Newsletter

Chińskie drugie otwarcie na świat

Coraz więcej osób i specjalistów zadaje sobie pytanie: czy przypadkiem największym beneficjentem ostatniej fali globalizacyjnej nie stały się Chiny?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu istniało pełne przeświadczenie: globalizacja równa się amerykanizacja. Obydwa terminy powszechnie, nawet w świecie akademickim, stosowano jako wymienne synonimy. Dziś chyba już nikt się na to nie odważy, albowiem coraz więcej osób i specjalistów zadaje sobie pytanie: czy przypadkiem największym beneficjentem ostatniej fali globalizacyjnej nie stały się Chiny?

Przewrót Denga z początków 1992 r. polegał na jeszcze jednym: po rozpadzie ZSRR światowy system gospodarczy ujednolicił się i miał już tylko jedno oblicze – kapitalizmu

Wiąże się to z tamtejszym programem modernizacji i reform, zapoczątkowanym niemal dokładnie 40 lat temu, w grudniu 1978 roku, przez ich wizjonera, Deng Xiaopinga, który – jako ofiara nieszczęsnej i dewastującej „rewolucji kulturalnej” – dokonał pierwszego przewrotu: zakazał Chińczykom walki klasowej i nakazał im zastąpić ją walką o wzrost gospodarczy.

Kapitał Chińczyków zamorskich

 Już w lecie 1979 r. program ten przybrał formę dwóch strategii, stosowanych do dziś: gaige (czyli reforma, głównie gospodarcza) oraz kaifang, czyli otwarcie na świat organizmu dotychczas zamkniętego i autarkicznego. Ich synonimem właśnie w tym czasie stały się cztery specjalne strefy gospodarcze, pozwalające na uruchomienie mechanizmów rynkowych w świecie dotychczas ortodoksyjnie marksistowskim, a więc z definicji – jak przekonywał Andrzej Walicki i inni – antyrynkowym i wrogim własności prywatnej.

Już wtedy, przy ich powoływaniu, wykazano się zmysłem strategicznym: strefy powołano na styku z posiadającymi kapitał i doświadczenie biznesowe Chińczykami z diaspory. Shenzhen powstał na pograniczu z Hongkongiem, Zhuhai na granicy z portugalskim wtedy Macao/Aomen, a porty Xiamen i Shantou leżą naprzeciw Tajwanu. Dostępne statystyki wykazują, że strategia się powiodła – w pierwszej dekadzie reform kapitał napływający do Chin pochodził w ponad 80 proc. z diaspory, głównie z Hongkongu (potem przyszedł czas Tajwanu). A doświadczenia pierwszych czterech stref były tak udane, że w 1984 r. sam Deng Xiaoping, po wizytacji w nich, nakazał otworzyć 14 następnych portów, a potem jeszcze zamienić w taką strefę południową wyspę Hajnan.

Rozpad ZSRR i wejście w globalizację

 Trauma Placu Tiananmen wiosną 1989 r. i będący jej następstwem powrót marksistowskiej ortodoksji, a przede wszystkim rozpad ZSRR sprawiły, że trzeźwy i pragmatyczny Deng, znany z powiedzenia: „Nieważne, czy kot jest biały czy czarny, ważne, żeby łowił myszy”, natychmiast zrozumiał przesłanie ze znanego niegdyś w ChRL hasła: „Związek Radziecki dziś, to nasze jutro”. ZSRR odszedł do historycznych annałów 25 grudnia 1991 r., a sędziwy, urodzony w 1904 r. Deng już 17 stycznia roku następnego raz jeszcze udał się do Shenzhenu i do stref specjalnych – i tam podyktował swój polityczny testament (zmarł w 1997 r., w ostatnich latach znikając ze sceny).

W tym kontekście mniej dziwi, iż obecny przywódca Xi Jinping, gdy tylko doszedł do władzy, wyciągając też wnioski z wielkiego kryzysu na światowych (czytaj: zachodnich) rynkach z 2008 r. już po roku sprawowania rządów wyszedł ze śmiałymi projektami dwóch Jedwabnych Szlaków, lądowego i morskiego, wprowadzając istną wirówkę do światowego ładu

Dokonał drugiego kopernikańskiego zwrotu, bowiem nie tylko nakazał swoim następcom, by skrzętnie i po cichu, nie zwracają niczyjej uwagi budowali swoją potęgę (słynna formuła taoguang yanghui), ale też przestali reformować komunizm, niczym Gorbaczow (i ChRL w poprzedniej dekadzie), i zastosowali u siebie rozwiązania zastosowane w Hongkongu, Tajwanie, Korei Płd. oraz (przede wszystkim) Singapurze, czyli u – jak określał je Deng – „czterech małych smoków”. W ten sposób po 1992 r. ChRL zastosowała u siebie nowy model gospodarczy, zwany prorozwojowym (developmental state), wcześniej wynaleziony w Japonii i potem skutecznie zastosowany u „smoków”, częściej zwanych „gospodarczymi tygrysami”. Istota rzeczy polegała na tym, że zastosowano jasną formułę: niewidzialna ręka rynku – tak, ale tam, gdzie w grę wchodzą nadrzędne interesy państwa (np. armia, porty lotnicze i morskie, telekomunikacja, bankowość czy program kosmiczny) chwyta ją jak najbardziej widzialna ręka państwa. Innymi słowy, rynek „pożeniono” z państwowym interwencjonizmem, podczas gdy na Zachodzie – a tym bardziej w ramach dominującego wtedy i narzucanego innym konsensusu waszyngtońskiego – rzekomo nie było „trzeciej drogi”. Okazuje się, że była.

Przewrót Denga z początków 1992 r. polegał na jeszcze jednym: po rozpadzie ZSRR światowy system gospodarczy ujednolicił się i miał już tylko jedno oblicze – kapitalizmu. A komunistyczne (z nazwy) Chiny postanowiły włączyć się doń, czego dowodem były długotrwałe starania o przystąpienie do WTO (zakończone sukcesem w grudniu 2001 r.), a przede wszystkim o to, aby otworzyć na świat swój ogromny i chłonny rynek. Znów się powiodło! Wszelkie dostępne dane jednoznacznie dowodzą, że wielki obcy kapitał dotarł do Chin dopiero po 1992 r., nie zważając na powszechne oburzenie na Tiananmen. Zadziałała bowiem magia innego hasła: „miliard konsumentów”.

 Nowa asertywność

Kolejny impuls w tym otwarciu na globalizację przyszedł wraz z przystąpieniem do WTO, gdy Chiny – nadal z nazwy komunistyczne – podporządkowały się regułom panującym na globalnych rynkach (też nie do końca, chroniąc swoich producentów), jak też zaczęły korzystać z ich przywilejów. A nade wszystko wraz z tym, że dzięki niezwykle sprawnemu i skutecznemu zarządzaniu gospodarką przez premiera Zhu Rongji zamieniły się wtedy, pod koniec XX wieku, w światową taśmę produkcyjną: tanio produkowały i sprzedawały swoje towary, a inni – jako tanie – chętnie je kupowali. W ten sposób Chiny zaczęły szybko się bogacić: gdy Zhu pod koniec 1991 r. dochodził do kontroli nad chińską gospodarką, tamtejsze rezerwy walutowe wynosiły zaledwie 18 mld dolarów, tyle co nic w miliardowym kolosie, a już w trzy lata po zakończeniu jego rządów, jesienią 2006 r., sięgnęły sumy biliona dolarów (dzisiaj – 3,3 bln).

Potem szybko przyszły inne ważne skutki wielkiego otwarcia na świat: w 2009 r. Chiny wyprzedzają Niemcy jako największy na globie eksporter, w 2010 r. wyprzedzają Japonię i stają się drugą gospodarką świata (cztery lata później są już pierwszą wg siły nabywczej pieniądza), a w roku 2014 stają się największym państwem handlującym na globie i dokonują kolejnego przełomu kopernikańskiego: inwestycje z nich wychodzące przekraczają inwestycje – zawsze duże – do Chin przychodzące. Co oznacza, że Pekin stał się eksporterem kapitałów (a pragnie, by dotyczyło to także usług).

Najwybitniejsi tamtejsi specjaliści – Chi Fulin, Wu Jinglian, Justin Yifu Lin, by wymienić kilku – przekonująco dowodzą jednak, że najśmielsze marzenia i plany nie powiodą się, jeśli chińskie władze zaczną bujać w obłokach i marzyć

W tym kontekście mniej dziwi, iż obecny przywódca Xi Jinping, gdy tylko doszedł do władzy, wyciągając też wnioski z wielkiego kryzysu na światowych (czytaj: zachodnich) rynkach z 2008 r. już po roku sprawowania rządów wyszedł ze śmiałymi projektami dwóch Jedwabnych Szlaków, lądowego i morskiego, wprowadzając istną wirówkę do światowego ładu, co jednak wykracza poza niniejszą analizę.

Natomiast ściśle wiąże się z nią kolejny, czwarty już zwrot – po 1978, 1992 i 2001 r. – w chińskim programie gospodarczym, który Xi Jinping pod koniec 2014 r., odchodząc od poprzedniej, tak skutecznej, strategii low profile/taoguang yanghui Deng Xiaopinga, zamienił ją w kolejną wizję, nadając jej formę „dwóch celów na stulecie”. Pierwszy z nich, do osiągnięcia do 1 lipca 2021 r., na stulecie rządzącej Komunistycznej Partii Chin (KPCh), ma polegać na tym, że to już nie eksport, jak było dotychczas, lecz kwitnący rynek wewnętrzny i klasa średnia mają być motorem napędowym chińskiego modelu rozwojowego. Do tej pory ma powstać „społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu”, a więc nie tylko państwo ma być silne, o co walczono dotychczas, ale także jego obywatele mają czuć, iż ich siła nabywcza – i tym samym znaczenie – stale rośnie.

Natomiast drugi „cel na stulecie”, do osiągnięcia do 1 października 2049 r., czyli na stulecie ChRL, jest znacznie ambitniejszy i zakłada „wielki renesans narodu chińskiego”. Zakłada on m.in. jednoczenie wszystkich Chińczyków, także tych w diasporze i przede wszystkim na Tajwanie. Inaczej ujmując – warunkiem sine qua non tego renesansu jest pokojowe zjednoczenie z Tajwanem.

Do tych ambitnych celów na ostatnim, XIX zjeździe KPCh w październiku ubiegłego roku Xi Jinping dodał jeszcze jedną datę – pośrednią: rok 2035. Do tego czasu z kolei Chiny mają być niczym innym jak „społeczeństwem innowacyjnym”. A cała ta sekwencja: 2021-2035-2049 to nic innego, jak spełnienie chińskiego snu czy marzenia (Zhongguo meng – Chinese Dream), o którym po 2010 r. tak głośno w chińskich mediach i tamtejszej propagandzie.

Otwarte Chiny, zamknięta Ameryka

Najwybitniejsi tamtejsi specjaliści – Chi Fulin, Wu Jinglian, Justin Yifu Lin, by wymienić kilku – przekonująco dowodzą jednak, że najśmielsze marzenia i plany nie powiodą się, jeśli chińskie władze zaczną bujać w obłokach i marzyć. Nawołują oni, niczym Deng na początku reform, by „iść (ostrożnie) przez rzekę, czując kamienie pod stopami”, trzymać się faktów i nadal skutecznie łapać myszy.

Jak to robić? Trzeba zmienić azymuty zarówno gaige, jak też kaifang. W tym pierwszym przypadku chodzi o postawienie na zrównoważony rozwój, innowacje i usługi, a zarazem zieloną gospodarkę, natomiast w tym drugim mówi się o di er ci kaifang, czyli „drugim otwarciu na świat”, zainicjowanym – jak zwykle po cichu, bez zwracania światowej uwagi – kolejnymi strefami gospodarczymi „nowej generacji”, wśród których pierwszą „pilotażową” powołano już w 2013 r. na obrzeżach szanghajskiej dzielnicy Pudong, stanowiącej okno wystawowe chińskiej modernizacji. Do dziś jest już takich stref jedenaście, a Xi Jinping niedawno, w kwietniu tego roku, w ważnym wystąpieniu na „chińskim Davos”, czyli Forum Gospodarczym Boao, w miejscowości o tej nazwie na wyspie Hajnan, zapowiedział utworzenie takiej strefy z całej tej wyspy.

We wszystkich tych projektach założenia są podobne: rozwój usług i wysokich technologii, usuwanie biurokratycznych barier, jeszcze większe otwarcie na świat i obce kapitały, szeroka wymiana i handel. W ten sposób komunistyczne z nazwy Chiny, jak dowodzą głośne wystąpienia Xi Jinpinga w Boao oraz rok wcześniej w samym Davos, stają się orędownikiem otwartych rynków i globalizacji, podczas gdy ich kolebka, Stany Zjednoczone Ameryki, ustami prezydenta Donalda Trumpa mówią o zamknięciu, izolacjonizmie i wręcz nacjonalizmie gospodarczym pod hasłem America first.

Kwestia jest znana i zbadana w literaturze fachowej: zawsze mocarstwo w fazie wzrostowej – tak było z Wielką Brytanią czy USA – opowiada się za otwartymi rynkami i szeroko rozumianą współpracą. Potrzebuje nowych rynków i pól ekspansji dla swojego szybko rosnącego potencjału (produkcyjnego, eksportowego, usług, technologii itd.). Obecne Chiny, z tak ambitnymi planami spod znaku „snów” i „renesansu”, najwyraźniej weszły w tę fazę, z czego świat zewnętrzny jeszcze nie do końca i nie w pełni zdaje sobie sprawę. Ciężko dociera do naszej świadomości fakt, że – tak skuteczne w reformach – Chiny zamieniają się w jednego ze światowych liderów i chcą być, wreszcie, jednym z „odpowiedzialnych współudziałowców” na globalnej scenie, o co przed laty apelował Robert Zoellick.

Obecna chińska mantra, też godna uwagi, brzmi: najpierw budować siłę i potęgę państwa, potem siłę (nabywczą) obywatela, a dopiero na tych podstawach zająć się reformami politycznymi i soft power, kiedyś w literaturze marksistowskiej zwaną nadbudową

Co my na to?

Jakie wnioski z tego wszystkiego, z tych odległych – wydaje się – chińskich doświadczeń płyną dla nas samych, tu w Polsce i w UE? Wydaje się, że jest ich co niemiara, a przynajmniej niektóre warto zastosować i u nas, oczywiście dostosowując je do lokalnych uwarunkowań. Na przykład:

– warto wkomponować Polonię, jej potencjał i kapitały we własne projekty i programy rozwojowe oraz modernizacyjne;

– nie wolno polegać w realizowanych strategiach wyłącznie na rynku, lecz trzeba dbać także o interesy państwa, pamiętając, że kapitał ma pochodzenie i rodowód, nawet jeśli kryje się pod parasolem transnarodowej korporacji;

– nie ma w dzisiejszym zglobalizowanym świecie naczyń izolowanych, nawet kraj tak wielki i pozornie suwerenny jak Chiny sięgnął po wielkie sukcesy tylko i wyłącznie korzystając z otwarcia na świat – i nadal chce to robić. Tym bardziej muszą to robić kraje takie jak Polska;

– dzisiaj kluczem do sukcesu jest silna klasa średnia oraz innowacyjność – nie warto oszczędzać na środkach przeznaczanych na badania i rozwój;

– teraz, gdy tyle mówi się o „powrocie państwa” po poprzedniej neoliberalnej ortodoksji, a nawet „fundamentalizmie rynkowym”, warto brać pod uwagę doświadczenia „azjatyckich tygrysów”, z Chinami włącznie, jak skutecznie łączyły rynek z państwową interwencją.

Albowiem obecna chińska mantra, też godna uwagi, brzmi: najpierw budować siłę i potęgę państwa, potem siłę (nabywczą) obywatela, a dopiero na tych podstawach zająć się reformami politycznymi i soft power, kiedyś w literaturze marksistowskiej zwanej nadbudową. Co my na to?