Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Wszy a sprawa polska

Wszy testują modele organizacji społecznej lepiej niż niejeden wytrawny socjolog. Sposób, w jaki Polacy sobie z nimi (nie) radzą w szkołach obrazuje, gdzie leżą deficyty naszej edukacji obywatelskiej

Wszy brawurowo zdobywają polskie szkoły i przedszkola, wykazując się przy tym godnym podziwu egalitaryzmem, nie omijają bowiem wcale szkół chełpiących się elitarnym statusem czy wysokim czesnym. Zaskoczenie młodych rodziców, których dzieci rozpoczynają karierę w systemie edukacji, przeradza się z czasem w mniej lub bardziej cichą frustrację, gdy odkrywają, że buzujące we włosach ich pociech insekty to nie przypadkowy incydent, lecz stały element krajobrazu oświatowego w XXI wieku. Frustrację tym większą, że w walce z kąśliwymi, kilkumilimetrowymi pasożytami jedynie w ograniczonym stopniu mogą liczyć na wsparcie placówek edukacyjnych czy instytucji ochrony zdrowia. Zdziwieni rodzice słyszą, że „wszy były, są i będą”, i choć nadal inwazja wszy głowowej definiowana jest na portalach medycznych jako zakaźna choroba pasożytnicza, to obecnie traktowana jest ona trochę jak katar – opiekunowie mają sobie z nią poradzić samodzielnie z pomocą dostępnych bez recepty środków.

Zdziwienie takim podejściem do wszy nie jest całkiem bezpodstawne. Ci, którzy uczęszczali do szkół podstawowych przed rokiem 2004, pamiętają bowiem zapewne, jak w gronie kolegów i koleżanek stali karnie w kolejce do szkolnej higienistki oczekując regularnej, obowiązkowej kontroli czystości głowy i paznokci. Odbywające się całkiem publicznie odkrycie pasożytów kończyło się odesłaniem delikwenta do domu, a nawet – dziś rzecz zupełnie nie do pomyślenia – zaaplikowaniem terapii polegającej na zastosowaniu środka owadobójczego na miejscu. Powrót do życia klasowego obwarowany był koniecznością uzyskania zaświadczenia lekarskiego potwierdzającego oficjalnie, iż delikwent jest – jak byśmy to dziś powiedzieli – „wolny od insektów”. Uznawana za problem społeczny wszawica znajdowała się pod kontrolą państwowych instytucji.

Walka do ostatniej gnidy

Zwyczaje te stanowiły pamiątkę po czasach, gdy różne gatunki wszy były nosicielami groźnych chorób, takich jak tyfus plamisty, dur powrotny, czy gorączka okopowa. Nic dziwnego zatem, że wszawica uznawana była za chorobę zakaźną stanowiącą zagrożenie dla zdrowia publicznego, a w konsekwencji występowanie jej przypadków było ściśle monitorowane. Dzięki postępowi medycyny (antybiotyki i szczepionki) i wynalezieniu silnych środków owadobójczych, choroby te udało się w państwach bogatej Północy wyplenić. Zdjęcia żołnierzy obficie posypywanych „medycznym proszkiem na wszy i komary”, czyli DDT, dziś szokują, choć to dzięki tej toksycznej substancji po raz pierwszy w historii konfliktów zbrojnych tyfus i malaria nie dziesiątkowały armii podczas drugiej wojny światowej. Co więcej, z czasem stwierdzono, że to wesz odzieżowa, a nie głowowa, jest odpowiedzialna za większość niebezpiecznych zakażeń. Równocześnie, wraz z podniesieniem standardów życia i higieny w społeczeństwach wysokorozwiniętych, problem wszawicy ograniczył się do tego stopnia, że obecnie dotyczy przede wszystkim inwazji wszy głowowej, i to w szczególnej grupie, jaką stanowią dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym (4-12 lat).

Wraz z podniesieniem standardów życia i higieny w społeczeństwach wysokorozwiniętych problem wszawicy ograniczył się do tego stopnia, że obecnie dotyczy przede wszystkim inwazji wszy głowowej, i to w szczególnej grupie, jaką stanowią dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym

Taki stan rzeczy doprowadził do zasadniczej korekty polityki wobec wszawicy, a w konsekwencji – do jej swoistej prywatyzacji. Jakkolwiek uciążliwe, insekty te przestały stanowić bowiem bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia swoich żywicieli, zniknęła więc przesłanka uzasadniająca dotychczasowe, radykalne formy kontroli infestacji, o przymusie leczenia nie wspominając. Międzynarodowe towarzystwa medyczne całkowicie zmieniły optykę i zaproponowały nowe, liberalne podejście do zakażenia wszami. Skoro wszy przestały być traktowane jako niebezpieczne, na plan pierwszy wysunięto kwestie związane z prawami i dobrostanem dziecka. Czy publiczna kontrola czystości głowy nie narusza nietykalności osobistej ucznia? Czy odsyłając przed końcem lekcji do domu dziecko, u którego stwierdzono wszy, nie powodujemy jego stygmatyzacji? Podobną wątpliwość wzbudził najskuteczniejszy środek walki z wszami, jakim jest… ogolenie głowy. Zakaz przychodzenia do szkoły czy przedszkola przed całkowitym usunięciem gnid uznano za nieuzasadniony medycznie i szkodliwy. Gnidy nie mogą bowiem przenieść się z jednego żywiciela na drugiego, a ich całkowite usunięcie niekoniecznie jest prostym i szybkim procesem. W rezultacie, bez mocnych przesłanek medycznych, dziecko traci cenne dni nauki w szkole i nabiera zaległości w nauce. Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne nie tylko nie zaleca już trzymania dziecka w domu do czasu zidentyfikowania i zniszczenia ostatniej gnidy, ale wręcz wskazuje, że w przypadku odkrycia pasożytów podczas kontroli uczeń może spokojnie doczekać do końca lekcji. Wieczorem zastosowanie szamponu ze środkiem biobójczym i dokładne wyczesanie włosów powinno wystarczyć do usunięcia osobników dorosłych, tym samym umożliwiając dziecku powrót do zajęć następnego dnia.

Prywatyzacja rozwiązania

Podobne podejście przyjęto także w Polsce w roku 2004. Weszło wówczas w życie „Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie zakresu i organizacji profilaktycznej opieki zdrowotnej nad dziećmi i młodzieżą” oraz zalecenia Instytutu Matki i Dziecka, określające standardy i metodykę pracy pielęgniarki i higienistki szkolnej. Dokumenty te oznaczały koniec przymusowej kontroli czystości uczniów, uznając dotychczasowy sposób ich przeprowadzania za pogwałcenie praw dziecka. Wskazały także, że to opiekunowie odpowiadają za stan zdrowia swoich dzieci, w związku z czym kontrola czystości może się odbywać jedynie za zgodą i na prośbę rodziców.

Ostatecznie rozwiązaniem problemu uporczywej wszawicy w XXI w. okazuje się w Polsce… sąd rodzinny

To pozornie racjonalne i przyjazne rodzinie podejście okazało się w praktyce przerzuceniem odpowiedzialności za rozwiązanie skomplikowanego problemu na słabo do tego przygotowanych rodziców i społeczności szkolne. Wszy nie są bowiem takim samym problemem higienicznym, jak brudne paznokcie czy niedomyte uszy – można się nimi zarazić. Wytępienie wszy nie jest też wcale tak proste, jak wskazywałyby portale zdrowotne. Dlaczego? Po pierwsze, wymaga ono od rodziny posiadania określonych zasobów: zarówno finansowych (trzeba kupić środki biobójcze), czasowych i organizacyjnych (sposób aplikacji produktu ma znaczenie dla jego skuteczności), a także wiedzy (choćby o tym, że skuteczna kuracja wymaga powtarzania działań zgodnie z cyklem rozwojowym insekta). Po drugie, wszy nabierają odporności na niektóre powszechnie stosowane środki, co utrudnia leczenie i zmusza do powrotu do czasochłonnych metod manualnych. Po trzecie wreszcie, jeśli zakażenie dotyczy szerszego grona uczniów (a tak jest zazwyczaj), skuteczna walka z wszami wymaga synchronizacji działań przez wszystkie dotknięte nimi rodziny. Jeśli choć jednej rodzinie w danej placówce zabraknie czasu, pieniędzy lub dyscypliny – problem wszy staje się problemem nawracającym, a nierzadko – uporczywym. Dane z krajów Europy Zachodniej, w których wszawica jest monitorowana wskazują, że problem, niestety, rośnie.

Państwo pomoże? Rynek zaradzi?

Mimo częściowej demedykalizacji problemu w społeczeństwach wolnego świata nie udało się jeszcze przekonać rodziców do tego, by traktowali wszy jak zwierzątka domowe. Co ciekawe, różne społeczeństwa wypracowały rozmaite odpowiedzi na wycofanie restrykcyjnych instrumentów odgórnej kontroli występowania wszawicy.

To pozornie racjonalne i przyjazne rodzinie podejście okazało się w praktyce przerzuceniem odpowiedzialności za rozwiązanie skomplikowanego problemu na słabo do tego przygotowanych rodziców i społeczności szkolne

W USA bardzo szybko rozwinął się rynek produktów i usług adresowanych zarówno do poszczególnych rodzin, jak i instytucji borykających się z wszawicą. Jego roczna wartość szacowana jest obecnie na około 350 milionów dolarów. Jest problem – jest biznes, a że wszy są dużym problemem – okazują się wielkim biznesem. Nieskuteczność domowych prób zmierzenia się z wszawicą doprowadziła do powstania sprofilowanych pod różnych odbiorców firm usługowych, które za odpowiednią odpłatą gotowe są profesjonalnie wymyć i wyczesać zawszone głowy. Możemy więc zawołać Gnidową Wróżkę, która w zaciszu naszego domu rozprawi się z problemem, albo też skorzystać ze stylizowanego na laboratorium Wszowego Butiku, w którym komfort psychiczny i poczucie pewności, że nie marnujemy pieniędzy oddając się w ręce specjalistów zapewnią specjalne odkurzacze do włosów i załoga ubrana w skafandry ochronne. Podobny butik z powodzeniem działa w jednej z ekskluzywnych dzielnic Londynu, zapewniając dodatkowo opiekę psychologiczną dla dzieci i rodziców. Koszt 400 funtów za odwszenie dwóch córek we wspomnianym butiku brytyjska dziennikarka jednej z ogólnokrajowych gazet określiła jako rozsądną cenę. Wyjazdowe załogi obsługują amerykańskie prywatne szkoły, zaś dla najbiedniejszych i nieubezpieczonych instytucje charytatywne otwierają centra pomocy dla zawszonych. Jako że 12 milionów obywateli USA rocznie staje wobec konieczności odwszenia, rynek rozwija się tak dynamicznie, iż powstają już wszowe sieciówki zorganizowane na zasadzie franczyzy.

Zupełnie inaczej do sprawy podeszli Niemcy. Zgodnie z międzynarodowymi zaleceniami wykreślili wszawicę z listy chorób zakaźnych podlegających zgłoszeniu do odpowiednich organów, zostawiając jednocześnie w przepisach furtkę umożliwiającą państwową interwencję w przypadku wystąpienia wszawicy w placówkach publicznych. Dyrektorzy takich placówek mają obowiązek natychmiastowego powiadamiania odpowiednika naszego Sanepidu o pojawieniu się wszawicy wśród personelu lub osób korzystających z usług placówki ze wskazaniem imienia i nazwiska osoby, u której problem wystąpił. Od rodziców wymaga się, by sami zgłosili fakt zidentyfikowania insekta we włosach swego dziecka. Otrzymują wówczas instrukcję postępowania wraz z kalendarzykiem z oznaczonymi kolejnymi krokami leczenia. Taka konstrukcja prawna pozwoliła zachować instrumenty państwowej kontroli nad najbardziej narażoną populacją – dziećmi w wieku szkolnym i przedszkolnym przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedzialności opiekunów za leczenie.

Pod sąd za wszy

W Polsce zastosowano wspomniany mechanizm dobrowolnej zgody rodzica na kontrolę czystości. Jak się łatwo domyślić, nie jest szczególnym wyjątkiem sytuacja, gdy te rodziny, w których problem wszawicy jest uporczywy, odmawiają podpisania podsuwanej im na pierwszej wywiadówce listy. Odmowa taka budzi czujność nauczycieli i innych rodziców powodując, że sama instytucja dobrowolnej zgody staje się powoli własną karykaturą. W rezultacie bywa tak, że kontrola obejmuje wszystkich uczniów z wyjątkiem tych, którzy stanowią źródło zakażenia. Tępienie wszy u pozostałych okazuje się wówczas syzyfową pracą. Rozwiązania, które w zamyśle miały chronić dziecko i upodmiotowić rodzinę łatwo stają się narzędziem stygmatyzacji, przeciw której były skierowane. Co więcej, okazują się zarzewiem nierozwiązywalnego na drodze formalnej konfliktu. Sfrustrowani rodzice próbują wówczas ścieżek, które pamiętają z własnej szkolnej ławy – dzwonią do Sanepidu, zwracają się z apelami do dyrekcji, a nawet… kierują pisma do Ministerstwa Zdrowia.

Możemy zawołać Gnidową Wróżkę, która w zaciszu naszego domu rozprawi się z problemem, albo też skorzystać ze stylizowanego na laboratorium Wszowego Butiku, w którym komfort psychiczny i poczucie pewności, że nie marnujemy pieniędzy, oddając się w ręce specjalistów, zapewnią specjalne odkurzacze do włosów i załoga ubrana w skafandry ochronne

Na stronach tego ostatniego znajdziemy napisane w odpowiedzi na takie zapytania „Stanowisko Departamentu Matki i Dziecka w Ministerstwie Zdrowia w sprawie zapobiegania i zwalczania wszawicy u dzieci i młodzieży”, które jest lekturą bardzo pouczającą. Dokument rozpoczyna się krótkim streszczeniem obowiązującego stanu prawnego i wskazaniem, że publicznym instytucjom odpowiedzialnym za zdrowie nic do wszy, gdyż „ciężar zwalczania wszawicy został przesunięty z działań o charakterze przeciwepidemicznym” na placówki „w których przebywają dzieci i ośrodki pomocy społecznej”. Po tym odżegnaniu się od odpowiedzialności i rytualnym zaklęciu, stwierdzającym, że „istniejące w tym zakresie regulacje prawne są wystarczające dla skutecznej walki z wszawicą”, przechodzimy do zaleceń praktycznych. Ministerstwo Zdrowia zaleca więc dobrą współpracę szkoły z rodzicami, utrzymanie higieny oraz „systematyczną akcję oświatową (pogadanki, materiały informacyjne w formie ulotek) skierowaną do dzieci i młodzieży oraz rodziców”. Po tej niewinnej wyliczance prawd oczywistych Ministerstwo podsuwa wreszcie szkołom pomysł skutecznego rozwiązania problemu. Oto, jak czytamy, „istnieje możliwość, że niektórzy rodzice wyrażą sprzeciw wobec informacji o kontroli higienicznej swojego dziecka, bądź nie podejmą niezbędnych działań higienicznych.” Co w taki przypadku należy zrobić? Poprosić lekarza rodzinnego dziecka o pomoc? Rozpoznać wnikliwie sytuację społeczną i materialną rodziny i zaoferować wsparcie? Nie, jak czytamy, należy „zawiadomić dyrektora placówki, o obawach co do właściwego wykonywania obowiązków rodzicielskich wobec dziecka”, gdyż „brak działań rodziców może […] rodzić podejrzenie o zaniedbywanie przez nich dziecka, a w pewnych przypadkach, podejrzenie o nadużycia popełniane wobec dziecka w jego środowisku domowym”. Tak więc ostatecznie rozwiązaniem problemu uporczywej wszawicy w XXI w. okazuje się w Polsce… sąd rodzinny.

A może by tak zadziałać… wspólnotowo?

Przykład ten stanowi doskonałą ilustrację postaw przyjmowanych przez rodziców wobec pojawiających się w szkołach problemów społecznych, których rozwiązanie wymaga współpracy. W praktyce okazuje się oto, że brak zakorzenionych i przepracowanych modeli wspólnotowych, opartych na zaufaniu i trosce o innych, wpycha wszystkie zainteresowane strony w kierunku rozwiązań opartych na przymusie państwowym.  Gdy ujawnia się problem wszawicy w szkole, szybko pojawiają się żądania, by dziecko, które przyniosło insekty, odseparować od innych dzieci, a jego rodziców przykładnie ukarać. Nadzorować i karać powinna władza, dlatego instancją, do której kierowane są żądania, jest nauczyciel, dyrektor szkoły, a następnie Sanepid. W efekcie dziecko cierpiące na uporczywą wszawicę jest stygmatyzowane w stopniu większym niż w czasach przymusowych kontroli i golenia włosów. Ponieważ zaś żadna z przywołanych na pomoc instytucji nie poczuwa się do odpowiedzialności, wskazując jako jedynych winnych niesubordynowanych opiekunów, ostatecznie dochodzi do czegoś, co można nazwać „kryminalizacją wszawicy”. Niewyposażona w adekwatne instrumenty wpływu szkoła w obliczu własnej bezradności ugina się pod presją pozostałych rodziców i – zgodnie z instrukcją Ministerstwa Zdrowia – uruchamia wymiar sprawiedliwości. Tylko dlaczego kurator wyznaczony przez sąd rodzinny miałby skuteczniej zwalczyć wszy niż szkolna higienistka? Placówkami, w których odsetek dzieci z wszawicą jest najwyższy, są przecież państwowe domy dziecka.

Podejście oparte na założeniu, że wymiar sprawiedliwości rozwiąże lokalne problemy, których źródłem – obok braku wspomnianych wcześniej zasobów rodziny – jest nieodmiennie brak wzajemnego zaufania, jest z góry skazane na niepowodzenie. Bardziej skuteczne w tym kontekście mogłyby być rozwiązania w duchu „komunitariańskie”. Z własnego doświadczenia znam przypadek, w którym ich zastosowanie przyniosło pożądane skutki. W obliczu nawracającej wszawicy, której źródło – mimo wszelkich przepisów o ochronie danych osobowych – było powszechnie znane, rada rodziców postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Jednakże zamiast donosić na nieszczęsną rodzinę do odpowiednich instancji, postanowiono… zdobyć jej zaufanie. Odwiedziny w mieszkaniu szybko wyjaśniły przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. W efekcie dzięki pomocy w sprzątaniu, zakupie ze środków rady odpowiednich szamponów i grzebieni opatrzonych praktycznym instruktażem, udało się zamknąć temat wszy na niemalże rok, kiedy to pojawił się kolejny uczeń wymagający przeprowadzenia podobnego ćwiczenia z budowy kapitału społecznego.

Rozwiązania, które w zamyśle miały chronić dziecko i upodmiotowić rodzinę, łatwo stają się narzędziem stygmatyzacji, przeciw której były skierowane

Niestety tam, gdzie zabraknie mechanizmów społecznych pozwalających na rozwiązanie trudnych sytuacji poprzez komunikację, perswazję i mediacje (a może ta odmawiająca współpracy rodzina potrzebuje jakiegoś wsparcia od reszty wspólnoty?), następuje zwrot ku instytucjom państwowym z oczekiwaniem, że rozwiążą one problem przy pomocy środków przymusu. Wielu rodziców wcale nie traktuje bowiem szkoły jako miejsca, za które współodpowiada cała społeczność: nauczyciele, uczniowie i rodzice. Choć prawo oświatowe otwiera rodzicom możliwość współzarządzania szkołą, ci w praktyce rzadko z niej korzystają. Wolą traktować szkołę z pozycji petenta/klienta: jak urząd, względnie firmę, od której się wymaga, nie zaś przestrzeń, którą się współtworzy.

W takiej szkole polskie dzieci spędzają dużą część swojego życia. Zbyt często widzą, jak ich rodzice interesują się głównie powierzchownymi wynikami w nauce i utrzymaniem świętego spokoju. Wywiadówki zamieniają się w festiwal sprzecznych oczekiwań, podczas których zdezorientowani nauczyciele bombardowani są żądaniami, by dzieci miały mniej sprawdzianów, a jednocześnie osiągnęły wyniki pozwalające dostać się do elitarnych szkół na kolejnym etapie edukacyjnym. Jednocześnie gros rodziców przyjmuje bierną postawę, oczekując od kierownictwa placówki, by rozwiązało ich problemy, własne zaangażowanie ograniczając do okresowego udziału w zebraniach, lekturze e-dziennika (polegającej na śledzeniu postępów w nauce własnego dziecka) i opłacaniu wycieczek czy obiadów. W ten sposób udzielają dzieciom najdotkliwszej lekcji wychowania obywatelskiego, pokazując jak w praktyce traktować nie tylko szkołę, ale i… własne państwo. Nic dziwnego, że dominuje model obywatela – petenta, oczekującego od polityków magicznego rozwiązania problemów i przeceniającego moc sprawczą władzy. Tej boleśnie praktycznej antyedukacji obywatelskiej nie wyprostuje żadna dobrze przeprowadzona lekcja wiedzy o społeczeństwie.

 

 

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, ekspert ds. zdrowia, kierownik Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Wszy a sprawa polska”

  1. Dragosz pisze:

    Wszystko fajnie, tylko dlaczego zostało umieszczone zdjęcie z mszycą? :d Czyżby ktoś nie odrobił zadania domowego?:)

  2. Tomasz Kornaszewski pisze:

    Zalecam pani autor zapoznanie się z sytuacją wszawicy w szkołach brytyjskich – coś takiego nie występuje w najgorszych dziurach w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz