Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Tajemnica wysokiej frekwencji

W interesie polityków jest przekonywać wyborców, ze walczą z kimś, kto ma na sumieniu grzechy śmiertelne. Jeśli wyborcy są przekonani, ze toczą bój w imię najwyższych wartości, to nie zwracają uwagi na grzechy pospolite polityków własnej strony

Przed drugą turą sztaby obu kandydatów prowadziły kampanię profrekwencyjną, która przyniosła wymierne efekty. Kto zmobilizował się do głosowania i który z kandydatów na tym skorzystał?

W drugiej turze zostało oddanych 800 tys. głosów więcej (pomijając te z zagranicy), a około miliona uprawnionych zagłosowało poza miejscem zamieszkania. Oznacza to, że na razie trudno wyciągnąć wnioski. Wiemy, że istotna część tych głosów została oddana tam, gdzie ludzie pojechali na wakacje, nie wiemy jednak, skąd one ubyły.

Porównajmy Końskie i Leszno. Jeśli chodzi o nowych wyborców, to w II turze w Końskich przybyło 10 osób, natomiast w Lesznie ubyło 800 osób. Jeśli chodzi o frekwencję, to w Lesznie wzrosła o 6,5%, natomiast w Końskich wzrost był niemal dwukrotnie większy. Lecz skoro w Lesznie 800 osób wypisało się ze spisu wyborców, to możemy zakładać, że dopisały się w innym miejscu, a to oznacza, że wzrost mobilizacji wśród mieszkańców tych dwóch miejscowości był niemal identyczny. Należy też zwrócić uwagę, że wyniki kandydatów w tych miejscach są symetryczne – Andrzej Duda zdobył 61% głosów w Końskich i 34% w Lesznie. Można więc prawdopodobnie przyjąć, że obie strony zmobilizowały się w podobnym stopniu, jednak przestrzennie jest to mocno zatarte przez zwiększoną mobilność związaną z wakacjami.

Mamy dwa podstawowe źródła informacji – exit poll i dane PKW. W przypadku tego pierwszego są to odpowiedzi ankietowanych, na których postawie zdobywane są informacje o strukturze głosujących. Informacje te, podobnie jak wszystkie badania sondażowe, obarczone są istotnym błędem – część odpowiedzi jest oczywista, ponieważ ludzie są pytani przed konkretnymi lokalami, można też stwierdzić, jaką mają płeć – natomiast informacje o wykształceniu czy wieku zdobywane są jedynie na podstawie deklaracji danej osoby, a ludzie nie musza być szczerzy w tych sprawach. Drugi problem z interpretacją danych jest taki, że są wakacje  i ludzie często głosują poza miejscem zamieszkania. Nigdy wcześniej nie mieliśmy wyborów w samym środku sezonu urlopowego. Do tego doszła możliwość dopisywania się do spisu wyborców przez ePUAP. We wcześniejszych wyborach nie było w sprawozdaniach informacji o tym, kto głosuje na podstawie zaświadczenia, przez co dochodziło do takich paradoksów jak w II turze wyborów w 2010 roku, kiedy w gminie Rewal zagłosowało więcej osób niż było w spisie wyborców. Porównując wybory z 2010, które odbyły się w sezonie wakacyjnym, z tymi w 2005, które odbyły się we wrześniu, możemy zobaczyć, że największe skoki frekwencji były nad morzem, w górach i na Mazurach. Wiemy, że wyborcy tam głosowali, nie wiemy jednak, skąd przyjechali.

W Polsce, do tego cyklu wyborczego, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które – na potrzeby japońskie – jeden z tamtejszych badaczy nazwał „odwróceniem frekwencji” (turnout twist)

W tym roku mamy dużo więcej informacji, ponieważ mamy dokładnie rozpisane, ile głosów zostało oddanych na podstawie zaświadczenia, wiemy też ile osób dopisało się przez ePUAP (choć nie wiemy, jaki wpływ na frekwencję miał fakt, że po dopisaniu się do spisu na I turę, trzeba było w II turze głosować w tym samym miejscu, oraz to, ze część osób nie mogła zagłosować, ponieważ dopisała się do spisu w maju i nie wiedziała, że musi to zrobić po raz drugi). Dane te są jednak rozproszone, niekompletne i budzą różne wątpliwości. Wymagają dłuższych, uważnych analiz.

Wzrost frekwencji to jednak nie tylko kwestia ostatnich wyborów prezydenckich, ale wszystkich elekcji w ostatnich latach. Nasuwa się więc pytanie, jak zachowują się poszczególne grupy wyborców: kto głosuje zawsze, kto nie głosuje nigdy, a kto zmobilizował się w ostatnim czasie?

W Polsce, do tego cyklu wyborczego, mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które – na potrzeby japońskie – jeden z tamtejszych badaczy nazwał „odwróceniem frekwencji” (turnout twist). W zdecydowanej większości krajów świata, za wyjątkiem m.in. właśnie Japonii, Francji, a przede wszystkim Polski, uznaje się za oczywiste, że w wyborach samorządowych frekwencja jest niższa. W Polsce nie jest to takie oczywiste, ponieważ, podobnie jak w przypadku Japonii, zależy to od wielkości miejscowości.

Dla uproszczenia można podzielić Polskę na trzy równe co do rozmiaru części: małe gminy, średnie gminy i miasta-powiaty. Jeśli spojrzymy na średnią frekwencję w wyborach do Sejmu w latach 2007-2015, widzimy proste zjawisko – najniższa frekwencja jest w małych gminach, większa – w średnich i najwyższa – w miastach-powiatach. Natomiast w wyborach samorządowych w tym samym okresie widać dokładnie przeciwne zjawisko.

Wyjaśnić to można wyróżniając trzy grupy wyborców. Pierwsi to wyborcy totalni, którzy chodzą na wszystkie wybory – to nie jest jednak typowym zachowaniem. Druga grupa to wyborcy medialni, którzy chodzą na wybory, w których rozstrzyga się, kto obsadzi organy najczęściej pokazywane w mediach. W Polsce premier jest tam najczęściej pokazywany, więc oni idą na wybory parlamentarne. Ta grupa najliczniejsza jest w miastach-powiatach, gdzie obejmuje kilkanaście procent wyborców. Trzecia grupa to wyborcy lokalni, którzy głosują tylko w wyborach samorządowych, bo idą oddać głos, jeśli ktoś znajomy ich poprosi. W mniejszych miejscowościach jest dużo więcej radnych na jednego mieszkańca, więc większa część osób zna osobiście radnego. W związku z tym idą na niego zagłosować. Natomiast nic nie wskazuje na to, żeby uważali oni wybory do Sejmu za ważniejsze. Grupa ta w mniejszych gminach stanowi ok. 10% uprawnionych.

Wybory prezydenckie mają pewną specyfikę. Są one prawie tak medialne jak wybory parlamentarne. Natomiast jeśli chodzi o mniejsze gminy, to dla ich mieszkańców te wybory są ważniejsze od sejmowych, ale nie tak ważne jak samorządowe.

Co decyduje o tym, czy ktoś idzie głosować?

Wyjaśnić to można przez analogię do teorii grawitacji – żeby przyciągnąć wyborcę do urny, konieczne jest działanie odpowiedniej siły. Wyborca ma swoje sprawy, może mu się nie chcieć iść na wybory, więc musi zadziałać na niego coś, co sprawi, że nie ominie urny szerokim łukiem. Po pierwsze, sprawa rozstrzygana za pomocą takiej urny musi mieć odpowiednią wagę. Po pierwsze, wyborca musi uznawać siebie za ważnego, a po trzecie – sprawa musi być mu stosunkowo bliska.

Te trzy czynniki powiązane są tak jak w prawie grawitacji. Waga sprawy i waga własna wyborcy się przemnażają, zaś odległość spraw działa w drugą stronę – zmniejsza siłę przyciągania. W wyborach częściej głosują ludzie, którzy siebie uznają za ważnych, czyli np. lepiej wykształceni i bogatsi, co jest ogólnoświatową cechą. Często głosują też ludzie, którzy uznają się za część wspólnoty – wtedy sami zyskują na wadze, a i wspólne sprawy są dla nich ważniejsze. Dlatego częściej na wybory chodzą ludzie religijni. Oni często idą tam, gdzie każe iść lider społeczności, a ksiądz często zachęca do udziału w wyborach.

Ważna jest też odległość, czasami w bardziej subiektywnym sensie – tak jak w japońskiej perspektywie. Rzeczy zamglone wydają się odleglejsze. Dlatego jeśli kandydaci mało się różnią, to działa to tak samo jak wtedy, gdy są z innych miast, czy gdy pierwszy raz się o nich słyszy.  Jeśli zaś zna się kandydatów np. z sąsiedztwa, to sprawa jest nam bliższa i siła przyciągania jest większa. Dlatego fakt osobistej znajomości z radnym dużo lepiej tłumaczy wyższą frekwencję w wyborach samorządowych niż np. wykształcenie.

Dlaczego więc frekwencja wzrosła akurat teraz?

Spójrzmy na właśnie kończący się cykl wyborczy. W wybory samorządowe bardzo zaangażowali się premier i prezes, zachęcali do udziału, mobilizowali. Wygląda na to, że nakłonili do udziału może nie wszystkich, ale zdecydowaną większość wyborców medialnych – przekonali ich, że wybory samorządowe to jest ważna sprawa. Inna rzecz, że zachęcili głównie swoich przeciwników. Najsilniej frekwencja skoczyła tam, gdzie była niska, czyli w miastach-powiatach, gdzie wyborców lokalnych jest bardzo mało.

W wyborach do  Sejmu 2019 frekwencja wszędzie poszła w górę, ale znów najbardziej tam, gdzie była najniższa – czyli tym razem w mniejszych gminach. Wiadomo, że tam łatwiej przekonać wyborców do udziału w wyborach niż tam, gdzie frekwencja była poniżej 50%, i każdy kolejny procent jest już coraz trudniejszy. Wciąż jest tak, że mieszkańcy miast-powiatów głosują częściej, ale ta różnica się zmniejsza. Dawnie mieszkańcy miast-powiatów głosowali o jedna trzecią częściej od mieszkańców mniejszych gmin, w 2019 – już nawet nie o jedną czwartą.

Nie raz słyszeliśmy w ostatnim czasie, że wybory wygrywa się w Końskich…

Nie wiem, jak zareagowali na to Warszawiacy czy Krakusy, ale ewidentnie mieszkańcy Końskich w to uwierzyli. Jeśli mieszkańców mniejszych miejscowości się odwiedza, to ich przekonanie o własnej wartości rośnie, a odległość od krajowej polityki spada, a co za tym idzie – chętniej biorą udział w wyborach. Tam też były wyższe rezerwy z uwagi na wcześniejszą niższą frekwencję.

Co sprawia, że ludzie idą głosować? Po pierwsze, sprawa rozstrzygana za pomocą takiej urny musi mieć odpowiednią wagę. Po pierwsze, wyborca musi uznawać siebie za ważnego, a po trzecie – sprawa musi być mu stosunkowo bliska

Inną sprawą jest nasilająca się polaryzacja, w szczególności z udziałem mediów z jednej i drugiej strony. Media publiczne, które są powszechnie odbierane w całym kraju, permanentnie podkręcały te podziały i przedstawiały te wybory jako walkę prawdziwej Polski z Targowicą. Media drugiej strony również dolewały oliwy do ognia. Szczególnie lewicowo-liberalne środki przekazu pokazują, że są partie lepsze, które my wybieramy – te, na które głosują młodzi, wykształceni, bogaci mieszkańcy dużych miast. To jest standardowy przekaz, mimo że jest oczywistą bzdurą. Platforma we wszystkich wyborach zdobywała więcej głosów w powiatach ziemskich niż w grodzkich (czyli w miastach na prawach powiatu). Powiaty ziemskie to 2/3 Polski, więc trzeba byłoby mieć dramatyczną przewagę, żeby zdobyć więcej w miastach-powiatach. A zatem wciąż ponad połowa wyborców PO mieszka w miejscowościach mniejszych niż Leszno, co więcej – większość z nich nie ma studiów wyższych i jest po czterdziestce.

Do tego dochodzi zmiana strategii wyborczej. Wszyscy wiedzą, że jeśli robi się spotkania w dużych miastach, to one przykuwają dużo mniejszą uwagę mieszkańców niż w mniejszych miejscowościach, choć teoretycznie łatwiej zgromadzić tłumy. Dla warszawiaka widok ministra nie jest niczym niezwykłym. Podobnie przeżywanie tego wydarzenia, czy traktowanie go jako tematu do rozmów, będzie zdecydowanie mniej intensywne w dużych miastach. Dlatego kandydatom dużo bardziej opłaca się jeździć do mniejszych miejscowości, ponieważ robi to na wyborcach dużo większe wrażenie – nasz przekaz trafia do sieci społecznych, jest to większe wydarzenia medialne, ponieważ pojawienie się kogoś znanego z mediów jest czymś niecodziennym.

Jak to wygląda jeśli chodzi o wiek? Czy młodzi faktycznie nie interesują się polityką?

Waga spraw publicznych narasta z wiekiem wraz z tym, jak człowiek coraz bardziej się ukorzenia. Jeśli człowiek nie jest ukorzeniony, to nie ma silnej tożsamości, i nie traktuje spraw wspólnych jako szczególnie ważnych. Do tego nie podporządkowuje się normom społecznym i nie ma zwykłych codziennych trosk. Dotyczy to zwłaszcza tzw. bambinich, którzy mają w domu wikt i opierunek, i większym problemem jest dla nich ilość lajków na Facebooku, niż to, w jakim stanie jest szkoła itd.

To też zmienia się generacyjnie. Pewne duże, wspólne doświadczenia przyciągają do urn kolejne generacje. Jest to też związane z cyklem życiowym. Inaczej zachowuje się wyborca, który dojrzeje, założy rodzinę, ma dzieci, stałą pracę. Wraz z liczbą kłótni z szefem, skłonność do głosowania rośnie, ponieważ człowiek ten nie ma już przekonania, że sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Taka osoba wie, że istnieje sporo problemów, rozstrzyganych zbiorowo. Na całym świecie młodzi ludzie stopniowo dojrzewają do głosowania, a ponieważ w bogatych społeczeństwach dojrzewają też coraz później, to i za głosowanie zabierają się powoli.

Sprawę w Polsce komplikuje jednak to, że w kolejnych grupach wiekowych różni się poziom wykształcenia oraz rozmieszczenie terytorialne wykształconych. W pokoleniu 60+ wyższe wykształcenie jest dużo rzadsze niż u osób do 40 roku życia. W małych gminach starsi wykształceni są już prawdziwą rzadkością – mieszkają głównie w miejscowościach średnich i miastach-powiatach. Natomiast w ostatnich dwudziestu latach to właśnie w małych gminach najszybciej rośnie liczba osób z wyższym wykształceniem, choć oczywiście wciąż jest ich tam mniej niż w miastach-powiatach. Zmniejszająca się różnica frekwencji może po części wynikać z upodabniania się struktury wykształcenia.

Są jeszcze wybory, które dotychczas nie interesowały nikogo, a ostatnio mieliśmy w nich do czynienia ze spektakularnym wzrostem. Mam na myśli wybory do Parlamentu Europejskiego. 

W mniejszych gminach frekwencja skoczyła ponaddwukrotnie, w większych – nieco mniej. Wciąż najwyższa była w miastach-powiatach, i mimo że różnice we frekwencji w punktach procentowych się utrzymały, to jednak proporcje całkowicie się zmieniły. Wtedy już widać było pewną „totalizację” zaangażowania wyborczego. Na wybory europejskie zadziałał tzw. efekt sondażowy: te wybory wciąż nie są specjalnie ważne, ale potraktowano je jako próbę sił, próbę generalną przed wyborami do sejmu, walkę o pole position. Jak widać, jednak nie cały elektorat poszedł na takie wybory, w mniejszych miejscowościach frekwencja w wyborach europejskich stanowiła 73% frekwencji w wyborach parlamentarnych, a w miastach-powiatach – 79%.

To wtedy potwierdził się widoczny w wyborach samorządowych trend do „totalizacji” wyborców – tzn. nie chodzą oni już tylko na niektóre wybory, a na wszystkie. Oczywiście jest to pewne uproszczenie, ponieważ nawet wyborcy, którzy chcą chodzić na wszystkie wybory, raz realnie chodzą, a raz nie. Osób zupełnie niechodzących na wybory jest – wedle różnych szacunków – ok. 15-20%. Część wyborców nie głosuje, bo jest poza miejscem zamieszkania, bo jest chora, zmęczona lub ma 12-godzinną zmianę w pracy. Część osób jest tak zdeterminowana, że szuka jakichś rozwiązań – np. głosuje korespondencyjnie – ale część zwyczajnie odpuści.

W zintegrowanym domu wystarczy jedna osoba zainteresowana polityką, żeby wszyscy poszli głosować. W zdezintegrowanym domu każdy musi interesować się polityką, żeby zagłosowali wszyscy

Są też wyborcy zależni, czyli tacy, których ktoś inny wyciąga na wybory, najczęściej domownicy. W Danii każdy dostaje elektroniczną kartę, uprawniającą do poboru karty do głosowania. W lokalu wyborczym odbija kartę w czytniku, dzięki czemu wiadomo, gdzie i o której kto zagłosował. Na podstawie tych danych naukowcy odkryli, ze jeśli domownicy chodzą na wybory razem, to głosują częściej niż ci, którzy robią to osobno. Często jest tak, że jeśli rodzina jest spojona więzią, ma jakiegoś lidera, to on ich wszystkich wyciąga na wybory. W takim zintegrowanym domu wystarczy jedna osoba zainteresowana polityką, żeby wszyscy poszli głosować. W zdezintegrowanym domu każdy musi interesować się polityką, żeby zagłosowali wszyscy.

Ciekawe też były wyniki po kolejnych wyborach, które pokazały, że jeśli ktoś wyprowadził się z domu, to tam, gdzie każdy głosował osobno, frekwencja się nie zmieniała, natomiast po wyprowadzce z domu, w którym wszyscy głosowali razem, frekwencja spadała. A zatem część takich osób bez tego „wyciągania” nie idzie na wybory. Można przypuszczać, ze w Polsce jest podobnie. To zależy też od zaangażowania w wybory, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to wyciągnie ciotkę lub sąsiada, natomiast jeśli nie jest – to nie będzie miał do tego motywacji i jedynie pójdzie sam.

Czy ten wzrost frekwencji w wyborach się utrzyma? Czy to dobre zjawisko, i powinniśmy zabiegać o jego utrzymanie?

Frekwencja jest dość nieprzewidywalna. Natomiast doszło do pewnego upodmiotowienia. Ceną za to jest ewidentne przegrzanie atmosfery, co nie jest dobre. Pytanie: co jest lepsze? Czy chcemy, żeby atmosfera ostygła, jak w 2011, kiedy zarówno PO jak i PiS pogubiły po milionie wyborców, którzy zostali w domu? Jeśli za tym spadkiem emocji miałoby stać zniechęcenie, to byłoby źle. Dobrze byłoby, gdybyśmy te emocje jakoś ucywilizowali, nauczyli się z nimi żyć, a przynajmniej odrobinę stonowali. Główny problem z nimi polega na tym, że biorą się z głębokiego przekonania, że toczymy codzienną ostateczną walkę, ponieważ tak przedstawiają to politycy. Przekonują nas, że jest to starcie cywilizacyjne, ale żadna cywilizacja nie posypała się po ostatniej wyborczej niedzieli. Pewnie jeśli tak łatwo byłoby ją zniszczyć, to nie byłaby warta specjalnego szacunku.

W moim przekonaniu politycy są jak krowy. Jeśli spuści się ich z oka, to zaraz idą w szkodę

Jest to bardzo przesadzone, ale w interesie polityków jest przekonywać wyborców, ze walczą z kimś kto ma na swoim sumieniu grzechy śmiertelne albo niszczenie demokracji, narodu, planety, tkanki społecznej. Jeśli wyborcy są przekonani, ze toczą bój w imię najwyższych wartości, to nie zwracają uwagi na grzechy pospolite polityków własnej strony. To nie jest dobre, bo buduje wśród polityków poczucie bezkarności. W moim przekonaniu politycy są jak krowy. Jeśli spuści się ich z oka, to zaraz idą w szkodę. Dobrze więc, że wyborcy są zmobilizowani, ale jeśli na skutek zacietrzewienia będą odpuszczać swoim, to już tak dobrze nie jest. Mam nadzieję, że te elementy szczucia i napuszczania na siebie po jednej i po drugiej stronie, częściowo przez polityków, częściowo przez media, zostaną opanowane i stłamszone. Być może jedna i druga strona zauważy, ze to im bardziej szkodzi niż pomaga. Strona, która byłaby skuteczniejsza w powstrzymywaniu własnych harcowników i w pozytywnym odbijaniu ataków drugiej strony, mogłaby wygrać w przypadku opozycji, lub wygrać wyraźniej w przypadku PiS, te wybory. Choć być może to tylko moje chciejstwo.

Dobrze żeby ta frekwencja z nami została, choć mogłaby mieć trwalsze podstawy niż złość i wyolbrzymione obawy.

Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.
doktor habilitowany nauk społecznych, socjolog, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista w dziedzinie socjologii polityki, autor książki Złudzenie wyboru

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz