Newsletter

Jak uratować globalizację?

Pytanie nie brzmi, czy globalizacja ma się rozwijać, ale na jakich zasadach. Jeśli nie chcemy by państwa dążyły w kierunku autarkii, musimy przywrócić państwom moc sprawczą w kwestiach regulacyjnych.

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Do niedawna królował paradygmat globalistycznego hurraoptymizmu, poparcia dla międzynarodowego handlu i przepływów finansowych (ze wściekłymi antyglobalistami w tle). Powstawały kolejne umowy międzynarodowe, pisane w tak oczywistym duchu zmniejszania barier celnych i pozataryfowych, że mało kto na nie zwracał uwagę. Ale to się skończyło. Wraz z „lokalistyczną rewolucją” z prawa i lewa doszło do wstrzymania tego trendu, czego symbolem są takie działania, jak de facto zahamowanie negocjacji dotyczących Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, ślimaczenie się ratyfikacji analogicznej umowy między UE a Kanadą (CETA) w państwach członkowskich Unii, czy wycofanie się USA z Partnerstwa Transpacyficznego (TPP). Za wstrzymaniem poszedł odwrót: po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA rozpoczęto renegocjację Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA), zaś Amerykanie wprowadzili cła na stal (25 proc.) i aluminium (10 proc.), co może być początkiem wojny celnej.

Bez wątpienia mamy do czynienia z końcem (a przynajmniej z zadyszką) globalizacji, jaką do tej pory znaliśmy

Ale przecież nie jest to trend ogólnoświatowy. W tym samym czasie w Davos prezydent Chin Xi Jinping i premier Indii Narendra Modi głoszą peany na cześć wolnego rynku. Dla obu najludniejszych krajów świata nie są to tylko czcze wypowiedzi. Państwa te budują bowiem infrastrukturalne podstawy dla międzynarodowej wymiany gospodarczej, w której mają odgrywać centralną rolę – inicjatywy Jedwabnego i – nieco mniej znanego – Bawełnianego Szlaku; konkurując ze sobą politycznie, jednocześnie współpracują też w ramach Nowego Banku Rozwoju (NDB) i Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). Z kolei państwa-sygnatariusze TPP, „porzucone” przez USA, podpisały porozumienie zwane nieformalnie „TPP-11”, zawierające większość zapisów starego paktu – tym samym podtrzymując chęć zacieśniania więzi gospodarczych.

Między skrajnościami

Bez wątpienia mamy do czynienia z końcem (a przynajmniej z zadyszką) globalizacji, jaką do tej pory znaliśmy. Dyskusja na jej temat waha się między bezkrytycznym entuzjazmem a wrodzoną podejrzliwością. Ta pierwsza postawa oznacza traktowanie świata jako globalnej anarchii, porządkowanej jedynie za pomocą wspólnego dla wszystkich systemu wartości. Wszędzie obowiązują takie same zasady, a działalność gospodarcza nie pociąga za sobą kosztów zewnętrznych (np. dla środowiska naturalnego). Uczestnicy wymiany to niezależne firmy prywatne, niemające żadnych powiązań z państwami, które nie realizują swojej polityki przez regulację działalności gospodarczej. Na handlu korzystają zawsze obie strony. Z kolei liczni „lokaliści” widzą w międzynarodowych stosunkach gospodarczych coś w rodzaju strategiczno-ekonomicznej gry komputerowej bądź planszowej. Państwa handlują ze sobą i jest to gra o sumie zerowej. Ktoś, kto ma ujemny bilans handlowy, jest stratny, a kto ma dodatni – ten przechytrzył przeciwników i zgarnął większą pulę. Przedsiębiorcy, pracownicy i konsumenci to tylko bezwolne pionki, w których kolektywnym interesie leży zdobycie jak największej liczby punktów.

Większym zagrożeniem dla polskiego pracownika może być rodzimy neofeudalny „bieda-biznesmen” niż międzynarodowa korporacja

Prawda jest złożona, choć zdecydowani krytycy globalizacji wylewają dziecko z kąpielą. Wszelkie dane dotyczące pozycji międzynarodowej poszczególnych branż, eksportu czy importu opierają się na sumie efektów działalności konkretnych przedsiębiorstw, którymi kierują – i w których pracują – konkretni ludzie. To nie „Polska” handluje z, dajmy na to, „Niemcami”, tylko określone polskie firmy handlują z określonymi firmami niemieckimi, amerykańskimi czy chińskimi. Granie w jednej drużynie też jest dyskusyjne: korzyści z globalnego sukcesu polskiej firmy dla jej krajowego konkurenta są co najwyżej pośrednie; z kolei większym zagrożeniem dla polskiego pracownika może być rodzimy neofeudalny „bieda-biznesmen” niż międzynarodowa korporacja.

Błędy antyglobalistów doskonale widać na przykładzie jednego z aspektów zglobalizowanej gospodarki – bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Przykładowo, coraz częściej politycy Prawa i Sprawiedliwości starają się przekonywać nas, że więcej dajemy, niż dostajemy z Unii Europejskiej. O tym, że „jesteśmy netto wielkim płatnikiem kapitału z zagranicy w sensie przepływów”, mówił nawet ostatnio premier Mateusz Morawiecki podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. W ubiegłym roku poseł PiS (obecnie wiceminister inwestycji i rozwoju) Artur Soboń wystosował do Ministerstwa Finansów zapytanie o wielkość dochodów, uzyskanych na terytorium Polski przez podmioty z państw Unii Europejskiej w okresie 2005-2016 m.in. z odsetek, należności licencyjnych, z tytułu świadczenia różnych usług oraz dywidend. W telewizji internetowej wPolsce.pl wyciągał z tego wniosek, że te kwoty „przekraczają transfery, które otrzymaliśmy z Unii Europejskiej”.

Jest to jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem: zwolennicy tej tezy z reguły wrzucają do jednego worka pieniądze, wyprowadzane z Polski dzięki różnego rodzaju optymalizacjom podatkowym, i dywidendy wypłacane sobie przez zagraniczne firmy. Po stronie wpływów nie są już tak inkluzywni, lokując tam z reguły tylko fundusze unijne. A te pieniądze nie biorą się znikąd: są zwrotem z wcześniej włożonego kapitału, który pracuje. Jak wynika z raportu „Polityka Insight” pt. „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu”, w 2015 r. dzięki bezpośrednim inwestycjom zagranicznym zarobki Polaków były o 8,9 proc. wyższe, niż gdyby tych inwestycji nie było, zaś zatrudnienie – wyższe o 8,4 proc. Eksperci, powołując się na dane OECD, wskazują, że firmy zagraniczne wydają więcej na badania i rozwój niż polskie (0,7 proc. wartości dodanej wobec 0,5 proc. firm ogółem). Piszą także, że „przedsiębiorstwa, które prze­chodziły w ręce zagranicznych właścicieli, zwiększały co roku wartość dodaną w tempie o 2,2 pkt. proc. wyższym niż pozostałe”. Zresztą, firmy te reinwestują prawie połowę swoich dochodów. Słowem: na bezpośrednich inwestycjach zagranicznych (a nie poruszyłem przecież innych elementów globalizacji gospodarki, choćby handlu międzynarodowego) całkiem sporo zyskujemy jako gospodarka, społeczeństwo i państwo (wpływy podatkowe) – a żeby było zabawniej, raport, z którego czerpałem sporą część wyżej cytowanych danych, został zaprezentowany w Ministerstwie Rozwoju, gdy kierował nim… Mateusz Morawiecki.

Obywatel świata nie istnieje

Korzyści z globalizacji płyną także do tych, którzy uchodzą za główne jej ofiary. Wedle Banku Światowego, już w 2010 roku osiągnęliśmy (jako ludzkość) pierwszy Milenijny Cel Rozwoju Narodów Zjednoczonych, polegający na redukcji światowego ubóstwa z 1990 roku o połowę do 2015 roku. Jak wskazuje Stephen D. King w książce „Grave New World. The End of Globalization, the Return of History”, działo się to głównie we wschodniej Azji, która skorzystała na globalizacji. Z tego wynikałoby, że ta ostatnia przynosi same korzyści, co oczywiście także nie jest prawdą. W odniesieniu do Polski nie można zapominać o kosztach. Dawanie firmom zagranicznym rozmaitych ulg było (i jest nadal) szkodliwe dla ich krajowej konkurencji, nie można też zapominać o tym, że np. rozwój zagranicznych sklepów w Polsce był związany z zagraniczną pomocą – taką otrzymały np. Lidl i Kaufland w postaci korzystnych pożyczek w wysokości 1 mld dolarów od BŚ i EBOiR, oficjalnie – w celu… umożliwienia dostępu ubogiej ludności do taniej żywności (o utrudnieniu dostępu właścicieli warzywniaków do klientów i drenowaniu kieszeni dostawców jakoś nikt nie pomyślał). Dużym problemem są także te ceny transferowe, które nie mają uzasadnienia gospodarczego. Można też powiedzieć, że zapach szkód unosi się w powietrzu – w okolicy podpalanych składowisk odpadów trudnych do przetworzenia, transportowanych do Polski z zagranicy. Taki paradoks: w ramach międzynarodowego podziału pracy, z braku innych przewag komparatywnych, można stać się również światowym składowiskiem odpadów. Globalizacja to bowiem także łatwiejsze przerzucanie kosztów zewnętrznych na innych, o ile nie chronią ich przed tym własne, skutecznie egzekwowane regulacje. A te wymykają się ludziom spod kontroli – i sądzę, że to jest właśnie głównym powodem, dla którego globalizacja staje się dziś coraz bardziej passé.

Globalizacja to także łatwiejsze przerzucanie kosztów zewnętrznych na innych, o ile nie chronią ich przed tym własne, skutecznie egzekwowane regulacje

Dani Rodrik w swojej najnowszej książce „Straight Talk on Trade. Ideas for a Sane World Economy” powołuje się na badania World Value Survey, z których wynika, że – obojętnie, czy mówimy o USA, Indiach, Chinach czy o państwach UE – zdecydowana większość ludzi utożsamia się z byciem obywatelem swojego kraju, w przeciwieństwie do bycia „obywatelem świata”, a także (w przypadku Europejczyków) do bycia „obywatelem UE”, co swoją drogą powinno dawać do myślenia zapatrzonym w swój projekt eurofederalistom. Tak było przed kryzysem finansowym w 2008, a od tamtego czasu ten rozziew się jeszcze powiększył. Nie zmniejszają go też nowoczesne technologie, które przecież w realny sposób pomagają w łączeniu się z ludźmi z drugiego końca świata (gdyby było inaczej, na dostawę książki Rodrika czekałbym miesiącami, zamiast kupić ebooka w internecie i otrzymać go w kilka sekund). Amerykańsko-turecki (sic!) ekonomista powołuje się na eksperyment, z którego wynikało, że jeśli używanie Internetu coś wzmocniło, to były to… więzi lokalne; internet pomógł jego użytkownikom np. „w organizowaniu grilla czy pomocy dzieciom w odrabianiu prac domowych”.

Powrót państw narodowych

Czy to przeszkadza w spotkaniu dwóch stron, jakim jest niewątpliwie wymiana handlowa? Niekoniecznie. Ale ma wpływ na to, wedle jakich reguł się ona odbywa, poczynając od tego, że aby współpracować z ludźmi odmiennych kultur dobrze jest z grubsza wiedzieć, jaką mogą mieć mentalność i jak mogą odebrać nasze decyzje, a kończąc na tym, że kultura wpływa na kształt instytucji w innych krajach. Kłopot w tym, że od lat 80. XX wieku te elementy były ignorowane. Istniało ciche założenie, że istnieje zbiór obiektywnych reguł, obowiązujących wszędzie – i że nie trzeba pytać obywateli poszczególnych państw, czy chcieliby, by obowiązywały także na ich terytorium. Ten mechanizm doskonale obrazuje sprzeciw wobec negocjacji TTIP. Krytyków irytowało przede wszystkim to, że rozmowy prowadzone są w sposób nieprzejrzysty – dopiero silne naciski doprowadziły do tego, że Komisja Europejska upubliczniła część efektów negocjacji. A te zawierały m.in. mechanizm rozstrzygania sporów między inwestorami i państwami przy udziale sądów arbitrażowych (ISDS). Rozwiązanie, powstałe po to, by chronić uczciwych przedsiębiorców przed potencjalnie grabieżczymi zakusami elit państw postkolonialnych, przekształciło się w narzędzie służące do realizacji ideologicznej agendy, zakładającej, że zawsze i wszędzie swoboda wymiany stoi ponad rozwiązaniami, które zdaniem danej wspólnoty mają jej służyć – np. politykami dotyczącymi ochrony zdrowia czy środowiska. W tym miejscu nie jest ważne, że wg UNCTAD World Investment Report 2017 państwa wygrały do końca 2016 roku 36 proc. tego typu spraw, a kolejne 25 proc. zakończyło się ugodą: ważne jest, że państwa pozywane są nie tylko np. za bezprawne wywłaszczenia, ale także za uchwalanie nowych regulacji, o których sprawiedliwości decydować ma zewnętrzny trybunał. Innym elementem były obawy związane z potencjalnym sprowadzaniem do UE żywności GMO. I znowu: nie chodzi tu o merytoryczne rozstrzygnięcie, czy dotychczasowe stosowanie zasady ostrożności w odniesieniu do żywności jest mądre, tylko o to, dlaczego rozmiękczanie tej zasady ma być efektem podpisania umowy handlowej.

Zdecydowana większość ludzi utożsamia się z byciem obywatelem swojego kraju, w przeciwieństwie do bycia „obywatelem świata”, a także (w przypadku Europejczyków) do bycia „obywatelem UE”

Rodrik w swojej książce uzasadnia, dlaczego w kwestiach regulacyjnych dobrze jest zaufać państwom narodowym. Instytucje wspierające (i regulujące) rynki nie są jednorodne. Co do zasady, wszystkie gospodarki państw rozwiniętych są rynkowe, jednak formy ochrony własności prywatnej, opodatkowania dochodów czy pilnowania odpowiedniego bezpieczeństwa produktów są bardzo różnorodne. To, jak te kwestie są rozwiązane, wynika w dużej mierze z tego, że poszczególne „wspólnoty różnią się w swoich potrzebach i preferencjach odnośnie form instytucjonalnych”. Jedne cenią sobie bardziej bezpieczeństwo, inne wolność jednostki; jedne mają mniej, inne bardziej egalitarne podejście do nierówności – włącznie z tym, że niektóre kultury mogą uważać zajmowanie się daną dziedziną działalności gospodarczej za niemoralne. Można zżymać się w takich sytuacjach na państwowo-społeczną opresję, jednak prędzej przeskoczy się ją w mikroskali za pomocą przemytu i czarnego rynku (ponosząc ryzyko np. wylądowania w dalekowschodnim więzieniu), niż przy użyciu młotka umowy międzynarodowej. Rodrik wskazuje także na korzyści, płynące z konkurencji i możliwości eksperymentowania na różnych formach instytucjonalnych, dzięki czemu można naprawiać już te istniejące. Ostatecznie konsensus waszyngtoński to nie Dekalog.

Powrót polityki

Ratunkiem dla globalizacji jest powrót polityki na jej miejsce. To poszczególne wspólnoty polityczne (a nie pozbawieni mandatu eksperci) winny decydować, na jakich zasadach ma odbywać się międzynarodowa wymiana. Oczywiście polityka jest w globalizacji obecna od zawsze i często służy także wyzyskowi ludzi, którzy po prostu chcą ze sobą prowadzić uczciwe interesy. Umowy handlowe (lub ich brak) są elementem polityki międzynarodowej, poszerzania strefy wpływów bądź podporządkowywania się silniejszym partnerom. Nie bez powodu Chiny i Indie – teraz, gdy czują się wystarczająco silne – promują „wolny handel”. Wiele barier jest też efektem lobbingu – tak było z osławioną „krzywizną banana”, unijną regulacją (na szczęście już nieobowiązującą), której jedynym celem było zwiększenie importu bananów z byłych francuskich kolonii. Także teraz, gdy Donald Trump rzekomo w imię obrony „amerykańskich miejsc pracy” forsuje cła na stal i aluminium, całkiem przypadkowo robi to w interesie przedsiębiorstw ulokowanych w ważnych dla Republikanów okręgach wyborczych. Nic dziwnego, że wprowadzenie ceł spotkało się w UE z pomysłami, by odpowiedzieć odpowiednimi cłami na dżinsy, kosmetyki czy burbona – co równie przypadkowo uderzy w okręgi wyborcze czołowych polityków, zarówno Republikanów, jak i Demokratów. Regulacje służą nierzadko konkretnym producentom kosztem konsumentów, jako że łatwiej jest uzyskać od stu osób po złotówce, niż nie dać jednej setki, którą obiecaliśmy jakiemuś lobbyście.

Nie zmienia to faktu, że odwrót ku polityczności jest naturalną odpowiedzią na to, że proces decyzyjny przeniesiono na poziom nieposiadający mocnego mandatu. Pojawia się pytanie: jaki to ma związek z Polską? Na dalekowschodnie umowy handlowe czy inwestycje chińskie w Afryce nie mamy większego wpływu. Akcesja do UE oznaczała dla nas bezprecedensowe otworzenie się na relacje gospodarcze z przedsiębiorstwami z naszego kontynentu – jednak nie można traktować jej jako elementu globalizacji, kroku w kierunku „światowej integracji”, a raczej jako odpowiedź na globalizację; szukanie sposobu, by Europa nie znalazła się na peryferiach przemian. Dlatego z jednej strony mamy do czynienia z państwami, które przecież nadal są odrębnymi bytami i taka też jest tożsamość ich obywateli (World Value Survey się kłania), z drugiej – ze wspólnotą państw, które łączą wspólne interesy. Obecnie jednolity rynek europejski przeżywa duży kryzys, jego cztery filary podkopywane są przed największe państwa UE. W tym układzie powinniśmy stać na straży dotychczasowych rozwiązań i bronić „wartości europejskich”, takich jak owe „cztery swobody”, na których realnie korzystamy. A z drugiej strony – jeśli chodzi o rynek zewnętrzny – powinniśmy temperować zakusy „ekspertów”, którzy twierdzą, że „rynki” są od tego, by mówić ludziom, jak powinni decydować w ważnych dla nich sprawach. Nie krytykując zmniejszania barier pozataryfowych jako takich, należy dbać o instytucjonalną czystość ich potencjalnego znoszenia. Negocjacje powinny być transparentne, zaś ostatni głos o ich ratyfikacji powinien należeć do parlamentów narodowych – jedynych w UE obdarzonych odpowiednim mandatem ku temu. W polityce wobec inwestycji zagranicznych powinniśmy co do zasady być bardziej asertywni, co absolutnie nie znaczy, że mniej chętni do ich ściągania do Polski. Po prostu czas, w którym każdy zainwestowany dolar był na wagę złota już minął – dziś zapraszanie inwestorów przy pomocy wykrzywiających rynek przywilejów ma już znacznie mniejsze uzasadnienie.

To poszczególne wspólnoty polityczne (a nie pozbawieni mandatu eksperci) winny decydować, na jakich zasadach ma odbywać się międzynarodowa wymiana

Być może jesteśmy w momencie, w którym globalizacja zwalnia. Nie musi to jednak oznaczać jej końca, tak jak w latach 80-tych XX wieku wymuszenie na Japończykach „dobrowolnych” ograniczeń eksportu samochodów było raczej preludium do globalizacyjnego boomu w kolejnych dekadach, niż drogą do autarkii. Warto wziąć głęboki oddech i powiedzieć sobie: spokojnie, tu nie chodzi o to, by ze sobą nie współpracować. Chodzi o to, jak – i kto to będzie ustalał.