości komunistów. To strategia czy przeoczenie?
Nie chciałem się wikłać w wątki, które rozsadziłyby formułę książki, a poza tym zwyczajnie nie znam się na historii patriotycznej lewicy. Współczesny kontekst tego zagadnienia zajmuje mnie bardziej. Spójrzmy na Centralny Port Komunikacyjny: PiS-owski projekt znalazł przecież tylu obrońców, gdy obecny rząd próbował go zaorać w 2024 roku, bo dotyczył nie tylko modernizacji, ale i polskich ambicji. Stał się istotną częścią opowieści o tym, kim jesteśmy w Europie i czego chcemy. Logika, wedle której „lotnisko mamy w Berlinie”, okazała się problemem dla liberalnych elit.
Skoro jesteśmy przy CPK, to wraca postać posłanki Pauliny Matysiak. Dawno temu na lewicy przerzucano się oskarżeniami o socjalszowinizm. Pasuje jak ulał.
[śmiech] Lewica na różne sposoby broni swojej ideowej czystości, choć liczne sojusze z liberałami każą powątpiewać w czystość intencji. Lewica dyscyplinuje: a to za brak feminatywów, a to za współpracę z politykami prawicowymi. Dobrze by było, gdyby uważniej przyjrzała się własnym konszachtom z ludźmi, którzy reprezentują interesy kapitalistów.
Lewica dyscyplinuje: a to za brak feminatywów, a to za współpracę z politykami prawicowymi. Dobrze by było, gdyby uważniej przyjrzała się własnym konszachtom z ludźmi, którzy reprezentują interesy kapitalistów
Napiszesz kolejną książkę?
Pewnie tak, ale nie wykluczam, że będzie to powrót do mojej poetyckiej niszy. Z usposobienia jestem piwniczakiem [śmiech]. Mam też kilka pomysłów na esej podobny w formie do „W myśl praw geometrii” – czas pokaże.
autorka zdjęcia na miniaturce Laura Janoszek
Zapisz się na listę mailingową i wybierz, na jaki temat chcesz otrzymywać alerty:
Login lub e-mail
Hasło
Zapamiętaj mnie