Newsletter

Śmierć tajskiego boga

Król Bhumibol, najdłużej władający monarcha świata, był gwarantem stabilności Tajlandii. Niestety, nie pozostawił dobrego następcy. Teraz, gdy zmarł, to się mści

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Bhumibol, mimo że źle zaczął i źle skończył, to po drodze władał dość dobrze. Zapisał się jako jeden z najważniejszych nowożytnych władców w historii kraju, chętnie porównywany do Mongkuta i Chulalongkorna, XIX-wiecznych monarchów, którzy uratowali Tajlandię, wówczas Syjam, przed kolonializmem. Gdy w 1946 roku rozpoczynał rządy, nic na to nie wskazywało. Przejmował je w dramatycznych okolicznościach. Jego starszy, dwudziestoletni brat Ananda, formalnie król od 1935 roku, rok wcześniej wrócił z emigracji w Szwajcarii. Długo nie rządził. Rankiem 9 czerwca 1946 roku zginął od wystrzału we własnej sypialni. Ponoć popełnił samobójstwo, choć w wersję tę nie wierzyli chyba nawet jej twórcy – król miał zginać strzelając sobie z lewej ręki (był praworęczny) w głowę. Tajemniczości sprawie dodaje fakt, że ostatnim człowiekiem, który widział Anandę tego dnia przed śmiercią był… jego brat Bhumibol. Choć to on najwięcej zyskał na tej śmierci, to brak dowodów nie pozwala ani udowodnić, czy popełnił królobójstwo, ani tego jednoznacznie wykluczyć. Na wszelki wypadek mówienie o okolicznościach śmierci poprzedniego króla jest w Tajlandii zakazane i karane.

W ogóle mówienie o śmierci króla jest świętokradztwem. Król ma w Tajlandii status boga, co postronnym obserwatorom mogłoby wydawać się dość osobliwe, zważywszy na buddyjski charakter państwa (w buddyzmie nie ma bogów). Jest to jednak głęboko umocowane w hinduistyczno-buddyjskiej tradycji społeczno-politycznej tego kraju. Król – sam będąc buddystą i obrońcą buddyjskiego „kościoła” – nosi jednocześnie oficjalny tytuł Ramy IX, będąc formalnie inkarnacją Wisznu. Jego poddani zaś, również buddyści, czczą go całkowicie naturalnie jako bóstwo, nie widząc w tym fakcie żadnej sprzeczności, co akurat jest bardzo azjatycką cechą, trudno zrozumiałą dla racjonalizowanych ludzi Zachodu.

Sojusz z armią

Król, jako bóg stoi na czele państwa, oficjalnie nazywającego się monarchią konstytucyjną, jednak różniącą się od, powiedzmy, Wielkiej Brytanii czy Danii tym, że Jego Wysokość nie jest „królową brytyjską”, lecz posiada realną władzę, zaś wybory to w dużej mierze casting na role statystów w rządzeniu. Innymi słowy jest dokładnie odwrotnie niż w zachodnich królestwach, gdzie monarchia jest elementem dekoracyjnym w demokracji. Tu demokracja jest dodatkiem do króla, „królewską demokracją”. Tajskie elity dworskie osiągnęły więc coś, co nie udało się ich europejskim odpowiednikom. Przeszły suchą nogą przez rewolucję społeczno-polityczną nowoczesności, która w Europie upodmiotowiła większość poddanych, czyniąc z nich obywateli, przy okazji unicestwiając monarchie bądź czyniąc z nich rodzaj żywego muzeum. W Tajlandii tak się nie stało – państwo to jest nowoczesne, narodowe, ale system władzy pozostał stary. Dwór nadal rządzi i jest to władza realna, a nie dekoracyjna.

Bhumibol był kluczem do sukcesu Tajlandii. Potrafił przeciwstawić się wojskowym, gdy przesadzali, jak podczas protestów w 1973 roku

Właściwie dwór spleciony z armią. Od 1932 roku, gdy zrewoltowani wojskowi obalili absolutyzm tajski i wprowadzili monarchię konstytucyjną, nastąpiło sprzężenie interesów dworu z elitami wojskowymi. Od tej pory armia zawsze interweniowała, gdy zagrożona była dominacja dworu, czy to na skutek zagrożenia komunistycznego, studenckiego, czy – jak ostatnio – demokratycznego. W efekcie Tajlandia od 1932 r. widziała aż 12 skutecznych zamachów stanu, co sytuuje ją pod tym względem w ścisłej światowej czołówce. Jednocześnie jednak armia tajska rządziła dość sprawnie. Była – by użyć Huntingtonowskiego terminu – „modernizującą siłą”, która wprowadziła Tajlandię do nowoczesności i uczyniła ją regionalnym success story. Armia wiedziała też, z kim trzymać w zimnej wojnie i bardzo zyskała na ścisłym sojuszu z Amerykanami, co odmiennie niż w przypadku sąsiadów, wybierających rozwój w stylu radzieckim (Wietnam), maoistowskim (Kambodża) bądź dumną samoizolację (Birma), zagwarantowało Tajom spokój i niezakłócony rozwój przez kilka dekad.

Hiper-rojalizm

Bhumibol był kluczem do tego sukcesu polityce wewnętrznej. Chociaż nie przeszkadzał kolejnym wojskowym strongmenom w dyktatorskich rządach, i nie sprawował realnej władzy, to marionetką też nie był. Potrafił przeciwstawić się wojskowym, gdy przesadzali, jak podczas protestów w 1973 roku, gdy otworzył zrewoltowanym studentom bramy pałacu, ratując ich przed masakrą. Tym i innymi działaniami, a także swoją klasą, obyciem i taktem – o centralnie sterowanym kulcie jednostki nie wspominając – zdobył sobie szacunek i uznanie narodu. Żadnych skandali, w przeciwieństwie do jego syna czy córki, za to liczne projekty rozwojowe i charytatywne, umiejętnie sprzedawane przez propagandę (np. filmy o tym, jak w złotym deszczu podlewa drzewko, które sam sadzi). O byciu najbogatszym królem świata społeczeństwa rzecz jasna nie informowano. Bhumibol świetnie pasował do kreślonej przez ideologów reżimu wizji „ojca narodu”, będącego ponad polityką.

W efekcie, jak pisze Thongchai Winichakul, tajski historyk, który zrewolucjonizował patrzenie na dzieje Tajlandii swoją książką „Siam Mapped”, powstał system „hiper-rojalizmu”. Inni, mniej radykalni – bo mieszkający w Tajlandii – badacze, jak Charnit Kasetsiri, nazywają to „neomonarchizmem” bądź „królewską hegemonią”. Zgodnie z najlepszymi wzorcami socjotechniki (autor nowoczesnej koncepcji władzy króla, książę Nivat Dhani, tworząc ją wzorował się wprost na słowach Malinowskiego o „wartości świętości” w rządzeniu ludźmi), na osobie Bhumibola zreinterpretowano dawne założenia boskości władzy, czyniąc z niej de facto państwową religię. Za pomocą nowoczesnych środków przekazu (radio, telewizja, prasa, cenzura) uczyniono króla istotą państwa: jego portrety wiszą niemal w każdym miejscu publicznym, jego wizerunek znajduje się na wszystkich banknotach, jego urodziny to święto narodowe, a hymn na jego część jest grany codziennie. On sam zaś – jeśli wierzyć oficjalnym publikacjom dworu – był prawdziwym humanistą: pozostawał niedoścignionym mistrzem niemal w każdej sferze ludzkiej działalności (szczególnie w budowie tam, fotografii i grze na saksofonie). Wprowadzono także zakaz krytyki króla i surową karę za nią, nie uściślając wszakże, czego dotyczy.

Prowincja kontra elity

Doprowadziło to do sytuacji, w której każdego można skazać za cokolwiek, co nie jest hymnem pochwalnym na rzecz Jego Wysokości (sławny artykuł 112 konstytucji stał się więc miejscowym odpowiednikiem sowieckiego paragrafu 58). Przykłady owego „hiper-rojalizmu” można mnożyć, ale sprowadzają się one do jednej konkluzji: Tajlandia to król, a kto się z tym nie zgadza, usuwa się poza nawias narodu. Cały ten system sankcjonował władzę i bogactwo dworu (warto przypomnieć raz jeszcze – Bhumibol był najbogatszym królem świata), armii oraz splecionych z nimi wielkomiejskich elit Bangkoku. Kolejne wybory, przeprowadzane od połowy lat 80., niewiele zmieniały, gdyż wynosiły do władzy lojalnych cywilów bądź prowadziły szybko do kolejnego zamachu stanu, przywracającego miłą dworowi polityczną harmonię. Aż nastał ktoś, kto podminował ten korzystny układ: Thaksin Shinawatra.

Tajlandia została podzielona na dwa zwalczające się nawzajem plemiona, odpowiadające mniej więcej podziałom klasowym w społeczeństwie tajskim

Ten biznesmen chińskiego pochodzenia, wywodzący się, co ważne, z policji, a nie armii, wygrał wybory w 2001 roku. Szybko stał się niebywale popularny, głównie na skutek rozdawnictwa państwowych pieniędzy, szczególnie biednym regionom północnym (z których pochodzi). Zagwarantowało mu to niesłabnące poparcie i zapewniło przymykanie oczu na liczne przekręty, których od zawsze dokonywały wszystkie strony, nie tylko Thaksin. Dla ludzi z prowincji rządy Thaksina stanowiły szansę na zmianę i awans; były po prostu korzystniejsze od władania bangkokskich elit. Krótkotrwała epoka Thaksina to czas dzikiego kapitalizmu, promującego głównie jego rodzinę i przyjaciół (budowa nowego lotniska w Bangkoku stała się „przewałem stulecia”). Nic by się jednak nie stało, gdyby na tym poprzestał – delikatne przesuwanie granic uczciwości jest niemal normą wśród tajskich polityków. Thaksin jednak zaczął konsolidować władzę kosztem dworu i wielkomiejskich elit, a w popularności zaczął dorównywać królowi. To już było zdradą stanu i w efekcie w 2006 roku Thaksin został podczas swojej nieobecności w kraju obalony oraz zmuszony do pozostania na emigracji.

„Czerwone koszule”

Od tego czasu aż do 2014 roku trwała ostra walka polityczna, przeradzająca się czasem w protesty i walki uliczne, pomiędzy zwolennikami Thaksina, tzw. „czerwonymi koszulami”, a jego przeciwnikami – „żółtymi koszulami”, czyli rojalistami (żółty to w Azji kolor dworu królewskiego). Tajlandia została podzielona na dwa zwalczające się nawzajem plemiona, odpowiadające mniej więcej podziałom klasowym w społeczeństwie tajskim. „Żółtymi” byli zwolennicy status quo: dwór, armia, powiązane z nimi wielkomiejskie elity Bangkoku oraz bogatsze południe kraju. „Czerwonymi” zaś konkurencyjne, prowincjonalne elity (głównie Chiang Mai), wspierający je ludzie z awansu społecznego, biedota z północnej i północno-zachodniej części kraju i dawni komuniści. Tajowie niezwykle trafnie ochrzcili ten podział walką „starych pieniędzy” z „nowymi pieniędzmi”.

Przez te osiem lat różne inkarnacje „czerwonych” dochodziły do władzy w wyniku wyborów, zawsze uzyskując większość głosów (na ich czele stały marionetki Thaksina, jak jego siostra; on sam potrafił zaś prowadzić posiedzenia rządu przez Skype’a), by być następnie obalane przez protesty „żółtych”/kolejne zamachy stanu, i tak w kółko. W Bangkoku normą stały się wielusettysięczne protesty, które paraliżowały miasto, powodowały gigantyczne korki i stawały się czymś w rodzaju politycznej love parade, którą kończą strzały i śmierć. Taka sytuacja przeciągania liny nie mogła się jednak na dłuższą metę utrzymać. W 2014 roku armia tajska wkroczyła w roli „gajowego”: przeprowadziła zamach stanu, przejęła pełną kontrolę i ogłosiła siebie jedyną legalną władzą, zmieniając przy okazji konstytucję. Przeciwników aresztowała bądź uciszyła. Zrobiła to brutalnie, sprawnie i… amatorsko pod względem PR.

Złotousty generał

Przywódca junty, gen. Prayuth Chan-ocha, może konkurować w kategorii najbardziej groteskowego dyktatora świata. Jego sposób sprawowania władzy (czy dla ścisłości: wykonywania poleceń dworu), skądinąd sprawny politycznie, jest wizerunkową katastrofą. Prayuth zachowuje się jak żywcem wyjęty z lat 50. Karykaturalny, latynoamerykański caudillo. Paraduje w mundurze pełnym odznaczeń, rządzi na czele Narodowej Rady Pokoju i Porządku, społeczeństwu zabronił rozmów o demokracji i drastycznie ograniczył wolność mediów (na pytanie o to, co zrobi z niepokornymi dziennikarzami, odparł: „prawdopodobnie ich rozstrzelam”). Zasadniczo też ograniczył możliwość przeprowadzania sondaży opinii publicznej, dialektycznie tłumacząc, że „sondaże są dozwolone, ale jeśli będą przeciwko Radzie, to są zabronione” (w końcu sam zrobił sondaż i wyszło, że ponad dziewięćdziesiąt procent Tajów jest w Tajlandii szczęśliwych). Wprowadził w szkołach i urzędach codzienne recytowanie ułożonych przez niego Dwunastu Zasad Narodowych (pierwsza głosi szacunek do króla).

Przez niemal rok od przejęcia władzy, co piątek wieczorem w telewizyjnym prime time, w godzinnych przemowach do społeczeństwa, zatytułowanych „przywracanie szczęścia narodowi”, tłumaczył swoją politykę. Jednak w marcu 2015 się zmęczył i przekazał to żmudne brzemię swoim podwładnym. W zamian zafundował społeczeństwu na Nowy Rok napisaną przez siebie piosenkę „Bo wy jesteście Tajlandią”, z refrenem „dzień nadziei jest już blisko” (to jego druga, pierwszą była „Powrót szczęścia do Tajlandii”, napisana z okazji przewrotu). Ogłosił też bezpłatne dla wszystkich seanse patriotycznego filmu o podboju Birmy (pt. „Legenda króla Naresuana cz. VI”).

Trzeba jednakże przyznać, że pod względem bycia negatywnym celebrytą politycznym, Prayuth ostatnio mocno przegrywa ze złotoustym prezydentem Filipin, Rodrigo Duterte

Na świecie Prayuth zasłynął z komentarza do śmierci turystki, zgwałconej i zamordowanej na jednej z tajskich plaż: „tylko brzydkie dziewczyny mogą chodzić w bikini” (historia tej nieszczęsnej turystki była dla niego przyczynkiem do podkreślenia tradycyjnych tajskich zasad, w opozycji do zachodniej dekadencji). Trzeba jednakże przyznać, że pod względem bycia negatywnym celebrytą politycznym, Prayuth ostatnio mocno przegrywa ze złotoustym prezydentem Filipin, Rodrigo Duterte, który w ciągu pół roku zdążył zwyzywać od skurwieli papieża, szefa ONZ i prezydenta USA.

Prayuth głosi, że rządzi według zasady „nie chcem, ale muszem”. Według tej narracji ostatni przewrót był inny niż poprzednie: armia przejęła bezpośrednią władzę, gdyż stan króla był już bardzo zły. Wiekowy Bhumibol już od wielu lat nie uczestniczył w życiu politycznym kraju (od 2009 król praktycznie nie wychodził ze szpitala), jednakże poprzednie lata to już wyraźny zmierzch. W ostatnich miesiącach pałac królewski zaprzestał nawet publikowania urzędowo optymistycznych raportów o stanie zdrowia Jego Wysokości. Jak twierdzi szkocki dziennikarz Andrew MacGregor Marshall, będący za swoje demaskujące monarchię teksty na tajskiej czarnej liście, Bhumibol przez ostatnie lata był już właściwie roślinką, której „nie pozwalali umrzeć”. Od niego zależała bowiem stabilność kraju. Tajowie drżeli na myśl o jego śmierci, wiszącej nad nimi, jak miecz Damoklesa. Od dobrej dekady egzystowali zgodnie z zasadą „żyj chwilą, jak najmniej ufając przyszłości”. Dość powiedzieć, że za każdym razem, gdy pojawiały się pogłoski o śmierci Bhumibola, giełda w Bangkoku reagowała paniką, a kurs bahta leciał na łeb na szyję. To wszystko wyjaśnia obecnie autentyczną i powszechną rozpacz w Tajlandii po jego śmierci – reakcje były miejscami apokaliptyczne.

Kontrowersyjny książę

Z tych właśnie powodów wojsko miało nie ryzykować niestabilności i ewentualnego przejęcia władzy przez „czerwone koszule”. Musiało opanować sytuację, zastraszyć ludzi, zmienić konstytucję i jeszcze bardziej zacieśnić cenzurę. Wszystko po to, by zabezpieczyć sukcesję. Niezwykle kontrowersyjną sukcesję.

Następca tronu, książę Vajiralongkorn nie jest, oględnie mówiąc, postacią kryształową ani lubianą przez Tajów. Czterokrotnie żonaty, z gromadką dzieci z małżeństw i innych związków, uczynił swe życie osobiste ulubionym tematem plotek tajskiej ulicy. Pierwszą żonę porzucił dla sławnej aktorki, którą, obok nadania stopni książęcych, mianował majorem tajskiej armii; ale potem, po rozwodzie, zdegradował, podobnie jak kolejną żonę, którą po rozstaniu zamknął w areszcie domowym. Bardziej stabilnie od kobiet kocha psy: swego pudla, Fufu, mianował marszałkiem, a na filmiku z urodzin księcia, który wyciekł do sieci, nawet próbował biegać, jak jego czworonogi ulubieniec. Obraz ekscentryczności księcia uzupełnia uzależnienie od hazardu, (ponoć) zarażenie się HIV, a także skandale, jak pojawienia się publicznie w Niemczech półnago i w sztucznych tatuażach. Te „kaliguliańskie” numery można by uznać za typową dworską dekadencję, gdyby nie fakt, że Vijaralongkorn jest ponoć „nieprzewidywalny” i „niezdolny do pełnienia władzy”, jak twierdzą dyplomaci na ujawnionych przez WikiLeaks materiałach. Do tego ma być człowiekiem okrutnym, posiadającym własne bojówki i – jak twierdzi dobrze poinformowany MacGregor Marshall – mordującym swych przeciwników politycznych przy cichym przyzwoleniu armii. To z kolei powoduje powszechny strach w społeczeństwie i nienawiść do księcia. Słowem, przy Vijaralongkornie nawet Prayuth jest dżentelmenem.

Niepewna sukcesja

Społeczna nienawiść do księcia zagraża stabilności systemu zbudowanego na obrazie idealnego, wzorowego moralnie władcy. W razie wyboru Vijaralongkorna, prestiż monarchii dramatycznie się obniży, a niektórzy mówią wręcz o rebelii. Tajska ulica rozpacza po śmierci Bhumibola i o wiele bardziej wolałaby na tronie jego córkę Sirindhorn, jednakże legalnym następcą tronu jest wyłącznie Vijaralongkorn. Ponoć książę, który ongiś kumplował się z Thaksinem, dojrzał do „mądrości etapu” i dogadał się z armią (wcześniej służył w wojsku, co rzadkie w tajskiej rodzinie królewskiej, i ma tytuł generalski). Jednak jego relacje z wojskiem wcale nie muszą być tak harmonijne, o czym świadczy to, że po dwóch tygodniach książę wciąż nie objął tronu. Prayuth ogłosił, że Vijaralongkorn z powodu żałoby odroczył koronację, ale to dialektyczne wyjaśnienie raczej nie przemawia do nieczułych analityków; obecnie panuje przekonanie, że na dworze trwają zakulisowe targi o warunki sukcesji księcia. Na to wszystko zaś nakłada się tajska przepowiednia sprzed 100 lat głosząca, że Rama IX ma być ostatnim władcą kraju. W Tajlandii – jak pisał Terzani – „przepowiednia ma charakter twórcy”: wielu ma ją na uwadze, wierzy w nią i na pewno nikt nie podchodzi do niej lekko. Cokolwiek się nie wydarzy, przed Tajlandią trudny czas. Tajski bóg zmarł i wszyscy mają problem.

Autor składa podziękowania Magdalenie Chodownik za konsultację merytoryczną.