Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Chińska klątwa WHO. Czy na „odwojowanie” tej organizacji nie jest za późno?

Chińscy komuniści przez lata podporządkowywali sobie Światową Organizację Zdrowia, przy biernej postawie Zachodu. I właściwie nikomu to nie przeszkadzało, dopóki z tego powodu nie zaczęli umierać ludzie w USA i w Europie

Geneza Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization) sięga 1946 roku. Wtedy to, na fali globalnego entuzjazmu po zakończeniu wojny oraz powszechnych nadziei, że instytucjonalny multilateralizm zapobiegnie następnym konfliktom, zwołana przez ONZ Międzynarodowa Konferencja Zdrowia ratyfikowała w Nowym Jorku konstytucję WHO. Pierwszym dyrektorem generalnym został wybrany niemal jednomyślnie Brock Chisholm, kanadyjski psychiatra w stopniu generała dywizji, weteran dwóch wojen światowych (w pierwszej – odznaczany za bohaterstwo snajper i zwiadowca, w drugiej – szef służby medycznej armii), nieco wcześniej jeden z czołowych ekspertów ONZ ds. zdrowia publicznego. Postać niezwykle barwna i zasłużona, o niekwestionowanym autorytecie fachowym. To między innymi jemu WHO zawdzięcza swą nazwę oraz wprowadzoną wówczas do oficjalnego obiegu szeroką definicję zdrowia  jako „stanu pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu, a nie tylko braku choroby lub ułomności”. Dokumenty założycielskie WHO stwierdzały ponadto, że tak pojmowane zdrowie jest jednym z podstawowych praw człowieka i że „zdrowie wszystkich narodów ma fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa”.

Sukcesy i kontrowersje

W pierwszych latach działania WHO udowodniła swą przydatność, między innymi wnosząc decydujący wkład w zwalczanie epidemii cholery w Egipcie, malarii w Grecji i na Sardynii, a także doprowadzając do powstania radiowego systemu ostrzegania o epidemiach dla żeglugi cywilnej. Mimo to Chisholm odmówił ubiegania się w roku 1953 o reelekcję (na kolejne 20 lat zastąpił go wtedy jeden z bliskich współpracowników, brazylijski lekarz Marcolino Gomes Candau). Po latach, w niektórych wypowiedziach dla mediów Kanadyjczyk sugerował, że wpływ na tę decyzję miało jego rozczarowanie zbytnim uzależnieniem WHO od politycznych i ekonomicznych nacisków ze strony poszczególnych państw (zresztą z obu stron ówczesnej „żelaznej kurtyny”), przedkładających swoje bieżące i partykularne interesy ponad ideały, które przyświecały powołaniu organizacji. Wspominał też o wykorzystywaniu struktur i programów WHO jako „przykrywki” dla działań wywiadowczych i propagandowych oraz o działaniach korupcyjnych i nepotycznych, na które to patologie się nie godził.

W pierwszych latach działania WHO udowodniła swą przydatność, między innymi wnosząc decydujący wkład w zwalczanie epidemii cholery w Egipcie, malarii w Grecji i na Sardynii, a także doprowadzając do powstania radiowego systemu ostrzegania o epidemiach dla żeglugi cywilnej

Postać i poglądy pierwszego szefa warto przypomnieć w kontekście aktualnych problemów WHO. U progu XXI wieku organizacja mogła co prawda pochwalić się posiadaniem na swym koncie licznych sukcesów (w tym na przykład całkowitym zwalczeniem w skali globalnej ospy prawdziwej czy upowszechnieniem medycyny pracy, a także licznymi akcjami na rzecz zdrowego trybu życia i profilaktyki oraz m.in. wsparcia osób dotkniętych autyzmem), ale nie uniknęła kontrowersji merytorycznych i politycznych.

Te pierwsze dotyczyły na przykład wpływu na ludzkie zdrowie cukru, środków psychoaktywnych czy ostatnio np. telefonii komórkowej i e-papierosów – we wszystkich przypadkach WHO musiała po publikacji swego stanowiska mierzyć się z zarzutami o uleganie wpływom lobbystów, mających pośredni wpływ na finansowanie organizacji (np. przemysłu tytoniowego, żywotnie zainteresowanego w dezawuowaniu e-konkurencji). Z drugiej strony było jednak oczywiste, że w niektórych przypadkach „ciężką artylerię” przeciw WHO, w postaci dyspozycyjnych dziennikarzy i pseudoaktywistów, wytaczają lobbyści branż, których interesy organizacja naruszyła – tak było m.in. w sprawie raportu o szkodliwości nadmiernego spożycia cukrów prostych, jako przyczynie licznych chorób cywilizacyjnych (m.in. otyłości, cukrzycy i chorób sercowo-naczyniowych) i kampanii sponsorowanej przez światowe potęgi przemysłu spożywczego.

Natomiast kontrowersje polityczne to w znacznej mierze skutek przyjęcia do Organizacji Narodów Zjednoczonych Chińskiej Republiki Ludowej w roku 1972. Konsekwencją tej decyzji było wypchnięcie z systemu ONZ – a więc także z WHO – Republiki Chińskiej (czyli Tajwanu), notabene państwa będącego współzałożycielem tej organizacji.

Tajpej w kolejnych latach podjęło liczne próby powrotu w struktury WHO, przynajmniej w charakterze tzw. członka zrzeszonego. Wszystkie, jak do tej pory, zostały skutecznie zablokowane przez Pekin, stojący na stanowisku „jednych Chin” (czyli ChRL); co więcej, w 2016 roku Tajwańczycy (niejako „za karę”, w związku z wyborem na prezydenta pani Tsai Ing-wen, co nie spodobało się komunistom z kontynentu) utracili nawet status obserwatorów, uzyskany przejściowo, w ramach chwilowej odwilży w relacjach chińsko-chińskich. Nieco wcześniej ówczesna dyrektor generalna WHO Margaret Chan (obywatelka ChRL), w okólniku adresowanym do struktur WHO zażądała wręcz, by we wszystkich dokumentach wewnętrznych, w których mowa jest o Tajwanie, używać sformułowania „Tajwan, prowincja Chin” (zgodnie z wytycznymi Pekinu). Spowodowało to falę oburzenia medialnego na Zachodzie i protesty nawet na forum Parlamentu Europejskiego, ale nic poza tym.

Ostatnio jednak „problem chiński” w WHO powrócił, i to od razu w nowym, globalnym charakterze.

Pandemiczne zawirowanie

Pomimo pewnych deficytów natury organizacyjnej i finansowej, WHO także w ostatnich latach pokazała swoją skuteczność w walce z nowymi zagrożeniami epidemicznymi – takimi jak ptasia grypa czy AIDS. „Poległa” dopiero w starciu z COVID-19.

Administracja demokratyczna, zamiast Trumpowego focha i abdykacji, czyli w gruncie rzeczy pogodzenia się z faktem, że międzyrządowe instytucje multilateralne tym łatwiej staną się narzędziami nowego, globalnego rywala – po prostu postanowiła o nie powalczyć

W Sylwestra roku 2019 WHO została oficjalnie powiadomiona przez Pekin o „zapaleniu płuc nieznanego pochodzenia”. Niebawem pojawiły się (m.in. na Tajwanie) pierwsze sygnały o przenoszeniu nowej, nieznanej choroby z człowieka na człowieka oraz informacje o ofiarach śmiertelnych. Czas płynął, choroba dotarła do innych krajów Azji, a wkrótce też na inne kontynenty, alarm wszczęły ministerstwa zdrowia najbardziej zagrożonych państw i organizacje lekarzy, a mimo to obecny szef Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus konsekwentnie odmawiał ogłoszenia „stanu zagrożenia zdrowia publicznego”. I choć światowa opinia publiczna znała już przypadki brutalnego zamykania ust niewygodnym ekspertom przez komunistyczne władze Chin, WHO uparcie chwaliła ChRL za „transparentność”. Jej sekretarz generalny co prawda pofatygował się do Pekinu na spotkanie z samym Xi Jinpingiem, ale tylko po to, by po powrocie skomplementować chińskie działania antyepidemiczne oraz „wyznaczenie nowych standardów ochrony zdrowia” (sic!). Pierwsza misja obserwacyjna WHO wyruszyła do Chin, wskutek wzmożonych nacisków międzynarodowych, dopiero kilka dni później, w lutym. Wprowadzane przez niektóre państwa ograniczenia w podróżach do Chin Tedros (z wykształcenia mikrobiolog) określał wtedy mianem „absurdalnych z medycznego punktu widzenia”, a ponadto ze wszystkich sił przeciwdziałał używaniu słowa „pandemia” jako „siejącemu niepotrzebną panikę”.

Rzecz w tym, że Chinom bardzo nie na rękę – z powodów ekonomicznych – było ograniczanie ruchu osobowego, a ze względów politycznych i wizerunkowych przyznanie, że problem ma swe źródło na ich terytorium. I że, nawet hipotetycznie, może być wynikiem zaniedbań sanitarnych strony chińskiej. Zbytnio kłóciłoby się to z wizerunkiem kraju odpowiedzialnego i dobrze zorganizowanego, który chińscy przywódcy usiłują budować sobie od lat w oczach społeczności międzynarodowej.

Tymczasem w marcu roku 2020 politycy z Tajwanu, Japonii czy Tajlandii już wprost mówili, i to nie przebierając w słowach, że bierna postawa WHO – wymuszona ich zdaniem przez Pekin – spowodowała krytyczne opóźnienie w przygotowaniu ich krajów do pandemii, skutkując zwiększeniem liczby ofiar. Japoński wicepremier Taro Aso zasugerował nawet, że WHO „chodzi na smyczy Chin” i że powinna zmienić nazwę na „Chińską Organizację Zdrowia”. Światowe media rychło wyeksponowały liczne informacje, znane wcześniej jedynie garstce pasjonatów polityki międzynarodowej: na przykład takie, że Tedros – jako minister spraw zagranicznych Etiopii – dał się poznać jako nie całkiem bezinteresowny entuzjasta chińskich inwestycji w swej ojczyźnie oraz politycznych przysług dla Pekinu na arenie międzynarodowej, zaś jako minister zdrowia nabył doświadczeń w tuszowaniu skutków epidemii cholery (przy okazji trwoniąc spore zagraniczne fundusze na ich zwalczanie). Do tego pojawiły się poważne przesłanki, wskazujące na decydującą rolę chińskiego lobbingu w wyborze Etiopczyka na stanowisko szefa WHO w roku 2017 (wygrał wówczas z Brytyjczykiem Davidem Nabarro). O Chinach, które „niestrudzenie pracowały za kulisami, aby pomóc Tedrosowi pokonać kandydata z Wielkiej Brytanii” pisała m.in. na łamach „Washington Post” Frida Ghitis, jedna z bardziej przenikliwych obserwatorek współczesnej polityki międzynarodowej.

Daszak wielokrotnie – między innymi na łamach prestiżowego „The Lancet” – nazywał „teorię wycieku” „teorią spiskową” i wyśmiewał, co z uwagi na jego pozycję naukową i autorytet nie pozostało bez wpływu na stanowisko innych ekspertów

Sam zainteresowany zresztą czynnie pomagał szczęściu (i Pekinowi); stało się to jasne, gdy tuż po objęciu funkcji bezceremonialnie zaczął spłacać polityczne długi. Na przykład w stosunku do Rosji – wbrew oczywistym faktom i danym chwaląc pod niebiosa jej politykę zdrowotną, a także szeroko otwierając rosyjskim funkcjonariuszom dostęp do stanowisk kierowniczych i urzędniczych w WHO. Również w stosunku do doszczętnie skompromitowanego w cywilizowanym świecie, ale popieranego przez ChRL krwawego dyktatora Zimbabwe, Roberta Mugabe, który pomógł w zapewnieniu etiopskiemu kandydatowi głosów państw Unii Afrykańskiej, a w rewanżu miał zostać mianowany „ambasadorem dobrej woli WHO ds. walki z chorobami niezakaźnymi w Afryce” (z czego można byłoby się śmiać, gdyby ten dziwaczny żart nie miał tragicznego kontekstu). Dług, zaciągnięty u Chińczyków, Tedros spłaca też bezpośrednio, na różne sposoby – wspierając ich politykę izolowania Tajwanu, oficjalnie uznając chińską medycynę tradycyjną za formę leczenia, równorzędną z zachodnimi metodami opartymi na nauce (oczywiście przy gromkim sprzeciwie świata lekarskiego), a ostatnio również wspomagając chińską dezinformację dotyczącą pandemii.

W konsekwencji ujawnienia tych rewelacji, w kwietniu ubiegłego roku, niemal milion osób w ciągu kilku dni podpisało się pod internetową petycją do ONZ o odwołanie Tedrosa ze stanowiska (oczywiście bezskuteczną). Konkretne działanie podjął za to prezydent USA Donald Trump. Najpierw zapowiedział ograniczenie amerykańskiego finansowania WHO jako „skompromitowanej i bezużytecznej”, a wkrótce potem poszedł jeszcze dalej, czyli podjął decyzję o całkowitym wycofaniu USA z tej organizacji.

Ta zapowiedź wywołała międzynarodowy szok, a także stała się ważnym elementem kampanii wyborczej w USA. Demokraci – nieco na złość Trumpowi – uczynili z poparcia dla multilateralizmu jedno ze swoich głównych haseł. Nic więc dziwnego, że wśród pierwszych zarządzeń podpisanych w Białym Domu przez Joe Bidena po jego zwycięstwie, już dzień po inauguracji, znalazło się także to, dotyczące  zatrzymania procedur opuszczania przez Stany Zjednoczone WHO.

Rzecz jasna, nie oznaczało to akceptacji dla zakulisowych wpływów chińskich w tej organizacji ani nawet dla wcześniejszych „błędów i wypaczeń” Tedrosa. Administracja demokratyczna, zamiast Trumpowego focha i abdykacji, czyli w gruncie rzeczy pogodzenia się z faktem, że międzyrządowe instytucje multilateralne tym łatwiej staną się narzędziami nowego, globalnego rywala – po prostu postanowiła o nie powalczyć. I uznała polityczną oczywistość: że łatwiej robić to z wewnątrz, niż z zewnątrz.

Pieniądz i wpływy

Wspólnym mianownikiem (nie jedynym, acz istotnym) wspominanych problemów w działaniu WHO są – rzecz jasna – pieniądze. Organizacja potrzebuje ich niemało, i to nie tylko z tego dość oczywistego powodu, że działa w branży, w której badania należą do wyjątkowo kosztownych, podobnie jak ewentualna implementacja ich wyników w skali globalnej. WHO cierpi bowiem poza tym – jak zresztą każda inna organizacja międzynarodowa o charakterze międzyrządowym – na poważną chorobę politycznego nepotyzmu. Przejawia się ona nie tylko na poziomie kluczowych stanowisk decyzyjnych, ale też na poziomie rozbudowanej administracji i nierzadko zbędnych ciał doradczo-eksperckich, oferujących dogodne i prestiżowe synekury dla różnych krajowych „krewnych i znajomych królika”, często bez specjalnego związku z ich realnymi kompetencjami. Państwa członkowskie, owszem, chętnie sprzyjają rozbudowie takiego imperium, ale znacznie mniej chętnie łożą na jego utrzymanie – stąd konieczność poszukiwania zewnętrznych źródeł finansowania oraz nieproporcjonalnie większy wpływ na działanie organizacji akurat tych państw, które wykazują się nieco większą od przeciętnej hojnością.

Zachód wraz ze swymi sojusznikami ma narzędzia, by próbować „odwojować” WHO

Z tą jest zaś generalnie kiepsko – 10 lat temu doszło nawet do sytuacji, w której WHO musiała awaryjnie obniżyć swój budżet o prawie miliard dolarów oraz zwolnić kilkaset osób (w tym 300 w samej centrali, na około 2,5 tysiąca wówczas zatrudnionych) z powodu ograniczeń finansowych w krajach członkowskich. Sytuację próbowano następnie ratować rozwojem partnerstw z sektorem prywatnym oraz fundacjami (co z kolei powoduje obawy o „naruszenia niezależności”).

Obecnie państwa członkowskie zapewniają już tylko mniej niż jedną czwartą budżetu WHO poprzez swoje regularne składki; reszta pochodzi z dobrowolnych, dodatkowych wpłat poszczególnych rządów (zazwyczaj kierowanych na konkretne programy), a także z dotacji prywatnych. W bieżącym, dwuletnim okresie budżetowym WHO, kończącym się w grudniu 2021 roku, Stany Zjednoczone miały wpłacić łącznie 553 miliony dolarów w ramach składek obowiązkowych i dobrowolnych (te drugie kierowały głównie na zwalczanie polio, HIV/AIDS oraz programy szczepienia dzieci). Wkład ten stanowi 9 proc. zatwierdzonego budżetu organizacji. Na dalszych miejscach w rankingu państw-sponsorów znajdowały się Wielka Brytania (519 mln. USD), Niemcy (228,7 mln.), Japonia (217,2 mln.) i ChRL (187,5 mln.). Dodatkowo 269,8 miliona dolarów asygnowała na utrzymanie WHO Komisja Europejska, zaś np. Fundacja Billa i Melindy Gatesów – 340,9 mln USD; na liście darczyńców prywatnych ważne miejsce zajmują też m.in. Rockefeller Foundation i Rotary Club.

Organizacja ma też dostęp do środków formalnie niezależnej Fundacji WHO, założonej w ubiegłym roku i kierowanej przez byłego ministra zdrowia Szwajcarii Thomasa Zeltnera, mającej zgodnie ze swym statutem „wspierać globalne potrzeby w zakresie zdrowia publicznego, od profilaktyki, zdrowia psychicznego i chorób niezakaźnych po gotowość na wypadek sytuacji kryzysowych, reagowanie na epidemie i wzmacnianie systemu opieki zdrowotnej”. W gruncie rzeczy, powstała ona po to, by poszerzyć bazę darczyńców prywatnych (w tym o takich, od których sama WHO z różnych powodów pieniędzy przyjmować nie chciała lub nie mogła), a także by uprościć i przyspieszyć procedury wydawania pieniędzy, poza polityczno-biurokratyczną kontrolą ONZ i krajów członkowskich.

Jak z tego wynika, wbrew rozpowszechnionemu, potocznemu przekonaniu, Chiny wcale nie korumpują WHO „bezpośrednio” – przeciwnie, ich finansowy wkład w działanie organizacji, choć stopniowo rośnie, jest wciąż relatywnie mały; w dodatku w lwiej części ogranicza się do składki obligatoryjnej, a tylko w kilkunastu procentach obejmuje dodatkowe subwencje celowe na wybrane programy. Pekin szczodrze sponsoruje natomiast liczne kraje dawnego „trzeciego świata” – zarówno całe ich rządy, jak i poszczególnych, wytypowanych polityków i dyplomatów, a czasami także ekspertów, kupując w ten sposób ich dyspozycyjność w ważnych dla siebie głosowaniach na forum zgromadzenia ogólnego, w komisjach i ciałach doradczych. W ten sposób zapewnia m.in. wybór na funkcje wykonawcze „swoich” kandydatów (w tym także obywateli państw zachodnich!) oraz następnie ich wierność „jedynie słusznej linii”, definiowanej przez Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Chin.

Długa łapa Smoka

Warto zwrócić uwagę na dynamikę tego procesu. Jeszcze w roku 2003 – podczas wspomnianej już epidemii SARS – dzięki zdecydowanym działaniom WHO, która sama zbierała informacje o ogniskach choroby oraz wymusiła na Chinach wiarygodne raportowanie o wirusie, udało się sprawnie opanować zagrożenie oraz ograniczyć znacząco śmiertelność. Ale wtedy siła międzynarodowa Chin była jednak znacznie mniejsza, a Światową Organizacją Zdrowia energicznie kierowała Norweżka Gro Harlem Brundtland, eks-premier (trzykrotna) i minister środowiska swego kraju. Teraz jako wierni żołnierze chińskich interesów występowali nie tylko zatrudnieni w organizacji obywatele zwasalizowanych państw „trzeciego świata”, w rodzaju Tedrosa, ale nawet reprezentanci wiodących państw Zachodu.

Najgłośniejszym przypadkiem jest tu kanadyjski epidemiolog Bruce Aylward, długoletni pracownik WHO, skądinąd mający wcześniej niemałe zasługi m.in. w walce z wirusem ebola. W marcu ubiegłego roku, udzielając wywiadu jednej z redakcji radiowych w Hongkongu (wtedy jeszcze niezależnej) w roli zastępcy dyrektora generalnego organizacji i szefa zespołu ds. COVID-19, zapytany o to, jak Tajwan radzi sobie z pandemią (a radził sobie wówczas zdecydowanie lepiej niż Chiny kontynentalne) udał najpierw, że nie słyszy pytania; potem próbował przerwać rozmowę pod pretekstem trudności technicznych. Dociskany, w końcu odpowiedział: „przecież już mówiłem o Chinach”. Wybuchł skandal, posypały się dyplomatyczne protesty, a kanadyjski parlament próbował wezwać Aylwarda na przesłuchanie przed komisję zdrowia, by (jak zapowiedział wtedy jeden z jej członków) „ustalić jego lojalność oraz wiarygodność organizacji, w której pracuje”. Ten jednak uchylił się przed stawiennictwem, a Tedros oświadczył, że mimo bycia obywatelem kanadyjskim jego współpracownik może na wszelkie pytania odpowiadać jedynie pisemnie i tylko przy współpracy prawników WHO.

Innym antybohaterem opowieści o zakulisowych, chińskich wpływach jest Peter Daszak – brytyjski zoolog i wirusolog, ekspert WHO. Ten zaangażował się w dezawuowanie tzw. „teorii wycieku”, mówiącej, że wirus nie powstał samorzutnie na jednym z tzw. „mokrych targów” w chińskiej prowincji Wuhan – lecz został (celowo lub przypadkowo) wyhodowany w tajnym laboratorium Wuhańskiego Instytutu Wirusologii, zapewne pracującym nad bronią biologiczną, a następnie w sposób niekontrolowany uwolniony. Pojawiła się ona na samym początku pandemii i ma pewne oparcie w znanych faktach. Chiny zrobiły wiele, by ją medialnie wyciszyć, z oczywistych powodów. Daszak wielokrotnie – między innymi na łamach prestiżowego „The Lancet” – nazywał ją „teorią spiskową” i wyśmiewał, co z uwagi na jego pozycję naukową i autorytet nie pozostało bez wpływu na stanowisko innych ekspertów. Tymczasem niedawno naukowiec stanął pod poważnym zarzutem konfliktu interesów, gdy ujawniono, że wcześniej przez lata prowadził bardzo intratne, wspólne programy badawcze z… ni mniej, ni więcej, lecz właśnie z Wuhańskim Instytutem Wirusologii, a w dodatku posługiwał się naciskami i manipulacją, by skłonić swoich współpracowników do popierania jego przekazu. Redakcja „The Lancet” natychmiast zwróciła się do autorów o weryfikację wcześniejszych wypowiedzi na temat możliwego pochodzenia wirusa, a Daszaka wykluczyła z grona swych merytorycznych współpracowników.

Nowe otwarcie?

Wspomniane powołanie Fundacji WHO było swoistą akcją ratunkową – w obliczu z jednej strony zapowiedzi wycofania się USA z organizacji, a z drugiej wzrostu pilnych potrzeb, związanych z pandemią. Ta spowodowała jednoczesną mobilizację rządów państw członkowskich; między innymi Francja i Niemcy wspólnie zadeklarowały latem ubiegłego roku spory wzrost nakładów na WHO, ale uzależniły je od przyjęcia planu reform organizacji, obejmującego m.in. zwiększenie niezależności fachowego aparatu od wpływów politycznych państw członkowskich (czytaj: od Chin), większej przejrzystości badań i wydatków – w celu poprawy legitymizacji i autorytetu WHO – oraz utworzenia specjalnego budżetu, trzymanego w rezerwie na wypadek sytuacji kryzysowych, w celu przyspieszenia reakcji bez konieczności gromadzenia dodatkowych środków dopiero w razie zaistnienia nowej potrzeby. Przedstawiciele WHO mieliby też otrzymać większe uprawnienia w zakresie prawa wjazdu na tereny objęte epidemiami oraz żądania danych od poszczególnych krajów i ich niezależnej weryfikacji.

Oba kraje rozpoczęły w tej sprawie intensywny lobbing – adresując go między innymi do Stanów Zjednoczonych, ale te miały wówczas inne plany odnośnie WHO, a bez ich zaangażowania akcja utknęła w martwym punkcie. Teraz, po wyborczym zwycięstwie Joe Bidena, rozmowy podjęto ponownie, między innymi przy okazji niedawnego spotkania G7. Nieoficjalnie wiadomo, że formułowany jest postulat stopniowego odejścia od zasady „jeden kraj – jeden głos” na rzecz uwzględnienia wkładu finansowego, a ponadto, że generalny zarys reform WHO ma poparcie szeregu innych krajów, w tym Wielkiej Brytanii, Japonii, Australii, Korei Południowej i Indii. Zupełnie przypadkiem – mających poważne konflikty z Państwem Środka.

Sama WHO jest nie tylko coraz ważniejszym elementem w globalnym systemie bezpieczeństwa – równocześnie stanowi specyficzne laboratorium, w którym można obserwować i testować dynamiczne przekształcenia ładu międzynarodowego

Równocześnie trwa akcja powolnego zmuszania WHO do większej asertywności względem Chin. Na razie trudno ocenić jej postępy. Interesującym papierkiem lakmusowym jest stosunek oficjeli i ekspertów organizacji do wspomnianej „teorii wycieku”. Warto dodać, że poza ewidentnie skorumpowanymi ekspertami, sojusznikiem Chin w jej dezawuowaniu (tyle, że mimowolnym) okazały się niektóre środowiska lewicowe na Zachodzie – ponieważ pozytywnie wypowiadał się o niej Donald Trump, automatycznie wrzuciły ją do pudełka z napisem „rojenia płaskoziemców i foliarzy”. Dziś profesor Alina Chan, poważny wirusolog z Harvardu, przyznaje publicznie (w wywiadzie dla NBC), że ona i jej koledzy z przyczyn pozamerytorycznych obawiali się wspierania tej teorii i wraz z osiemnastoma innymi akademikami publikuje na łamach „Science” list, wzywający do ponownego jej zbadania. W tej sytuacji – znane wcześniej ustalenia śledztwa WHO, zawierające m.in. sformułowanie, że jest „wyjątkowo mało prawdopodobne”, aby wirus pochodził z laboratorium, zapewne też zostaną zakwestionowane. Pytanie, czy WHO zdecyduje się skorzystać ze swych prerogatyw, i na przykład wysłać do Chin kolejną misję celową poświęconą weryfikacji stosownych hipotez, pozostaje na razie otwarte.

W każdym razie, Zachód wraz ze swymi sojusznikami ma narzędzia, by próbować „odwojować” WHO. Wymaga to solidarności, wykorzystania pełnego instrumentarium polityczno-dyplomatycznego, finansowego, prawnego, wywiadowczego i informacyjnego, ale przede wszystkim – świadomości, że warto się w końcu postarać.

Wiele wskazuje na to, że organizacja znajduje się w przełomowym momencie swego istnienia. Członkowie jej dotychczasowego kierownictwa mają zaś do wyboru: brnąć w autoryzowanie chińskiej propagandy i dezinformacji, licząc się z ryzykiem, że w konsekwencji koalicja wściekłych państw zachodnich znajdzie wreszcie sposób, by ich za to ukarać (przynajmniej dymisjami) – albo przyjąć bardziej zniuansowaną politykę, i uznając realia, skorygować dotychczasową strategię w sprawie COVID-19. Mają mało czasu na decyzje.

Nie tylko w obliczu kolejnych fal pandemii. Także dlatego, że około jedna piąta światowej populacji wciąż nie ma dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej, a narastający w tej sferze dramat i jego coraz bardziej powszechna świadomość stanowi jedno z najważniejszych wyzwań dla stabilności ładu międzynarodowego. Sama zaś WHO jest nie tylko coraz ważniejszym elementem w globalnym systemie bezpieczeństwa – równocześnie stanowi specyficzne laboratorium, w którym można obserwować i testować dynamiczne przekształcenia ładu międzynarodowego. Wszak podobne mechanizmy dotyczą także innych, wyspecjalizowanych organizacji międzyrządowych. Również tych, które w obliczu możliwych kolejnych kryzysów, o charakterze nieco odmiennym od pandemicznego, na przykład żywnościowego, komunikacyjnego, klimatycznego albo energetycznego, okażą się równie istotnym polem starcia mocarstw i/lub narzędziem w ich ręku.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz