Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Co PiS-owi nie wyszło? Spojrzenie na Polskę B

Mimo postępów w polityce społecznej, PiS nie zaradził bolączkom polskiej prowincji. Mowa o wykluczeniu komunikacyjnym, deficycie tanich mieszkań na wynajem w mniejszych miastach, atrofii publicznej ochrony zdrowia

Przez ostatnie lata Prawo i Sprawiedliwość zbudowało wokół swojej polityki transferów socjalnych mocną opowieść o dobrej i radykalnej zmianie społeczno-politycznej. Jak pokazała pierwsza tura prezydenckich wyborów – opowieść wciąż przekonywającą dla niemałej części Polski B, Polski małomiasteczkowej i wiejskiej. Polski klasy ludowej. Niewykluczone, że jeśli Andrzej Duda pokona Rafała Trzaskowskiego 12 lipca w drugiej turze wyborów prezydenckich, rządząca partia uzna, że nie tylko wizerunkowo wszystko jest w najlepszym porządku – właśnie w sprawach społecznych. Niestety, to nieprawda.

A gdzie usługi publiczne?

Byłem, jestem i pozostanę zwolennikiem pięćsetplusowej polityki Prawa i Sprawiedliwości w jej licznych wariantach, budzących mocny ból głowy u niemal wszystkich szczerych, demokratycznych liberałów, którzy chcieliby w końcu „wyrwać Polskę z rąk socjalistów”, i lekką migrenę nawet u pewnej części z tych, którzy mają się za konserwatystów wrażliwych społecznie. Nie jesteśmy już jednak w 2015 roku. Mamy połowę roku 2020, jesteśmy w trakcie pandemii. Znakomita część jej skutków – nie tylko społeczno-gospodarczych, ale też psychospołecznych – dopiero się objawi. W zwyczajowy dla kryzysów sposób, o wiele mocniej dotkną one mniej zamożną część społeczeństwa. Nie tylko pod kątem utraty pracy, pogorszenia jej warunków, zmniejszenia dochodów lub rezygnacji z czasu wolnego w celu utrzymania ich wysokości. To jest jak zwykle wierzchołek góry lodowej.

Chory z punktu widzenia dobrostanu całego państwa, jego i tak trudnej integralności, model rozwoju oparty na silnej dysproporcji między centrum a prowincją/peryferiami wciąż się utrzymuje

Istotne jest również to, o czym publicznie dyskutuje się mniej (a z pewnością bez gorących emocji) lub przede wszystkim w gronie ekspertów, albo w banieczkach miłośników reportaży z Polski B. Problemem będzie, a nawet już jest, nowa fala ograniczenia dostępu do usług publicznych lub zastępujących je usług prywatnych. Po pierwsze: związana z uszczupleniem portfeli mniej zamożnych Polek i Polaków, polskich rodzin pełnych i niepełnych, samotnych matek i ojców, opiekujących się dziećmi, zapracowanych lub bezrobotnych córek zajmujących się zniedołężniałymi rodzicami i krewnymi. Dla mniej zamożnych wciąż liczy się wszystko – od cen pieczywa, mięsa, warzyw i owoców po cenę biletu na busa ze wsi do miasta. Ludzi jeszcze bardziej nie będzie na to stać, lub znów nie będzie stać. Po drugie, znikanie tych usług publicznych, na przykład upadek kolejnych PKS-ów i wygaszanie biznesów prywatnych oferujących choćby usługi komunikacyjne występuje tam, gdzie przestaną być opłacalne dla małych, lokalnych często firm, które kierują się logiką zysku, a nie dobra wspólnego. Które, jak wiemy, w III RP największą karierę zrobiło jako niezobowiązujący slogan – nie tylko partyjny.

Mówiąc mniej obrazowym językiem: Zjednoczona Prawica przejęła w 2015 roku władzę, dość mocno sygnalizując, że zaradzi największym bolączkom polskiej prowincji. Mowa o wykluczeniu komunikacyjnym, deficycie tanich mieszkań na wynajem w mniejszych miastach, atrofii publicznej ochrony zdrowia (wieś pod tym względem nieustannie jest upośledzona względem miasta). Szybkie wdrożenie programu Rodzina 500 Plus, podniesienie stawki godzinowej z mniej niż głodowych trzech-czterech złotych do złotych kilkunastu było rewolucją, która dziś już uchodzi za oczywistość. Rewolucją wciąż niezbyt jednak zrozumiałą dla wzbogaconej wielkomiejskiej inteligencji, która nie pojmuje, jak wiele – w sferze egzystencjalnej, nie tylko ekonomicznej – oznaczało dla kiepsko zarabiających Polek i Polaków szybkie i stabilne zwiększenie zasobności portfeli.

Wraz z dobrą koniunkturą gospodarczą, która przyszła z rządami Zjednoczonej Prawicy (wbrew kasandrycznym wizjom części ekspertów ekonomicznych), zmniejszyło się bezrobocie – nagle na rynek pracy, po długich, bardzo długich latach wróciły kobiety w wieku 50+. Wrócili na rynek pracy ci, którzy nikomu już nie byli zawodowo potrzebni i właściwie żadnej sensowniejszej pracy się nie spodziewali – bo bardzo długo dwucyfrowa rezerwowa armia bezrobotnych gwarantowała biznesowi łatwy dostęp do młodszych, sprawniejszych, bardziej dyspozycyjnych, i do tych, którzy rezygnowali z niemal całego prywatnego życia, byle tylko poradzić sobie w kraju bez sprawnych usług publicznych. Dlatego zresztą do dziś większość politycznych najgorętszych emocji politycznych wielkomiejskiego elektoratu dla Polski B jest wyblakła i nieistotna. I najpewniej dalej tak pozostanie.

Kłopot w tym, że polityka prostych transferów finansowych nie zmieni negatywnych trendów dotyczących Polski B. Mowa przede wszystkim o jej wyludnianiu – dotyczy to właściwie wszystkich regionów kraju, bo Polska B i C nierzadko zaczyna się tuż za granicami metropolii. Tam, gdzie nie ma już ośrodka zdrowia, usług dla seniorów i osób z niepełnosprawnościami, gdzie nie ma często lub w ogóle kursującego autobusu, gdzie brak tanich mieszkań komunalnych na wynajem, pozwalających szukać pracy w najbliższej okolicy, utrzymać się tam, myśleć o zakładaniu i powiększeniu rodziny.

Biznes nie zaspokoi potrzeb

Prywatne państwo dobrobytu, koncept który swego czasu przedstawił Antoni Macierewicz, nie będzie działać – nie tylko dlatego, że obecne transfery finansowe nie wystarczą  na stałe/stabilne korzystanie z wielu usług w cywilizowanym świecie koniecznych dla seniorów, kobiet w ciąży i młodych matek, nastolatków z takimi czy innymi ambicjami i planami na przyszłość, mężczyzn w pełni życia zawodowego, których dopadł nowotwór, osób z niepełnosprawnościami i wielu, wielu innych. Także dlatego, że biznes w Polsce nie jest w stanie tworzyć przemyślanej i sensownej infrastruktury zabezpieczającej publiczny dobrostan – świetnie to widać w każdym możliwym sektorze, od branży deweloperskiej po usługi transportowe przez zdrowie i komunikację masową.

Biznes w Polsce nie jest w stanie tworzyć przemyślanej i sensownej infrastruktury zabezpieczającej publiczny dobrostan – świetnie to widać w każdym możliwym sektorze, od branży deweloperskiej po usługi transportowe przez zdrowie i komunikację masową

Prywatne państwo dobrobytu to po prostu więcej pieniędzy na wzmocnienie już istniejących w Polsce podziałów między biednymi i bogatymi, mniej i bardziej zamożnymi, na więcej korków i smogu i jeszcze większe rozwarstwienie kulturowo-ekonomiczne między nieodległymi niekiedy od siebie miejscami. Ale to też niezły pomysł na polityczny klientelizm, który niestety przypominałby rzymskie obyczaje związane z darmowym zbożem dla ludu. Wejście jedynie w system transferów finansowych byłoby bezpieczne dla części mniej zamożnych – ale tylko dopóty, dopóki będą młodzi, zdrowi i szczęśliwi. A to zdarza się w Polsce dość rzadko – sądząc po wskaźnikach dotyczących i chorób psychosomatycznych i nieuchronnego starzenia się społeczeństwa.

Owszem, dla nieco bardziej zamożnych polskie miasteczka i wioski są wciąż atrakcyjne. Własny dom, ogród, śpiew ptaków o poranku dopełniany szumem aut z pobliskiej obwodnicy czy drogi szybkiego ruchu (suburbanizowany naród wraz z autochtonami jedzie do pracy do miasta), wysokie tuje odgradzające od równie szczęśliwych co my sąsiadów – czegóż chcieć więcej: et in Arcadia ego. Choć i suburbanizacja, która bardzo często uzależnia rodziny na dorobku nie od jednego, ale dwóch lub trzech aut w gospodarstwie domowym, ma swoje dobrze już opisane przez młode pokolenie polskich socjologów i socjolożek cienie. Ale ucieczka do metropolii, bardzo chciana przez wielkomiejskich włodarzy i biznes, bo zapewnia im zarówno fizycznych jak umysłowych pracowników najemnych, wciąż jest faktem. Świadomie lub nie, wielkie miasta ograbiają prowincję z lokalnych elit, z młodej inteligencji, z rzutkich młodych ludzi, którzy mogliby zostać sołtysami i wójtami – to się nie zmieniło w Polsce ani trochę.

Chory z punktu widzenia dobrostanu całego państwa, jego i tak trudnej integralności, model rozwoju oparty na silnej dysproporcji między centrum a prowincją/peryferiami wciąż się utrzymuje. W 2015 roku wydawać się mogło, że Prawo i Sprawiedliwość chce to dostrzegalnie zmienić. W 2020 roku uderza w tym względzie opieszałość, ledwo rozpoczęte lub stojące pod znakiem zapytania projekty i zbyt duża dysproporcja między dobrymi pomysłami a stopniem ich realizacji. Nie da się dziś powiedzieć, że nie było czasu ani możliwości.

Gorzka jest nadzieja, że może w kolejnych latach uda się zrobić więcej – tym bardziej, że pandemiczny kryzys stawia wiele przeszkód i znaków zapytania. Choćby „PKS Plus”, „Kolej Plus” – wystarczą minuty z wujkiem Google, by zobaczyć, jak sprawy się mają. I niekoniecznie pojawią się nam wyniki z programowo niechętnych rządzącym mediów – teksty Karola Trammera w „Nowym Obywatelu” czy Bartosza Oszczepalskiego dla Instytutu Spraw Obywatelskich nie pozwalają na zbytni entuzjazm. „Mieszkanie Plus” wciąż jest w powijakach, o sytuacji w służbie zdrowia regularnie pisze Maria Libura – również na łamach „Nowej Konfederacji”. I niestety w tej materii polityka rządowa nie zasługuje nawet na ocenę dostateczną.

Owszem, Adrian Zandberg raz po raz z sejmowej mównicy wygłasza gniewną tyradę pod adresem rządu, z której wynika, że zjednoczona (jeszcze) lewica zrobiłaby wszystko lepiej i sprawniej niż Zjednoczona (wciąż) Prawica. Tylko że to wszystko nieprawda: prawdziwe emocje i interesy polityczne zarówno liberałów, jak i lewicy, oraz ich elektoratów, są zupełnie gdzie indziej

PiS nie musi się starać

Dlaczego jednak – mimo takich realiów – Prawo i Sprawiedliwość wciąż jest wiarygodne w sprawach społeczno-gospodarczych dla mnóstwa swoich zwolenników? O autorskich zabezpieczeniach socjalnych była już mowa. Ważny jest również specyficzny charakter rozwoju Polski B. Podam dwa konkretne przykłady. W mojej rodzinnej miejscowości w Wielkopolsce, która suburbanizuje się w mikroskali od paru lat, nie ma co prawda czynnej linii PKP („zawieszono” połączenia w 1995 roku), nie ma też PKS-u, ale jest światłowód. Jest też znacznie więcej latarń i chodników niż przed laty, są urządzenia do fitness na boisku, wraz z naprawdę ładnym placem zabaw dla dzieci. No i każdy ma samochód. A jeśli nie ma, to za 50 złotych nawet emeryt o kulach dojedzie taksówką do pobliskiego Śremu: do urzędu, lekarza, banku. I drugi przykład: wieś na Roztoczu. Nie ma tam co prawda ani PKP, ani PKS, ale niedaleko jest obwodnica. I wszyscy niemal mają samochody – bo przynajmniej jeden członek z każdej rodziny jest na emigracji zarobkowej. Tak to wygląda w wielu mniejszych ośrodkach, kilka kroków do przodu, parę w tył, parę w prawo lub w lewo – wiele zależy też od samoświadomości lokalnych wspólnot i określenia priorytetów przez miejscowe elity.

Czy widział ktoś kiedyś na Facebooku, by środowiska lewicowo-liberalne odpaliły akcję z masowym wrzucaniem na profilowe nakładek z logiem PKS? Na przykład gdy PKS Częstochowa była na skraju upadku?

Trzecia wreszcie rzecz: polska scena polityczna jest tak skonstruowana, że PiS właściwie nie musi się starać. Owszem, Rafał Trzaskowski właśnie ściga się z Andrzejem Dudą na socjalne obietnice. Owszem, Adrian Zandberg raz po raz z sejmowej mównicy wygłasza gniewną tyradę pod adresem rządu, z której wynika, że zjednoczona (jeszcze) lewica zrobiłaby wszystko lepiej i sprawniej niż Zjednoczona (wciąż) Prawica. Tylko że to wszystko nieprawda: prawdziwe emocje i interesy polityczne zarówno liberałów, jak i lewicy, oraz ich elektoratów, są zupełnie gdzie indziej. Liberałowie mówią przede wszystkim o sądownictwie i „zagrożonej demokracji”, lewicę najbardziej emocjonuje i integruje tematyka dotycząca rozszerzenia politycznych praw mniejszości i prawa kobiet czytane na lewicową modłę. Martwi ich jeszcze wszystkich faszyzm – chyba, że akurat można zawalczyć o głosy „faszystów”. Może to płytka socjologia, ale czy widział ktoś kiedyś na Facebooku, by środowiska lewicowo-liberalne odpaliły akcję z masowym wrzucaniem na profilowe nakładek z logiem PKS? Na przykład gdy PKS Częstochowa była na skraju upadku? Albo nakładek z pustym peronem – po zamknięciu kolejowej stacji w jakiejś wioszczynie? Owszem, było kilka większych protestów socjalnych w ostatnich latach – największy, w 2018 roku, dotyczył opiekunek osób z niepełnosprawnościami, ale tylko naiwni mogliby wierzyć, że liberalne media chwyciły temat bezinteresownie, kierowane niezwykłym wybuchem empatii. Mogły przecież „grzać temat” kilka lat wcześniej, za rządów koalicji PO-PSL. Wtedy Iwona Hartwich również protestowała pod Sejmem.

Nie zwalnia to partii Jarosława Kaczyńskiego z odpowiedzialności za los choćby tych kilku dużych projektów infrastrukturalnych, które zaproponowały rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Jeśli to się nie uda, to będzie naprawdę poważny znak, że nie potrafimy urządzić sobie lepszego państwa: lepszego właśnie dla zwykłych obywateli, którym jedni wszystko obiecują, a drudzy – za wszystko ich dziś winią. I że zawsze wytłumaczymy to sobie lekko faktem, że PRL już przecież był.

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl

Komentarze

3 odpowiedzi na “Co PiS-owi nie wyszło? Spojrzenie na Polskę B”

  1. Sherlock00 pisze:

    Niestety, z dużą częścią tego artykułu się nie zgodzę. Rozdawanie pieniędzy za nic, dodam cudzych pieniędzy, bo Państwo nie ma swoich, jeszcze nigdy nic dobrego nie przyniosło. Jeśli obserwuje pan Polskę B, to być może, ale nie.. nie zauważył Pan, że te rozdawane pieniądze rozleniwiły wiele osób. Po prostu nie opłaca im się pracować. W ich miejsce, np. w Wielkopolsce, przedsiębiorcy i rolnicy, czy ogrodnicy, żeby móc prowadzić swoje biznesy na potęgę ściągają sąsiadów z za wschodniej granicy, bo Polacy nie chcą pracować, a przedsiębiorców nie stać, nie chcą płacić nieuzasadnionych ekonomicznie stawek. Owszem, doraźnie może komuś te pieniądze z 500+ pomogły, ale należy również pamiętać o prostych prawach ekonomi, bo te pieniądze muszą być, bardzo szybko będą, zweryfikowane przez rynek. Czyli jeśli nagle na rynku pojawia się zbyt wiele pieniądza, a szczególnie nie pokrytego pracą/produkcją, to jest to pusty pieniądz, którego wartość szybko spada. Bo jeśli Pan pracuje ciężko, np. w fabryce, a widzi Pan, że obok sąsiad siedzi w domu i ma z 500+ to samo, to dochodzi Pan do wniosku, że musi Pan iść po podwyżkę. Pana podwyżka, jeśli Pan dostanie, nie bierze się znikąd i spirala, może nie od razu, ale zaczyna się nakręcać. To nic innego jak inflacja, która w ostatnim czasie pozostaje na dość wysokim poziomie, pomimo covidowej recesji. Ale rozdawanie cudzych pieniędzy dla polityków jest najprostsze i przynosi szybkie polityczne efekty. Tylko gdzieś jest granica. W końcu pieniądze się skończą, więc będzie trzeba podnosić co raz wyżej podatki, aż w końcu, tym co te podatki płacą nie będzie się opłacało pracować. I też wyciągną rękę do państwa. To wszystko opisane jest w teorii ekonomi.
    Przed czym PiS stchórzyło albo inaczej, było zbyt leniwe, żeby to wdrożyć, nie miało pomysłu, nie miało ludzi.. nie wiem. To m.in. walka z wykluczeniem komunikacyjnym, o którym Pan słusznie pisze, to kapitulacja albo stanięcie w pół kroku, jeśli chodzi o reformę edukacji, szczególnie szkolnictwo zawodowe i wyższe, to rozwalanie sądów przez nieumiejętnie, na siłę wprowadzaną zmianę, a potem wypalanie się na jej obronę.
    Tylko danie wędki, czyli wykształcenia, czyli możliwości komunikacyjnych (przemieszczania się, szczególnie ludzi mniej zamożnych), może spowodować, że Polska B zostanie w domu i przyciągnie do siebie biznes. A jak będzie biznes, to będą pieniądze, również na własne domy i mieszkania. Co by nie mówić i nie myśleć o komunie, to jednak w tamtych czasach jednak pewne rzeczy lepiej lub gorzej działały. Nikt kasy, no może poza partyjnymi bosami, nie dostawał za darmo. Jakkolwiek fikcyjna nie byłaby to praca, to każdy musiał pracować. Jakkolwiek nieuzasadnione ekonomicznie były fabryki w mniejszych miastach, ale były, bo byli wykształceni kierunkowo ludzie, bo musieli pracować, a poza tym mieli możliwość przemieszczania się ze wsi do miasta, czy z mniejszych miejscowości do większych, choć ludzie nie mieli w takiej ilości samochodów jak dziś. Stąd np. tak zwani chłopo-robotnicy.
    To właśnie na to powinny być wydane pieniądze ściągane z osób pracujących – na komunikację, na edukację, na opracowanie w pierwszym kroku strategii przyciągnięcia firm, stworzenia im dobrych warunków inwestowania w mniejszych miejscowościach. Rozdawaniem pieniędzy psuje się państwo. To rozdawanie pieniędzy kiedyś się na tym państwie zemści.
    Jasne, są osoby, które nie mogą pracować i nimi państwo na jakimś minimalnym poziomie powinno się zaopiekować, ale nie powinien być to jedyny kierunek polityki.

  2. Sherlock00 pisze:

    Dodam jeszcze tylko, że mądrzejszym i bardziej motywującym mechanizmem jest odpis od podatku, czyli ulga, wyższa kwota zwolnienia od podatku, likwidacja podatku PIT np. dla emerytów, tylko politycznie nie nośna.
    Poza tym, przy redystrybucji podatku, urzędnicy i podatnicy mogą się pożywić.

  3. kld95 pisze:

    Trudno nie zgodzić się z komentarzem wyżej. Na NK nie spodziewałem się opinii jawnie gloryfikujących rozdawnictwa, destabilizacji budżetu i pochwały niegospodarności. A tu proszę, jak najbardziej można takie znaleźć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz