Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy Biden wychodzi z cienia Trumpa?

Biden musi skupiać się na gigantycznych problemach wewnętrznych Ameryki od walki z pandemią poczynając a na dramatycznych napięciach rasowych kończąc. W sprawach zagranicznych energii starcza mu w istocie na zarządzanie konfliktem z Chinami

Mamy zwyczaj personalizowania polityki poszczególnych krajów. Szczególnie wówczas, gdy jakieś państwo ma bardzo wyrazistego przywódcę opinia międzynarodowa przywiązuje się do wizji polityki personalnej. A wtedy, gdy ów przywódca, jak były prezydent USA Donald Trump wchodzi w kształtowanie polityki osobistymi tweetami, kiedy większość liderów światowych i medialny mainstream  go zwyczajnie lubi, to pojawia się oczekiwanie, iż następca zmieni wszystko. Tymczasem państwa stabilne w bardzo niewielkim stopniu są podatne na personalizację głównych linii politycznych. Im solidniejsza i stabilniejsza struktura państwowa, tym większą rolę odgrywają struktury „głębokiego państwa”. Nie tylko elity wywiadowcze czy wojskowo-dyplomatyczne, ale cała struktura urzędnicza zorientowana na długie trwanie i na obronę interesów państwowych.

Rok po zwycięstwie wyborczym Joe Bidena można już spokojnie powiedzieć, że nowy prezydent zmienił wszystko aby w istocie nic się nie zmieniło. Tak jak przeróżne wyskoki Trumpa nie zmieniły głównych linii polityki Obamy, tak Biden nieznacznie tylko skorygował linię Trumpa. Od co najmniej dekady jest absolutnie oczywiste, że najważniejszym obszarem z punktu wiedzenia Waszyngtonu jest obszar Indo-Pacyfiku, a zwłaszcza rywalizacja z Chinami. Zarówno Europa, jak Bliski Wschód systematycznie tracą na znaczeniu. Również od czasów Obamy wiadomo, że USA starają się skracać front i wycofywać się z obszarów konfliktowych. Wyjście z Afganistanu było obiecane przez Obamę, zaplanowane i przygotowane przez Trumpa a wykonane przez Bidena. Różnice są w sferze propagandowej ewentualnie dotyczą szczegółowych rozwiązań. O ile narracji ekipy Bidena Europa powróciła do roli kluczowego przyjaciela, to działania amerykańskiej administracji wskazują na kontynuowanie głównych linii polityki poprzedników.

Zmiany w polityce amerykańskiej, gdy następują są reakcją na zmiany w globalnej geopolityce, a nie wynikiem personalnych decyzji prezydenta

W ostatnich dniach podczas kolejnej wyprawy do Europy Amerykanie wycofali się z karnych ceł na europejską stal i aluminium a Europa postanowiła odblokować import dżinsów czy motocykli. Ale warto zauważyć, że decyzja o zniesieniu zaporowych ceł została obwarowana warunkiem, iż europejski eksport nie przekroczy poziomu sprzed decyzji Trumpa. Wszystko co ponad to zostanie obłożone karnym cłem. A już szczególnym pokazem arogancji dokładnie takiej jak w czasach Trumpa, była procedura zamykania misji afgańskiej. Waszyngton podjął decyzję bez konsultacji i wbrew europejskim protestom zmuszając partnerów do tego by bez dyskusji się dostosowali.

Diabelska alternatywa dla Europy

Inaczej mówiąc zmiany w polityce amerykańskiej, gdy następują są reakcją na zmiany w globalnej geopolityce, a nie wynikiem personalnych decyzji prezydenta. Poprawa relacji z Europą wynika przede wszystkim z oczekiwania, że Europejczycy przyłączą się do polityki powstrzymywania Chin. Jeżeli nie mają na to ochoty zostaną potraktowani tak jak Francja, brutalnie wypchnięta z Australii przez amerykańską ofertę dotyczącą okrętów podwodnych.

Europa została postawiona wobec iście diabelskiej alternatywy. Albo przyłącza się do polityki powstrzymywania Chin, z bardzo poważnym ryzykiem wciągnięcia jej w konflikt zbrojny albo USA zwiną strategiczny parasol ochronny nad Europą i pozostawią ją sam na sam z Rosją. W opublikowanym niedawno szkicu Marek Budzisz powołując się na opinię holenderskich ekspertów napisał: Po pierwsze liderzy państw naszego kontynentu muszą przyjąć do wiadomości, że rywalizacja amerykańsko–chińska będzie głównym czynnikiem porządkującym światową politykę w nadchodzących latach i zacząć wynikające z tego faktu zagrożenia, być może szanse, poważnie traktować. Po drugie, jak piszą „Europa musi zdefiniować, jak wyglądałaby obrona zbiorowa bez Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza teraz, gdy USA nie są już w stanie realizować ‘strategii dwóch wojen’, jednoczesnego prowadzenia i wygrywania wojen przeciwko dwóm wielkim mocarstwom na różnych kontynentach”. To oznacza, w ich opinii przyjęcie wobec Rosji, bo to główne zagrożenie bezpieczeństwa europejskiego, podwójnej strategii. Z jednej strony obliczonej na wzmocnienie własnych możliwości obronnych, a drugiej przyjęcie opcji formułowanej przez prezydenta Francji, który jest zdania, że należy „zarządzać” relacjami z Rosją w taki sposób aby nie prowadziło to do eskalacji napięć.

Jak przed I wojną światową

Weszliśmy w dekadę bardzo głębokich zmian na światowej szachownicy strategicznej. Niemal bez echa przeszło w Polsce zbojkotowanie szczytu klimatycznego w Glasgow przez Rosję i Chiny. A przecież Pekin od wielu lat wkładał sporo wysiłku w to, by zaprezentować się na arenie międzynarodowej jako państwo broniące zasad wolnego rynku i wprowadzające w życie zielone technologie. Podobnie Rosjanom teoretycznie powinno zależeć na tym, by przynajmniej udawać, iż przejmują się kryzysem klimatycznym, żeby ich towary nie zostały obłożone w Europie zaporowymi opłatami za emisję CO2 przy ich produkcji. Na dodatek Rosja z przytupem, odsyłając niemal z dnia na dzień dyplomatów do domów zerwała stosunki z NATO. Jeżeli komuś nasunie się analogia z głośnym wyjściem Niemiec z Ligi Narodów po objęciu władzy przez Hitlera, to niestety może mieć rację.

O tym, ze Rosja weszła w fazę bardzo asertywnej polityki pisałem na łamach NK już kilka razy. Ale czytając analizy chińskich i amerykańskich ekspertów możemy dojść do wniosku, że oba mocarstwa znalazły się w pułapce niepewności. W istocie zarówno Chińczycy – zwłaszcza po powołania AUCUS –  jak Amerykanie są niepewni swojej przewagi  na obszarze Morza Południowochińskiego i Cieśniny Tajwańskiej. Można odnieść wrażenie, że analitycy w Pekinie przekonują swoich liderów, iż system sojuszy montowany pod egidą Waszyngtonu doprowadzi do osłabienia pozycji Chin. A z kolei amerykańskie think tanki uważają, iż z każdym rokiem Chiny będą silniejsze w konfrontacji z USA i należy je powstrzymać jak najszybciej. Jest więc gorzej niż się dotychczas wydawało. Pułapka Tukidydesa opisywana przez politologów została podwojona i oba mocarstwa mają wrażenie, że muszą na nią reagować.

Poziom napięcia jest zbliżony jak w latach poprzedzających I wojnę światową, gdy wszyscy przekonywali się wzajemnie, iż wojna jest niemożliwa, a równocześnie rywalizacja pchała ówczesne mocarstwa do konfliktu, zdetonowanego ostatecznie przez zamach na austriackiego następcę tronu. Wydarzenie samo w sobie mało istotne, gdy będziemy pamiętali o tym, że druga połowa XIX stulecia była czasem prawdziwego polowania na głowy państw.

USA potrzebują sojuszników

Najstarszy z dotychczas wybieranych prezydentów USA musi mierzyć się z generalnym kryzysem ładu światowego. Trudno odmówić Joe Bidenowi olbrzymiego politycznego doświadczenia, zwłaszcza w sprawach dyplomacji, ale tempo wydarzeń wyraźnie nie pozwala mu na odciśniecie osobistego piętna na amerykańskiej polityce. W gruncie rzeczy po blisko roku można uznać, że realna zmiana nastąpiła tylko w sferze werbalnej. Nowa administracja dużo mocniej akcentuje kwestię wspólnoty wartości świata demokratycznego. Rzecz jasna nie chodzi o jakąś krucjatę prodemokratyczną, czego widomym dowodem jest los Afganistanu. Ale narracja o konflikcie świata wolności z międzynarodówką dyktatorów doskonale nadaje się do budowania sojuszy skierowanych przeciwko Chinom i Rosji.

Względnie nowym elementem polityki administracji Bidena jest natomiast metodologia montowania sojuszy

W odróżnieniu od Trumpa, który był przekonany o zaletach polityki amerykańskiego unilateralizmu i brutalnie narzucał wszystkim partnerom swoje pomysły obrażając przy okazji kogo się da, Biden zdaje sobie sprawę, że USA potrzebują sojuszników. Stąd zmiana języka w rozmowach z Europejczykami, szczególnie z Niemcami, stąd próby ograniczonego dialogu z Moskwą. Istota polityki Waszyngtonu pozostaje jednak niezmienna. Co nie zmienia faktu, że dla obecnych władz w Polsce, zmiana narracji amerykańskiej jest podwójnie groźna. Po pierwsze dlatego, ze Polska dała się obsadzić w roli czarnej owcy świata demokratycznego. W erze Trumpa można było z tego czerpać wręcz pewne profity. Dla Bidena, który ostentacyjnie ignoruje rząd w Warszawie Polska rządzona przez PiS jest wygodnym przykładem dla innych, że za nieprzestrzeganie wartości można ukarać nawet wiernego sojusznika. Niczym w Balladzie o dwóch koniach Młynarskiego odwrócenie się od rządu PiS ma być przykładem dla innych, rzeczywiście mogących podważać główne linie amerykańskiej polityki.

Względnie nowym elementem polityki administracji Bidena jest natomiast metodologia montowania sojuszy. Zarówno AUCUS, jak pogłębiony dialog z Niemcami (w tym wycofanie sankcji wobec Nord Streamu) wskazują na to, że Waszyngton próbuje tworzyć sojusze na zasadzie kręgów koncentrycznych. Względnie nieduże „twarde jądro” wokół którego mają powstawać kolejne kręgi sojusznicze częściowo przynajmniej obsługiwane polityczne przez tych najbliższych partnerów. To również zła wiadomość dla nas, bo wygląda na to, że wypadliśmy z kręgu tych partnerów, z którymi administracja Bidena o czymkolwiek rozmawia. O sprawach europejskich w imieniu USA ma z nami rozmawiać Berlin a o NATO być może jeszcze Brytyjczycy. Z kolei rolę doradców w sprawach wschodnich jak się wydaje przejęli Bałtowie.

Głównym celem – powstrzymanie Chin

Na koniec uwaga, która być może powinna być poczyniona wcześniej. Biden przychodził do władzy z ambitna agendą międzynarodową. I trochę mi to przypomina sytuację z początków prezydentury George’a W. Busha. Ten ostatni wygrał prezydenturę zapowiadając koncentracje na problemach wewnętrznych Ameryki, po czym po zamachach z 11 września przez dwie kadencje zajmował się głównie polityką zagraniczną. Biden z kolei chciał nie chciał musi skupiać się na gigantycznych problemach wewnętrznych Ameryki od walki z pandemią poczynając a na dramatycznych napięciach rasowych kończąc. W sprawach zagranicznych energii starcza mu w istocie na zarządzanie konfliktem z Chinami. Jasna zapowiedź obrony Tajwanu wygłoszona przez Prezydenta, na którą Chińczycy zareagowali stwierdzeniem, by USA nie dawały pustych obietnic, została wzmocniona wypowiedzią sekretarza stanu Blinkena, który uznał, iż Tajwan powinien wrócić do grona członków ONZ. Trudno odczytać to inaczej, niż jako zatrzaskiwanie się pułapki Tukidydesa przybliżające możliwość konfliktu zbrojnego na Zachodnim Pacyfiku.

Dzisiejszy Waszyngton nie chce zastanawiać się co robią Węgrzy czy Polacy, a nawet Włosi i Hiszpanie. Chcą zadzwonić do Berlina i wiedzieć co się dzieje

Bo trzeba pamiętać o jeszcze jednej kwestii. Prezydentura Bidena jest – bodaj pierwszy raz w amerykańskiej historii – prezydenturą jednokadencyjną. Przed rokiem Biden zapowiadał, ze nie będzie ubiegał się o druga kadencję. I nie wydaje się by miał zmienić zdanie. A to oznacza, że pozostały mu najwyżej trzy lata by odcisnąć swoje osobiste piętno na amerykańskiej historii (co jest marzeniem każdego z prezydentów). Powstrzymanie Chin zdaje się być najbardziej oczywistym kierunkiem ku znalezieniu się na liście prezydentów pamiętanych przez Amerykanów.

Wbrew ciśnieniu problemów wewnętrznych USA Joe Biden, który większą część swojego politycznego życiorysu związał polityka zagraniczną będzie zapewne starał się na tym polu zbudować swój pomnik w historii. A ma w kwestii chińskiej wsparcie zarówno głębokiego państwa, jak dwupartyjny consensus.

A w sprawie polskiej? Cóż. Po wstąpieniu do NATO usłyszeliśmy od bardzo ważnego polityka z Waszyngtonu: „My nie mamy czasu by zastanawiać się nad tym co odróżnia Słowację od Słowenii albo Litwę od Łotwy. Chcemy zadzwonić do Warszawy i wiedzieć co się dzieje….”. Otóż dzisiejszy Waszyngton nie chce zastanawiać się co robią Węgrzy czy Polacy, a nawet Włosi i Hiszpanie. Chcą zadzwonić do Berlina i wiedzieć co się dzieje. Warto z tego wyciągnąć wnioski.

historyk, dyplomata. Był m.in. dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, podsekretarzem stanu i głównym doradcą ds. zagranicznych w rządzie premiera Buzka, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Wprost”. Ostatnio ambasador RP w Rydze i Erywaniu. Autor kilkuset publikacji na temat polskiej polityki zagranicznej i historii Polski w epoce międzywojennej.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Czy Biden wychodzi z cienia Trumpa?”

  1. artdraus pisze:

    Sz. P. Ambasadorze – krótka polemika z cytatem x „ bodaj pierwszy raz w amerykańskiej historii – prezydenturą jednokadencyjną. Przed rokiem Biden zapowiadał, ze nie będzie ubiegał się o druga kadencję” – nie przypominam sobie takiej deklaracji – choć osobiście byłaby ona oczekiwana, natomiast z tego co mi wiem, Prezydent Biden zapowiedział ubieganie się o druga kadencje jakkolwiek to brzmi – https://www.npr.org/2021/03/25/981260663/biden-says-he-expects-to-run-for-a-second-term

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz