Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy ekologia może się opłacać?

Nie da się funkcjonować w świecie, gdzie produkcja będzie miała coraz większy wpływ na niszczenie środowiska. Nawet ci, którzy dziś wydają się mocarstwami muszą myśleć o przedefiniowaniu swojego myślenia o tak strategicznych sektorach, jak sektor energetyczny.

Rok 2020 już na zawsze zostanie zapamiętany jako rok pandemii Covid-19. Przy okazji pandemii boleśnie uwidoczniły się również wady zglobalizowanej gospodarki. Łańcuchy dostaw zostały przerwane i mieliśmy problem chociażby z zaopatrzeniem nie tylko w sprzęt elektroniczny, którego produkcja wymaga zaawansowanej technologii i wiedzy, ale również zwykłych maseczek, których produkcja jest na tyle prosta, że można to robić w każdym miejscu na świecie – a mimo to uzależniliśmy się w tym zakresie od Chin. Z drugiej strony wciąż straszy się tym, że skrócenie łańcuchów dostaw i powrót do lokalnej produkcji spowoduje poważny wzrost cen. Czy doświadczenie z mijającego roku zmienią nasz sposób postrzegania gospodarki i przyniosą trwałe zmiany? Czy warto powrócić do lokalnej produkcji?

Pandemia jest raczej sytuacją przymusową. Zaskoczyła świat. Jednak przede wszystkim jest rezultatem naszego podejścia do zasobów Ziemi. Mamy jedną planetę, eksploatowaliśmy ją ponad możliwości, a symboliczna data przejedzenia ziemskich zasobów niebezpiecznie zbliża się do pierwszej połowy roku. To oznacza, że jedna planeta o wielkości i zasobach Ziemi, to już za mało, a ludzie żyją już na ekologicznym kredycie. Przy czym nasz dług rośnie coraz bardziej. Już w pierwszych miesiącach pandemii eksperci wyraźnie wskazywali na zagrożenia wynikające z niszczenia naturalnych siedlisk zwierząt, a przez to na ekspozycję na nieznane dotąd medycynie choroby, z którymi zwierzęta sobie radzą, ale mogą być już niebezpieczne dla człowieka. Targ w Wuhan, z którego być może pochodził koronawirus symbolizuje chyba najlepiej, to do czego zdolny jest człowiek. Można na nim było kupić również rzadkie i zagrożone wyginięciem gatunki, i chętni na nie konsumenci pojawiali się przy stolikach, na których serwowano nie tylko owe słynne nietoperze.

Pandemia, przerwanie łańcuchów dostaw przyniosły pewną ulgę środowisku naturalnemu i ograniczyły emisje CO2, ale tylko na pewien czas. Zaistniała sytuacja jest sygnałem ostrzegawczym dla świata. Jednak wątpię, że konsumenci wyciągną z niej wnioski. Będą to raczej ograniczenia wydatków związane z niepewną sytuacją finansową i widmem kryzysu gospodarczego. Apetyty konsumentów na wspomniane już elektroniczne gadżety z Dalekiego Wschodu nie słabną. A skoro jest popyt, to łańcuchy dostaw szybko się odtwarzają, o ile jest popyt na towary z odległych zakątków świata. Sytuacja, w której się znalazła ludzkość, przypomina raczej człowieka skazanego na tymczasową głodówkę. Po tym jak sytuacja znów się unormuje, skazaniec znów będzie kupować często i dużo. Producenci wmawiają mu, że musi mieć, jest okazja i jeśli chce coś kupić to teraz albo nigdy. Stymulują apetyt kosztem konsumentów. Niskie ceny na przykład smartfonów nie idą w parze z jakością sprzętu. Dziś jest to sprzęt o krótkim czasie działania, skonstruowany tak, aby pobudzać konsumpcję i skłaniać do zakupów kolejnych nowości, pojawiających się w salonach sprzętu elektronicznego. Nawet naprawa przestaje być opłacalna.

A zatem jeśli wydarzenia czasu pandemii coś zmienią to tylko jeśli wydrenowane zostaną portfele konsumentów. Powrót do poprzedniej „normalności” sprawi, że w nieodległego perspektywie znów wpadniemy w spiralę kolejnego kryzysu, może znacznie gorszego. Póki co model oparty na ciągłym zwiększaniu sprzedaży i poprawianiu wyników finansowych zderzył się z sufitem. Owszem może ten sufit przebić, ale wtedy konsekwencje będą jeszcze gorsze niż to, czego dziś doświadczamy.

Konsumenci i ci, którzy ich do tej konsumpcji namawiają muszą w końcu przemyśleć, czy musimy ściągać olej palmowy z Azji Południowo-Wschodniej, gdzie uprawa olejowca gwinejskiego doprowadziła do niespotykanego nigdzie wylesienia lasów pierwotnych strefy tropikalnej, czy też powinniśmy wrócić do konsumpcji olejów produkowanych lokalnie. Mówię o palmowym nie bez powodu, ponieważ jest sztandarowym przykładem tego, jak można wciągnąć konsumenta w taki łańcuch dostaw. W praktyce dociera do nas surowiec odpowiedzialny za wielką katastrofę ekologiczną w najcenniejszym przyrodniczo zakątku Ziemi, a który z racji ceny jest preferowany przez producentów, ponieważ mogą jeszcze bardziej zwiększyć zyski, przestawiając się na technologię nastawioną na zastosowanie niedrogiego oleju. Dodam tylko, że oleju, który jest obecnie dodawany nie tylko do produktów spożywczych, ale i całej gamy produktów kosmetycznych, a nawet pasz dla zwierząt. Olej palmowy jest takim odwróceniem się od lokalności. Ale tu wchodzimy w jeszcze jeden aspekt z tym związany. To nasza konsumpcja ponad miarę powiązana ze zjawiskiem marnowania, w tym przypadku żywności. Tylko w Polsce według danych Banków Żywności marnujemy około 9 milionów ton jedzenia rocznie. Nie zastanawiamy się nad tym co kupujemy, bo sugerujemy się promocją, ceną, trochę większym przypływem gotówki. Za mniej możemy kupić więcej i nie zjadamy tego, co kupujemy. I takich przykładów można podać więcej. Branża odzieżowa i niesprzedane ubrania, które nie rzadko są niszczone, w momencie pojawiania się nowej kolekcji.

Skracanie łańcuchów dostaw wiąże się również z innym problemem – przenosząc produkcję do Azji jednocześnie pozbyliśmy się dużej części problemów z „brudnym” przemysłem. Niejednokrotnie zarzucano Europie, że chociażby do swojej produkcji CO2 powinna doliczać CO2 wyprodukowany razem z tworzeniem dóbr na jej użytek, nie wspominając już o innych szkodach, jakie pośrednio przynieśliśmy tamtejszemu środowisku. Czy da się pogodzić bardzo ambitne założenia polityki klimatycznej UE z rosnącą konsumpcją jej mieszkańców?

Pozbyliśmy się, ale to i tak do nas wraca i musi być uwzględniane w końcowym rachunku. Przecież zmiany klimatu nie dotyczą wyłącznie Chin. Odpowiadamy za chińskie emisje. Chińska produkcja wysyłana na europejskie, czy też amerykańskie rynki, czyni nas współodpowiedzialnymi za dramat związany ze zmianami klimatu. Nie da się pogodzić tej rosnącej konsumpcji z ambitnymi założeniami unijnej polityki klimatycznej, jeśli konsumenci nie zmienią swojego zachowania. To musi oznaczać mniejszą konsumpcję, ale nie oznacza tego, że nagle zaczniemy być głodni i pozbawieni możliwości zaspokajania naszych podstawowych potrzeb. Wręcz przeciwnie jest szansą. Wolałbym kupować określony produkt, wiedząc, że posłuży mi przez lata. Ale ten sposób myślenia nie jest już tak oczywisty wśród europejskich konsumentów. Chcą szybciej i częściej zmieniać swojej sprzęty codziennego użytku, tłumacząc to postępem technologicznym i wielkim przyspieszeniem. Bo przecież mój laptop za wolno już odtwarza filmy, mój smartfon nie daje rady z obsługa mediów społecznościowych.

Pamiętajmy jednak, że Azja zaczęła wyprzedzać Unię Europejską. Na chińskim rynku jest już wielu konsumentów, którzy zachowują się podobnie jak konsumenci w krajach uważanych dotąd za zamożne. Wszędzie tam, gdzie ludzi stać na więcej wygrywa model konsumpcjonizmu a nie wstrzemięźliwości zakupowej. Zwraca mi się uwagę, że bez rozwoju produkcji, bez wzrostu sprzedaży, system zawiesi się i stoczy się w kryzys. Otóż właśnie przez ten ustawiczny pęd ku temu, żeby sprzedać więcej system już się zawiesił, złapał pandemiczną zadyszkę, a za chwilę będzie w stanie permanentnej zapaści z powodu zmian klimatycznych.

Głównym argumentem przeciwników polityki klimatycznej UE jest jej potencjalnie destrukcyjny wpływ na rozwój gospodarczy. Czy da się pogodzić jedno i drugie?

Przeciwnicy polityki klimatycznej wydają się nie dostrzegać faktu, że czeka nas jeszcze większe tąpnięcie, jeśli nie zrewidujemy swojego podejścia do spraw związanych z zatrzymaniem globalnego ocieplenia. Trwają przy obronie dotychczasowego modelu gospodarczego pozbawionego innowacji ograniczających nasz wpływ nie tylko na klimat. Trzeba spojrzeć na to zagadnienie szerzej. W grudniu ubiegłego roku poznaliśmy nowy program, znany jako Europejski Zielony Ład. To spojrzenie całościowe, które może uzdrowić gospodarkę. Wśród zaproponowanych działań są  inicjatywy w celu przemian w kierunku popularyzacji czystych technologii, gospodarki o obiegu zamkniętym, wykorzystywania odnawialnych źródeł energii, zwiększania wydajności efektywności energetycznej i materiałowej. Jest w nim mowa również o składaniu przyjaznych środowisku zamówień publicznych, co ma wspierać rozwój gospodarczy poprzez poszukiwanie innowacji, tworzących m.in. nowe miejsca pracy.

Oczywiście znów wracamy do konsumentów. Kolejny lockdowny, kwarantanny i działania, które mają uratować niewydolny system służby zdrowia, wpłynęły na zachowania zakupowe. Zmniejszyły sprzedaż i być może część osób zmieni jednak swoje nastawienie, o ile spotka się z zachętą ze strony producentów, którzy będą wprowadzać zmiany na rzecz zrównoważonego rozwoju w swoich zakładach produkcyjnych, ograniczając ich wpływ na klimat i środowisko. Pytanie zasadnicze brzmi – czy rzeczywiście zaistnieje taka synergia.

Tymczasem może nas czekać jeszcze jeden scenariusz. Pomimo wymuszonego pandemią ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, nadchodzący po niej kryzys gospodarczy może jeszcze bardziej oddalić kwestię rozwiązania kryzysu klimatycznego. Gospodarki postawią na odbudowę za wszelką cena nie zwracając uwagi na koszty środowiskowe takiej odbudowy. Klimat i troska o środowisko zejdą na odległy plan.

Należy pamiętać, że to jakie decyzje zostaną podjęte w tym zakresie będzie mieć realny wpływ na ludzi, w tym na nas. Wydaje się, że nikt nie chciałby żyć na gorszym poziomie niż dotychczas, więc ciężko nam poświęcić rozwój gospodarczy, z drugiej strony działacze ekologiczni często straszą nas, ze tak czy inaczej za kilkadziesiąt lat czeka nas apokalipsa i będziemy walczyć o przetrwanie. Czy istnieje jakiś optymistyczny scenariusz, w którym udaje nam się jednocześnie zachować w miarę wygodne życie i uniknąć ekologicznej katastrofy?

To jest pytanie o wartości, z którymi się identyfikujemy. Czy fakt, że nie będę mógł zmienić telefonu na nowy model, tak często jak dotychczas jest już tym życiem na gorszym poziomie? Śmiem wątpić. Apologeci zwiększania konsumpcji i sprzedaży zarzucą mi zamach na konsumencką wolność. Jednak powinniśmy w końcu zrozumieć, że znaleźliśmy się na rzeczywistej krawędzi. Coraz łatwiej z niej spaść, a apokaliptyczne prognozy wcale nie są wyssane z palca. Jesteśmy świadkami wielkiego wymierania gatunków, termicznego rozregulowania klimatu na Ziemi, kryzysów klimatycznych, które dotykają kolejne obszary narażone na ekstremalne zjawiska pogodowe. W końcu zabraknie nam zasobów. I jak każdy gatunek, który nie będzie miał dostępu do bazy pokarmowej, dojdziemy do mało przyjemnego finału.

Irytuje mnie coraz bardziej spychanie kwestii związanych ze stanem środowiska i ochroną przyrody. Wiemy, że wiele rzeczy zrobiliśmy źle. Są na to recepty. Technologia może być również naszym sojusznikiem, której rozwój można ukierunkować w stronę szukania rozwiązań efektywnych energetycznie, przyjaznych dla natury i dla człowieka, który nigdy nie będzie funkcjonował w oderwaniu od świata przyrody.

Pamiętajmy, że analiza 163 branż przemysłu, która znalazła się w opracowaniu „2020. Nature Risk Rising: Why the Crisis Engulfing Nature Matters for Business and the Economy” wyraźnie wykazała, że ponad połowa światowego PKB w stopniu dużym lub umiarkowanym jest uzależniona od przyrody i zasobów naturalnych. I tak branże silnie uzależnione od natury generują ok. 15% światowego PKB. Te, które zależą od przyrody w stopniu umiarkowanym odpowiadają za 37% światowego PKB. A te trzy największe, silnie uzależnione od natury sektory to budownictwo, rolnictwo i branż FMCG. Jeśli zatem dojdzie do pogorszenia się stanu zasobów naturalnych i środowiska, czeka nas nie tylko środowiskowa, ale i gospodarcza katastrofa.

Może, biorąc pod uwagę prognozy naukowców, powinniśmy zmienić perspektywę – łatwo sobie wyobrazić, że przy niedoborach wody, czy pól uprawnych najsilniejsze będą kraje, które będą miały ich najwięcej. Jak to może wpłynąć na globalną gospodarkę?

Zmiany klimatu skazują dziś na największe problemy najuboższe rejony świata, które najmniej przyczyniają się do emisji gazów cieplarnianych i konsumpcji. Najlepszym tego przykładem jest kontynent afrykański, który dotykają susze i inne ekstremalne zjawiska pogodowe. To swoisty paradoks naszych czasów.

Nie da się funkcjonować w świecie, gdzie produkcja będzie miała coraz większy wpływ na niszczenie środowiska. Nawet ci, którzy dziś wydają się mocarstwami muszą myśleć o przedefiniowaniu swojego myślenia o tak strategicznych sektorach, jak sektor energetyczny. Wspomniane już Chiny nie tylko szukają rozwiązań dotyczących energetyki odnawialnej i są w tym zakresie jednym ze światowych liderów, ale szukają również innowacji w zakresie energii atomowej, która spełniałaby oczekiwania dotyczące jej efektywności i bezpieczeństwa.

Tak naprawdę wiele zależy od tego, jak dużo uwagi będziemy przywiązywać do innowacji, które zbliżą nas w stronę czystej energii i znacznego ograniczenia konsumpcji zasobów naturalnych, a popchną w kierunku ponownego przetwarzania odpadów i ich wykorzystywania. Czy musimy mieć papier z nowo ściętych drzew, czy też możemy sięgnąć po papier makulaturowy, z odzysku? Czy nie możemy przetwarzać starych mebli i dać im nowego życia?

Tak jak już wspominałem znamy diagnozę dla świata, która nie jest optymistyczna. Wiemy, co powinniśmy robić, ale pozostaje najważniejsze pytanie – czy świat będzie chciał pójść w tym kierunku?

Czy ekologia może się opłacać?

Gdyby „ekologia” się nie opłacała rankingi miejsc najlepszych do życia nie uwzględniałyby kryteriów środowiskowych. Powrót do tradycyjnych sposobów upraw, które zaspokajałaby nasze zapotrzebowanie, a nie kończyły na śmietniku, poprawa jakości tej produkcji rolnej, mają wpływ na nasze zdrowie, a co za tym idzie na komfort życia. Tak samo jak ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, konsumenckie wybory w sklepie. Nasze codzienne wybory, które są związane z ograniczeniem konsumpcji mięsa i wykluczenie tych produktów, które pochodzą z wielkich przemysłowych ferm, również mogłyby mieć wpływ i wspierać indywidualną produkcję rolną. Oczywiście jest w tych moich twierdzeniach wielka doza optymizmu, że jako ludzkość jeszcze się zdołamy ogarnąć, ale i coraz więcej niepokoju o nawet najbliższą przyszłość.

 

Tekst ukazał się w ramach projektu dofinansowanego z dotacji Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej w ramach linii projektowej „Deutsch-Polnische Bürgerenergie fürs Klima” finansowanej ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec.

 

czy ekologia się opłaca

współpracownik NK, doktor nauk humanistycznych, z wykształcenia historyk, politolog i dziennikarz. Miłośnik przyrody i Wileńszczyzny. Obecnie wspiera działania Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze i prowadzi Magazyn Poświęcony Przyrodzie natropie.tv [1]. Zajmuje się również tematyką afrykańską i interesuje bliskowschodnią, w kontekście niemuzułmańskich społeczności Bliskiego Wschodu.
Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz