Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Biznes partyjny, czyli pogoń za rentą po środkowoeuropejsku

Gdy chodzisz na te same mecze, co Viktor Orbán, masz szansę spotkać osobiście jego lub wysoko postawionych oficjeli, a w przerwie możesz porozmawiać z nimi o biznesie

Stefan Sękowski: Co jest szczególnego w pogoni za rentą w Europie Środkowej i Wschodniej?

Miklós Szanyi: Europa Środkowa jest odmienna od tzw. „twardego jądra UE”, czyli Europy Zachodniej. Ten region mieści się miedzy tym, co nazywam „modelem atlantyckim”, a „modelem rosyjskim/bałkańskim”. Jeśli porównuje się Europę Środkową i Zachodnią w sposób mechaniczny, i oczekuje pan w Europie Środkowej tych samych reakcji obywateli i polityków, jakie wystąpią na Zachodzie, to jest pan w błędzie. Chciałbym, by model środkowoeuropejski był bliższy zachodniemu. Jestem liberałem i myślę, że model atlantycki jest bardziej wydajny niż rosyjski czy turecki. Ale – niestety – historia pokazuje, że państwa Europy Wschodniej, zwłaszcza Polska i Węgry, kursowały między tymi dwoma modelami – atlantyckim i rosyjsko-bałkańskim. W pierwszej dekadzie transformacji ta tendencja była wyraźna. Oczywiście oznaczało to przyjęcie acquis communautaire Unii Europejskiej, które zawierało także najważniejsze wartości modelu atlantyckiego, tj. kontrolę korupcji i pogoni za rentą, rozdział polityki i biznesu, i wiele innych. W tamtym czasie ta polityka służyła szczególnej elicie w Polsce, na Węgrzech i w innych krajach tego regionu.

Kwota aktywów należących do osób powiązanych z partiami – niekoniecznie członkami partii, także ich kolesiami – mogła wzrosnąć dzięki prywatyzacji. To działo się na masową skalę, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, gdzie firmy były sprzedawane ich kierownictwu

W artykule „The emergence of patronage and changing forms of rent-seeking in East Central Europe” nazywa ją pan “kompradorskim sektorem usługowym”.

Możemy krytykować ścieżkę obraną w latach 90-tych XX wieku, ale nie powinniśmy odrzucać jej wartości tylko dlatego, że proces nie był doskonały. Rządy w Polsce i na Węgrzech odrzucają je i próbują zastąpić czymś zupełnie innym. To przypomina model rosyjsko-bałkański. W ten sposób wahadło wraca.

Czy możemy powiedzieć, że przed 2010 rokiem mieliśmy inny system pogoni za rentą w naszych krajach?

To odrębna kwestia. Najpierw mówiłem o dwóch typach elit w tych krajach. Pierwszy to „elita kompradorska”, drugi to elita bardziej nacjonalistyczna lub patriotyczna. Ta druga elita nie uzyskała takich samych korzyści jak ta pierwsza podczas transformacji, a teraz chciałaby się rozwijać, zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech. Inną sprawą jest, jak ta ekspansja może dojść do skutku.

Jakie są różnice między tymi elitami? Dlaczego tylko elita kompradorska skorzystała na transformacji?

Wcześniej uważałem, że różnica jest ideologiczna. Na Węgrzech „elitę kompradorską” stanowił przede wszystkim Związek Wolnych Demokratów, w Polsce – środowisko Leszka Balcerowicza i wiele innych środowisk, których ideologiczne tło było zgodne z modelem atlantyckim. Były też inne partie i ludzie związani z inną ideologią. Oni nie mogli należeć do elity kompradorskiej, ponieważ po prostu do niej nie pasowali. W artykule wspominam niektórych polityków, których poglądy się zmieniły. Teraz możemy mówić, że obie elity są „pragmatyczne”. Używają argumentów ideologicznych, które są w danym momencie popularne. Są elastyczne.

Orbán też był liberałem na początku lat 90-tych.

Oczywiście! Bardzo ważne jest, by zauważyć, że dla Viktora Orbána ideologia nie ma znaczenia. Są też ludzie w Polsce – na przykład Jan Krzysztof Bielecki – dla których większe znaczenie od ideologii mają pieniądze.

Być może są też inne przyczyny tego stanu rzeczy. Na przykład to, że na początku transformacji korzyści odnosiła nomenklatura.

Na Węgrzech było tak samo. W latach 90-tych nomenklatura utrzymała swoją wcześniejszą pozycję w przedsiębiorstwach państwowych i nawet po prywatyzacji jej członkowie mogli utrzymać swoje posady. Oczywiście zależało to od tego, jak zaprojektowano transformację, ale często zostawali właścicielami zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw państwowych. Rzadziej zdarzało się to w większych, choć możemy wymienić wiele dużych firm, w których dyrektor generalny nie zmienił się od 30 lat. Przykładem może być największa firma farmaceutyczna, Gedeon Richter. Większość udziałów należy do inwestorów zagranicznych, a rozproszona struktura własnościowa daje możliwość utrzymania stanowiska. Przy okazji, akurat ten konkretny dyrektor jest znakomitym profesjonalistą.

Główną formą nie jest prywatyzacja, nie jest zasiadanie w zarządach przedsiębiorstw państwowych. Dziś to „biznes partyjny”. Pieniądze pochodzą częściowo z budżetu rządowego, a częściowo z funduszy europejskich

Z jednej strony trudno było tego uniknąć: nasz system ekonomiczny miał przejść z socjalizmu do kapitalizmu, musieliśmy prywatyzować przedsiębiorstwa. Z drugiej strony – czy nie była to doskonała okazja do pogoni za rentą?

Oczywiście. Tam, gdzie są pieniądze, istnieje ryzyko korupcji lub pogoni za rentą. W przypadku procesu prywatyzacji okazją do takich działań było wyłanianie zwycięzców w przetargach. Na Węgrzech zwłaszcza duże przedsiębiorstwa państwowe były sprzedawane tym, którzy oferowali najwięcej i pochodzili z sektora prywatnego. Taką metodę prywatyzacyjną preferowano, ale oczywiście ustalając kryteria oceny w przetargu można było preferować konkretnych inwestorów. Z pewnością to się zdarzało, choć bardzo niewiele spraw trafiło do sądów. Istnieje bardzo mało dowodów na korupcję w procesie prywatyzacji, ale badacze uważają, że korupcja miała miejsce na potężną skalę, choć nie została wykryta. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że te skandaliczne przypadki nie zostały wykryte, ponieważ istniało porozumienie między partiami, by nie wywlekać brudnych tajemnic. Nawet opozycja coś dostała.

Napisał pan, że na Węgrzech między 1989 a 2001 rokiem udział przedsiębiorstw, nad którymi kontrolę przejęli członkowie partii i ich klienci, wzrósł z 10 do prawie 20 proc., a jeśli chodzi o kapitalizację – z 10 do 40 proc. Jak to się mogło stać?

Były dwie drogi do tego. Kwota aktywów, należących do osób powiązanych z partiami – niekoniecznie do członków partii, także do ich „kolesiów” – mogła wzrosnąć dzięki prywatyzacji. To działo się na masową skalę, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, gdzie firmy były sprzedawane ich kierownictwu. Jak pan zauważył, głównym beneficjentem była nomenklatura, głównie z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. W większości przypadków występowała bardzo jasna afiliacja. Choć nie we wszystkich – mogę wymienić także wyjątki, np. Gábor Széles (właściciel Videotonu) uzyskał w ramach prywatyzacji liczne aktywa I jest obecnie całkiem bogatym Węgrem. Nie jest socjalistą, jest powiązany z Fideszem.

Inną drogą była generalna akumulacja kapitału w sektorze prywatnym. Swego czasu dyskutowałem z moimi polskimi przyjaciółmi, jak należy interpretować pojęcie „prywatyzacji”. Zawsze uważałem, że prywatyzacja to „sprzedaż aktywów państwowych”. Moi polscy przyjaciele rozumieli to pojęcie inaczej: dla nich prywatyzacja oznaczała wzrost udziału sektora prywatnego w gospodarce, a taki wzrost może opierać się także na akumulacji prywatnego kapitału poza gospodarką państwową. Wykorzystanie własności państwowej nie jest konieczne do zwiększenia udziału sektora prywatnego. Myślę, że główną przyczyną tego sposobu myślenia był fakt, że w Polsce prywatyzacja szła wolniej niż na Węgrzech, a moi polscy przyjaciele chcieli pokazać, że udział sektora prywatnego w Polsce wzrastał. Nota bene: być może ogólna akumulacja kapitału była na dłuższą metę bardziej efektywną drogą ku rozwojowi sektora prywatnego.

Dlaczego?

Wiele polskich firm, które powstały po upadku komunizmu i które nie mają państwowej genezy, odnosi wielkie sukcesy, znacznie większe niż firmy sprywatyzowane. Stały się międzynarodowymi graczami. W początku lat 90-tych XX wieku nie miały utrudnienia w postaci, przykładowo, powiązania z „Solidarnością”, która w wielu przedsiębiorstwach państwowych skutecznie blokowała niektóre decyzje konieczne do podjęcia w celu przystosowania do nowego systemu. To była zawsze kwestia polityczna – trzeba było prosić “Solidarność” o zgodę – a jest ona także związkiem zawodowym, nie tylko ruchem politycznym. W wielu przypadkach “Solidarność” się nie zgadzała. A to blokowało proces dostosowawczy. Nowe przedsiębiorstwa nie miały tego typu barier.

Ten model rozwoju prowadzi państwa Europy Środkowej do pułapki średniego dochodu. Gospodarka nie generuje wystarczająco dużo kapitału, który można by zainwestować w innowacje, w sektory rozwijające się dynamicznie, które potrzebują dużych funduszy

Twierdzi pan, że na Węgrzech prywatyzacja oznaczała głównie sprzedaż aktywów państwowych, a nie rozwój nowych przedsiębiorstw. To jeden z powodów, dla których Viktor Orbán wprowadził po 2010 roku politykę, która miała wzmocnić lokalną burżuazję?

Oczywiście wszystko w jakimś stopniu ma związek z latami 90-tymi. Jednak głównym celem Viktora Orbána nie jest wspieranie lokalnej burżuazji jako takiej, ale burżuazji partyjnej. On chce stworzyć gospodarcze zaplecze, które będzie wspierało Fidesz i jego osobiście. Dla niego to kwestia polityczna.

Może pan podać jakieś przykłady?

Na początku naszego wywiadu wspomnieliśmy różne formy pogoni za rentą. Dziś to nie jest już prywatyzacja – to przykładowo dostęp do zamówień publicznych, rządowych programów inwestycyjnych itd. Te fundusze trafiają głównie do krewnych i znajomych. Jeśli jako prywatne przedsiębiorstwo chcesz otrzymać zamówienie publiczne, musisz zgadzać się z rządem lub władzami lokalnymi. To dziś główna forma pogoni za rentą. Gdy chodzisz na te same mecze, co Viktor Orbán, masz szansę spotkać osobiście jego lub wysoko postawionych oficjeli, a w przerwie możesz porozmawiać z nimi o biznesie. To typowa sytuacja.

Na czym polega główna różnica między dzisiejszą sytuacją a latami 90-tymi czy początkiem XXI w.?

Myślę, że zmieniły się formy pogoni za rentą. Główną formą nie jest prywatyzacja, nie jest zasiadanie w zarządach przedsiębiorstw państwowych. Dziś to „biznes partyjny”. Pieniądze pochodzą częściowo z budżetu rządowego, a częściowo z funduszy europejskich. Cały proces jest w pełni kontrolowany przez Fidesz. To podstawowa różnica. Źródła renty są różne, podobnie jak narzędzia, dzięki którym jest ona pozyskiwana. Istotne jest to, że elity się zmieniły, ale elita kompradorska nadal istnieje.

Skoro tak duża część gospodarki państw Europy Środkowej jest pod kontrolą partii, jeśli wszystko zależy od zgody i powiązań z rządzącymi na różnych poziomach, to musi być to nieefektywne, ponieważ nie występuje konkurencja. Jeśli to zjawisko jest tak wszechobecne, gospodarka powinna upaść.

Ale tak się nie dzieje. Polska ma – a przynajmniej miała przed wybuchem pandemii COVID-19 – wysoki wzrost gospodarczy, niskie bezrobocie…

Dane dotyczące gospodarki są bardzo optymistyczne, zwłaszcza w Polsce, ale także na Węgrzech. Kluczem do tego przedsiębiorstwa międzynarodowe. Rząd wydaje się być antyglobalistyczny, ale bardzo mocno wspiera zagraniczne inwestycje. Bardzo silny na Węgrzech jest niemiecki przemysł samochodowy, cztery największe fabryki są niemieckie (Opel, Mercedes, Audi, VW). W tym samym czasie ich fabryki są obecne także w Polsce, w Czechach etc. Otrzymują potężne wsparcie rządowe, ulgi podatkowe itd. Sektor międzynarodowy nadal opiera się głównie na elicie kompradorskiej. Jest jednak też wspierany przez rząd, ponieważ jego wydajność jest konieczna dla utrzymania równowagi gospodarki na Węgrzech.

Występuje symbioza między dwoma rodzajami elit?

Nie. One działają w różnych branżach. Elita kompradorska działa w globalnym przemyśle – elektronice czy w branży samochodowej. Dostawcy w tych sektorach są także z nią powiązani. Druga elita opiera się na firmach partyjnych i zamówieniach publicznych rządu. Jest najsilniej obecna w sektorze towarów i usług konsumpcyjnych, w turystyce, w budownictwie, w usługach osobistych, transporcie i bankowości.

Ciekawe było obserwowanie, jak zmieniały się formy własnościowe sektora finansowego na Węgrzech. Należał on w ponad 90% do kapitału zagranicznego, jednak rząd zdecydował się przejąć ponad 50% obrotu tego sektora. Zastosowane środki nie były zbyt eleganckie. Państwo kupiło dwa z trzech głównych banków zagranicznych, które odpowiadały za co najmniej 50% działalności w sektorze finansowym. Jednak to był wyjątek. Zazwyczaj nowa elita działa w mniej konkurencyjnych sektorach, w których jest za to większa możliwość pozyskiwania renty. Ta specjalizacja umożliwia im dostęp do łatwych pieniędzy.

Gospodarka jest w dobrym stanie, obie elity nie konkurują ze sobą, a ich interesy gospodarcze w większości przypadków nie kolidują z polityką. Każdy jest zadowolony. Być może nie ma znaczenia, że jest tyle okazji do pogoni za rentą?

Historia Polski i Węgier to w dużej mierze historia zagranicznej dominacji nad tymi krajami. Wiele zależy od jakości potęgi dominującej

Gdyby konkurencja była obecna także w branżach kontrolowanych przez drugą elitę, gospodarka mogłaby być bardziej wydajna. To jedyny problem. Ten model rozwoju prowadzi państwa Europy Środkowej do pułapki średniego dochodu. Gospodarka nie generuje wystarczająco dużo kapitału, który można by zainwestować w innowacje, w sektory rozwijające się dynamicznie, które potrzebują dużych funduszy. Koncentruje się na staromodnych sektorach przemysłu, takich jak branża samochodowa. Za 20 lat ten przemysł nie będzie więcej znaczył niż rolnictwo.

Dlaczego?

Ponieważ nie rozwija się już dynamicznie. Proszę spojrzeć na to, co dzieje się w czasach COVID-19. Nie podróżujemy już tyle, co kiedyś. Będzie mniej podróży lokalnych i międzynarodowych i nie będzie potrzeba tylu pojazdów, co do tej pory. Zmieni się sposób życia.

Motywem polityki Orbána, Kaczyńskiego i innych polityków naszego region jest idea „patriotyzmu ekonomicznego”. Czy obecna sytuacja jest nieuniknionym skutkiem wprowadzania tej idei w życie?

Oczywiście trwa otwarta dyskusja na temat patriotyzmu ekonomicznego, na temat tego, czy interes narodowy lub uczucia patriotyczne powinny mieć znaczenie dla rozwoju gospodarczego i czy należy wykorzystywać narzędzia protekcjonistyczne.

Współczesne myślenie o ekonomii obraca się wokół pojęcia wydajności. Wydajność powstaje dzięki konkurencji. Takie narzędzia są uzasadnione, jeśli służą konkurencyjności w dłuższej perspektywie. Jednak uważam, że obecnie gospodarki państw Europy Środkowo-Wschodniej już nie dążą do konkurencji. Przeciwnie: w wybranych branżach chciałyby ją ograniczyć. Brak konkurencji jest źródłem renty. I nic nie wskazuje na zmianę w tym zakresie.

Jednak to, co pan nazywa „modelem atlantyckim”, nie jest wolne od pogoni za rentą.

Moi krytycy mówią: „Spójrz na rząd francuski: także jest protekcjonistyczny. Popatrz na rząd amerykański: jedna trzecia amerykańskiego budżetu federalnego wydawana jest bez faktycznej konkurencji na NASA i sektor wojskowy”. To prawda. Występują pewne podobieństwa, ale jeszcze raz: możemy krytykować pewne elementy modelu atlantyckiego, ale nie możemy wprost mówić, że ten model nie istnieje lub że nie różni się od tego, co widzimy w Europie Środkowej i Wschodniej. Model atlantycki opiera się na konkurencji, przynajmniej co do zasady. Polityki gospodarcze w dużej mierze – tak się o nich uczymy na uniwersytecie lub z większości artykułów naukowych – dotyczą poszerzania konkurencji. Inne modele – węgierski, rosyjski czy turecki – nie dotyczą konkurencji, ale tworzenia i dystrybucji renty.

Jak możemy zlikwidować taki system pogoni za rentą?

To zazwyczaj ostatnie pytanie i nie mogę udzielić dobrej odpowiedzi. Oczywiście jeśli takie głosy jak pański czy mój znikną, to przegramy. Badałem historyczne korzenie tego systemu, ponieważ chciałem sprawdzić, czy z biegiem czasu intensywność problemu zwiększa się, czy zmniejsza. Widzę, że sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ istnieje jeszcze jeden element systemu, którym jest zagraniczna dominacja. Polska jest, być może, wystarczająco duża, by przynajmniej targować się z Unią Europejską o konkretne kwestie, ale Węgry nie są wystarczająco silne – i właśnie dlatego Orbán po prostu już nie poświęca uwagi instrukcjom z UE. Jednak to właśnie dlatego, że jesteśmy członkami UE, a zwłaszcza z powodu tego, co działo się przed naszym wstąpieniem do UE, cały region musiał słuchać wymagań i żądań zachodnich doradców, zwłaszcza unijnych. Historia Polski i Węgier to w dużej mierze historia zagranicznej dominacji nad tymi krajami. Wiele zależy od jakości potęgi dominującej. Wcześniej stwierdziłem, że gospodarka węgierska w większości zależy od gospodarki niemieckiej. Zależność od Niemiec nie jest na Węgrzech traktowana negatywnie. Póki siłami dominującymi w naszym regionie są Niemcy, UE lub inna siła atlantycka, poruszamy się w kierunku modelu atlantyckiego. Z drugiej strony przez 50 lat byliśmy okupowani przez Sowietów i w tym czasie zbliżaliśmy się do modelu rosyjskiego. Teraz widać, że znów odchodzimy od modelu atlantyckiego.

Dokąd konkretnie? Nie wiem. Być może rozwinie się krytyka tego nowego wahnięcia, także wśród partii populistycznych. Ludzie także porównują oba regiony i w końcu zobaczą, że rosną nierówności, a pogoń za rentą przynosi korzyści głównie elitom i spowalnia postęp społeczny i gospodarczy. To mogłoby prowadzić do zmian w modelach pogoni za rentą i konkurencji.

doradca naukowy, były dyrektor Instytutu Ekonomii Światowej (Institute of World Economics) w Budapeszcie i profesor na Uniwersytecie Szeged. W swoich badaniach zajmuje się głównie studiami porównawczymi Europy Środkowej i Wschodniej
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz