Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Chiny w Afryce. Neokolonializm 2.0 i szansa dla Polski

Od dwudziestu lat Chiny prowadzą ekspansywną politykę w Afryce. Stany Zjednoczone, Europa (w tym Polska) powinny zadać sobie pytanie, czy to właśnie Czarny Kontynent nie jest dla nich szansą na zmianę łańcuchów dostaw

Według prognoz, do 2050 roku ludność Afryki wzrośnie mniej więcej dwukrotnie i będzie wynosić 2,5 miliarda – co czwarty mieszkaniec Ziemi będzie mieszkał na Czarnym Kontynencie. Jeśli państwa afrykańskie nie znajdą sposobu na poprawę poziomu życia i stworzenie odpowiedniej liczby miejsc pracy, to czekają nas w związku z tym kolejne potężny kryzysy – polityczne, militarne, zdrowotne, migracyjne czy społeczne. Obecnie najskuteczniejszy pomysł na partycypację w rozwoju Afryki mają Chińczycy, którzy poza swoimi interesami gospodarczymi, zabezpieczają swoje interesy polityczne, a  także uzależniają od siebie elity polityczne. Czy to neokolonializm 2.0? Czy Afryka stała się kolejnym obszarem rywalizacji międzynarodowej? I czy Polska ma jakąkolwiek przewagę konkurencyjną do wykorzystania na tym kontynencie?

Afryka rośnie

Problemy Afryki nie zmieniają się od lat. Choć w czasach COVID-19 kontynent pod względem zdrowotnym radzi sobie całkiem nieźle (polecam tekst Pawła Średzińskiego opublikowany na łamach „NK”), to pandemia będzie miała opłakane skutki dla gospodarki. Dotyczy to zwłaszcza tych krajów, dla których istotną branżą jest turystyka. Z drugiej strony wiele państw afrykańskich dynamicznie rozwija się (sześć na dziesięć najszybciej rozwijających się państw w 2018 roku to kraje afrykańskie). Poprawia się jakość ochrony zdrowia, a co za tym idzie – stan zdrowia mieszkańców, np. zmniejsza się znacznie śmiertelność noworodków. Mieszkańcy Czarnego Kontynentu – bardzo powoli, ale systematycznie – poprawiają swoją sytuację materialną (chociaż nadal większość wydatków gospodarstwa domowego stanowi żywność, relatywnie droga w porównaniu z cenami w Europie).

Sześć na dziesięć najszybciej rozwijających się państw w 2018 roku to kraje afrykańskie

Hans Rosling w swojej słynnej książce „Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą” nawiązuje często do Afryki i porównuje ją do… Szwecji. Nie kwestionując bardzo trudnej sytuacji w Afryce, przedstawia jednak systematyczny rozwój poszczególnych państw i poprawę w wielu dziedzinach życia np. wskazując, że poziom zdrowia i zamożności w Zambii w 2017 r. odpowiada Szwecji z 1921 r., a poziom Egiptu z 2017 r. jest wyższy niż poziom Szwecji z 1975 r. Prognozy wskazują też, że państwa afrykańskie będą się dalej rozwijały. Poprawie ulegać będzie organizacja rolnictwa, następuje szybka urbanizacja i industrializacja. Prawdopodobnie nastąpi rozwój słabiutkiej obecnie klasy średniej. W tych procesach należy upatrywać szans na szybsze odrabianie strat, jednak nie będzie to możliwe bez miliardowych inwestycji, i bez dobrego rządzenia, które przynajmniej częściowo ograniczy problemy takie jak wszechobecna korupcja czy marnotrawstwo zasobów.

Co Chińczycy widzą w Afryce?

Od dwudziestu lat Chińczycy intensyfikują swoją politykę wobec Afryki. Co prawda nie wydaje się ona najważniejszym kierunkiem chińskiej ekspansji polityczno-gospodarczej, ale Pekin wie, czego potrzebuje od Afryki, i co może zaoferować w zamian.

W Afryce znajdują się surowce energetyczne (pochodzi stamtąd ok. 25% chińskiej ropy naftowej oraz gazu) oraz rzadkie metale. Eksport surowców stanowi olbrzymią część dochodów takich państw jak m.in. Sudan, Angola, Algieria, Demokratyczna Republika Konga czy Nigeria. W związku z szybkim rozwojem i energochłonnością swojej gospodarki, Chiny potrzebują zabezpieczenia dostaw surowców energetycznych. Doskonale tłumaczy to chociażby ostatnie działania Pekinu na Bliskim Wschodzie (np. umowa o partnerstwie z Iranem). Z tego wynika także konieczność aktywnej polityki w Afryce.

Państwa wschodniej Afryki położone są przy morskiej trasie handlowej biegnącej z Chin do Europy przez Kanał Sueski. Chińczycy zainteresowani są posiadaniem jak największych wpływów w tym miejscu – zwłaszcza w celu zabezpieczenia kluczowego szlaku handlowego. W związku z tym uczestniczą w międzynarodowych misjach antypirackich, a także założyli bazę wojskową w Dżibuti, malutkim państwie położonym na wschodzie Afryki, nad Morzem Czerwonym i przy Zatoce Adeńskiej. Co ciekawe, w tym samym państwie bazy posiadają tez Amerykanie, Francuzi, Japończycy, Hiszpanie i Włosi.

W bezpośrednich inwestycjach zagranicznych w Afryce Chińczycy około 2014 r. prześcignęli Amerykanów

W bezpośrednich inwestycjach zagranicznych w Afryce Chińczycy około 2014 r. prześcignęli Amerykanów. Wraz z kredytami na Czarnym Kontynencie pojawiły się chińskie firmy państwowe budujące infrastrukturę oraz pracownicy. Średnio ok. 200 000 rocznie Chińczyków pracuje przy inwestycjach, a w ujęciu łącznym, obecnie Afrykę może zamieszkiwać od 1 do 2 milionów Chińczyków. Podmioty z Państwa Środka inwestują w różne różne gałęzie gospodarki – w tym w handel, turystykę i telekomunikację (m.in. Huawei czy ZTE). Wszystko wskazuje na to, że Chiny bez problemu opanują rynek afrykański w tej ostatniej branży. W takich warunkach rozwój infrastruktury jest zarówno w interesie państw Afryki, jak i Chińczyków. Do tej pory udało się zrealizować m.in. magistralę kolejową Mombasa-Nairobi  oraz nową linię kolejową łączącą Addis Abebę (stolica Etiopii) ze wspomnianym Dżibuti. Działania chińskie wykreowały setki tysięcy, jeżeli nie miliony miejsc pracy stworzonych dla Afrykańczyków. Afryka to też miejsce, do którego można w przyszłości przenosić miejsca produkcji, ponieważ afrykański pracownik jest już dużo tańszy od chińskiego.

Nowy kolonializm?

Oferta chińska jest z punktu widzenia afrykańskich przywódców – w większości rządzących w sposób niedemokratyczny – dużo bardziej atrakcyjna niż oferta pochodząca z Zachodu, ponieważ Chińczycy deklarują brak jakiejkolwiek ingerencji w sprawy wewnętrzne państw. De facto wspierają przywódców np. sprzedając mu broń. Wszechobecna korupcja nie jest dla Chińczyków problemem, nie mówiąc już o prawach człowieka czy kwestiach transformacji politycznej. Chińczycy zatem mogą korumpować elity polityczne, zdobywać kontakty i kontrakty, a jednocześnie przyczyniać się do wzrostu gospodarczego w Afryce. Dzięki swojej mocnej pozycji są w stanie zapewnić wsparcie i polityczną ochronę swojemu biznesowi. Oczywiście, raz na jakiś czas media obiega informacja o tym, w jak dramatycznych warunkach pracują afrykańscy pracownicy przy chińskich inwestycjach, czy o ich szkodliwym wpływie na środowisko – ale w tych sprawach mało komu zależy na rozgłosie. Wiąże się to z kilkoma niebezpieczeństwami, które mogą wystąpić w przyszłości.

Po pierwsze, Chińczycy często udzielają kredytów pod zabezpieczenie w postaci towarów eksportowych lub strategicznych przedsiębiorstw (uczciwie trzeba dodać, że często umarzają pożyczki w całości lub w części). Istnieje obawa, że w którymś momencie zaczną przejmować co cenniejsze strategiczne aktywa. Oczywiście przejmowanie strategicznych zasobów w Afryce nie jest niczym nowym. To samo w przeszłości robili Amerykanie czy Europejczycy. Amerykańskie czy europejskie koncerny inwestujące w Chinach także nie stały na pierwszej linii frontu w walce o prawa pracownicze chińskich robotników. Pewne jest jednak, że chińska ekspansja gospodarcza przynosi ryzyko niekorzystnych skutków w przyszłości, gdyż długoterminowo ustawia poszczególne państwa afrykańskie w roli klienta.

Po drugie, już dziś prawie 80% eksportu z Afryki Subsaharyjskiej do Chin to surowce naturalne. W zamian za nie Chińczycy zalewają afrykańskie rynki swoimi tanimi produktami. Państwa nieposiadające surowców naturalnych w zasadzie nie eksportują do Chin. Z punktu widzenia Pekinu to bardzo korzystna struktura wymiany. Jednak nie rozwiązuje to żadnych problemów Afryki (takich jak brak rozwiniętego przemysłu i miejsc pracy), a ponadto w ten sposób państwa eksportujące surowce uzależniają się od Pekinu.

Po trzecie, spore obawy budzi także możliwość przejęcia rynku telekomunikacyjnego przez Chińczyków. Z jednej strony pozwala to na dynamiczny rozwój branży, z drugiej – może wiązać się z wejściem w posiadanie wrażliwych danych o mieszkańcach, może umożliwić ich inwigilację czy sprzedaż takiej technologii przywódcom państw afrykańskich.

Już teraz 80% eksportu z Afryki do Chin to surowce. W zamian za nie Chińczycy zalewają afrykańskie rynki swoimi tanimi produktami

Po czwarte, chińska oferta kredytów i inwestycji uzależnia afrykańskie elity polityczne od Chin, co umożliwia tworzenie warunków do dalszej ekspansji gospodarczej i realizację celów politycznych. Chińczycy inwestują również w „odpowiednią” edukację Afrykańczyków, zapewniając im parędziesiąt tysięcy miejsc na swoich uczelniach. Ta oferta skierowana jest m.in. do wojskowych. Przyszłe elity afrykańskie mają znać Chiny i je rozumieć.

Pekin realizuje więc w Afryce przemyślaną strategię. Ma jasno sprecyzowane cele, wie, jakie zasoby chce uzyskać i jaką pozycję osiągnąć przy wykorzystaniu najnowszych technologii. Ta oferta zapewnia Chińczykom dominację i ustawia ich w roli nowych kolonizatorów, penetrujących gospodarkę i zapewniających ochronę własnych interesów politycznych.

Pora na kontratak w Afryce!

Rola Stanów Zjednoczonych, jak i poszczególnych państw europejskich w Afryce stopniowo się zmniejsza, choć nadal pozostają one ważnymi graczami. Unia Europejska – jako całość – jest dla Afryki większym partnerem handlowym niż Chiny. Amerykanie zainwestowali tam dziesiątki miliardów dolarów i uczestniczą w kluczowych projektach infrastrukturalnych – na przykład na odcinku Mombasa-Nairobi, gdzie Chińczycy budują magistralę kolejową, powstaje też autostrada finansowana z pieniędzy pożyczonych od banku amerykańskiego. Ani Europa, ani USA nie mają jednak skutecznej kontrstrategii do zastosowania w Afryce w celu zrównoważenia działań Chin. Co więcej, chińskie zaangażowanie ma – chociażby z punktu widzenia Unii Europejskiej – również pozytywne strony, takie jak częściowe przejęcie odpowiedzialności za stabilność Czarnego Kontynentu. Olbrzymi przyrost naturalny w Afryce tworzy bowiem wielkie ryzyko. Jeżeli nie zostaną stworzone lepsze warunki do życia dla kolejnego miliarda ludzi, to kolejne konflikty i fale migracji będą kwestią czasu. Już teraz Afrykańczycy szturmują Morze Śródziemne, chcąc za ostatnie pieniądze dostać się do Europy.

Jak wspomniałem, Afryka upatruje nadziei w urbanizacji i industrializacji. Europa i Stany Zjednoczone powinny więc zadać sobie pytanie, czy to właśnie Czarny Kontynent nie jest dla nich szansą na zmianę łańcuchów dostaw. Pytanie to jest istotne zwłaszcza w momencie, w którym Unia Europejska zapowiada przyjęcie nowej strategii wobec Afryki.

Pandemia COVID-19 obnażyła uzależnienie świata od Chin jako fabryki, która może nagle przestać produkować – na przykład z przyczyn politycznych. Przeniesienie części produkcji z USA i Europy do państw afrykańskich byłoby dla tych ostatnich impulsem do rozwoju. Mogłoby być opłacalne dla przedsiębiorstw i państw Zachodu z politycznego punktu widzenia. Afrykańczycy zdają sobie sprawę z sukcesu gospodarczego Zachodu, a najważniejszym ich celem jest podwyższenie poziomu życia, więc oferta Europy i USA może być dla nich atrakcyjna. O ile przy chińskiej strategii efekt ten może być niejako osiągnięty przy okazji, o tyle w przypadku państw zachodnich mogłoby to być jedno z założeń. Europa i Stany Zjednoczone w tym celu musiałyby jednak w większym stopniu wykorzystać swoją soft power.

Polscy przedsiębiorcy posiadają przewagę konkurencyjną w postaci wiedzy, jak funkcjonuje gospodarka w okresie transformacji, a także – mając w pamięci PRL – mogą łatwiej zrozumieć realia panujące w Afryce

Istnieją rzecz jasna oczywiste argumenty przeciwko takim ruchom: w Afryce brakuje infrastruktury, pewnego prawa, stabilności, wyedukowanej kadry. Operacja przenoszenia produkcji będzie droga, długoterminowa i nie gwarantuje sukcesu. Jednak ryzyko istnieje zawsze, a decyzje w sprawie afrykańskiej Zachód powinien podjąć jak najszybciej. Prawdopodobne jest bowiem, że Chiny pójdą tą samą drogą, wykorzystując wybudowaną przez siebie infrastrukturę.

W rozwoju Afryki mogliby partycypować również Polacy. Polskie przedsiębiorstwa już zainwestowały w Senegalu, w Maroko, w Kenii i w Etiopii. Jednak aby zwiększyć skalę tych działań, rząd musiałby w tym celu z jednej strony przekonać polskich przedsiębiorców do zaangażowania w afrykańską transformację, a z drugiej – zagwarantować polityczną ochronę dla polskiego biznesu. Polscy przedsiębiorcy posiadają przewagę konkurencyjną w postaci wiedzy, jak funkcjonuje gospodarka w okresie transformacji, a także – mając w pamięci PRL – mogą łatwiej zrozumieć realia panujące w Afryce. Szczególnie atrakcyjny jest tamtejszy sektor rolno-spożywczy (słabo rozwinięte przetwórstwo) oraz budowlany.

Jedno jest pewne: następne lata będą dla Afryki okresem przełomowym. Jeżeli uda się stworzyć afrykańską klasę średnią i konsumenta, to kontynent ten będzie szansą zarówno dla Pekinu, jak i dla Waszyngtonu czy dla Europy. Jeżeli natomiast wzrost gospodarczy i rozwój społeczny nie nadąży za wzrostem demograficznym, to Afryka będzie olbrzymim problemem. Tym razem nie tylko dla USA i Europy, ale także dla Chin.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Prawnik z doświadczeniem managerskim w branży nieruchomości, ekspert w zakresie prawa oraz polityki międzynarodowej, ze szczególnym uwzględnieniem polskiej polityki zagranicznej i Bliskiego Wschodu. Współautor książki "Młoda myśl wschodnia", wydanej przez Kolegium Europy Wschodniej. Pisał w portalach PolitykaGlobalna.pl, portalu BiznesAlert i Defence24 (autor raport specjalnego pt. "Rozgrywka wokół programu atomowego Islamskiej Republiki Iranu").  Miłośnik piłki nożnej i polskiego owczarka podhalańskiego. Na Twitterze@PatrykGorgol

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz