Chłop w okowach regulacji

Rolnictwo to w Polsce jedna z najbardziej uregulowanych dziedzin gospodarki. Prawo utrudnia rolnikom rozwój, a konsumentom dostęp do taniej i zdrowej żywności

Rolnictwo to w Polsce jedna z najbardziej uregulowanych dziedzin gospodarki. Prawo utrudnia rolnikom rozwój, a konsumentom dostęp do taniej i zdrowej żywności

Jest taki gatunek przedsiębiorcy, wobec którego polskie państwo żywi nadopiekuńcze uczucia. Z jednej strony chucha na niego i dmucha, z drugiej zaś wyznacza mu drogi życiowe, którymi ma podążać, i surowo każe za nieprzestrzegania planów Mamusi.

To zahukane dziecko to rolnik. Nie płaci podatku dochodowego, korzysta z finansowanego przez podatników (czyli w dużej mierze nie-rolników) systemu emerytalnego, ma w końcu często pewność – której nie mają twórcy nowoczesnych technologii, producenci obuwia czy instrumentów muzycznych – że jego produkty zawsze jakoś się sprzedadzą. Te przywileje mają jednak swoją cenę: niesamowite, nieporównywalne z niczym innym przeregulowanie tego segmentu gospodarki, które przeszkadza mu rozwijać się wedle swoich możliwości.

Po co państwo w rolnictwie?

Nie ma powodu, dla którego państwo miałoby jakoś szczególnie ingerować akurat w rynek rolny. To tylko na pierwszy rzut oka „branża specjalnej troski”. Jedzenie jako potrzeba fizjologiczna znajduje się u podstawy piramidy Maslowa, bez zaspokojenia głodu w ostatecznym rozrachunku po prostu giniemy. Korposzczury z Warszawki mogą się podśmiewać z Polaka-cebulaka z Podkarpacia czy Lubelszczyzny, ale trudno będzie im zaprzeczyć, że bez jego mozolnej pracy nie mieliby co jeść. Atawistyczny lęk przed głodem – którego to głodu mimo wszystko większość Polaków na szczęście na co dzień nie doświadcza – każe mieć przeświadczenie, że „ktoś” musi zadbać o to, by produktów rolnych nie zabrakło.

Tylko dlaczego miałoby to być akurat bezpośrednio państwo? Jeśli czemuś jest faktycznie blisko do idealistycznego modelu „konkurencji doskonałej”, to jest to właśnie rynek rolny. Działa na nim bardzo wielu przedsiębiorców, w zdecydowanej większości nieopierających się na monokulturze, co zmniejsza ryzyko. Łatwo znaleźć zastępstwo dla poszczególnych produktów, zarówno producentowi (gdy coś „nie idzie”), jak i konsumentowi (gdy nie może nabyć potrzebnego produktu w odpowiedniej dla siebie cenie). Z naturalnych czynników, mogących zakłócać funkcjonowanie rynku, trzeba na pewno wymienić sporą nieprzewidywalność zbiorów, związaną z tym, że uprawa roślin w dużej mierze zależy od pogody, a także to, że – szczególnie na początku – na zwrot z inwestycji czeka się często wiele lat (choćby w sadownictwie, gdzie profilu produkcji nie da się zmienić z dnia na dzień, ponieważ drzewa muszą najpierw urosnąć).

I choć tych problemów zupełnie przeskoczyć się nie da – bo nie przeniesiemy się nagle w strefę innego klimatu (i bardzo dobrze, gdyż to właśnie m.in. dzięki naszemu umiarkowanemu klimatowi cieszymy się taką, a nie inną agrokulturą) – to jednak, zwłaszcza w erze wysoko rozwiniętych technologii, możemy złagodzić negatywne skutki tych zjawisk. Jednak na pewno nie przeskoczymy tego, że w dynamicznym świecie nikt nie może być pewien stałych, a tym bardziej stale polepszających się warunków własnej działalności. A chcielibyśmy być pewni, prawda? I to, co się nie wszystkim udaje, udało się europejskim rolnikom – stworzyli politykę, która zapewnia miraż stałości zbytu własnych produktów.

CAP-nąć rolnika

Tak powstała Wspólna Polityka Rolna Unii Europejskiej (CAP). Gdy ruszała w latach 60. XX wieku, jako element funkcjonowania jednolitego rynku Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, zaczęło się od gwarantowania cen skupu różnych produktów rolnych. Jednak szybko okazało się, że producenci mający zapewnioną cenę na swoje produkty zaczęli produkować ich więcej, co doprowadziło do zalania rynku nikomu w danym momencie niepotrzebnym mięsem czy nabiałem. Zamiast jednak odwrócić się od dotychczasowych rozwiązań, eurokraci postanowili bohatersko walczyć z problemami nieznanymi w żadnym innym systemie – niszcząc produkty rolne, wprowadzając limity produkcyjne, a nawet, co jest chyba najbardziej absurdalne, płacąc za… nieuprawianie roli. To właśnie z CAP-em związanych jest najwięcej euroabsurdów, wśród których uznanie marchwi za owoc (po to, by Portugalczycy mogli otrzymywać dotację na swój dżem z tej… rośliny) wcale nie jest najbardziej skrajnych przypadkiem – bo taka na przykład brukiew jest w całej UE brukwią, ale może być też rzepą, gdy wchodzi w skład cornish pasty, czyli pieroga kornwalijskiego.

Cała Wspólna Polityka Rolna ma na celu neokolonialne wyzyskiwanie peryferii UE, zwłaszcza przez Francję i Niemcy

Wszystkie te z pozoru groteskowe przykłady mają swoje wymierne znaczenie, czego najlepszym dowodem jest to, że największymi beneficjentami CAP-u są najbogatsi latyfundyści, w tym brytyjska rodzina królewska. Cała Wspólna Polityka Rolna ma na celu neokolonialne wyzyskiwanie peryferii UE (i nie tylko, o czym przekonują się m.in. państwa afrykańskie), zwłaszcza przez Francję i Niemcy. Może to brzmieć szokująco, zwłaszcza gdy mamy wdrukowane poczucie, że na polskich rolników spada rokrocznie deszcz euro w postaci różnego rodzaju funduszy. Jednak każdy kij ma dwa końce i także w tym wypadku z jednej strony widać pieniądze płynące do rolników (zwłaszcza średnich i dużych producentów), nie widać za to utraconych korzyści z w pełni wolnego unijnego rynku, na którym nasze – o wiele tańsze i często także zdrowsze produkty – mogłyby sobie doskonale radzić. Radzą sobie zresztą, ale mogłyby robić to jeszcze lepiej, gdyby nie różnego rodzaju ograniczenia produkcji i surowe kary, które musimy za nie płacić. Całe szczęście do historii odchodzi chyba najbardziej dolegliwa dla naszych rolników kwota mleczna, za której przekroczenie musieli co roku płacić setki milionów euro kary. To, że likwidowana jest ona akurat teraz, nie wynika z pryncypialnego przywiązania do wolnego rynku, ale z tego, że kwotowanie zdążyło już poczynić spore spustoszenia i częściowo „wyrównało” potencjał produkcyjny w UE (w najlepszej sytuacji są ci rolnicy, którzy nie zmniejszali swojego pogłowia i grzecznie płacili co roku kary za przekroczenie kwot). Podobnych przykładów (zresztą nie tylko w rolnictwie, także chociażby w rybołówstwie) jest więcej.

Na przykładzie CAP-u doskonale widać, jak przeregulowanie prowadzi do zwyrodnienia wartości, na których opiera się stan chłopski, takich jak gospodarność i szacunek dla bożych darów, jakimi są płody rolne (to przeświadczenie rzeczywiście cały czas głęboko tkwi w mentalności ludności wiejskiej). Tak jak kwoty prowadzą do częstego niszczenia „nadliczbowego”, a przecież w pełni wartościowego mleka, tak dopłaty na przykład do uprawy ekologicznej zachęcają do cwaniactwa polegającego na fikcyjnej działalności, o czym donosiła w kwietniu Najwyższa Izba Kontroli w odniesieniu do ekologicznego sadownictwa. Jeśli w ciągu 10 lat powierzchnia upraw mogła wzrosnąć ośmiokrotnie, wydajność zaś kilkunastokrotnie… spaść, to świadczy to tylko o kompletnym fiasku programu.

Prawo pisane pod dużych

Choć przywykliśmy zrzucać wszelką winę na Brukselę, to jednak nie tylko Unia Europejska utrudnia działanie polskim rolnikom. Wiele regulacji nakładamy na siebie sami, czego przykładem jest choćby podejście do przetwórstwa własnych produktów rolnych i ich bezpośredniej sprzedaży. Można oczywiście powiedzieć, że jest to kwestia marginalna. W Polsce mamy jednak wielką liczbę małych gospodarstw, a to oznacza, że dla setek tysięcy polskich rodzin drobne przetwórstwo mogłoby być nie tylko możliwością dorobienia, ale także głównym źródłem utrzymania. A nie może.

Wynika to z prawa, które pod kątem fitosanitarnym i podatkowym traktuje drobnego przetwórcę tak samo, jak ogromną fabrykę. Swego czasu pewna starsza pani opowiadała mi, że gdyby chciała sprzedawać swoje pasztety z fasoli za łącznie kilkaset złotych miesięcznie, musiałaby wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych na sam generalny remont domu. Inny człowiek, który hobbystycznie produkuje starymi metodami sery, opowiadał o tym, co musiałby zrobić, gdyby chciał rozwinąć swoją działalność i przynajmniej odrobinę na niej zarabiać. Musiałby m.in. kupić nowoczesny sprzęt, spełniający techniczno-sanitarne wymogi prawa – problem w tym, że jego serów nie da się za pomocą tego sprzętu produkować. I tak tracimy możliwość korzystania z pysznych przetworów, a stare tradycje rolniczo-kulinarne odchodzą w zapomnienie.

Wielu rolników korzystających z unijnych funduszy nie zauważa związku dopłat z krępującymi ich działalność regulacjami

Sytuacji nie poprawia uchwalona w kwietniu ustawa o sprzedaży bezpośredniej. Przez wprowadzenie podatku obrotowego w wysokości 2 proc. przy przychodach do 150 tys. euro zmusza ona bowiem rolników do prowadzenia księgi ewidencjonującej przychody i zgłoszenia jej do urzędu skarbowego. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to sensowne rozwiązanie, jednak kompletnie nie odpowiada ono na realne problemy związane ze sprzedażą bezpośrednią. Rolnikom nie dolega to, że nie płacą podatku dochodowego, czy – jak w tym przypadku – od przychodu, ale wyśrubowane wymogi sanitarne, których ustawa nie zmienia, a także ograniczenia dotyczące procesu produkcji, w której mogą brać udział tylko członkowie rodziny. Sytuację poprawia nieco październikowe rozporządzenie ministra rolnictwa dotyczące produktów pochodzenia zwierzęcego, zwiększające niektóre limity sprzedaży i łagodzące wymogi sanitarne, ale znów: dotyczy to jedynie części produktów.

Tyrania status quo

Hamulcowym zmian – które cudownie przyspieszyły pod koniec kadencji – było, o dziwo, PSL. Od zawsze profiluje się ono jako partia dbająca o interes rolników, jednak czasy, kiedy rzeczywiście je reprezentowała, skończyły się dawno temu. Dziś to stronnictwo grupujące przede wszystkim wielki wiejski biznes, w tym także przetwórców niezainteresowanych wzrostem konkurencji – stąd niechęć do znoszenia regulacji. Stosunek „ludowców” do rolników najlepiej było widać w pełnych wyższości wobec „frajerów” wypowiedziach byłego już ministra rolnictwa Marka Sawickiego, który dawał wyraźnie do zrozumienia, że interesują go przede wszystkim ci chłopi, którzy już dziś dają sobie radę.

Na przeszkodzie znoszeniu różnego rodzaju regulacji stoją także… sami rolnicy, w dużej mierze ci, którzy najbardziej by na nim skorzystali. Mało kto postuluje likwidację CAP-u, króluje raczej przeświadczenie, że musimy starać się o „wyrównanie dopłat”, oczywiście w górę, a nie w dół. Wielu rolników korzystających z unijnych funduszy nie zauważa związku dopłat z krępującymi ich działalność regulacjami – a te są nieodłączną częścią Wspólnej Polityki Rolnej. Wiele osób, zwłaszcza należących do grona wielkich producentów i przetwórców rolnych, jest zainteresowanych utrzymaniem status quo, zarówno w zakresie prawa europejskiego, jak i polskiego. Szkoda, bo tak naprawdę to tylko miraż stabilności, której zresztą i dziś rolnicy nie doświadczają, o czym świadczą na przykład ubiegłoroczne problemy ze zbytem owoców, wynikające z wprowadzenia embarga przez Rosję, czy wcześniejszy nagły spadek cen pszenicy. Potrzebna jest zmiana sposobu myślenia i uwierzenie we własne, przecież ogromne, siły. Przekonanie, że jest się w stanie dobrze funkcjonować na rynku bez nieustannej ingerencji państwa – tak jak ma to miejsce w zdecydowanej większości branż. Dopóki to nie nastąpi, polskie rolnictwo nie będzie mogło w pełni wykorzystać swoich przewag konkurencyjnych.

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Chłop w okowach regulacji”

  1. akagubu pisze:

    Wlochy to jest kraj w ktorym najbardziej widac rzemioslo doprowadzone do perfekcji oraz cale regiony ktore czerpia z tego od lat. Temat ktory poruszyliscie wymaga relatywnie niskich nakladow do zastosowania w zasadzie tylko woli rzadzacych a reszta ruszy oddolnie. Wraz z roznorodnoscia lokalnych produktow oraz ich jakoscia wspomoze to znacznie turystyke, ktora kuleje jesli chodzi o ich klasyczne destynacje jak Francja, Egipt czy Maroko a turysci szukaja nowych ciekawych kierunkow.
    Trzeba dojsc do prezydenta z odpowiednia iloscia podpisow, to on podczas kampanii wspominal o tym problemie, trzeba pamietac ze rolnicy to slabo wyksztalcona klasa spoleczna i slabo obecna w mediach, samym rolnikom bedzie dosc ciezko sie przebic z tym tematem.
    Temat jest rokujacy trafil na podatny rzyzny grunt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz