Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Szturchnięcie do zniewolenia

Także polskie władze sięgają po osiągnięcia ekonomii behawioralnej – choćby tworząc Pracownicze Plany Kapitałowe. Nie jest to zbyt wolnościowe podejście, a – jak pokazują badania – może być nawet mniej skuteczne, niż zakładają jego twórcy

Izraelscy ekonomiści, Ayala Arad i Ariel Rubinstein, przeprowadzili w Izraelu, USA i Niemczech interesujący eksperyment. Studentów kilku uczelni w tych państwach poproszono, by wyobrazili sobie, że mają możliwość odłożenia do 8 proc. swoich zarobków na specjalnym koncie o korzystnym oprocentowaniu, przy zastrzeżeniu, że będą mogli te pieniądze wykorzystać dopiero po 10 latach. W zależności od wariantu mieli odpowiedzieć, czy zdecydowaliby się dobrowolnie wziąć udział w takim programie (mogąc jednocześnie samodzielnie decydować o wysokości składki), lub też czy zdecydowaliby się zrezygnować z udziału w programie, gdyby państwo objęło nim wszystkich, ale dało jednocześnie możliwość wyjścia z niego (opcja opt-out). Wyniki przedstawione w artykule „The People’s Perspective on Libertarian-Paternalistic Policies”, opublikowanym w „Journal of Law and Economics” w maju 2018 roku wykazały, że w Izraelu i USA duża część (choć mniejszość – odpowiednio 28 proc. i 42 proc.) badanych negatywnie odnosiła się do tego typu interwencji państwa. Odsetek studentów z Niemiec, którzy udzielili podobnej odpowiedzi, był jeszcze większy, bo wynosił aż 53 proc. Co więcej, odsetek uczestników, którzy zdecydowali się dobrowolnie wziąć udział w programie, był co najmniej o kilka punktów procentowych wyższy (w Niemczech aż o 19-32 proc.), niż odsetek uczestników, którzy zdecydowali się w nim pozostać w wariancie zakładającym możliwość opt-outu. Oznacza to, że dobrowolna wersja zapisania do dodatkowego programu oszczędzania była bardziej skuteczna.

Artykuł Arad i Rubinsteina – choć ostrożny w swym przekazie – może studzić „pozytywną szajbę” na punkcie behawioralnych szturchnięć (ang. nudging), jaka zapanowała w ostatnich latach na świecie

To badanie jest o tyle ciekawe z polskiego punktu widzenia, że bardzo trafnie opisuje schemat Pracowniczych Planów Kapitałowych, ustawa o których weszła w życie 1 stycznia 2019 r. W tym programie pracodawcy będą zobowiązani do zawierania z instytucjami finansowymi umów o zarządzanie PPK – każdy pracownik będzie do PPK zapisany z automatu, ale będzie mógł się  wypisać (kolejni przedsiębiorcy będą włączani do programu od lipca 2019 do 1 stycznia 2021, w zależności od wielkości firmy). Co cztery lata będzie do programu jednak ponownie automatycznie zapisywany, w związku z czym – o ile nie zmieni zdania – będzie musiał wypisywać się ponownie. Do PPK będzie przekazywane 3,5-8 proc. jego wynagrodzenia. Mimo, że pieniądze będą „nasze”, to jeśli będziemy chcieli wyciągnąć je wcześniej niż przed ukończeniem 60 lat życia – stracimy na tym finansowo.

Oczywiście to badanie ma swoje ograniczenia. Można założyć, że studenci mogą czuć się bardziej zindywidualizowani od przeciętnego Smitha, Müllera czy Cohena i niechętni wobec przymusu, czy też – jako ludzie młodzi – mniej zainteresowani oszczędzaniem. Ponadto badanie tworzy środowisko, w którym dostęp do wiedzy na temat możliwości skorzystania z takiego programu (lub też istnienia programu, z którego możemy zrezygnować) jest stuprocentowy. Rzeczywistość jest jednak inna: dziś niewielu zatrudnionych wie o możliwości uczestnictwa w III filarze. Także „reforma” systemu emerytalnego przeprowadzona za rządów PO-PSL zakładała zakaz reklamowania się OFE w czasie, gdy podejmowali decyzję, czy w nich pozostać, co ograniczało obywatelom dostęp do wiedzy nt. możliwości pozostania w OFE (niezależnie od tego, jakiej jakości byłaby wiedza przekazywana w reklamach). Ponadto badani przez Arad i Rubinsteina rezygnowali z udziału w programie, jedynie klikając myszką – w realnym życiu wyrażenie woli może wymagać np. udania się do urzędu. Rządzący mogą także rzucać biurokratyczne kłody pod nogi, co zresztą działo się w przypadku polskiej „reformy”. Mimo tych różnic w praktyce opcja opt-out zaowocowała tym, że po „reformie OFE” przeprowadzonej przez PO-PSL 2,5 mln osób pozostało w Funduszach (15,4 proc.). Przypomnijmy, że ZUS zakładał, iż takich osób może być około miliona.

Ile osób zrezygnuje?

Obecnie rząd jest bardziej ostrożny i szacuje, że spośród 11,5 mln. osób, do których skierowany jest program, zrezygnować z niego może 25 proc. Ale rządzący muszą brać pod uwagę to, że domniemane uczestnictwo w programie może mieć skutki gorsze od zamierzonych (choć z pewnością z punktu widzenia wyznaczonego przez nich celu lepsze niż dotychczasowe rozwiązania). Przyczyną tego może być, jak sugerują Arad i Rubinstein, reakcja na manipulację. „Wielu ludzi jest gotowych poświęcić efektywność, by uniknąć mniej pożądanej metody, i dlatego interwencje informacyjne mogą być społecznie bardziej pożądane w przypadkach, w których straty na efektywności są niewielkie” – piszą. Krótko mówiąc – zamiast zakładać, że ktoś w głębi ducha mógłby chcieć skorzystać z danej opcji, tylko z lenistwa tego nie robi, lepiej poinformować go o możliwości, jaką ma przed sobą.

Thaler i Sunstein proponują, by w przeciwieństwie do tradycyjnych metod nakłaniania (lub zmuszania) ludzi do dokonywania wyborów preferowanych przez rządzących, kierować ich w stronę wyboru „właściwego”, jednak pozostawiając im swobodę

Artykuł Arad i Rubinsteina – choć ostrożny w swym przekazie – może studzić „pozytywną szajbę” na punkcie behawioralnych szturchnięć (ang. nudging), jaka zapanowała w ostatnich latach na świecie. Pierwsza z instytucji zajmujących się tą tematyką, The Behavioral Insights Team, powstała w 2010 roku, powołana przez brytyjski rząd, i funkcjonuje do dziś. Jej amerykański odpowiednik – The Social and Behavioral Sciences Team – nie miał tyle szczęścia: powołany przez administrację Baracka Obamy w 2015 roku został rozwiązany krótko po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa. Jednak podobne instytucje powstały na całym świecie – od Niemiec przez Singapur po Australię. Zresztą – jak pokazuje polski przykład – nie potrzeba specjalnej agencji, by wprowadzać politykę zgodną z założeniami libertariańskiego paternalizmu, który jest ideą stojącą za „szturchnięciami”: jak twierdzą Cass A. Sunstein, Lucia A. Reisch i Julius Rauber, różnego rodzaju formy nudgingu wykorzystywane są w ponad 150 krajach świata.

Szturchaj do dobrego

Czym jest libertariański paternalizm? Pomysłodawcami tego oksymoronu byli noblista z ekonomii Richard Thaler i Cass R. Sunstein, którzy zresztą od opisania go zaczynają swoją książkę „Nudge. Improving Decisions About Health, Wealth, and Happiness” (w Polsce wyszła jako „Impuls. Jak podejmować decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia”; cytaty w dalszej części artykułu są moimi tłumaczeniami angielskiej wersji książki – przyp. aut.). Proponują, by w przeciwieństwie do tradycyjnych metod nakłaniania (lub zmuszania) ludzi do dokonywania wyborów preferowanych przez rządzących, kierować ich w stronę wyboru „właściwego”, jednak pozostawiając im swobodę. Lubisz jeść tłuste lub słodkie potrawy? Nie zakażemy ci tego, ale w stołówkach, które prowadzimy, będą umieszczone poza twoim widokiem lub na dole w menu. Nie jesteś specjalnie przekonany – z jakiegokolwiek powodu – by stać się dawcą organów po śmierci? Zawsze możesz zastrzec, że się nie zgadzasz, ale wstępnie uznamy, że chcesz zostać dawcą.

Okazuje się, że szturchnięcia wymagają mniejszego kosztu, by skłonić jedną osobę np. do dodatkowego oszczędzania na emeryturę

Po co to wszystko? Istnieją pewne wartości, które uważamy za obiektywnie lepsze, np. to, by ludzie oszczędzali prąd czy prowadzili zdrowy tryb życia. Niestety ludzie nie są „ekonami”, nasza racjonalność jest ograniczona. W myśleniu posługujemy się dwoma systemami – jeden z nich jest bardziej intuicyjny i automatyczny, drugi bardziej refleksyjny i racjonalny. Ten pierwszy może być przydatny zwłaszcza w sytuacjach, w których decyzję trzeba podejmować szybko – jednak nierzadko posługujemy się nim (niekoniecznie świadomie) także wtedy, gdy powinniśmy użyć tego drugiego. Wtedy stosujemy uproszczone reguły wnioskowania – czyli heurystyki – które mogą prowadzić do błędów poznawczych. Dlatego ludziom należy pomóc podjąć odpowiednie wybory: zarówno z punktu widzenia dobrobytu społecznego, jak i ich własnego dobra, bo – jak twierdzą zwolennicy „szturchnięć” – pomagają one także w podjęciu decyzji, które byłyby bliższe intencji osoby ją podejmującej. Co libertariańskiego jest w takim paternalizmie? Pozostawiamy ludziom swobodę i jeśli mimo naszych usilnych prób nie chcą pójść wskazanym przez nas tropem – to nie będziemy ich do niczego zmuszać.

Tego typu rozwiązania bywają bardziej efektywne, niż tradycyjne metody kija (obowiązków i kar) czy – przede wszystkim – marchewki (np. zachęt w postaci ulg podatkowych). Jak wskazują Thaler, Sunstein i inni w artykule „Should Governments Invest More In Nudging?”, opublikowanym w 2017 roku w „Psychological Science”, okazuje się, że szturchnięcia wymagają mniejszego kosztu, by skłonić jedną osobę np. do dodatkowego oszczędzania na emeryturę, szczepień (tam, gdzie są dobrowolne), czy oszczędności energii niż kampanie informacyjne, a zwłaszcza ulgi podatkowe. Wyniki dotychczasowych rozwiązań pokazują, że szturchnięcia rzeczywiście działają (choćby w przypadku systemu automatycznego zapisywania do pracowniczych programów emerytalnych w Wielkiej Brytanii, na czym wzorują się twórcy PPK).

Można powiedzieć, że w ten sposób twórcy ekonomii behawioralnej rozwiązali stary jak świat dylemat: wolność czy bezpieczeństwo (dobrobyt, zdrowie etc.). Czy tak się rzeczywiście stało, sprawdźmy, sięgając – późno, ale zawsze – po definicję szturchnięcia. Otóż jest to, jak piszą Thaler i Sunstein w swojej książce, „każda forma architektury wyboru, która zmienia ludzkie zachowanie w przewidywalny sposób, ani nie zakazując żadnej z opcji, ani nie zmieniając znacząco ich bodźców ekonomicznych. Interwencja będąca szturchnięciem musi być łatwa i tania do uniknięcia”.  W innych miejscach Thaler dodaje, że szturchnięcie, by móc być za takowe uznane, musi, być przejrzyste. Nie bez powodu noblista wpisuje do swoich książek dedykację: „szturchaj do dobrego”.

Ciemna strona nudgingu

Już pojawiły się pojęcia takie, jak „ciemne szturchnięcia” (dark nudges) czy używany przez samego Thalera „muł” (sludges) – oba opisują bazujące na badaniach behawioralnych rozwiązania, które nie spełniają warunków postawionych przez Sunsteina i Thalera. Widoczne są one szczególnie w sektorze rynkowym. Oto Uber stosuje aplikację, która poprzez automatyczne wskazywanie kierowcom coraz to nowych klientów zachęca ich do pracy w nieskończoność. Thaler w artykule dla „New York Times” przybliża chwyt jednej z gazet. Pismo to za polityką rzekomego udzielania czytelnikom próbnego dostępu za 1 funta ukrywało praktyki, które nieuważnych mogą wpędzić w koszty wyższe dziesiątki razy – jego zdaniem nie spełniały one żadnego z wymienionych pryncypiów. Podobne przykłady – od chwytów bukmacherów po linie lotnicze – można mnożyć.

Czy rządzący państwami nie mogliby sięgać po takie praktyki także w niecnych celach? Oczywiście, że mogliby. Ponadto sama idea nudgingu budzi poważne etyczne wątpliwości, mające swoje praktyczne implikacje. Ludzie różnią się preferencjami i opiniami na temat tego, co jest dla nich dobre. Nie musimy w tym zakresie sięgać po argumenty obrazujące wolność jako prawo do wpędzenia się w raka płuc, alkoholizm czy cukrzycę, by to zauważyć. Trzymajmy się już przykładu PPK: ludzie mogą mieć inne preferencje odnośnie wykorzystania swoich pieniędzy w danym momencie. Jednak nawet jeśli uznamy, że decydując się na to, by nie odkładać pieniędzy na starość, działają nierozważnie i dla ich dobra należy to zmienić, to wcale nie znaczy, że musi im odpowiadać preferowana przez nas strategia inwestycyjna. Są ludzie, którzy zamiast odkładać pieniądze np. na PPK będą chcieli zainwestować w coś na własny rachunek, np. w nieruchomości. Reguły ustalone przez ustawodawcę zakładają, że – w uproszczeniu – duża część środków będzie przeznaczona na inwestycje na giełdzie, w tym zwłaszcza w duże spółki skarbu państwa. Nie musimy mieć pewności, że będą one dobrze zarządzane i przyniosą odpowiednie zwroty. Oczywiście możliwość opt-outu świadczy o wyższości szturchnięć nad przymusową alokacją – ale dlaczego z góry musimy zakładać właśnie taką opcję?

Czy rządzący państwami nie mogliby sięgać po takie praktyki także w niecnych celach? Oczywiście, że mogliby

Innym problemem jest to, że gdy rządzącym zależy, będą jak najbardziej ograniczali możliwość zejścia z wytyczonej obywatelom ścieżki. To już się dzieje, a przykładem są choćby właśnie PPK, gdzie nie da się wyciągnąć swoich pieniędzy bez poniesienia strat. Ponadto o pierwotnej decyzji nieuczestniczenia w programie trzeba pamiętać, bo co kilka lat możemy zostać do niego bez wyrażenia zgody wciągnięci. Sytuacja, w której program rządowy jest tym bardziej efektywny, im bardziej jesteśmy leniwi, może powodować, że politykom będzie się coraz bardziej opłacało ograniczać naszą odpowiedzialność za podejmowane decyzje. A to nie wróży dobrze swobodzie ich podejmowania.

Złoty tunel

Czy oznacza to, że z libertariańskiego paternalizmu należy całkowicie zrezygnować? Niekoniecznie. Jego niewątpliwą przewagą nad metodami „kija i marchewki” jest to, że daje nam on możliwość ucieczki. Ponadto może być skuteczną i względnie nieinwazyjną metodą przy nakłanianiu ludzi do zaniechania działań, które pociągają za sobą wysokie koszty zewnętrzne, lub nakłanianiu ich do działań, które te koszty niwelują – chodzi choćby o aspekty dotyczące np. ochrony środowiska. William Hagman, David Andersson, Daniel Västfjäll i Gustav Tinghög zaproponowali w artykule „Public Views on Policies Involving Nudges” dla „The Review of Philosophy and Psychology” podział na szturchnięcia „prospołeczne” i „projednostkowe”; te, o których piszę, można by zaliczyć do tej pierwszej grupy. Skoro wolność jednostki ma być ograniczona wyłącznie wolnością drugiej jednostki, nie widzę powodu, by państwo otaczało taką odgórną opieką ludzi w zakresie np. dodatkowego indywidualnego oszczędzania czy stylu życia, którego skutki ponoszą tylko oni sami.

Gdy rządzącym zależy, będą jak najbardziej ograniczali możliwość zejścia z wytyczonej obywatelom ścieżki. To już się dzieje, a przykładem są choćby właśnie PPK, gdzie nie da się wyciągnąć swoich pieniędzy bez poniesienia strat

Ale nawet jeśli się na to zdecyduje, to są rozwiązania lepsze i gorsze. Im mniej inwazyjne szturchnięcie, tym lepiej – zresztą, jak pokazują badania, są one też mocniej popierane przez ludzi. Dlatego metoda, polegająca na automatycznym objęciu kogoś programem i daniu mu do wyboru opcji opt-out, należy do najbardziej manipulacyjnych. Z drugiej strony Ralph Hertwig i Till Grüne-Yanoff proponuje, by szturchnięcia zastąpić „doładowaniami” (boosts). Te drugie różnią się od tych pierwszych tym, że „starają się wzmacniać ludzkie kompetencje poznawcze i motywacyjne”, czego od szturchnięć nie można oczekiwać. Różnice pokazują autorzy… znowu na przykładzie nieszczęsnego dodatkowego oszczędzania. „Doładowanie” oznaczałoby nauczenie obywateli prostych zasad dotyczących inwestowania, czy też próbę przekonania ich o konieczności odkładania poprzez uzmysłowienie ich związku z „przyszłym ja”, które będzie korzystało w przyszłości z dzisiejszych naszych inwestycji. Przedmiot „doładowania” musiałby być jednak w pełni tego świadom i sam dobrowolnie poddać się takiemu uświadomieniu – podejrzewam też, że takie metody byłyby bardziej kosztowne i mniej efektywne; niemniej z pewnością bardziej wolnościowe. Na marginesie warto zauważyć, że sami Sunstein i Thaler w „Nudge” pozytywnie odnoszą się do rozwiązań, które można by zaliczyć do „boosts” (np. w zakresie informacji dotyczącej transplantacji organów).

Nie miejmy jednak złudzeń, że uciekniemy od szturchnięć. Osiągnięcia ekonomii behawioralnej są po prostu zbyt użyteczne dla firm i polityków, by z nich zrezygnowali. Potrafią też wzmocnić skuteczność różnych polityk publicznych. I są – wbrew idealistycznym założeniom ich pomysłodawców – stosunkowo łatwe do ukrycia. Jednak, jak słusznie piszą Arad i Rubinstein, dobrobyt jednostki nie zależy jedynie od materialnych skutków działania, ale także od aspektów niematerialnych. Musimy pilnować, by przez nadużywanie tego typu technik nie znaleźć się w „architekturze wyboru”, przypominającej złoty, jednokierunkowy tunel.

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz