Daleko od uśmiechów

Wraz z koronacją króla Ramy X Tajlandia wkracza w nowy okres: post-thaksinowski. Stare elity zwyciężyły w bezpardonowej walce o władzę i utrzymały swoją dominację polityczną. Czy ich zwycięstwo okaże się jednak trwałe?

Historia najnowszego konfliktu politycznego Tajlandii zaczyna się w 1997 r., w trakcie azjatyckiego kryzysu finansowego. Wówczas załamał się dotychczasowy paradygmat rozwoju kraju. Tajlandia – najpierw dzięki umiejętnemu wykorzystaniu pomocy amerykańskiej, a następnie – wejściu w rolę podwykonawcy gospodarki japońskiej, przez czterdzieści lat rozwijała się w średnim tempie 7% wzrostu rocznie. Dokonała skoku cywilizacyjnego, a jej stolica, Bangkok, stała się azjatyckim hubem finansowym, transportowym i turystycznym. Ale miało to swoją cenę. Modernizację przeprowadziła odgórnie armia, spleciona niczym bliźnięta syjamskie z dworem królewskim. W rezultacie system polityczny kraju stał się dodatkiem do monarchii: „królewską demokracją”. Zaś tajskie elity biznesowe stworzone zostały poprzez uwłaszczenie wojskowej nomenklatury.

Thaksin, choć milioner i oligarcha, umiał się sprzedać jako orędownik słabych i biednych na tyle skutecznie, że masy go pokochały i były mu w stanie wybaczyć drobne przywary

Przez dekady panował niepisany układ ze społeczeństwem, kulturowo nieprzywykłym do partycypacji, i przekupionym nieustannym wzrostem. Tajowie długo akceptowali fakt, że w zamian za rosnącą prosperity społeczeństwa ci na górze mają więcej, znacznie więcej. Póki widzieli, że ich dzieci mają się lepiej od nich – a miały, średnio trzy razy lepiej – pytań nie zadawali. Tym bardziej, że mogłoby to być groźne, o czym przekonali się kilkukrotnie (1973, 1976, 1992) zradykalizowani studenci, zmasakrowani za upominanie się o większe prawa.

Nowe pieniądze

Kryzys roku 1997 załamał wiarę w postęp i w mądrość dotychczasowych elit. Sprawnie wykorzystał to Thaksin Shinawatra, tajski selfmade man. Thaksin do milionów doszedł sam. No, z drobną pomocą dawnych kolegów z policji – uwłaszczenie się po linii policyjnej zajmuje nad Menamem pozycję peryferyjną wobec podstawowego sposobu zbicia majątku, jakim jest armijny patronaż. Ale wojskowe czy policyjne plecy to warunek konieczny, lecz niewystarczający do sukcesu. Trzeba mieć jeszcze głowę na karku. Thaksin miał, i zbił fortunę na jednej z niewielu nieopanowanych przez kapitał zewnętrzny gałęzi tajskiej gospodarki: telekomunikacji. Jako jeden z pierwszych dojrzał znaczenie telefonów komórkowych i w ogóle nowych technologii. „Jestem cyfrowy, gdy oni są analogowi”, mawiał z pogardą o swoich konkurentach politycznych.

Dwóch kolejnych premierów zdjęto z urzędu: Samaka (za prowadzenie programu kulinarnego w radiu) oraz jego następcę, Somchai Wongsawata, szwagra Thaksina. W połączeniu ze skasowaniem partii Thaksina doprowadziło to do obalenia rządu (jego samego i jego rodzinę uznano za winnych malwersacji finansowych)

Wiedział, jak ich pokonać. W błyskotliwej kampanii wyborczej roku 2001 wykreował się na zbawcę narodu, ujął społeczeństwo i zdobył władzę. Utrzymał ją, stosując mieszankę „agresywnego populizmu”. Było to połączenie po pierwsze nowatorskiego PR (nieustanne występy w mediach, „gierkowskie” wizyty gospodarskie, po których na wsiach powstawały drogi, telewizyjny program walki z biedą w formie reality show); po drugie – biznesowego zarządzenia krajem („kraj jest jak firma, rządzi się tak samo” mawiał, i kazał nazywać się „premierem-CEO”); po trzecie, walki z narkotykami pod publiczkę (podległe Thaksinowi służby zabiły ponad 2 tys. osób, głównie niewinnych), antycypującej dzisiejsze działania prezydenta Filipin – Rodrigo Duterte. Wreszcie, po czwarte, Thaksin tryumfował dzięki nietypowej zdolności do spełniania obietnic wyborczych, takich jak tania służba zdrowia (wprowadził opłatę w wysokości maksymalnie 30 batów tajlandzkich, czyli ok. 3 złotych, za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu). Swoimi prospołecznymi działaniami (krytycy powiedzą: „rozdawnictwem”) Thaksin upodmiotowił szerokie masy społeczeństwa, szczególnie w biednych częściach kraju – północnej i północnowschodniej. Przede wszystkim jednak reprezentował nowych kapitalistów: biznesmenów-nuworyszy, chcących zdobyć kawałki tortu kosztem dworsko-urzędniczej kasty panującej. Dlatego jego grupę zaczęto nazywać „nowymi pieniędzmi”, konkurującymi ze „starymi”. Thaksin, choć milioner i oligarcha, umiał się sprzedać jako orędownik słabych i biednych wystarczająco skutecznie, by masy go pokochały i by były w stanie wybaczyć mu drobne przywary. Takie jak fakt, że w ciągu jednej kadencji bycia premierem (2001-2005) fortuna jego rodziny, zupełnym przypadkiem, się potroiła.

Thaksin musi odejść!

Ale im bardziej kochały go masy, tym bardziej nienawidziły go stare elity. Thaksin, opierający swą legitymizację na przekonaniu, że władca ma być skuteczny, ma pomnażać swoje i innych bogactwo – tzw. „polityka pieniądza” otwarcie negowała tradycyjny model władzy, zgodnie z którym władca ma być dobry (ma rządzić dzięki barami, najwyższej moralności). W ten sposób Thaksin podminowywał fundamenty dotychczasowego systemu dominacji starych elit (które już pieniądze miały, mogły więc udawać porządność, kryjąc się za plecami króla, uczynionego personifikacją zasad moralności w polityce). Biurokracja nie znosiła Thaksina za biznesowy model i zaganianie do roboty zamiast urzędowania. Establishment wojskowo-biznesowy – za odbieranie zysków. Wojsko – za próbę mianowania generałami thaksinowców, w tym jego kuzyna. A pałac królewski – za podminowywanie legitymizacji i konkurencyjność w popularności. W tajskim systemie hiperrojalizmu bóg jest tylko jeden – i jest nim król. Premierzy, ministrowie i inni politycy są jego sługami. Biada im, jeśli o tym zapomną. Dlatego stare elity, pod czujnym okiem „patriarchy” gen. Prema Tinsulanondy, byłego premiera, szefa królewskiej Tajnej Rady i ukrytego demiurga tajskiej polityki, uznały, że tego już za wiele. Ich przekazem stało się: Thaksin musi odejść!

Po rozgrzewce w postaci masowych protestów w stolicy – nieważny kraj, kto ma Bangkok, ten ma władzę, głosi stara tajska mądrość polityczna – Thaksina obalono we wrześniu 2006 r. Generałowie wrócili do władzy, napisali nową konstytucję (dziewiętnastą w historii kraju), dającą im kontrolę nad systemem, checks and balances – i pozwolili na wybory. Ale przegrali. Thaksin nie dał o sobie zapomnieć. Kupił Manchester City, co w rozmiłowanym w Premiership tajskim społeczeństwie było spektakularnym dziełem PR-owym. Dzięki internetowi Thaksin był ciągle dostępny z zza granicy. Stamtąd zmontował koalicję, która wygrała wybory w 2007 r., i utworzyła rząd pod wodzą Samaka Sundaraveja, starego wygi politycznego, który zawarł sojusz z Thaksinem, ale umiał utrzymać delikatną równowagę. Do czasu, aż zapragnął zmienić konstytucję oraz przyjąć ustawy abolicji podatkowej, uniemożliwiającej rozliczenie bogactwa rodziny Thaksina. Wtedy stare elity odpowiedziały dwutorowo. Po pierwsze, protestami w Bangkoku, w tym zajęciem lotniska (grudzień 2008), co zwróciło uwagę świata, bo wielu turystów nie doleciało na wczasy lub nie wróciło z wakacji. Po drugie zaś – uderzając z zupełniej nowej strony: po apelu króla do akcji wkroczyło sądownictwo, rzecz jasna niezależne. Dwóch kolejnych premierów zdjęto z urzędu: Samaka (za prowadzenie programu kulinarnego w radiu) oraz jego następcę, Somchai Wongsawata, szwagra Thaksina. W połączeniu ze skasowaniem partii tego ostatniego, doprowadziło to do obalenia rządu (jego samego i jego rodzinę uznano za winnych malwersacji finansowych). W międzyczasie zwolennicy starego porządku – dzięki twórczej arytmetyce parlamentarnej i przekonaniu kilkunastu mniej ideowych posłów dawnej partii Thaksina – powołali swój rząd. Zanim to nastąpiło, Thaksin ponownie uciekł za granicę. Zaś jego zwolennicy nazwali te działania „sądowniczym zamachem stanu”. I nie zamierzali się poddać.

Armia to integralny element obozu „żółtych”, mimo wszystkich jej zarzekań (tajskie wojsko wszem wobec deklaruje neutralność wobec polityki, chcąc się pozycjonować „ponad nią” i zdjąć łatkę polityczności)

Dwa plemiona

W celu wymuszenia nowych wyborów i obalenia niedemokratycznego rządu starych elit, thaksinowcy stworzyli pierwszy masowy ruch społeczny w nowożytnej historii Tajlandii: „czerwone koszule”. Wzięli na swoje barwy kolor czerwony, symbolizujący w tajskiej fladze naród, i uczynili swym hasłem powrót demokracji. Ich przeciwnicy już wcześniej, bo w 2006 r., przywdziali królewskie, żółte stroje i głosili obronę monarchii. Tak oto powstało złowieszczo znajome pęknięcie społeczeństwa na dwa, zażarcie zwalczające się plemiona: „żółtych” obrońców status quo: stare elity (czytaj: „stare pieniądze”), czyli dwór, armię, stołeczne wielkomiejskie elity (wyższe eszelony biurokracji i spółek skarbu państwa, sędziowie, inteligencja) i część klasy średniej, głównie z Bangkoku i bogatszego południa kraju, oraz „czerwonych” kontestatorów: ludzi z prowincji (północ i północny wschód kraju), z awansu społecznego, biedniejszych, w tym stołecznych gastarbeiterów, pod wodzą „nowych pieniędzy”: biznesmenów zamienionych w polityków, personifikowanych przez Thaksina. Był to pojedynek „panów” z „chamami”, czyli w tajskich warunkach – ammat (feudał) i phrai (niewolnik), jak „czerwoni” określali to starcie, pozycjonując się jako ofiary arogancji elit (prywatnie obie strony wyzywały się bardziej dosadnie: „żółci” mieli być waranami (hia), a „czerwoni” – bawołami (khwai).

Te sympatyczne inwektywy ukazywały podstawową płaszczyznę sporu: klasową. Była to walka aspirujących prowincjuszy, do tej pory marginalizowanych, którzy w Thaksinie znaleźli swój głos. Personifikował on niejednorodny ruch „czerwonych koszul”, składający się z różnych grup o wszelakich agendach, złączonych jednak żądaniem większej partycypacji w życiu politycznym i nadziejami na zyski płynące z udziału w polityce. „Czerwoni” czerpali legitymizację z wyborów, z demokratycznego głosu ludu: mieli poparcie większości społeczeństwa. Naprzeciwko stał establishment: stare, królewsko-wojskowo-biurokratyczne elity, splecione nierozerwalnymi więzami zależności, władające Tajlandią od pokoleń w wygodnym cieniu monarchii. To z niej czerpali legitymizację, zaś rządzili w oparciu o dwa niewypowiadalne założenia. Po pierwsze: że ludzie nie są gotowi by rządzić się samodzielnie, poprzez swoich reprezentantów – potrzebują więc opieki monarchii. I po drugie, ważniejsze: w społeczeństwie są równi i równiejsi. Najrówniejsi są zaś oni – tajscy mandatariusze nieba.

Pęknięty naród

„Czerwoni” mieli większe poparcie na prowincji, za to „żółci” w Bangkoku, co w Tajlandii, będącej światowym liderem w klasyfikacji „dominującego/przodującego miasta” (Bangkok jest trzydzieści pięć razy większy niż miasto nr 2, Korat), powodowało kruchą równowagę, zaburzaną raz przez jedną, raz przez drugą stronę. Kraj upolitycznił się w stopniu do tej pory niespotykanym, rodziny zaczęły skakać sobie do gardeł z powodu polityki, zaś podziały wywoływały widma dawnych napięć z lata siedemdziesiątych, a nawet wojny domowej.

Odsunięci od władzy pod koniec 2008 r. „czerwoni” rozpoczęli masowe protesty wiosną 2009 r., wykorzystując nowe technologie (satelitarną TV i internet), blokując Bangkok, a nawet uniemożliwiając szczyt ASEAN w Pattai. W kwietniu 2009 r. doszło do starć. Były ofiary (w tym znany pułkownik Romklao Thuwatham; rok później „nieznani sprawcy” zabili gen. Seh Daenga, najwyższego rangą wojskowego „czerwonych”: snajper zastrzelił go w biały dzień na ulicy, gdy udzielał wywiadu dziennikarzowi „New York Timesa”). Po tych burdach wojsko wyaresztowało protestujących. Powrócili rok później, lepiej zorganizowani, bardziej zdeterminowani, wzmocnieni przywożonymi autobusami na wiece ludźmi z północy. Wiosną 2010 r. zablokowali centrum Bangkoku, aż zostali stamtąd siłowo wypędzeni pod koniec maja, kosztem prawie stu ofiar śmiertelnych i ponad dwustu rannych oraz spalenia sporej części dzielnicy biznesowej Ratchprasong, w tym stołecznej galerii handlowej nr 2, Central World. To wstrząsnęło Tajlandią – choć trudno powiedzieć, co bardziej: śmierć tylu ludzi czy spalenie ulubionego hipermarketu (ówczesny premier Abhisit w wystąpieniu do narodu najpierw ubolewał nad stratami materialnymi, dopiero potem wspomniał o ludzkich) – i doprowadziło do ustępstwa rządowej elity, jakim było rozpisanie wyborów na połowę 2011 r.

„Żółci” byli przekonani, że po seriach aresztowań współpracowników Thaksina ruch „czerwonych” ulegnie dezintegracji bez swego lidera. Pomylili się, kolejny raz nie doceniając przeciwnika. Ich kalkulacje rozpadły się jak domek z kart, gdy Thaksin wybrał na przywódczynię swoją najmłodszą siostrę, Yingluck. Jak bardzo była niezależna, świadczy to, że brat nazwał ją swoim klonem, na hasło wyborcze wybrał slogan „Thaksin myśli, partia działa”, zaś swoim portretem ozdobił wszystkie banery. Partia prowadzona przez Yingluck (która w międzyczasie zyskała status pop-gwiazdy), w cuglach wygrała wybory 2011 roku, przywracają „czerwonym” władzę.

Początkowo Yingluck, pierwsza kobieta na stanowisku premiera, była marionetką doskonałą. Realizowała interesy Thaksina, ale płaszczyła się przed królem, z wdziękiem przymilała się do generałów i starała się jednać zwalczone strony. Dzięki temu, pomimo drobniejszych potknięć, takich jak niekompetencja jej administracji podczas wielkiej powodzi jesienią 2011 (pani premier walczyła z wodą chodząc w modnych gumowcach, co media wyśmiały, ukuwając hasło „kryzys nie jest usprawiedliwieniem dla braku szyku”), utrzymała się niezagrożona u władzy przez długie dwa i pół roku. Aż popełniła błąd. W listopadzie 2013 r. jej rząd uchwalił amnestię, zezwalającą Thaksinowi na powrót do kraju. Potem, pod wpływem demonstracji, wycofał się z niej, ale było już za późno.

Celem armii tajskiej jest przywrócenie modelu pretoriańskiego, panującego w Tajlandii do 1973 r. W nim politycy są zależnymi podwykonawcami poleceń płynących ze sztabu

Tym razem „żółci” wyprowadzili tłumy na ulice, domagając się „zamknięcia Bangkoku” i tworząc na początku 2014 r. „siedem Majdanów”, jak to błyskotliwie podsumował Bogdan Góralczyk. Yingluck ratowała się ucieczką do przodu, ogłaszając wybory, ale „żółta” opozycja je zbojkotowała, a sądy unieważniły ich wynik, a następnie, idąc za ciosem, złożyły Yingluck i dziewięciu jej ministrów z urzędu na początku maja 2014 r. Dla „czerwonych” oznaczało to „drugi sędziowski zamach stanu”: ta bezprecedensowa ingerencja sądownictwa w politykę sprawiła, że nawet niezależni analitycy zaczęli nazywać tajski system „sędziokracją”. Ponieważ jednak „czerwoni” wciąż nie chcieli się poddać, wkroczył arbiter ostateczny – armia, która przeprowadziła 22 maja 2014 r. bezkrwawy zamach stanu i przejęła pełnię władzy.

Dorzynanie watahy

Armia to integralny element obozu „żółtych”, mimo wszystkich jej zarzekań (tajskie wojsko wszem wobec deklaruje neutralność wobec polityki, chcąc się pozycjonować „ponad nią” i zdjąć łatkę polityczności). Mimo nieraz sprzecznych partykularnych interesów niejednorodnych odłamów stronnictwa „żółtych”, cel podstawowy pozostaje ten sam: utrzymać strukturalną dominację starego establishmentu. Generałów od cywilnych polityków różni więc nie cel, lecz styl – mało finezyjny, ujmując to eufemistycznie. Po prawie dekadzie przyglądania się, jak z czerwonym zagrożeniem nie umieją sobie poradzić establishmentowi politycy pokroju Abhisita, wojsko weszło, by problem rozwiązać – po swojemu.

Wyaresztowano więc „czerwonych” (Yingluck, oskarżona o korupcję, dołączyła do brata na emigracji) i wszystkich zbyt otwarcie protestujących – zaczęło się pięcioletnie „dorzynanie watahy”, które Thitinan Pongsudhirak nazwał „szczególnie mrożącą militaryzacją”. Wojsko z bezwzględną efektywnością uciszyło przeciwników status quo i zabezpieczyło kontrowersyjną sukcesję tronu. Do tej pory nielubiany książę Vajiralongkorn stał się poważanym królem Ramą X. A wobec tych nielicznych przypadków braku miłości do monarchy z całą bezwzględnością zastosowano artykuł 112 kodeksu karnego: najostrzejszy na świecie przepis przeciwko obrazie majestatu. Tajowie zrozumieli przekaz: nowego króla kochać muszą.

Celem armii tajskiej jest przywrócenie modelu pretoriańskiego, panującego w Tajlandii do 1973 r. W nim politycy są zależnymi podwykonawcami poleceń płynących ze sztabu. To złudzenie demokracji według mnie jest wyraźnie wzorowane na birmańskiej „zdyscyplinowanej demokracji” (to urocze określenie jest oficjalną, konstytucyjną nazwą birmańskiego ustroju). Tam system polityczny uniemożliwia cywilnym politykom podważenie strukturalnej dominacji armii: są niczym na smyczy (różnica na korzyść Bangkoku jest taka, że w Tajlandii nigdy nie obalono monarchii, łatwiej więc o legitymizację reżimu).

To właśnie dlatego armia napisała nową konstytucję (już dwudziestą w historii kraju, pierwsza pochodzi z 1932 r.), która utwierdza dominację wojska w legislatywie. Na wszelki wypadek do tej konstytucji wpisano również dwudziestoletni plan rozwoju kraju, który stosować mają wszystkie rządy. W połączeniu z zawsze wiernym sądownictwem, przemożnym wpływem pozaformalnym i – w razie czego – siłą bagnetów, daje to armii pozycję arbitra we wszystkich sporach. Ma to być powrót do starych, dobrych czasów rządów gen. Prema Tinsulanondy z lat 80-tych, które dały Tajlandii imponujący wzrost, połączony ze spokojem społecznym i zakończeniem rebelii komunistycznej. Tyle, że Prem, człowiek dziś niemal stuletni, miał rzadką wśród autokratów cechę: wiedział, że nie wie wszystkiego. Zostawił gospodarkę technokratom, nie ingerował we wszystkie sfery życia; dbał tylko, by frakcje się nie pozabijały, umiejętnie nadzorował. A na dodatek miał klasę: był eleganckim gentlemanem, wiernym królowi, zawsze w jego cieniu.

Przy słabnącym autorytecie dworu, mający bujną przeszłość król Vajiralongkorn podczas kampanii wyborczej bezpośrednio zaangażował się politycznie, co jeszcze bardziej osłabiło jego i tak nikłe poważanie społeczne – utrzymanie status quo może być coraz trudniejsze

Żadnej z tych zalet nie ma obecny dyktator, gen. Prayuth Chan-ocha, człowiek o nieortodoksyjnej kulturze osobistej i pokracznym stylu, ręcznie sterujący gospodarką, przekonany o posiadaniu klucza do przyszłości kraju i wszechstronnych talentach (pisał nawet piosenki i wiersze). W rezultacie jego rządów tempo rozwoju gospodarczego znacznie spadło, za to pogłębiły się nierówności społeczne – Tajlandia prześcignęła Rosję i stała się światowym liderem w rankingu nierówności majątkowych. Nikt jednak masowo nie protestuje, bo Prayuth obiecał, że za dysydenctwo będzie wsadzał do więzienia, i słowa dotrzymuje. W efekcie odzywają się tylko najodważniejsi, a i tak półgębkiem. Wszystko więc idzie zgodnie z wojskowym planem. Konstytucja przyjęta, wybory przeprowadzone, wkrótce powołanie cywilnego rządu i koronacja króla Ramy X (formalnie włada od grudnia 2016, lecz nie był koronowany, oficjalnie z powodu żałoby po śmierci ojca, realnie – z powodu swej słabej pozycji). „Czerwoni” spacyfikowani. Zadanie wykonane.

Era postthaksinowska

Pozostało napięcie między demokratycznymi aspiracjami społeczeństwa a feudalnym systemem władzy. Na razie establishment wojskowo-dworski trzyma się mocno, sprzyja mu zarówno otoczenie międzynarodowe (globalna popularność autorytaryzmów, pobliskie Chiny, Trump) jak i słabnięcie Thaksina. Po ponad dekadzie nierównej walki, Thaksin powoli przestaje być symbolem opozycji. Koniec końców przegrał, a więc nie miał racji. Czas płynie nieubłaganie, i 70-letni emigrant polityczny ma go coraz mniej, by odwrócić losy. Wydaje się więc, że Tajlandia właśnie wkroczyła w erę post-thaksinowską.

Nie znaczy to jednak, że stare elity mogą spocząć na laurach. Przy słabnącym autorytecie dworu, mający bujną przeszłość król Vajiralongkorn podczas kampanii wyborczej bezpośrednio zaangażował się politycznie, co jeszcze bardziej osłabiło jego i tak nikłe poważanie społeczne – utrzymanie status quo może być coraz trudniejsze. Nagą siłą daje się rządzić, czasem nawet dość długo, ale zawsze do czasu. Pytanie tylko, czy na podobne wyzwanie, jakie stanowiły dla establishmentu „czerwone koszule” przyjdzie Tajlandii czekać kilka lat, czy raczej kilka dekad?

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz