Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Rolnik zderza się z pociągiem

Nie ma zwyczaju, by po świeży produkt wysokiej jakości wybierać się na targowisko. U nas na targowisku kupi Pani chiński plastik

We Francji w każdym sklepie można za grosze kupić dobry cydr. A w Polsce, która jest królestwem jabłek, nie…

To dlatego, że mamy zupełnie inne przepisy. Mówimy o dwóch krajach w tej samej Unii Europejskiej, ale działających na zupełnie innych zasadach. To są kompletnie inne realia. Francuski sadownik może spokojnie wyprodukować taki cydr, może go wstawić na półkę, sprzedać. Ma o wiele łatwiej pod względem biurokratycznym.

U nas pokutuje postkomunizm: wszystko, co nie jest dozwolone, jest zabronione, a już w szczególności dotyczy to produkcji alkoholu, która podlegała wyłącznemu monopolowi państwowemu.

Jeśli spojrzymy na inne kraje, nie tylko Unii Europejskiej, to zobaczymy, że tam jest zupełnie inaczej. Na Bałkanach rolnik może wyprodukować rakiję, własne wino, może je legalnie sprzedać. Austriak po prostu zbiera swoje morele, robi słoik dżemu, nakleja jakąś tam etykietę, wstawia do sklepiku w swojej miejscowości i zwyczajnie sprzedaje.

A w Polsce?

W Polsce jakiekolwiek, nawet najmniejsze przetwórstwo, a już szczególnie związane z produkcją alkoholową, powoduje lawinę przepisów i opłat. Te przepisy są związane z podatkiem akcyzowym, z podwyższonymi obowiązkami dotyczącymi warunków sanitarnych, działalnością gospodarczą.

Nie możemy zrobić niczego, nie podejmując działalności gospodarczej. A wtedy zaczynają się zupełnie inne realia. Od razu płacimy wysoki podatek dochodowy, podlegamy pod Państwową Inspekcję Pracy i wszelkie możliwe urzędy. I tym sposobem najdrobniejszy rolnik, przetwórca staje się średnim przedsiębiorcą, bo u nas nie ma czegoś takiego jak małe przedsiębiorstwo w sektorze produkcyjnym.

To jest główny hamulec dla powstawania przedsiębiorczości na wsi. Myślę, że niektórzy rolnicy chętnie wpisaliby się na listę produktów tradycyjnych i piekliby chleb metodą tradycyjną. Ale żeby upiec nawet 10 bochenków chleba i sprzedać je na lokalnym rynku, trzeba otworzyć przedsiębiorstwo i wyłożyć mnóstwo pieniędzy. Ludzie po prostu nie decydują się na podjęcie takiej działalności.

To akurat jest przeszkoda, która dotyczy wszystkich przedsiębiorców w Polsce, nie tylko rolników. A może po prostu nie trzeba wszystkiego robić samemu? Może trzeba z sąsiadami współpracować?

Próby współpracy oczywiście są, ale wypadają bardzo różnie. O ile w działalności typowo rolniczej to się jakoś powiodło, o tyle w innych sektorach nie jest tak dobrze. Powiodło się stworzenie grup producenckich, ale one były inicjowane wręcz centralnie.

Proszę krótko wyjaśnić, czym są grupy producenckie.

Przeważnie są to spółki z o.o. Członkowie grupy tworzą własne, odrębne produkty, ale prowadzą wspólnie zaopatrzenie w środki produkcji, wspólnie przechowują owoce, tworzą duże centra logistyczne i wspólnie prowadzą sprzedaż. Ich prace są skonsolidowane. Dlaczego to się udało? Oczywiście, dlatego że wykonaliśmy ogromną pracę, ale też dlatego, że były na to odgórnie przeznaczone środki.

Sugeruje Pan, że nie da się nic zrobić bez pieniędzy publicznych?

Żeby taka inicjatywa konsolidacyjna w ogóle powstała, przetwórca czy sadownik musi w tym widzieć jakąkolwiek szansę. A w obliczu przytłaczającej dominacji rynku przez wielkie korporacje takich szans dla małych producentów po prostu nie ma, zwłaszcza w przetwórstwie. Nie sztuką jest coś wyprodukować, sztuką jest konkurować z ogromnymi firmami, które dysponują wielkimi budżetami marketingowymi. Rynek małych producentów trzeba zbudować od podstaw, dlatego potrzebna jest pomoc państwa. W małym przetwórstwie ani nie ma takich możliwości, ani przepisy nic nie ułatwiają. Wręcz utrudniają, bo niemal wszystkie przepisy są odpowiednie dla wielkich przetwórni, ale nie dla drobnych, lokalnych przetwórców. Potrzeba uproszczenia tych procedur.

Przecież minister Sawicki wprowadził pewne ułatwienia.

Minister Sawicki zezwolił rolnikom na łatwą sprzedaż produktów na targowiskach na podstawie podatku ryczałtowego. Ale paradoks polega na tym, że możemy te produkty sprzedawać tylko pod chmurką. Jeśli postawimy wiatę albo daszek, to już podlegamy innym regulacjom! W cywilizowanych krajach tego typu sprzedaż odbywa się na dużych targowiskach miejskich, gdzie są hale i dobre warunki. To tworzy tradycję – istnieją wielopokoleniowe stanowiska, na których kolejne pokolenia sprzedają swój – mający renomę – produkt. A u nas można coś sprzedać, ale tylko pod warunkiem, że deszcz będzie nam kapał za kołnierz.

Skoro samemu trudno jest cokolwiek sprzedać, to jak wygląda współpraca z wielkimi odbiorcami, sklepami wielkopowierzchniowymi?

Z takimi odbiorcami jak sklepy wielkopowierzchniowe współpraca nie wygląda w ogóle. Tacy mali producenci w ogóle nie mają szansy do nich wejść. Podam Pani przykład. Chcieliśmy robić soki proste (te pięciolitrowe soki w worku), zwróciliśmy się do jednej z firm zajmujących się zaopatrzeniem średnich sklepów. Okazało się, że mamy inwestować w promocję (to już są pieniądze powyżej 100 tys. złotych), musimy zapłacić opłatę miesięczną za każdy produkt, który chcielibyśmy wprowadzić, musimy urządzić promocję – i jeżeli po trzech miesiącach, po ocenie tej promocji, wskaźniki będą odpowiednie, możemy w ogóle dalej funkcjonować. Jeśli nie będą odpowiednie, to musimy wszystko zaczynać od nowa.

W Południowym Tyrolu w pierwszym lepszym supermarkecie w dużym mieście jedna półka jest darmowo przeznaczona na produkty lokalne. To jest zapisane w umowie

Takiego małego gospodarstwa nie stać na tego typu koszty! Zderzamy się z pociągiem.
Nie możemy wprowadzić do dużych sklepów prawdziwie zdrowych, świeżych produktów, bo za podobną działkę wzięły się dosyć duże firmy, które stać na poniesienie kosztów, o których mówiłem. Ale te zakłady proponują już tylko „udawaną” zdrową żywność, napakowaną chemią, to nie jest już taki produkt, jaki proponowaliśmy my, jako drobni przetwórcy.

To znaczy, że nie ma szans, żeby w dużych sklepach pojawiła się zdrowa żywność?

Szanse są. Podam Pani przykład z Włoch. W Południowym Tyrolu w pierwszym lepszym supermarkecie w dużym mieście jedna półka jest darmowo przeznaczona na produkty lokalne. To jest zapisane w umowie. Producenci lokalni mają prawo wystawiać swoje tradycyjne produkty bez opłat. Dzięki temu każdy klient ma dostęp do prawdziwej zdrowej żywności. Tam mała przedsiębiorczość jest wspierana, a tradycja pielęgnowana! U nas takich decyzji nie ma. A powinniśmy być z naszych tradycji kulinarnych dumni, powinniśmy je wspierać.

W takim razie potrzeba decyzji politycznych na poziomie krajowym.

Dokładnie tak. Decyzji politycznej, która wspierałaby lokalną wytwórczość. Ale przede wszystkim trzeba zrozumienia dla takich małych wytwórców, którzy własnymi siłami próbują coś zrobić. Wielu małym producentom udało się uzyskać prestiżowy unijny znak „Jakość i Tradycja”. To się dzieje w piekarnictwie, wędliniarstwie, ale niestety nie ma miejsca w sektorze przetwórstwa owocowo-warzywnego.

U nas małego przetwórstwa owocowo-warzywnego w ogóle nie ma. Ponad 80 proc. potencjału przetwórczego należy do zewnętrznego kapitału! Nie znam drugiego takiego państwa na świecie, które by pozwalało na to, żeby kapitał zewnętrzny miał taką władzę spekulacyjną nad rynkiem.

Ale przecież wytwórcy sami mogą coś zrobić, żeby przeciwstawić się spekulacjom zewnętrznego kapitału…

Wie Pani, jest to możliwe. Pamiętam, jak w 2004 roku odwiedziła Polskę jedna z największych niemieckich grup jednoczących sadowników. Zapytaliśmy, co jest największym sukcesem niemieckiego sadownictwa ostatnich 20 lat. Z pełnym przekonaniem powiedzieli, że to, iż ich sklepy wielkopowierzchniowe mają teraz pięć telefonów do producentów jabłek, a nie pięćset. Dzięki temu nie ma wewnętrznej konkurencji. Grupy producenckie dbają o jakość i opłacalność produkcji. Nie ma zaniżania cen.

Rozumiem, że w Polsce wciąż jest raczej pięćset telefonów do producentów jabłek?

Na razie jeszcze tak. Ale staramy się o konsolidowanie tej branży za pomocą grup producenckich. To zaczyna się udawać w przypadku produktów nieprzetworzonych, ale w przetwórstwie jesteśmy na razie na samym początku drogi. Przepisy, które regulują rynek, są koszmarne.

Dlaczego angażuje się Pan w lokalną politykę i działalność społeczną? Taka aktywność daje szanse na realne zmiany?

Gdybym nie wierzył, że to się może udać, to bym tego nie robił. Do niedawna było tak, że typowym stwierdzeniem polskiego urzędnika w każdej sprawie było „Unia nie pozwala”. Gdybym nie doświadczył pewnych sytuacji na własnej skórze, to pewnie też bym w to dalej wierzył.

To jakie są Pana doświadczenia?

Pod koniec 2006 roku zaczęliśmy starać się o regulację rynku malin, bo wystąpiła ogromna huśtawka cenowa. Uczestniczyłem w pracach grupy „Owoce i warzywa” przy KE, gdzie negocjowaliśmy interwencję Unii na tym rynku. Na pierwszym spotkaniu powiedzieli, że to jest polski problem, więc musi go rozwiązać nasz rząd. Ale nie odpuszczaliśmy, zaprosiliśmy przedstawiciela KE do Polski, pokazaliśmy mu cały ciąg produkcyjny, aktywną grupę społeczną i skalę problemu. Po 10 miesiącach otrzymaliśmy dopłatę 400 euro do hektara malin i truskawek. To było możliwe dzięki konsolidacji rynku. Zakłady przetwórcze zgodziły się na audyty, a rząd mówił tym samym głosem, co my. Jeśli ma się argumenty i dobrze się ich używa, to można cel osiągnąć.

Czego oczekujecie od nowego rządu?

Po pierwsze, zmiany przepisów. Nie może być tak, że najmniejszy sadownik, przetwórca musi zgromadzić taką górę papierów, jakby produkował dla całego województwa.

Czyli uproszczenie procedury rozpoczęcia małej sprzedaży.

Tak. Po drugie, dofinansowywanie, na przykład z PARP, skonsolidowanych przedsiębiorstw, na przykład 10 ogrodników, którzy chcą wspólnie podejmować działania w zakresie pracy naukowej, robienia certyfikatów, działalności marketingowej i handlowej. Brak takich dofinansowań odcina możliwość rozwoju nienastawionych na masową produkcję przedsiębiorstw, złożonych z producentów, którzy mogą zachować swoją tożsamość i indywidualność.

U nas małego przetwórstwa owocowo-warzywnego w ogóle nie ma. Ponad 80 proc. potencjału przetwórczego należy do zewnętrznego kapitału!

Teraz konsumenci szukają wyjątkowych produktów, a takie można wytworzyć tylko przez to, że mały producent ma swoją wyjątkową recepturę, tworzy produkt wysokiej jakości i omija pośredników, którzy na nim zarabiają. Bez pośredników taki producent może wreszcie być konkurencyjny na rynku. Dzisiaj niestety jest tak, że każdy, kto chce w tej branży cokolwiek zarobić, musi występować w roli petenta. Nie ma alternatywy. Dyktat wielkich sklepów rządzi całym rynkiem. Mali nie są w stanie sprostać takim wymaganiom. Trzeba zauważyć ten problem.

To co robi najmniejszy wytwórca? Jak w ogóle ma trafić na rynek detaliczny?

Na zachodzie mali wytwórcy sprzedają na targowiskach. W Polsce nie ma takich targowisk. Nie ma zwyczaju, by po świeży produkt wysokiej jakości wybierać się na targowisko. U nas na targowisku kupi Pani chiński plastik. A dlaczego? Bo – jak mówiłem – rozpoczęcie małej produkcji regionalnej wiąże się z ogromnymi trudnościami.

Więc koło się zamyka. Nie da się łatwo umieścić produktu na targowisku, więc go tam nie ma, a to z kolei powoduje, że nikt już tam nie szuka zdrowej żywności, więc nie ma parcia, żeby się tam pojawiała. Co w takim razie zrobić, żeby nie było pośredników, którzy uniemożliwiają rywalizację małym producentom?

Trzeba zająć się kształceniem liderów rynku. Sadownicy, którzy zawiązali się w grupy producenckie, momentalnie stali się właścicielami firm o wartości kilkudziesięciu milionów złotych, działających na bardzo trudnym rynku. Oni nie byli w żaden sposób do tego przygotowani. Z funduszu „Kapitał ludzki” można było przeprowadzić szkolenia dla florystów, spawaczy, księgowych i wiele innych, nie można było natomiast przeprowadzić szkoleń dla liderów przedsiębiorstw, bo to nie podlegało dofinansowaniu. Jeśli dalej tak będziemy do tego podchodzić, to we wszystkich dziedzinach będziemy mieli niedouczonych liderów i niedouczonych przedsiębiorców.

Radny Województwa Lubelskiego, wiceprezes Lubelskiego Stowarzyszenia Miłośników Cydru
Członek zespołu Nowej Konfederacji. Zawodowo zajmuje się public relations, public affairs, media relations, fundraisingiem i koordynacją projektów. Pracowała dla agencji PR, polityków, organizacji pozarządowych i szkół językowych. Ukończyła filologię polską i nauczanie języka angielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Kilkukrotna medalistka Mistrzostw Polski w lekkiej atletyce.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Rolnik zderza się z pociągiem”

  1. akagubu pisze:

    Wlochy to jest kraj w ktorym najbardziej widac rzemioslo doprowadzone do perfekcji oraz cale regiony ktore czerpia z tego od lat. Temat ktory poruszyliscie wymaga relatywnie niskich nakladow do zastosowania w zasadzie tylko woli rzadzacych a reszta ruszy oddolnie. Wraz z roznorodnoscia lokalnych produktow oraz ich jakoscia wspomoze to znacznie turystyke, ktora kuleje jesli chodzi o ich klasyczne destynacje jak Francja, Egipt czy Maroko a turysci szukaja nowych ciekawych kierunkow.
    Trzeba dojsc do prezydenta z odpowiednia iloscia podpisow, to on podczas kampanii wspominal o tym problemie, trzeba pamietac ze rolnicy to slabo wyksztalcona klasa spoleczna i slabo obecna w mediach, samym rolnikom bedzie dosc ciezko sie przebic z tym tematem.
    Temat jest rokujacy trafil na podatny rzyzny grunt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz