Newsletter

Fatalne zauroczenie geopolityką

Pogląd, że dobrobyt pochodzi z ekspansywnej polityki zagranicznej, biorącej sobie na cel opanowanie obszarów przepływu strumieni handlu, jest błędny i groźny

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Opinia publiczna wielu krajów w swoich politycznych wyborach coraz częściej opowiada się przeciwko filarom gospodarczej globalizacji: wolnym przepływom strumieni handlu i kapitału. Wpływają na nią intelektualiści, twierdzący, że wymianą międzynarodową należy doraźnie sterować, a polityki wolnohandlowe są korzystne tylko sporadycznie.

Nie ulega wątpliwości, że do najważniejszych profitentów integracji gospodarki światowej zaliczają się najwydajniejsi producenci, a nie kontrolerzy korzystnie zlokalizowanych zakątków globu

Osobliwym wariantem tego poglądu jest geograficzny determinizm, popularny wśród sympatyków geopolitycznego paradygmatu w internacjologii. Determinizm geograficzny przedstawia kontekstowe, geopolityczne przesłanki dobrobytu narodów jako kluczowe, a marginalizuje znaczenie uniwersalnych przesłanek instytucjonalnych, takich jak wolność działania, prywatna własność i swobodna interakcja z zagranicą. Wizję taką lansował przed laty ojciec geopolityki, Halford Mackinder, a w Polsce kontynuuje ją dzisiaj między innymi promotor jego teorii Jacek Bartosiak. Wydaje się, że w sukurs idzie im coraz więcej osób – mimo wyraźnych niedomagań takiego postawienia sprawy.

Geografia kluczem do bogactwa?

Jeśli miałbym streścić geopolityczne wyobrażenie o naturze handlu, ująłbym je następująco: mówi ono, że jednym z podstawowych źródeł pomyślności narodów, a więc i rzeczą, o którą należy zabiegać na forum międzypaństwowym, jest fizyczna kontrola przestrzeni, jakimi przemieszczane są dobra będące przedmiotem wymiany międzynarodowej – czyli tzw. szlaków handlowych. Przepływ strumieni handlu przez obszar znajdujący się pod kontrolą państwa, które jest na przykład inicjatorem powstania niezbędnej infrastruktury – być może połączony z funkcjonowaniem w tym państwie zaplecza dystrybucyjno-logistycznego – miałby być istotnym czynnikiem rozwoju, w szczególny sposób stymulującym krajowe bogactwo.

Warto zauważyć, że mówi się tu nie o tym, by na szlakach handlowych po prostu prowadzić handel, ale by je kontrolować – i to właśnie owa kontrola przestrzeni, a nie wymiana dóbr, jest leitmotivem geopolitycznego spojrzenia na międzynarodowe stosunki gospodarcze. Uważny czytelnik może więc natychmiast uznać opisaną tu koncepcję za podejrzaną, i to z kilku powodów. Po pierwsze, powtarzane z uporem godnym lepszej sprawy kwestie o konieczności kontroli szlaków handlowych i jej wielkim znaczeniu dla pomyślności kraju-kontrolera nie wskazują, w czym w zasadzie tkwi jej wartość. Nie bardzo wiadomo, dlaczego status obszaru tranzytowego – bo o nim w istocie mówimy – miałby przynosić korzyści na tyle duże, by usprawiedliwiały one stosowne wysiłki dyplomatyczne czy wydatkowanie zasobów na powstanie niezbędnej infrastruktury, wymagającej sporych nakładów i kosztownej w utrzymaniu. A przecież nieusuwalny fakt rzadkości zasobów, jakimi dysponujemy, wymusza ciągłe odpowiadanie sobie na takie pytania. Trzeba ustalić, którymi projektami należy zainteresować się w pierwszej kolejności, którym nadać niższy priorytet, a które całkowicie odrzucić – bo wszystkich naraz realizować nie sposób. Inaczej mówiąc, z szeregu przedsięwzięć inwestycyjnych, dyplomatycznych oraz polityk gospodarczych zawsze musimy pewne wybrać, a inne odrzucić. Budżety mają swoje ograniczenia, podobnie baza podatkowa, nie da się też na przykład w wiarygodny sposób prowadzić polityki wolnohandlowej i protekcjonistycznej jednocześnie. Tymczasem inwestowanie w kontrolę szlaków handlowych geopolitycy przedstawiają jako być albo nie być międzynarodowej pozycji gospodarczej kraju, bez zastanowienia się nad możliwymi alternatywami, których być może nie da się połączyć z realizacją ich sugestii.

Polska już w tej chwili jest bardzo znaczącym zapleczem logistycznym Europy Środkowej, a sektor nieruchomości magazynowych przeżył w ostatniej dekadzie niesłychany boom – na Polskę przypadło np. ponad 60 proc. wynajętej w 2017 r. powierzchni magazynowej w Europie Środkowej, a wielkość popytu w branży osiąga rekordowy poziom już piąty rok z rzędu

Alternatywy natomiast przedstawiają się co najmniej dobrze. Przy nawet pobieżnym spojrzeniu na listę 20 najbogatszych państw świata (w kategoriach PKB per capita i parytetu siły nabywczej) przekonamy się, że próżno szukać wśród nich krajów, które z tranzytu uczyniły sposób na bogactwo. Konia z rzędem temu, kto powie, jakie szlaki handlowe kontrolują Szwajcaria czy Norwegia, nie wspominając o Liechtensteinie – zdecydowanie jednym z najbogatszych krajów świata, a przy tym jednym z najbardziej uprzemysłowionych. Nawet Singapur, położony strategicznie port łączący Ocean Spokojny z Indyjskim, swoje sukcesy gospodarcze zawdzięcza wydajnemu sektorowi usług opartemu o niesłychanie konkurencyjny rynek pracy oraz produkcji przemysłowej dóbr o wysokiej wartości dodanej. Zarazem stopień integracji wszystkich wymienionych krajów (oraz pozostałych członków elitarnego grona bogaczy) z gospodarką światową jest doprawdy imponujący. Jeśli mierzyć go stosunkiem wymiany handlowej z zagranicą (eksport plus import) do produktu narodowego, to trudno znaleźć im konkurentów – chociaż należy wziąć poprawkę na niewielkie rozmiary niemal wszystkich 20 najzamożniejszych krajów świata (poza USA, które są na miejscu 20.), co naturalnie odzwierciedla się w wysokości owego wskaźnika.

Produktywność drogą do handlu

Nie ulega jednak wątpliwości, że do najważniejszych profitentów integracji gospodarki światowej zaliczają się najwydajniejsi producenci, a nie kontrolerzy korzystnie zlokalizowanych zakątków globu. Da się ten fakt wytłumaczyć spadkiem znaczenia arbitrażu geograficznego – tzn. kupna, a następnie sprzedaży tego samego produktu na oddalonych od siebie rynkach – względem arbitrażu na rynkach czynniki-produkt, czyli sprzedaży dóbr po uprzednim ich przetworzeniu. W czasach, w których podróżowanie było niebezpieczne, a liczba znanych połączeń między miejscami – bardzo ograniczona, właściciele węzłowych punktów komunikacyjnych znajdowali się w komfortowej sytuacji. Skoro wobec przejścia przez ich obszar nie było znaczącej alternatywy, mogli z samego faktu kontrolowania owych punktów czerpać wysokie dochody będące formą monopolistycznej renty ziemskiej. Ale właśnie dzięki postępującej globalizacji taka sytuacja należy do przeszłości, a uczestnictwo w procesie przewożenia towarów z miejsca na miejsce nie należy do najbardziej wartościowych elementów łańcucha wartości produktu.

Zresztą właśnie bliższy wgląd w łańcuch wartości wnosi wiele do dyskusji o współczesnej gospodarce światowej w kontekście jej geograficznej dywersyfikacji – co zresztą nie uszło uwadze Banku Światowego, odchodzącego stopniowo od skupiania się na statystykach wymiany międzynarodowej na rzecz analizy globalnych łańcuchów wartości. Sama idea jest nieskomplikowana: chodzi w niej o to, że wartość produktu dla konsumenta jest sumą wartości dodanych przez czynniki produkcji (pracę, kapitał i ziemię), wygenerowanych między etapem najwcześniejszego rozwoju owego produktu (np. badań, tworzenia misji i wizji itp.) a etapem sprzedaży i post-sprzedaży. Jeśli wyobrazilibyśmy sobie najbardziej uproszczoną wersję takiego łańcucha, to zaczynałby się od wspomnianego rozwoju produktu, a dalej przechodziłby w przetwórstwo przemysłowe, dystrybucję i wreszcie w sprzedaż. Geopolityczne wyobrażenie o handlu utrzymuje, że na etapie dystrybucji – zależnym w dużym stopniu od czynników geograficznych – można uzyskać wysoką wartość dodaną, a jako że dochód narodowy jest sumą wartości dodanych, recepta na pomyślność kraju nasuwa się sama. Sęk w tym, że we współczesnej, silnie zglobalizowanej gospodarce źródła najwyższej wartości dodanej znajdują się w dwóch skrajnych ogniwach, czyli na etapach rozwoju produktu i w okolicach sprzedaży. Specyficzny kapitał ludzki, który jest niezbędny do wykonywania zadań w tych obszarach, sprowadza się dziś z najdalszych zakątków globu do firm w Dolinie Krzemowej, londyńskiego City czy arabskich bądź azjatyckich centrów finansowych. Tymczasem produkcja przemysłowa i logistyka na ogół nie wymagają tak specyficznych czynników. Powiedzenie, że może się nimi zajmować każdy, byłoby wprawdzie nadużyciem, ale nie będzie dalekie od prawdy stwierdzenie, że zasoby niezbędne do wykonywania tych zadań są względnie obfite w wielu miejscach na ziemi.

Wspólnym punktem teorii rozwoju zależnego i geopolitycznego wyobrażenia o handlu jest umniejszanie znaczenia relacji ekonomicznych jako tych, na których z konieczności zyskują wszystkie strony, oraz notoryczne podkreślanie ich konfliktogenności

Zresztą nawet nasz rodzimy, polski przypadek jest tu pouczający. Polska już w tej chwili jest bardzo znaczącym zapleczem logistycznym Europy Środkowej, a sektor nieruchomości magazynowych przeżył w ostatniej dekadzie niesłychany boom – na Polskę przypadło np. ponad 60 proc. wynajętej w 2017 r. powierzchni magazynowej w Europie Środkowej, a wielkość popytu w branży osiąga rekordowy poziom już piąty rok z rzędu. Za nim podąża podaż, która wzrosła w ubiegłym roku o 20 proc. Doceniając imponujący wysiłek ludzi z branży, można mieć jednak wątpliwości, czy przyczynia się ona do jakościowej transformacji polskiej gospodarki.

Magia geograficznych zaklęć

Chociaż koncepcja geograficznego determinizmu cierpi na opisane powyżej bolączki, w podobnym duchu, akcentującym rzekomą nieodzowność uwzględnienia geografii dla rekomendacji polityki rozwojowej, wypowiada się nie tylko wielu publicystów kojarzonych z szeroko pojętą prawicą (również na łamach „Nowej Konfederacji”), ale i środowiska bliskie „Krytyce Politycznej”. Obecny światowy ład gospodarczy, oparty na silnej integracji i wolnym handlu, ma podobno reprodukować w nieskończoność nierówności dochodowe między krajami „centrum” i „peryferii”, a bliskość któregoś z tych obszarów przesądza o wyborze właściwej ścieżki rozwoju. Bartłomiej Radziejewski kilka razy opisywał sytuację Polski jako kraju, który ma nieszczęście leżeć daleko od światowych „centrów krążenia kapitału”. Jest w tym stwierdzeniu założenie, że owe „centra krążenia kapitału” w warunkach wolnohandlowych, z jakimi mamy obecnie do czynienia, przypisane są na stałe do określonych obszarów geograficznych. Kraje leżąca z dala od nich muszą natomiast obejść się smakiem – najlepsze owoce międzynarodowego podziału pracy z konieczności musi skonsumować ktoś inny, czyli kraj „centrum” albo „rdzenia”.

Hipoteza rozwoju zależnego, bo o niej tu mowa, jest nienowa i ma dość oryginalne tło. Pochodzi z zastosowania marksistowskiej ekonomii politycznej do problematyki międzynarodowych stosunków gospodarczych, z właściwym marksistom spojrzeniem na relacje ekonomiczne i skompromitowaną teorią wartości opartej na pracy. Autorzy tacy jak André Gunder Frank czy Immanuel Wallerstein nie ustawali w opisywaniu mechanizmów wywłaszczeń z owoców pracy, jakich notorycznie dopuszczają się notable krajów zamożnych wobec ludności krajów biednych. W Polsce analogiczna antyglobalizacyjna narracja obecna była wprawdzie od początków transformacji ustrojowej, ale wydaje się, że dopiero od kilku lat zaczyna dochodzić do głosu w poważnej debacie – na ile poważnej, można ocenić nie tylko po jej obecności w prasie, ale przede wszystkim po skargach Mateusza Morawickiego na „zależny rozwój” Polski po 1989 r. W opinii premiera, integracja gospodarcza z Zachodem sprowadziła Polskę do statusu kraju satelickiego. Wolny handel i swoboda przepływu kapitału nierzadko szkodzą więc Polsce, toteż należy korzystać z nich instrumentalnie – tylko wtedy, gdy Polsce pomagają.

Wspólnym punktem teorii rozwoju zależnego i geopolitycznego wyobrażenia o handlu jest umniejszanie znaczenia relacji ekonomicznych jako tych, na których z konieczności zyskują wszystkie strony, oraz notoryczne podkreślanie ich konfliktogenności. Gospodarka miałaby stanowić grę, w której istnieje obiektywna, dająca się uchwycić i przejąć korzyść, pytaniem zaś jest tylko, kto od kogo tę korzyść przejmie i na jakich zasadach. „Centrum” jest bogate, bo nie pozwala rosnąć „peryferiom” i pozbawia je dobrobytu; mocarstwowi kontrolerzy szlaków handlowych górują gospodarczo nad pozostałymi, bo w przeciwieństwie do nich obsadzili określone przestrzenie itd. Jedni zawsze zyskują kosztem pozostałych, należy więc zadbać o to, by znaleźć się po właściwej stronie: odwinąć się owemu „centrum” albo przejąć szlak handlowy.

Determinizm geograficzny, który należałoby może nazwać geograficznym fatalizmem, oddala nas od zrozumienia prawdziwych źródeł bogactwa – a tymi są przedsiębiorcze wysiłki, skutkujące produkcją najbardziej wartościowych dóbr i usług

Co ciekawe, do tego typu argumentów raczej nie uciekają się najbardziej zajadli krytycy globalizacji wśród ekonomistów, do jakich należą choćby Joseph E. Stiglitz czy Ha-Joon Chang. Twórca tzw. nowej geografii ekonomicznej, noblista Paul Krugman obwarował natomiast własny model centrum-peryferia siecią założeń tak niezwykle trudnych do spełnienia w jakichkolwiek rzeczywistych warunkach (np. stale rosnący krańcowy zwrot z kapitału, czyli nieograniczone efekty skali), że można go uznać raczej za intelektualną prowokację (za czym przemawia również fakt powoływania się na Lenina w artykule, w którym Krugman swój model przedstawił) aniżeli za próbę teoretycznego opisu rzeczywistości w skali ogólnoświatowej.

Przedsiębiorczość zamiast fatalizmu

Determinizm geograficzny, który należałoby może nazwać geograficznym fatalizmem, oddala nas od zrozumienia prawdziwych źródeł bogactwa – a tymi są przedsiębiorcze wysiłki skutkujące produkcją najbardziej wartościowych dóbr i usług. Najważniejsze w międzynarodowych przepływach kapitałowych nie są istniejące, skoncentrowane masy inwestycji, ale oczekiwana atrakcyjność przyszłych inwestycji. Najważniejsi w wymianie międzynarodowej są nie tyle logistyczni operatorzy przepływów towarowych, co ich źródła i adresaci – uczestnicy handlu, odnoszący z niego zawsze korzyści. Pytanie o to, którędy prowadzona jest wymiana międzynarodowa, jest więc drugorzędne wobec pytania o to, co ma się w niej do zaoferowania.