Newsletter

Znowu w przyrodzie nam nie wyszło

Niebawem minie rok, od kiedy ministrem środowiska nie jest już kontrowersyjny Jan Szyszko. Jednak na Wawelskiej wciąż obecny jest jego duch

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Polska przyroda wydaje się od lat być kulą u nogi rządzących. Na stanowisko ministra środowiska powoływano już różne osoby. Cześć z nich kompletnie nie znała się na powierzonym sobie temacie. Byli i tacy, jak minister Szyszko, z wykształceniem przyrodniczym, którego wizja zarządzania przyrodą była radykalna i czyniła przyrodę mu poddaną.

Dobra nowelizacja

Od 9 stycznia nie jest on jednak już ministrem środowiska. Co w tym czasie wydarzyło się w ochronie przyrody? Za niewątpliwy sukces należy uznać nowelizację prawa łowieckiego. Rzeczywistość w końcu zweryfikowała mit o tym, jakoby Polki i Polacy powszechnie akceptowali obowiązujący model łowiectwa. Zdecydowana większość respondentów pytanych w ramach badań opinii publicznej sprzeciwiała się udziałowi dzieci w polowaniach. Wielu przeciwników miał również trening psów myśliwskich na żywych zwierzętach. Warto pamiętać, że w tym modelu nie było poszanowania prywatnej własności, manifestującej się tym, że myśliwy zgodnie z prawem mógł wchodzić na cudzą ziemię i na niej wykonywać polowania, nie oglądając się na sprzeciw właściciela. Prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński, dał się poznać jako przyjaciel zwierząt, podobnie jak część posłów i senatorów PiS, deklarujących się po stronie braci mniejszych. To ich konsekwentnemu stanowisku i wsparciu grupy złożonej z posłów Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej w czasie prac nad nowelizacją prawa łowieckiego zawdzięczamy porozumienie ponad politycznymi podziałami, które doprowadziło do przeforsowania nowelizacji prawa łowieckiego. Ta zmiana była blokowana przez polityków różnych opcji, których poseł Paweł Suski roboczo nazwał Polską Partią Myśliwych. W sejmowych kuluarach, jeszcze przed nowelizacją prawa łowieckiego, była mowa o tym, że jeszcze nikt z myśliwymi nie wygrał w sejmie. I takie wrażenie miałem na kolejnych posiedzeniach sejmowych komisji, które rozpatrywały nowelizację prawa łowieckiego. Panował na nich duch byłego ministra Szyszki i jedynie posłowie parlamentarnej opozycji, za wyjątkiem PSL i Kukiz’15, bronili poprawek strony społecznej. Doszło do kuriozalnej wręcz sytuacji, kiedy członkowie komisji z PiS głosowali przeciwko poprawkom złożonym przez PiS, uwzględniającym postulaty strony społecznej.

Potem przyszła kolej na aferę zamkową w Stobnicy. Tym razem resort zasugerował, że ci, którzy bronią Puszczy Białowieskiej, nie pojawili się w Puszczy Noteckiej i nie interesowała ich stobnicka inwestycja, bo inwestor miał im – rzekomo – zapłacić

Na szczęście dla nowelizacji, udało się przeforsować dobre zmiany prawa łowieckiego na forum parlamentu. Legislacyjny kompromis, który nie oznacza ani końca łowiectwa, ani początku „panowania wegan i buddystów”, stał się ciałem. Jednak myśliwi postanowili nie składać broni i do dziś planują odwrócenie symbolicznych zmian w prawie łowieckim. Niestety znów mogą liczyć na sojuszników w ministerstwie środowiska, które bez szerokich konsultacji społecznych postanowiło rozpatrzyć poprawki myśliwych przywracające nie tylko udział dzieci w polowaniach, ale jednocześnie wprowadzić polowania z łukiem i to na terenach zurbanizowanych.

Duch ministra Szyszki

Duch ministra Szyszki, który musiał odejść ze stanowiska, po zmianie na stanowisku premiera, jest wciąż żywy w gmachu ministerstwa. Nowy szef resortu minister Henryk Kowalczyk, matematyk z wykształcenia, był pozornym odświeżeniem wizerunku ministerstwa, które pod rządami Szyszki przeżywało wizerunkowy kryzys. Przyroda była czymś nowym dla ministra.

Kolejne zmiany nastąpiły na stanowisku wiceministra. Małgorzata Golińska, wcześniej pracownica Lasów Państwowych, stała się osobą od spraw kryzysowych. To ona wypowiadała się w sprawie kontrowersyjnej sprawy komercyjnego odstrzału żubrów, czy Puszczy Białowieskiej. Trafiła przed kamery. I nie popełniała już błędów Szyszki, co nie było aż tak trudne. Wystarczyło wypowiadać się w inny sposób niż poprzednik Kowalczyka, któremu trzeba przyznać jedno – mówił co myślał.

Jednak nominacja Golińskiej nie uchroniła jej przełożonego przed kolejnymi wpadkami. W jednym z wywiadów, tym razem udzielonym „Gazecie Wyborczej”, powiedział w komentarzu do niechlubnego „lex Szyszko”, liberalizującego kwestie wycinki drzew: „Sam wyciąłem drzewa na swojej działce i mam piękną zieleń. To jest proces – za kilkadziesiąt lat będziemy potrzebować drzew, więc zamiast czekać, aż stare obumrze, lepiej dziś zasadzić nowe”. Z kolei na spotkaniu w Mławie z jej mieszkańcami mówił, że żyjemy w czasach nadmiernej wrażliwości w ochronie zwierząt.  Zapytany o odstrzał zwierząt chronionych powiedział: „My wprowadziliśmy taką zasadę. RDOS-ie mają wręcz sugestię, żeby bardzo chętnie wyrażać zgody na odstrzały zwierząt chronionych gatunkowo: żubry, łosie, bobry… Żubry też tam sporo szkód robią. Co do wilków, to potrzeby nie są mocno zgłaszane, ale myślę, że zajdzie taka potrzeba”.

Nie można nie ulec wrażeniu, że nominacja Kowalczyka była nieudaną próbą ugaszenia pożaru. Nie było już mowy o naprawieniu szkód wyrządzonych przez walec polityki byłego ministra Szyszki. Były natomiast próby odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów. Okazało się, że „nagle” płoną wysypiska odpadów sprowadzanych do Polski, i resort, który odpowiada również nadzór nad gospodarką odpadami wydawał się zdziwiony, tym, że takie wysypiska są w Polsce. Problem pożarów w takich miejscach nie jest nowy. Podobnie jak porzucanie odpadów przez znikające po ich sprowadzeniu spółki. Jednak w tym roku odpadowy problem został nagłośniony medialnie. I to mediom zawdzięczamy w dużej mierze to, że doszło do potrzebnej nowelizacji ustawy o odpadach. Skrócenie czasu składowania odpadów z trzech lat do jednego roku, jak i zaostrzenie nadzoru nad wysypiskami ucywilizują obrót śmieciami, które trafiają do nas również z Europy Zachodniej.

Potem przyszła kolej na aferę zamkową w Stobnicy. Tym razem resort zasugerował, że ci, którzy bronią Puszczy Białowieskiej, nie pojawili się w Puszczy Noteckiej i nie interesowała ich stobnicka inwestycja, bo inwestor miał im – rzekomo – zapłacić. Okazało się jednak, że na zamek zgodę wydali urzędnicy, a miejscowi samorządowcy tak z PiS jak i z PO, nie sprzeciwiali się budowie. Jednak nie tylko na tym odcinku działo się źle. Nowy minister rolnictwa, Jan Krzysztof Ardanowski, już na początku swojej resortowej kariery zgodził się na stosowanie przez rolników szkodliwych neonikotynoidów. Nie konsultował tej decyzji z polskimi pszczelarzami, którzy są grupą zagrożoną chemikaliami stosowanymi w rolnictwie. Okazuje się jednak, że pszczoła nie jest taka ważna. A pszczelarze nie mają tak dużej siły przebicia.

Nowy szef resortu nie jest również zwolennikiem obrony praw zwierząt, o których przestrzeganie zabiega sam prezes PiS. Ardanowski należy bowiem do przeciwników zakazu hodowli norek. Wynikać to może z czystej wyborczej kalkulacji, ale również i z osobistych przekonań. Ardanowski w wypowiedziach medialnych powtarzał, że jest zwolennikiem utrzymania takiej futerkowej produkcji. W ten sposób projekt zmian w prawie, które forsowali sejmowi przyjaciele zwierząt z różnych ugrupowań, znów z wyłączeniem PSL i Kukiz’15, może trafić na górę lodową, a właściwie do sejmowej zamrażarki.

Na przeszkodzie wciąż stoi wadliwe prawo zmienione po 2000 r., które zablokowało możliwość tworzenia i poszerzenia parków narodowych

Stulecie niepodległości bez parków narodowych

Rok 2018 to nie tylko czyny, ale i zaniedbania. W tym roku obchodziliśmy setną rocznicę ogłoszenia niepodległości. Nie było jednak w oficjalnym przekazie z rocznicowych obchodów polskiej przyrody, z której jako kraj powinniśmy być dumni. I zrobić wszystko, aby ocalić najcenniejsze fragmenty Polski, wciąż niechronionych przez parki narodowe i rezerwaty. Tych terenów wcale nie jest tak wiele – a szanse są, bo przykładowo od lat jednym z sympatyków powołania Turnickiego Parku Narodowego jest marszałek sejmu, Marek Kuchciński z PiS. Z kolei inicjatorem działań na rzecz ochrony Puszczy Białowieskiej był prezydent Lech Kaczyński. W obu miejscach jest wciąż odczuwalny impas.

W Puszczy Białowieskiej dopiero wyrok unijnego Trybunału Sprawiedliwości z kwietnia 2018 rok potwierdził, że zwiększona wycinka była niezgodna z prawem Unii Europejskiej. „Polska nie zapewniła skutecznego zakazu celowego zabijania, niepokojenia, pogarszania stanu i niszczenia terenów dla gatunków chronionych przez unijne dyrektywy” – stwierdził odczytujący wyrok Trybunału sędzia Marek Safjan. Tym samym upadła cała argumentacja, stworzona przez ministra Szyszko na potrzeby uzasadnienia wycinki. Nowy minister środowiska obiecało zastosować się do wyroku, ale w Puszczy Białowieskiej wycinka zrobiła już swoje. Na brak zainteresowania ze strony władz trafiła również inicjatywa wybitnych naukowców, postulujących poszerzenie Białowieskiego Parku Narodowego. Podobny impas panuje w sprawie Turnickiego Parku Narodowego. W tym roku ukazała się zaktualizowana dokumentacja, która potwierdza potrzebę utworzenia parku narodowego. Zamiast zaangażowania się resortu środowiska w tę sprawę, byliśmy świadkami dalszego zniechęcania samorządów do idei ochrony turnickich lasów, czemu sprzyjała kampania wyborcza.

Szacowane koszty przywrócenia żeglowności polski rzek wynoszą 70 miliardów złotych, a zdaniem ekspertów są niedoszacowane

Na przeszkodzie wciąż stoi wadliwe prawo zmienione po 2000 roku, które zablokowało możliwość tworzenia i poszerzenia parków narodowych. Wymagana jest zgoda samorządów. A takiej zgody nie ma. W ten sposób minister środowiska może umyć ręce i powiedzieć: ale ja nic nie mogę. Co więcej, ta bezczynność idzie w parze z brakiem inicjatywy. Po co ministrowi problem i wymyślanie sposobów na to, jak zachęcić lokalną społeczność i samorządy do poparcia idei parku? Nikt z resortu nie proponuje specjalnego wsparcia finansowego, które mogłoby pomóc w wygraniu oponentów dla sprawy parku. Nie ma zatem politycznej woli i zrozumienia, a na to nakłada się jeszcze silna presja ze strony Lasów Państwowych, które nie chcą utracić kontroli nad tak ważnymi miejscami jak Puszcza Białowieska, dawne Państwo Arłamowskie i otulina Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Pomimo że nadleśnictwa na tym obszarze nie są rentowne i do tego, aby mogły wycinać drzewa, dopłacają inne Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych, co już jest absurdem, nikt nie chce zająć się reformą polskiego systemu ochrony przyrody, a przynajmniej prawnym usankcjonowaniem nowego podziału funkcjonalnego polskich lasów.

Kiedy odchodzą wody

Nie umarł również pomysł udrażniania i kaskadyzacji polskich rzek. Sztandarowym przykładem jest Wisła, która od lat żyje w zawieszeniu. Plany kolejnego stopnia wodnego, którego lokalizacje nieznacznie się zmieniają wciąż są żywe. Te plany odradzają się, bez względu na polityczną opcję u steru władzy. Przyjmują różną formę, ale w tym roku premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że ruszą przetargi związane z budową drugiego stopnia na Wiśle w Siarzewie. Warto przypomnieć, że jego budowa jest motywowana zagrożeniem powodziowym, związanym z zaporą we Włocławku. Jednak zamiast rozwiązać problem włocławskiego stopnia, powstanie kolejny, a potem będzie powód, żeby budować następne przegrody. Jest to pomysł rodem z PRL, którego nie udało się zrealizować komunistom. Włocławek, zamiast być nauczką, stanie się przyczyną kolejnej ekologicznej katastrofy o nazwie Siarzewo.

Przegradzanie rzek doprowadziło już w czasach PRL do tego, że z Wisły zniknął łosoś. Wiedzą o tym dobrze wędkarze, którzy nie są zwolennikami regulacji i kaskadyzacji cieków wodnych. Jednak ich opinia w tym przypadku nie jest taka istotna, a jako środowisko, pomimo że liczne, nie są aż tak dobrze zorganizowani i nie dysponują odpowiednim potencjałem mobilizacyjnym.

Dziś nikt z rzecznych planistów nie wyjaśnia opinii publicznej, że regulacja rzek zwiększa ryzyko powodziowe. Od dekad w Polsce panuje przekonanie, że rzekę można uwięzić i rozkazać jej płynąć tak, jak chciałby tego człowiek. Jednak kiedy nadchodzą ulewne deszcze albo gwałtowna odwilż, nawet najwyższy wał przeciwpowodziowy nie zabezpieczy dawnych terenów zalewowych przed powodzią. Skutecznym sposobem jest natomiast oddawanie rzekom ich dawnych rozlewisk, z których wyrugował je człowiek. Już dawno powinien w Polsce obowiązywać zakaz budowy domów na terenach zalewowych. Inną możliwością byłoby pozbawienie prawa do pomocy materialnej państwa tych, którzy świadomie osiedlają się na terenie zagrożonym zalaniem. Niestety w tym zakresie nic się nie zmieniło. I wiele wskazuje na to, że czeka nas kosztowne planowanie i wdrażanie wizji ujarzmiania rzek.

Podsumowując rok 2018, należy podkreślić, że nowelizacja prawa łowieckiego nie uczyniła wiosny

Jednym z jej elementów jest plan budowy rzecznych autostrad. Stawianie na transport rzeczny jest wizją nieodpowiedzialną ekonomicznie. Szacowane koszty przywrócenia żeglowności polski rzek wynoszą 70 miliardów złotych, a zdaniem ekspertów są niedoszacowane. Bo w naszym kraju te szlaki wodne Odry i Wisły trzeba byłoby zbudować od nowa. Realizacja takich inwestycji jest bardzo droga. Jak zauważa hydrolog dr Janusz Żelaziński, Francuzi wycofali się z planów wielkiej regulacji Loary po tym, jak poddali analizie koszty takiego działania. Poza tym nie wystarcza jednorazowe działanie. Co roku będą potrzebne kolejne miliardy złotych, aby taką infrastrukturę hydrotechniczną utrzymać. Nie wybroni pomysłu udrażniania rzek dla żeglugi nawet argument mniejszej emisyjności z transportu drogowego. Zakładany tonaż towarów, które miałyby płynąć rzekami, wynosi ponad 30 milionów ton rocznie. A to zdaniem ekspertów ograniczy emisję CO2, generowaną przez transport samochodowy, o zaledwie 1% proc. Znacznie efektywniejsze, również kosztowo, byłoby zatroszczenie się o transport kolejowy. Dlaczego milionów wydawanych na kolejne wizje nie skierować na rzeczywistą i szybką poprawę transportu kolejowego? Postulat „TIR-y na tory” wciąż czeka na swoich wykonawców.

Przedwiośnie, a nawet zima

Podsumowując rok 2018, należy podkreślić, że nowelizacja prawa łowieckiego nie uczyniła wiosny. Była raczej przedwiośniem. Potrzebnym, ale zbyt incydentalnym. Więcej było porażek i niewykorzystanych szans, które sprawiły, że największym przegranym znów jest polska przyroda. Przegrywa również polska prawica, która wydaje się nie rozumieć, że wśród miłośników przyrody nie znajdzie wyłącznie „lewaków, wegan i buddystów”.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej