Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy Niemcy wyswobodzą się z zależności od USA? Plany europejskiej autonomii w NATO

Po afgańskiej lekcji, Niemcy, wraz z kilkoma innymi krajami UE, pragną skończyć z militarną zależnością od USA. Czy stan europejskiej obronności na to pozwoli?

>>>PRZECZYTAJ TEKST W ORYGINALE<<<

Przekonaliśmy się w Afganistanie, że nasze własne zdolności nie są takie, jak byśmy je sobie wyobrażali”. Tak wyraziła się minister obrony Niemiec z ustępującego rządu Angeli Merkel – Annegret Kramp-Karrenbauer (AKK). Powoływała się na wydarzenia z połowy sierpnia 2021 r., kiedy po przejęciu władzy przez talibów, Stany Zjednoczone zapewniły na lotnisku w Kabulu ewakuację swoich żołnierzy i miejscowego personelu. Później odrzuciły apel Europejczyków o utrzymanie otwartego lotniska po 31 sierpnia – ostatecznej dacie wyznaczonej przez talibów. W konsekwencji, upokorzeni natowscy sojusznicy z Europy musieli przerwać swoje loty ewakuacyjne wcześniej niż planowali.

Pomysły na usamodzielnienie Niemiec

Minister obrony RFN dość szybko postanowiła dopasować rzeczywiste możliwości militarne krajów unijnych do wyobrażeń o „własnych zdolnościach”, czyli  możliwościach sił zbrojnych krajów UE. Już na pierwszym spotkaniu ministrów obrony krajów UE (wrzesień 2021) wyłożyła na stół, do spółki z czterema innymi krajami: Słowenią, Portugalią, Holandią i Finlandią, projekt utworzenia jednostek szybkiego reagowania w sile od 5 do 20 tys. żołnierzy. Dostarczą ich europejskie państwa, zebrane pod flagą „koalicji chętnych”. Cel, zdaniem AKK, to „zerwanie zależności od USA”, bo, jak dalej perorowała niemiecka minister, z sytuacji w Afganistanu „należy wyciągnąć wnioski”.

Zależność militarna od USA powstała na własne życzenie UE i Niemiec – w XXI wieku uczyniły one niewiele, by ten wasalny stosunek zmienić

Istotnie, lekcja afgańska przebiegła boleśnie. W ciągu 2 tygodni po przejęciu władzy w Afganistanie przez talibów, kraje unijne ewakuowały z Kabulu 24 tys. swoich obywateli i miejscowych podopiecznych, podczas gdy USA – 120 tys. Różnica wynikała nie tylko z użycia przez Amerykanów większych maszyn. Europejskie samoloty nie zawsze wylatywały pełne, a ponadto konsekwentnie nie zabierały na pokład obywateli innych krajów unijnych. Prowadzona przez każdy kraj na własną rękę ewakuacja mobilizowała własne środki i możliwości. Niemieckie maszyny korzystały z trasy przez Uzbekistan, włoskie – przez Kuwejt, francuskie startowały z bazy wojskowej w Abu Dabi, a samoloty z krajów Beneluksu i Rumunii – z lotniska w Pakistanie.

W unijnych krajach czerwoną lampkę zapaliła już sama decyzja wycofania się USA z Afganistanu. Wraz z utworzeniem sojuszu militarnego z Wielką Brytanią i Australią unaoczniła, jak zmniejsza się amerykańskie zaangażowanie w naszym regionie. Trafnie spuentował to ambasador Jerzy Marek Nowakowski: „Prezydent Biden musi skupiać się na gigantycznych problemach wewnętrznych Ameryki od walki z pandemią poczynając a na dramatycznych napięciach rasowych kończąc. W sprawach zagranicznych energii starcza mu w istocie na zarządzanie konfliktem z Chinami”.

W optyce UE, zależność unijnych krajów NATO od abdykujących w roli „światowego żandarma” Stanów nie ogranicza się wyłącznie do braku sił, które samodzielnie zapewniłby ochronę lotniska w Kabulu (co jest bezpośrednim powodem zmartwień niemieckiej szefowej resortu obrony). Zależność ta dotyczy przede wszystkim zdolności do obrony unijnego terytorium, nie mówiąc już o zagrożeniu nuklearnym, skoro kraje unijne nie dysponują odpowiednim potencjałem odstraszania. Tymczasem wobec wyzwania, jakie Stanom rzucają Chiny w rejonie Indopacyfiku, Europa musi być zdolna do samodzielnej obrony przed Rosją. Obecnie europejscy członkowie NATO w przypadku ograniczonego konwencjonalnego konfliktu z Rosją mieliby trudności z obroną flanki wschodniej. W razie jednoczesnej militarnej konfrontacji USA-Chiny Europa byłaby narażona na rosyjski atak z aneksją obszarów bałtyckich. I tylko szybkie ich odzyskanie zapobiegłoby upadkowi Sojuszu.

Merkel odrzucała francuskie pomysły utworzenia na gruncie „Pesco” unijnej awangardy wojskowej, i była przeciwna tworzeniu dodatkowych podziałów w UE z wykluczeniem państw Europy Środkowej

Lista z przejawami braku europejskiej autonomii jest jednak znacznie dłuższa. Państwa UE nie są w stanie samodzielnie zapewnić stabilizacji w swoim geograficznym sąsiedztwie, wygaszając militarne konflikty i udzielając wsparcie w odbudowie państwowych struktur – czyli nawet w zakresie pomocy cywilnej, która wymaga jednak wojskowego wsparcia. O czym tu zresztą mówić, skoro UE nie gwarantuje bezpieczeństwa żegludze morskiej, będącej filarem w światowej wymianie handlowej. Deficyt wypunktowany przez AKK posiada wręcz wymiar horyzontalny. Przy tym zależność militarna od USA powstała na własne życzenie UE i Niemiec – w XXI wieku uczyniły one niewiele, by ten wasalny stosunek zmienić.

Owszem, od lat 90. lał się w Europie potok słów i wyprodukowano tony papieru. W Brukseli ukuto pojęcie „europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony”, uruchomiono Europejski Fundusz Obronny „Pesco”. W ramach Realpolitik powołano do życia „Battle-Groups“, wielonarodowe grupy bojowe, gotowe od 2007 r., choć jeszcze bez chrztu bojowego. Na skutek braku funduszy i woli politycznej nigdy ich nie rozlokowano.

Wybicie się na niezależność będzie trudne

Idea zarzucenia amerykańskiego parasola i wybicie się Europejczyków na militarną autonomię przebija się przez trzy warunki wyartykułowane przez Waszyngton:

1. Musi nastąpić w obrębie NATO;

2 . Nie może powielać natowskich struktur, np. utworzenia kwatery głównej;

3. Nie może dyskryminować żadnego państwa europejskiego (USA mają na myśli Turcję, a więc kraj, który w przeciwieństwie do armii państw unijnych może ad hoc przystąpić do udziału w konfliktach zbrojnych).

Dwie inne przeszkody są już wewnętrznej natury. Powołanie naczelnego dowództwa unijnego odpada także dlatego, że kompetencje militarne znajdują się w rękach krajów członkowskich. A obowiązująca zasada jednogłośności w podejmowaniu decyzji w zakresie polityki zagranicznej skutecznie blokuje drogę do utworzenia wspólnych sił europejskich.

Z pewnością kraje unijne muszą od czegoś zacząć, jeśli zamierzają podnieść swoją zdolność operacyjną w zakresie autonomicznej polityki bezpieczeństwa i obrony. Ale powinny od razu przemyśleć horyzontalnie swoje zdolności. A tu mieści się także pytanie, czy tworzący się rząd w Berlinie z udziałem partii Zielonych uwzględni aspekt nuklearnego odstraszania w militarnym arsenale UE? Czy przemyśli także koncepcję obrony całego terytorium unijnego? Czy w militarnej koncepcji UE znajdzie się strategia stabilizacji dla sąsiednich regionów?

Wobec wyzwania, jakie Stanom rzucają Chiny w rejonie Indopacyfiku, Europa musi być zdolna do samodzielnej obrony przed Rosją

W innym wymiarze militarna autonomia UE musi objąć politykę zbrojeniową, wychodząc poza wąski obszar produkcji i kontroli zbrojeń. Z marszu nie da się też osiągnąć gotowości operacyjnej dla  nowych „Battle-Groups”. Czają się także niebezpieczeństwa natury politycznej. Co w przypadku, kiedy unijny członek po zmianie rządów będzie chciał wycofać swoje oddziały. Może tak zrobić na przykład Francja, jeśli do Pałacu Elizejskiego wprowadzi się kandydatka z ramienia prawicowych populistów. Łączy się to z innym zagadnieniem: kto decyduje o udziale w operacjach militarnych? Parlament w Strasburgu, czy parlamenty krajów „koalicji chętnych”? A może Komisja Europejska?

Wyjścia z tych dylematów na razie nie znaleziono. Tak samo jak rozwiązania problemów finansowych. Koszty utrzymania europejskich sił szybkiego reagowania byłyby wysokie. Na program „Pesco” kraje unijne przeznaczyły 9 mld euro do 2027 r. Tymczasem 5-tysięczna grupa europejskich żołnierzy nie zabezpieczyłaby lotniska w Kabulu, ponieważ do tego zadania, jak i do utrzymania jakiegokolwiek mostu powietrznego Europejczycy nie mają wystarczających zdolności militarnych. Ich uzyskanie to praca rozłożona na lata, o ile nie na dekady. Alternatywą dla europejskiej autonomii mogłoby być osiągnięcie lepszego stopnia uzbrojenia, wyszkolenia i dowodzenia, ale w ramach NATO. A dalej – podniesienie zdolności rozpoznawczo-wywiadowczej, bardziej efektywne połączenie zasobów, zwiększenie możliwości transportowych i arsenału nowoczesnych dronów bojowych. W tym zakresie Francja, Niemcy i Hiszpania współpracują nad największym europejskim projektem obronnym, opracowując nowy myśliwiec. Ale prace ślimaczą się.

Wyzwanie dla nowego rządu

Zarówno wzmocnienie militarnej samodzielności UE, jak i podniesienie potencjału militarnego w ramach NATO oznacza konieczność zmiany polityki obrony (strategic mindset) przez największego członka UE – Niemcy. Ich kurs bowiem zasadzał się w ciągu ostatnich 16 lat kanclerstwa Angeli Merkel na dezawuowaniu znaczenia geopolityki w relacjach międzynarodowych. W konsekwencji  nie określono strategii dla militarnego potencjału Niemiec. Zamiast tego kanclerz Merkel niezmiennie wskazywała na 14 stabilizacyjnych misji wojskowych, jakie do uśmierzenia konfliktów w różnych punktach globu wysyłały kolejne rządowe koalicje pod jej egidą. Wprawdzie przez okres prezydentury Trumpa „zaklinała” autonomię militarną Europy, ale niewiele w tym kierunku czyniła. Seria hałaśliwych unijnych inicjatyw, zacieśniających współpracę wojskową: rzeczone „Pesco”, czy tzw. armia europejska, pełniły rolę listków figowych. Merkel chodziło o zademonstrowanie Francji, że przynajmniej „w jednym z obszarów pozytywnie odpowiada na francuskie inicjatywy zacieśniania integracji europejskiej”. Po drugie, miała na celu udowodnienie Trumpowi, że Europa potrafi wziąć we własne ręce odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. W rzeczywistości Merkel odrzucała francuskie pomysły utworzenia na gruncie „Pesco” unijnej awangardy wojskowej, i była przeciwna tworzeniu dodatkowych podziałów w UE z wykluczeniem państw Europy Środkowej.

Powołanie naczelnego dowództwa unijnego odpada także dlatego, że kompetencje militarne znajdują się w rękach krajów członkowskich

Renomowana niemiecka analityk Constanze Stelzenmüller zauważyła trafnie, że „życzenie kanclerz Merkel, by Niemcy zachowały równowagę między Europą i USA po jednej, a Chinami i Rosją po drugiej stronie zachwieje europejską jednością, podkopie relacje transatlantyckie i zniechęci do Niemiec ich europejskich partnerów. Rządzący w Berlinie wiedzą o tym, ale postępują niezmiennie tak samo“. Kontekst europejskiej autonomii (ale i zwiększenia potencjału militarnego Europy w NATO), wymaga od Niemiec podniesienia wydatków militarnych z 1,4 do 2 procent PKB na jasno sprecyzowane cele obronne, wszczęcia debaty w pacyfistycznym społeczeństwie, niechętnym takim działaniom, oraz przystąpienia do akcji militarnych powstrzymujących ekspansję Chin i operacji zabezpieczających peryferie europejskiego sąsiedztwa: na Morzu Śródziemnym, na Oceanie Indyjskim i w Afryce. To prawdziwe wyzwanie dla nowego rządu, który prawdopodobnie tworzyć będzie socjaldemokratyczny kanclerz Olaf Scholz.

 

Tekst ukazał się w ramach projektu dofinansowanego z dotacji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej w ramach linii projektowej „30 lat Traktatu – 30 lat FWPN”.

Historyk, politolog, watykanista, komentator polityczny portalu TOK FM i telewizji POLSAT NEWS. Ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz germanistykę na Albert-Ludwigs-Universität we Freiburgu. Doktorat w 2003 r. (Albert-Ludwigs-Universität Freiburg), habiltacja w 2008 r. (Albert-Ludwigs-Universität Freiburg). Od 2009 roku kierownik katedry im. Konrada Adenauera w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. J. Tischnera. Ostatnie publikacje: "Angela Merkel - cesarzowa Europy" (Agora 2014), https://histmag.org/arkadiusz-stempin-sojusznicy-od-fryderyka-i-katarzyny-wielkiej-do-merkel-i-putina-recenzja-13278

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz