Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Fatalne zauroczenie geopolityką

Pogląd, że dobrobyt pochodzi z ekspansywnej polityki zagranicznej, biorącej sobie na cel opanowanie obszarów przepływu strumieni handlu, jest błędny i groźny

Opinia publiczna wielu krajów w swoich politycznych wyborach coraz częściej opowiada się przeciwko filarom gospodarczej globalizacji: wolnym przepływom strumieni handlu i kapitału. Wpływają na nią intelektualiści, twierdzący, że wymianą międzynarodową należy doraźnie sterować, a polityki wolnohandlowe są korzystne tylko sporadycznie.

Nie ulega wątpliwości, że do najważniejszych profitentów integracji gospodarki światowej zaliczają się najwydajniejsi producenci, a nie kontrolerzy korzystnie zlokalizowanych zakątków globu

Osobliwym wariantem tego poglądu jest geograficzny determinizm, popularny wśród sympatyków geopolitycznego paradygmatu w internacjologii. Determinizm geograficzny przedstawia kontekstowe, geopolityczne przesłanki dobrobytu narodów jako kluczowe, a marginalizuje znaczenie uniwersalnych przesłanek instytucjonalnych, takich jak wolność działania, prywatna własność i swobodna interakcja z zagranicą. Wizję taką lansował przed laty ojciec geopolityki, Halford Mackinder, a w Polsce kontynuuje ją dzisiaj między innymi promotor jego teorii Jacek Bartosiak. Wydaje się, że w sukurs idzie im coraz więcej osób – mimo wyraźnych niedomagań takiego postawienia sprawy.

Geografia kluczem do bogactwa?

Jeśli miałbym streścić geopolityczne wyobrażenie o naturze handlu, ująłbym je następująco: mówi ono, że jednym z podstawowych źródeł pomyślności narodów, a więc i rzeczą, o którą należy zabiegać na forum międzypaństwowym, jest fizyczna kontrola przestrzeni, jakimi przemieszczane są dobra będące przedmiotem wymiany międzynarodowej – czyli tzw. szlaków handlowych. Przepływ strumieni handlu przez obszar znajdujący się pod kontrolą państwa, które jest na przykład inicjatorem powstania niezbędnej infrastruktury – być może połączony z funkcjonowaniem w tym państwie zaplecza dystrybucyjno-logistycznego – miałby być istotnym czynnikiem rozwoju, w szczególny sposób stymulującym krajowe bogactwo.

Warto zauważyć, że mówi się tu nie o tym, by na szlakach handlowych po prostu prowadzić handel, ale by je kontrolować – i to właśnie owa kontrola przestrzeni, a nie wymiana dóbr, jest leitmotivem geopolitycznego spojrzenia na międzynarodowe stosunki gospodarcze. Uważny czytelnik może więc natychmiast uznać opisaną tu koncepcję za podejrzaną, i to z kilku powodów. Po pierwsze, powtarzane z uporem godnym lepszej sprawy kwestie o konieczności kontroli szlaków handlowych i jej wielkim znaczeniu dla pomyślności kraju-kontrolera nie wskazują, w czym w zasadzie tkwi jej wartość. Nie bardzo wiadomo, dlaczego status obszaru tranzytowego – bo o nim w istocie mówimy – miałby przynosić korzyści na tyle duże, by usprawiedliwiały one stosowne wysiłki dyplomatyczne czy wydatkowanie zasobów na powstanie niezbędnej infrastruktury, wymagającej sporych nakładów i kosztownej w utrzymaniu. A przecież nieusuwalny fakt rzadkości zasobów, jakimi dysponujemy, wymusza ciągłe odpowiadanie sobie na takie pytania. Trzeba ustalić, którymi projektami należy zainteresować się w pierwszej kolejności, którym nadać niższy priorytet, a które całkowicie odrzucić – bo wszystkich naraz realizować nie sposób. Inaczej mówiąc, z szeregu przedsięwzięć inwestycyjnych, dyplomatycznych oraz polityk gospodarczych zawsze musimy pewne wybrać, a inne odrzucić. Budżety mają swoje ograniczenia, podobnie baza podatkowa, nie da się też na przykład w wiarygodny sposób prowadzić polityki wolnohandlowej i protekcjonistycznej jednocześnie. Tymczasem inwestowanie w kontrolę szlaków handlowych geopolitycy przedstawiają jako być albo nie być międzynarodowej pozycji gospodarczej kraju, bez zastanowienia się nad możliwymi alternatywami, których być może nie da się połączyć z realizacją ich sugestii.

Polska już w tej chwili jest bardzo znaczącym zapleczem logistycznym Europy Środkowej, a sektor nieruchomości magazynowych przeżył w ostatniej dekadzie niesłychany boom – na Polskę przypadło np. ponad 60 proc. wynajętej w 2017 r. powierzchni magazynowej w Europie Środkowej, a wielkość popytu w branży osiąga rekordowy poziom już piąty rok z rzędu

Alternatywy natomiast przedstawiają się co najmniej dobrze. Przy nawet pobieżnym spojrzeniu na listę 20 najbogatszych państw świata (w kategoriach PKB per capita i parytetu siły nabywczej) przekonamy się, że próżno szukać wśród nich krajów, które z tranzytu uczyniły sposób na bogactwo. Konia z rzędem temu, kto powie, jakie szlaki handlowe kontrolują Szwajcaria czy Norwegia, nie wspominając o Liechtensteinie – zdecydowanie jednym z najbogatszych krajów świata, a przy tym jednym z najbardziej uprzemysłowionych. Nawet Singapur, położony strategicznie port łączący Ocean Spokojny z Indyjskim, swoje sukcesy gospodarcze zawdzięcza wydajnemu sektorowi usług opartemu o niesłychanie konkurencyjny rynek pracy oraz produkcji przemysłowej dóbr o wysokiej wartości dodanej. Zarazem stopień integracji wszystkich wymienionych krajów (oraz pozostałych członków elitarnego grona bogaczy) z gospodarką światową jest doprawdy imponujący. Jeśli mierzyć go stosunkiem wymiany handlowej z zagranicą (eksport plus import) do produktu narodowego, to trudno znaleźć im konkurentów – chociaż należy wziąć poprawkę na niewielkie rozmiary niemal wszystkich 20 najzamożniejszych krajów świata (poza USA, które są na miejscu 20.), co naturalnie odzwierciedla się w wysokości owego wskaźnika.

Produktywność drogą do handlu

Nie ulega jednak wątpliwości, że do najważniejszych profitentów integracji gospodarki światowej zaliczają się najwydajniejsi producenci, a nie kontrolerzy korzystnie zlokalizowanych zakątków globu. Da się ten fakt wytłumaczyć spadkiem znaczenia arbitrażu geograficznego – tzn. kupna, a następnie sprzedaży tego samego produktu na oddalonych od siebie rynkach – względem arbitrażu na rynkach czynniki-produkt, czyli sprzedaży dóbr po uprzednim ich przetworzeniu. W czasach, w których podróżowanie było niebezpieczne, a liczba znanych połączeń między miejscami – bardzo ograniczona, właściciele węzłowych punktów komunikacyjnych znajdowali się w komfortowej sytuacji. Skoro wobec przejścia przez ich obszar nie było znaczącej alternatywy, mogli z samego faktu kontrolowania owych punktów czerpać wysokie dochody będące formą monopolistycznej renty ziemskiej. Ale właśnie dzięki postępującej globalizacji taka sytuacja należy do przeszłości, a uczestnictwo w procesie przewożenia towarów z miejsca na miejsce nie należy do najbardziej wartościowych elementów łańcucha wartości produktu.

Zresztą właśnie bliższy wgląd w łańcuch wartości wnosi wiele do dyskusji o współczesnej gospodarce światowej w kontekście jej geograficznej dywersyfikacji – co zresztą nie uszło uwadze Banku Światowego, odchodzącego stopniowo od skupiania się na statystykach wymiany międzynarodowej na rzecz analizy globalnych łańcuchów wartości. Sama idea jest nieskomplikowana: chodzi w niej o to, że wartość produktu dla konsumenta jest sumą wartości dodanych przez czynniki produkcji (pracę, kapitał i ziemię), wygenerowanych między etapem najwcześniejszego rozwoju owego produktu (np. badań, tworzenia misji i wizji itp.) a etapem sprzedaży i post-sprzedaży. Jeśli wyobrazilibyśmy sobie najbardziej uproszczoną wersję takiego łańcucha, to zaczynałby się od wspomnianego rozwoju produktu, a dalej przechodziłby w przetwórstwo przemysłowe, dystrybucję i wreszcie w sprzedaż. Geopolityczne wyobrażenie o handlu utrzymuje, że na etapie dystrybucji – zależnym w dużym stopniu od czynników geograficznych – można uzyskać wysoką wartość dodaną, a jako że dochód narodowy jest sumą wartości dodanych, recepta na pomyślność kraju nasuwa się sama. Sęk w tym, że we współczesnej, silnie zglobalizowanej gospodarce źródła najwyższej wartości dodanej znajdują się w dwóch skrajnych ogniwach, czyli na etapach rozwoju produktu i w okolicach sprzedaży. Specyficzny kapitał ludzki, który jest niezbędny do wykonywania zadań w tych obszarach, sprowadza się dziś z najdalszych zakątków globu do firm w Dolinie Krzemowej, londyńskiego City czy arabskich bądź azjatyckich centrów finansowych. Tymczasem produkcja przemysłowa i logistyka na ogół nie wymagają tak specyficznych czynników. Powiedzenie, że może się nimi zajmować każdy, byłoby wprawdzie nadużyciem, ale nie będzie dalekie od prawdy stwierdzenie, że zasoby niezbędne do wykonywania tych zadań są względnie obfite w wielu miejscach na ziemi.

Wspólnym punktem teorii rozwoju zależnego i geopolitycznego wyobrażenia o handlu jest umniejszanie znaczenia relacji ekonomicznych jako tych, na których z konieczności zyskują wszystkie strony, oraz notoryczne podkreślanie ich konfliktogenności

Zresztą nawet nasz rodzimy, polski przypadek jest tu pouczający. Polska już w tej chwili jest bardzo znaczącym zapleczem logistycznym Europy Środkowej, a sektor nieruchomości magazynowych przeżył w ostatniej dekadzie niesłychany boom – na Polskę przypadło np. ponad 60 proc. wynajętej w 2017 r. powierzchni magazynowej w Europie Środkowej, a wielkość popytu w branży osiąga rekordowy poziom już piąty rok z rzędu. Za nim podąża podaż, która wzrosła w ubiegłym roku o 20 proc. Doceniając imponujący wysiłek ludzi z branży, można mieć jednak wątpliwości, czy przyczynia się ona do jakościowej transformacji polskiej gospodarki.

Magia geograficznych zaklęć

Chociaż koncepcja geograficznego determinizmu cierpi na opisane powyżej bolączki, w podobnym duchu, akcentującym rzekomą nieodzowność uwzględnienia geografii dla rekomendacji polityki rozwojowej, wypowiada się nie tylko wielu publicystów kojarzonych z szeroko pojętą prawicą (również na łamach „Nowej Konfederacji”), ale i środowiska bliskie „Krytyce Politycznej”. Obecny światowy ład gospodarczy, oparty na silnej integracji i wolnym handlu, ma podobno reprodukować w nieskończoność nierówności dochodowe między krajami „centrum” i „peryferii”, a bliskość któregoś z tych obszarów przesądza o wyborze właściwej ścieżki rozwoju. Bartłomiej Radziejewski kilka razy opisywał sytuację Polski jako kraju, który ma nieszczęście leżeć daleko od światowych „centrów krążenia kapitału”. Jest w tym stwierdzeniu założenie, że owe „centra krążenia kapitału” w warunkach wolnohandlowych, z jakimi mamy obecnie do czynienia, przypisane są na stałe do określonych obszarów geograficznych. Kraje leżąca z dala od nich muszą natomiast obejść się smakiem – najlepsze owoce międzynarodowego podziału pracy z konieczności musi skonsumować ktoś inny, czyli kraj „centrum” albo „rdzenia”.

Hipoteza rozwoju zależnego, bo o niej tu mowa, jest nienowa i ma dość oryginalne tło. Pochodzi z zastosowania marksistowskiej ekonomii politycznej do problematyki międzynarodowych stosunków gospodarczych, z właściwym marksistom spojrzeniem na relacje ekonomiczne i skompromitowaną teorią wartości opartej na pracy. Autorzy tacy jak André Gunder Frank czy Immanuel Wallerstein nie ustawali w opisywaniu mechanizmów wywłaszczeń z owoców pracy, jakich notorycznie dopuszczają się notable krajów zamożnych wobec ludności krajów biednych. W Polsce analogiczna antyglobalizacyjna narracja obecna była wprawdzie od początków transformacji ustrojowej, ale wydaje się, że dopiero od kilku lat zaczyna dochodzić do głosu w poważnej debacie – na ile poważnej, można ocenić nie tylko po jej obecności w prasie, ale przede wszystkim po skargach Mateusza Morawickiego na „zależny rozwój” Polski po 1989 r. W opinii premiera, integracja gospodarcza z Zachodem sprowadziła Polskę do statusu kraju satelickiego. Wolny handel i swoboda przepływu kapitału nierzadko szkodzą więc Polsce, toteż należy korzystać z nich instrumentalnie – tylko wtedy, gdy Polsce pomagają.

Wspólnym punktem teorii rozwoju zależnego i geopolitycznego wyobrażenia o handlu jest umniejszanie znaczenia relacji ekonomicznych jako tych, na których z konieczności zyskują wszystkie strony, oraz notoryczne podkreślanie ich konfliktogenności. Gospodarka miałaby stanowić grę, w której istnieje obiektywna, dająca się uchwycić i przejąć korzyść, pytaniem zaś jest tylko, kto od kogo tę korzyść przejmie i na jakich zasadach. „Centrum” jest bogate, bo nie pozwala rosnąć „peryferiom” i pozbawia je dobrobytu; mocarstwowi kontrolerzy szlaków handlowych górują gospodarczo nad pozostałymi, bo w przeciwieństwie do nich obsadzili określone przestrzenie itd. Jedni zawsze zyskują kosztem pozostałych, należy więc zadbać o to, by znaleźć się po właściwej stronie: odwinąć się owemu „centrum” albo przejąć szlak handlowy.

Determinizm geograficzny, który należałoby może nazwać geograficznym fatalizmem, oddala nas od zrozumienia prawdziwych źródeł bogactwa – a tymi są przedsiębiorcze wysiłki, skutkujące produkcją najbardziej wartościowych dóbr i usług

Co ciekawe, do tego typu argumentów raczej nie uciekają się najbardziej zajadli krytycy globalizacji wśród ekonomistów, do jakich należą choćby Joseph E. Stiglitz czy Ha-Joon Chang. Twórca tzw. nowej geografii ekonomicznej, noblista Paul Krugman obwarował natomiast własny model centrum-peryferia siecią założeń tak niezwykle trudnych do spełnienia w jakichkolwiek rzeczywistych warunkach (np. stale rosnący krańcowy zwrot z kapitału, czyli nieograniczone efekty skali), że można go uznać raczej za intelektualną prowokację (za czym przemawia również fakt powoływania się na Lenina w artykule, w którym Krugman swój model przedstawił) aniżeli za próbę teoretycznego opisu rzeczywistości w skali ogólnoświatowej.

Przedsiębiorczość zamiast fatalizmu

Determinizm geograficzny, który należałoby może nazwać geograficznym fatalizmem, oddala nas od zrozumienia prawdziwych źródeł bogactwa – a tymi są przedsiębiorcze wysiłki skutkujące produkcją najbardziej wartościowych dóbr i usług. Najważniejsze w międzynarodowych przepływach kapitałowych nie są istniejące, skoncentrowane masy inwestycji, ale oczekiwana atrakcyjność przyszłych inwestycji. Najważniejsi w wymianie międzynarodowej są nie tyle logistyczni operatorzy przepływów towarowych, co ich źródła i adresaci – uczestnicy handlu, odnoszący z niego zawsze korzyści. Pytanie o to, którędy prowadzona jest wymiana międzynarodowa, jest więc drugorzędne wobec pytania o to, co ma się w niej do zaoferowania.

Komentarze

12 odpowiedzi na “Fatalne zauroczenie geopolityką”

  1. Marcin85 pisze:

    Ciekawe spojrzenie, zgadzam się z tym, że to że dane państwo leży tam gdzie leży nie determinuje bezwarunkowo sposobu w jaki ono się będzie rozwijało ani nie przesądza o jego sytuacji gospodarczej. Przestrzeń jednak i jej fizyczne ograniczenia w powiązaniu z demografią i infrastrukturą są tylko elementem współczesnej geopolityki. Geopolityka zajmuje się zarówno kwestiami politycznymi jak i geograficznymi, sprowadzanie jej wyłącznie do wymiary badania przestrzeni to jej deprecjonowanie. Myślenie geopolityczne nie opiera się wyłącznie na podporządkowaniu wszystkiego geografii ale moim zdaniem polega ono na łączeniu ograniczeń wynikających z geografii z możliwościami które daje polityka. Nie zgodzę się więc że geopolityka nie jest potrzebna we współczesnym świecie.

  2. TWD pisze:

    Mam wrażenie, że autor polemizuje z geopolityką zdefiniowaną we własny, swoisty sposób. Tymczasem geopolityka to nie geograficzny determinizm, czy tym bardziej fatalizm. Gdyby tak było, to przy założeniu niezmienności geografii dobrobyt lub bieda powinny być przypisane do konkretnych obszarów na stałe. Tymczasem warunki geopolityczne to zestaw atutów, które dany obszar posiada i które można lepiej, lub gorzej wykorzystać. Przywołane przez autora posiadanie, czy kontrolowanie szlaków handlowych ma głęboki sens, a można je wykorzystać na różny sposób: można zarabiać na opłatach tranzytowych samemu nie handlując, można handlować i mieć przewagę nad innymi, którzy muszą płacić za korzystanie ze szlaku, można ustanowić monopol handlowy i zabronić innym handlu na danym szlaku, można też zamknąć szlak i odciąć jakieś państwo od handlu. Skutkiem tego można się wzbogacić łatwiej niż inni handlarze, można wymóc na innych pewne usępstwa grożąc odcięciem od handlu, ale można się też narazić na agresję silnego przeciwnika, który zechce zająć nasze miejsce i przejąć kontrolę nad handlem. To, czy wykorzystamy atuty, czy też pozwilimy je sobie zabrać, zależy od naszej mądrości i zapobiegliwości. Położenie Polski na przykład jest ogromnym wyzwaniem, które bywało w dziejach wykorzystaną szansą, a bywało przekleństwem.

  3. Norbert pisze:

    Bogaci się nie ten, który wymyśla i produkuje, tylko ten który sprzedaje, i ten który ustala warunki handlu. Aby sprzedawać i ustalać warunku handlu trzeba mieć przewagę którą determinuje w dużej mierze geografia. Dlatego USA kontrolują handel i mają bazy na Pacyfiku, dlatego też Chiny chcą budować Jedwabny Szlak, dlatego też Rosja zajęła Krym i dlatego jest wojna w Syrii, i dlatego Niemcy budują z Rosją NordStream. Geopolityka dotyczy dużych państw, nie małych krajów, dlatego przykłady Szwajcarii czy Norwegii nie dotyczą w ogóle istoty rzeczy.

  4. Stefan pisze:

    Przykro się to czyta. Na porządną polemikę należałoby poświęcić cały dłuższy tekst, stąd tylko skrótowo najważniejsze uproszczenia:
    1. kontrola szlaków handlowych w pracach geopolitycznych jest omawiana jako instrument dominacji – na skalę globalną lub na skalę istotnego wycinka globu, m.in. poprzez możliwość wyłączenia konkurenta z wymiany; polemizowanie z tym poglądem przez wskazywanie na małe bogate państwa to dosyć klasyczny strawman;
    2. porównywanie Liechtensteinu do średnich albo dużych państw zamiast do ich najlepiej rozwiniętych regionów z poprawką na polityki spójności;
    3. potępienie w czambuł determinizmu geograficznego i pochwała przesłanek instytucjonalnych z całkowitym pominięciem wpływu geografii na kształtowanie się tychże przesłanek (zob. np. wywód Bartosiaka porównującego systemy rzeczne Rosji i USA);
    4. potępienie w czambuł determinizmu geograficznego i pochwała koncepcji łańcucha wartości z całkowitym pominięciem wpływu historycznej akumulacji kapitału i uwarunkowań społeczno-gospodarczych na kształtowanie się tegoż;
    5. krytyka zależności centrum-peryferie niepoparta właściwie żadnym argumentem poza ad leninum;
    6. krytyka założenia, że bogactwo bierze się z czystej logistyki przepływu towarów, co już jest strawmanem klasycznym – taka teza może się pojawiać u geopolitycznych felietonistów, ale raczej nie w poważniejszych publikacjach.

    To niestety nie jest materiał na felieton – bo tak ten artykuł należy określić. Choćby rozłożenie modelu centrum-peryferia i analiza genezy łańcucha wartości to temat na poważną publikację, opartą na rzetelnej analizie istniejących stosunków, a nie na scholastyczny wywód, z którego musi wyniknąć że wolny rynek najlepszy.

  5. Siwy pisze:

    Właśnie otrzymałem wodoszczelną torebkę nerkę z chin za 20zł o pierwszej jakości jak nie lepszej (tak, trochę się zmieniło). Z tego wynika, że nie zamówiłem więc jej odpowiednika ze stanów za 150zł + 150zł przesyłki. Całe szczęście ekonomiści w stanach przeczytali Pański artykuł i nie skupiają się na kontroli transportu z chin by ratować swoich przedsiębiorców, którzy w swoim systemie taniej tego przedmiotu zrobić nie mogą. Ja jako konsument trzymam kciuki żeby tak zostało, bo na oku mam 100 innych przedmiotów, dziękuję.

  6. greg pisze:

    Marcin85 Możliwości jakie daje polityka w zakresie przezwycieżania ograniczeń geograficznych są duże; problem rozchodzi się o koszty takiej interwencji? Sceptyczny jestem, czy centralny planista jest w stanie efektywnie poprawidzić strategie geopolityczną. Wszelkie błedy jakie popełnił centalny planista nie mogą zostać poddane lokalnej korekcie jak to ma miejsce w przypadku działań pojedynczych przedsiebiorstw. Przy tak dynamicznej gospodarce – jaka wiąże sie z globalizmem – państwo jest zbyt malo elastyczne, żeby w pore reagować na sytuacje.

    Co więcej, postawiłbym hipotezę, że im bardziej będzie postepować technologia transportowa, tym paradgymat geopolityczny bedzie tracił na znaczeniu nawet w zakresie militarnym.

  7. greg pisze:

    Marcin85 Możliwości jakie daje polityka w zakresie przezwycieżania ograniczeń geograficznych są duże; problem rozchodzi się o koszty takiej interwencji? Sceptyczny jestem, że centralny planista jest w stanie efektywnie poprawidzić strategie geopolityczną. Wszelkie błedy jakie popełnił centalny planista nie mogą zostać poddane lokalnej korekcie jak to ma miejsce w przypadku działań pojedynczych przedsiebiorstw. Przy tak dynamicznej gospodarce – jaka wiąże sie z globalizmem – państwo jest zbyt malo elastyczne, żeby w pore reagować na sytuacje.

    Co więcej, postawiłbym hipotezę, że im bardziej będzie postepować technologia transportowa, tym paradgymat geopolityczny bedzie tracił na znaczeniu nawet w zakresie militarnym.

  8. Adam pisze:

    “Ale właśnie dzięki postępującej globalizacji taka sytuacja należy do przeszłości, a uczestnictwo w procesie przewożenia towarów z miejsca na miejsce nie należy do najbardziej wartościowych elementów łańcucha wartości produktu.”

    Postępująca globalizacja to nie coś co się dzieje samo z siebie tylko efekt kontroli oceanów przez marynarkę USA bo ktoś wcześniej w Waszyngtonie ustalił, że taka sytuacja będzie korzystna dla USA. USA teraz już nie są tak przekonane, że globalizacja jest dobra dla USA i co z tego wyniknie – zobaczymy.

  9. Mat pisze:

    “akcentującym rzekomą nieodzowność uwzględnienia geografii dla rekomendacji polityki rozwojowej”
    Krytyka poszła nieco za daleko. Ciężko chyba sugerować, że można tworzyć rekomendacje polityki rozwojowej w zupełnym oderwaniu od geografii. Siłą rzeczy odległości od różnych punktów i ośrodków, dostępność zasobów, demografia itd. są przecież przynajmniej istotne.

    “Najważniejsze w międzynarodowych przepływach kapitałowych nie są istniejące, skoncentrowane masy inwestycji, ale oczekiwana atrakcyjność przyszłych inwestycji.”
    Czy jedno nie jest jednak powiązane z drugim? Czy istnienie jakiejś masy inwestycji nie wpływa na atrakcyjność innych poprzez chociażby istnienie infrastruktury, partnerów, różnych podmiotów obsługujących itd.?

    W kwestii państw z listy 20 najbogatszych pod względem PKB per capita przydałoby się źródło danych. Ja w danych od MFW za 2017 rok widzę USA na miejscu 11. (https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_GDP_(PPP)_per_capita , wikipedia, ale sprawdziłem wyrywkowo parę państw ze źródła w samym MFW i wszystko się pokrywa). Abstrahując w ogóle od sensu powoływania się na to top 20, bo na liście są w dużej mierze minipaństwa i państwa opierające się na ropie naftowej. Ani jednym, ani drugim się nie staniemy.

    Natomiast ogólnie całkiem możliwe, że lepiej byśmy wyszli stając się potęgą w R&D, czy na rynku finansowym, niż skupiając się na obsłudze handlu. Teraz tylko trzeba recepty jak osiągnąć to pierwsze…

  10. Wojtek pisze:

    Dobrze postawione pytania. Tekst aż prosi się o polemikę i dobrze, bo to chyba najbardziej płodny, wartościowy rodzaj artykułów (oczywiście moim skromnym zdaniem). Dyskusję na temat Bocheńskiego też czyta się świetnie. Może takie polemiki są bardziej wartościowe, merytoryczne od np. debat na yt?

  11. R pisze:

    Ciekawy tekst i ważna polemika z podejściem geopolitycznym. Mam jednak wątpliwości dotyczące wykorzystania danych statystycznych do wsparcia przedstawionych argumentów:
    “Polska już w tej chwili jest bardzo znaczącym zapleczem logistycznym Europy Środkowej, a sektor nieruchomości magazynowych przeżył w ostatniej dekadzie niesłychany boom – na Polskę przypadło np. ponad 60 proc. wynajętej w 2017 r. powierzchni magazynowej w Europie Środkowej”
    Powierzchnia Polski to właśnie 60% powierzchni Europy Środkowej (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry), więc nie mówimy tu o żadnym boomie, lecz proporcjonalnym do geografii udziale w tym sektorze gospodarki. Interesująco byłoby, gdyby Polska realnie stała się potentatem logistycznym, np. przejmując 90% powierzchni magazynowej.

  12. darec_c pisze:

    To ja poproszę o tego konia z rzędem (za Szwajcarię). Kilkanaście lat temu wprowadziła ona wręcz limity transportowe dla transportu samochodowego. Transfer ze środka Europy na jej południe i vice versa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz