Newsletter

Wojna pokoleń nadchodzi

Matyja w „Wyjściu awaryjnym” ukazał intelektualną nędzę dużej części własnego pokolenia: wobec wyzwań świata A.D. 2018 pozostaje ono bezradne. Czy młodsze znajdzie lepszą drogę?

Rafał Matyja – rocznik 1967, weteran bojów prawicy lat 90-tych i początków XXI wieku – zrobił coś, czego dobrze wychowanym chłopcom i dziewczynkom, urodzonym najwcześniej w ostatniej dekadzie PRL, robić nie wypadało. A przynajmniej tak uważali, choć niejeden miał na to ochotę. Ukazał intelektualną nędzę dużej części własnego pokolenia (i pokolenia starszego); pokazał, że wobec wyzwań świata A.D. 2018 pozostaje ono bezradne, ponieważ go nie rozumie i posługuje się przestarzałymi kategoriami myślowymi. I wskazał, kto może to odmienić, a apel ten najmocniej wybrzmiał w słowach: „Jeżeli młode pokolenie, wszystko jedno: trzydziestolatków czy nawet dwudziestolatków, nie dostrzeże w tym anachronizmie intelektualnym obecnej elity politycznej swojej szansy, jeżeli nie weźmie się za solidną rewizję historii i narodowego imaginarium, to zmarnuje swoją największą szansę. Co więcej, zmarnuje naszą wspólną szansę na wyjście z klinczu, którego przyczyną jest przede wszystkim intelektualne uśpienie pokolenia twórców III Rzeczypospolitej”.

Matyja twierdzi, że politycy znaleźli się w wygodnej sytuacji, w której jałowy spór zastąpił im potrzebę wzmocnienia państwa czy zmierzenia się z wyzwaniem naszej półperyferyjności

Nową książkę Matyi pt. „Wyjście awaryjne”, z której pochodzi ten cytat, przyjąłem dość osobiście. Skierowana jest bowiem bezpośrednio do nas – do pokolenia, którego najstarsi przedstawiciele kończyli w schyłkowym PRL podstawówkę, najmłodsi zaś rodzili się na początku III RP. To głos do nas, i to nie głos samozwańczego mentora, ale naukowca i publicysty, z którym liczą się zarówno lewicowcy, liberałowie, jak i „Nowa Konfederacja”, której stałym współpracownikiem jest Matyja. To przesłanie dla generacji upupianej przez przedstawicieli starszego pokolenia polityków, dla pokolenia, które – zdaniem Matyi – ma za zadanie wyprowadzić Polskę i Polaków z pułapki, „która odebrała wielu obywatelom zdolność krytycznego myślenia, pozbawiła media nawyku bezstronności, zredukowała debatę publiczną do poziomu emocjonalnych deklaracji lojalności wobec narracji jednej ze stron”.

 

Wojna na górze i na dole

W obecnej sytuacji uczestnicy debaty publicznej znaleźli się jakby w równoległych rzeczywistościach, a podział ten z grubsza pokrywa się z podziałem pokoleniowym. Rzecz nie w tym, by „nie ufać nikomu po czterdziestce”; to byłoby powielanie wiecznego schematu wojny pokoleń, w którym i my niepostrzeżenie zostaniemy już niebawem wyzwani na pojedynek przez nasze dzieci. Tym bardziej że podziały te nie są takie proste – i w pokoleniu starszym i „średniostarszym” można znaleźć ludzi „intelektualnie rozbudzonych”, z kolei wśród tzw. młodych można znaleźć licznych mentalnie zgrzybiałych, samozwańczych przedstawicieli trzeciego, a może już czwartego pokolenia AK. Rzecz w tym, by bez względu na ideowe afiliacje wykorzystać „window of opportunity”, w którym jesteśmy, te dwadzieścia kilka lat, podczas których już nie terminujemy, a jeszcze nie odcinamy kuponów – o ile w ogóle zdołamy wypracować w tym czasie jakiś kapitał – do odnalezienia „wyjścia awaryjnego”.

Obecnie mamy do czynienia z wojną „na górze”, między poszczególnymi stronnictwami, i „na dole”, między wspierającymi je częściami społeczeństwa. Jak pisze Matyja, „wojna na górze była racjonalnym wyborem polityków, którzy nie chcieli – jak część ich poprzedników – ryzykować przedłożenia abstrakcyjnego interesu państwa nad realny i konkretny interes partii. Zamiast potraktować upadek postkomunizmu w latach 2004-2005 jak nowy moment konstytucyjny i dokonać naprawy państwa, wykorzystali tę okazję do budowy nowego bipolarnego systemu partyjnego. (…) Politycy obu ugrupowań wiedzieli, że na wyborze zyski mogą liczyć tylko wtedy, gdy znajdą się w ostrym sporze o wszystko. O to, co ich realnie dzieli, a gdy tego zabraknie – o rzeczy całkowicie zmyślone, ale budzące emocje wyborców”. Mimo ostrego konfliktu między nimi, tak naprawdę bardzo wiele ich łączy. I oddziela od „nowego pokolenia”. To właśnie dlatego ludzie przez partyjnych żołnierzy i kiboli nazywani pogardliwie „symetrystami” lub „rozkraczonymi”, czują się jak w wariatkowie, gdy słyszą o opanowanej przez ubeków Platformie Obywatelskiej, której lider Donald Tusk zmówił się z Putinem, by strącić prezydencki samolot nad Smoleńskiem, lub z drugiej strony – o pisowskich sotniach katotalibanu, chcących wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Chwytamy się za głowę i mówimy: ale przecież to wszystko nieprawda! A jednak – to działa.

Matyja twierdzi, że dzięki temu politycy znaleźli się w wygodnej sytuacji, w której jałowy spór zastąpił im potrzebę wzmocnienia państwa (nie mylić z centralizacją!) czy zmierzenia się z wyzwaniem naszej półperyferyjności. Rządy przestały być reformatorskie, stały się demokratyczne, coraz częściej orientując się „na potrzeby wyborców, na ich sposób rozumienia świata. Nawet jeżeli wymagało to ostentacyjnego lekceważenia mądrej polityki”. Stało się tak dlatego, że obozowi politycznemu Jarosława Kaczyńskiego udało się narzucić język mówienia o rzeczywistości, którym posługują się obie strony polsko-polskiej wojenki (Matyja powołując się na Roberta Krasowskiego wskazuje, że „w epoce Kaczyńskiego wcale nie musi rządzić Kaczyński”, a PO wystarczy być anty-PiSem). „Rządząca generacja okopuje się na zdobytych pozycjach, często serwując nam powtórkę z transformacyjnej nowomowy lub zarzucając infantylnymi argumentami pełnymi patriotycznych i populistycznych emocji”. W tym układzie Polska jest areną walk akowców z ubekami, konserwatystów z lewakami i niepodległościowców z kosmopolitami. Nie oznacza to, że spór ten może wygrać tylko konserwatywny obyczajowo (przynajmniej w swoich deklaracjach) niepodległościowiec – batalia może wypaść także na korzyść lewaka-internacjonała, grunt, żeby umiejętnie odegrał swoją rolę w ramach tego imaginarium. Gdy próbujesz je unieważnić przez wchodzenie w spór z wynikającymi z niego uproszczeniami myślowymi, przegrywasz na starcie, ponieważ przyjmujesz ten język.

Matyja krytykuje republikanizm, ale sam przedstawia propozycje z gruntu republikańskie – takie jak samorządność czy traktowanie narodu jako wspólnoty losu, niekoniecznie opartej na etnicznym pokrewieństwie

Dlatego w „Wyjściu awaryjnym” znajdziemy głównie okruchy poglądów na temat tego, jak mamy wzmocnić państwo, czy jak kształtować naszą politykę europejską. Bo i nie o tym jest ta książka. Tyczy się ona kwestii wcześniejszej niż konkretne rozwiązania polityczno-ustrojowe – języka, który kształtuje nasze wyobrażenie o rzeczywistości. Zamiast spierać się z obecnym, trzeba stworzyć nowy: zastąpić stare ramy debaty tymi, które bardziej odpowiadają współczesnej rzeczywistości. Przedstawiając swoje propozycje rewizji tych ram Matyja najpierw czyści przedpole, rozprawiając się z „mrzonkami” republikanizmu i konserwatywnego elitaryzmu. Boli zwłaszcza to pierwsze, jako że republikanizm stanowi dość istotny element tożsamościowy środowiska „Nowej Konfederacji”. Uwagi krytyczne – w dużej mierze słuszne – traktowałbym jednak jako efekt wieloznaczności pojęcia „republikanizm”, które jest dziś na prawicy bardzo modne. Republikanizm rozumiany jako tęsknota „za społeczeństwem obywatelskim i szeroką partycypacją w sprawach publicznych” nie musi wcale kończyć się obywatelskim romantyzmem pod znaku wiary w zbawczą moc ordynacji większościowej czy budżetów partycypacyjnych. Także krytyka klientelizmu i partyjniactwa nie musi oznaczać negacji znaczenia tych mechanizmów w polityce: to nie jest gra zerojedynkowa. Jednocześnie republikanizm traktowany jako obywatelska utopia umiaru może być latarnią, dającą nadzieję na wspólnotę polityczną, w której znaczenie mają nie tylko zapasy liderów partyjnych i podległych im spin doktorów. Zwłaszcza, że sam Matyja przedstawia propozycje, które są z gruntu republikańskie – takie jak samorządność czy traktowanie narodu jako wspólnoty losu, niekoniecznie opartej na etnicznym pokrewieństwie.

 

Nowa tożsamość

Tyle, jeśli chodzi o wizje zanegowane. Te pozytywne Matyja rysuje dość szeroko. Jest w nich oczywiście odblask jego własnej wizji świata – są jednak wystarczająco szerokie, by stanowić punkt odniesienia w dyskusjach. Nie chodzi jednak o to, by wygasić możliwe konflikty, ale by dotyczyły one kwestii istotnych. Matyja uważa, że powinniśmy przemyśleć nasz stosunek do historii, by wyrwać się z sytuacji, w której „wyobraźnia historyczna nobilituje patriotyczny gest, lekceważy ułatwiający życie innym konkret”, co obrazowo przedstawia na przykładzie, w którym „kilkuosobowa konspiracja bardziej przykuwa uwagę niż pojawienie się oświetlenia w miastach czy asfaltowych dróg”. Ten stan rzeczy zaczyna się już zmieniać, dzięki licznym inicjatywom oddolnym, co jednak pozostaje poza głównym nurtem, w którym „szkoła kształtuje emocjonalny stosunek do narodowej zdrady, ale w zasadzie pomija kwestie uczuć związanych z panującym dookoła porządkiem kapitalistycznym”. Innym elementem nowego imaginarium, pomagającym rozbić warszawocentryczne i centralistyczne myślenie o Polsce, ma być „dobrze funkcjonująca sieć miejska”. Postulaty lokalistyczne pokazują, że „dylemat: sprawność państwa czy decentralizacja jest z gruntu fałszywy”. Matyja jako dominujące imaginarium chętnie widziałby „wizję narodu politycznego, wspólnoty wszystkich obywateli włączonej w szerszy europejski system polityczny”.

Jedna z mocniejszych deklaracji pada w miejscu, w którym, zdaniem Matyi, „głównym obszarem sporu pokoleniowego powinna stać się (…) nowa tożsamość. Budując ją, warto dostrzec dwie istotne tendencje, charakterystyczne dla całego nowego pokolenia: narodową i etatystyczną. Ta pierwsza nie pozwala na rezygnację z dyskusji o tym, czym jest polskość, ta druga – na lekceważenie aktywnej roli państwa jako narzędzia panowania narodu nad własnym losem”. Od siebie dodam, że ten zwrot w postrzeganiu rzeczywistości widać także w popkulturze. O ile kilkanaście lat temu Kazik Staszewski śpiewał, że „socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny”, o tyle dziś w piosence „Kapitan Polska” zespołu Lao Che słyszymy: „dom dwupokojowy, wczoraj ludowy, dziś kartonowo-gipsowy”.

Tak zarysowany spór o nowe imaginarium przenosi nas w zupełnie inne wymiary niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Wyostrzając nieco tezy Matyi, można stwierdzić, że współczesny względnie młody prawicowiec (żonata/mężata i dzieciata trzydziestokilkuletnia osoba z nastoletnim doświadczeniem na rynku pracy i pierwszymi siwymi włosami na skroni może uchodzić za „młodą” tylko wtedy, gdy i pięćdziesięcioletni premier uchodzi za świeżą krew w polityce) jeszcze wczoraj mógł się ze swoim starszym kolegą w pełni zgadzać w takich kwestiach, jak np. konieczność postawienia twórców stanu wojennego przed sądem, czy bycie „za” lub „przeciw” akcesji do UE. Ale to było wczoraj. Dziś obu jest coraz trudniej porozumieć się ze sobą, ponieważ te kwestie są już nieaktualne, a jeden z nich nie przyjął tego do wiadomości. Nasz prawicowiec nadaje już na innych falach – na tych samych, co młody demokratyczny liberał czy socjaldemokrata, którzy tak jak i on mentalnie żyją w drugiej dekadzie XXI wieku. Przepracowali intelektualnie postkomunistyczne spory, przetrawili złożoność współczesnego kapitalizmu oraz blaski i cienie instytucji państwowych. To się dzieje naprawdę: podczas różnych dyskusji czy nawet wspólnych projektów. Wyrazem tendencji jest daleko idące złagodzenie tonu sporów na linii intelektualna prawica-lewica. I istnieje świadomość tych przecięć, czego dowodem jest np. niedawny tekst Piotra Trudnowskiego z Jagiellonski24.pl o tym, że mamy „czas egzotycznych sojuszy”. Wymienia w nim 7 tematów, które są bliskie środowiskom będącym poza prawicowym i „lewicowo-liberalnym” mainstreamem – takie jak np. deglomeracja, system emerytalny czy rynek pracy.

 

Niebezpieczeństwa kompromisu

W tym tkwi ogromny potencjał intelektualny. Jednocześnie widzę tu pewne zagrożenie. Poczucie wspólnoty może nie tyle poglądów, co sposobów myślenia, jest kojące, jednak nie może przesłaniać świadomości, że oprócz tego, nowo odkrytego wymiaru, cały czas funkcjonuje także ten stary. Zauroczenie wspólnotą pokoleniową może skutkować także abdykacją z krytycyzmu, a także porażką w sporach już na nowych placach bojów. Także w ramach sporów o historię, państwo czy tożsamość narodową może dochodzić do ostrych starć natury ideowej.

Przykładowo nie da się opowiedzieć historii Polski XX wieku bez PRL, wraz z zagospodarowaniem Ziem Odzyskanych, industrializacją, alfabetyzacją i wędrówkami ze wsi do miast. Musimy umieć mówić o modernizacji w tym okresie także abstrahując od historii politycznej. PRL nie był „czarną dziurą”, w trakcie której nic sensownego się nie działo. Problem w tym, że dziś zaczynamy mieć do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Z PRL spada odium okresu przeklętego, a pojawia się coś na kształt nowej nostalgii. W artykułach i wypowiedziach lewicowych publicystów czy niektórych działaczy Partii Razem pobrzmiewa ton, że w sumie „Polska Ludowa” była swoistym państwem opiekuńczym, jak Szwecja czy Norwegia. Brak demokracji i zależność od ZSRR to w tym układzie jej jedyne grzechy. Jednak co do zasady, gdyby usprawnić to lub owo, i dać np. robotnikom większy wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami, to w ówczesnych realiach geopolitycznych wszystko byłoby w porządku, a może nawet lepiej, niż dziś. Ta wizja funkcjonuje w zupełnym oderwaniu od logiki realnego socjalizmu.

Takie podejście absolutnie nie może stać się częścią zbiorowego wyobrażenia o historii. Dyskusja o systemie gospodarczym realnego socjalizmu otrzepana z martyrologii potrafiłaby ukazać, jaki wpływ miał PRL na miliony swoich obywateli (niekoniecznie na tysiące opozycjonistów). Nie byłaby wcale czczym antykwaryzmem, bowiem to, w jaki sposób widzimy przeszłość, mówi także wiele o tym, jak widzimy przyszłość. Choćby w kontekście „tendencji etatystycznej” nowego pokolenia. Na pytanie, czy więcej państwa, czy rynku, nie da się udzielić dobrej odpowiedzi, bo jest źle postawione; ponadto państwo nie oznacza tylko „gospodarki”. Jednocześnie od takiego podziału zupełnie nie uciekniemy – i gdy mówimy czy to o transporcie zbiorowym, oświacie czy opiece zdrowotnej, to dyskusja także te kwestie musi poruszyć. A tęsknota za „państwem opiekuńczym” naszych rodziców zbiega się też z krytycyzmem wobec realnego kapitalizmu. Jednak „młodsze pokolenie o wyraźnie bardziej lewicowej wrażliwości” nie tyle wskazuje na jego wady, czy „błędy i wypaczenia”: ono często potępia kapitalizm w czambuł, tolerując jego istnienie jedynie w ramach współczesnej odmiany reformizmu. Nawet zgadzając się z niektórymi diagnozami czy proponowanymi remediami, trzeba też zadać pytanie o wymarzony punkt dojścia – czy jest nim system oparty o paradygmat prywatnej własności środków produkcji (ze świadomością, że w XXI wieku znaczy to coś zupełnie innego, niż w XIX) i rynek, choć z licznymi regulacjami i silną redystrybucją, czy jednak własność upaństwowiona i centralne planowanie. To fundamentalna kwestia, która rozstrzyga, czy zależy nam na ulepszaniu niedoskonałego systemu, jaki mamy dziś, czy na powolnym podkopywaniu jego fundamentów z nadzieją na jego ostateczne obalenie, nawet jeśli odbędzie się to na drodze ewolucji.

W artykułach i wypowiedziach lewicowych publicystów pobrzmiewa ton, że „Polska Ludowa” była swoistym państwem opiekuńczym, jak Szwecja czy Norwegia. Takie podejście absolutnie nie może stać się częścią zbiorowego wyobrażenia o historii

Takich sporów jest więcej. Nawet jeśli okaże się, że istnieje konsensus, jeśli chodzi o koncepcję narodu przedstawioną przez Matyję, to zupełnie inaczej możemy rozumieć to, jaka jest nasza wspólnota losu. Można za cel postawić sobie biologiczne przetrwanie, można też dążyć do imperialnej wielkości, a można forsować mesjanistyczną wizję na granicy poezji, czy marzyć o polskości jako zbiorowej nadziei na przekroczenie późnej nowoczesności. Część prawicy może nie zajmować się na co dzień tematyką obyczajową, ostatecznie jednak jakieś decyzje np. w sprawie różnych projektów dotyczących aborcji zostaną przez polityków podjęte. Dopóki funkcjonujemy na płaszczyźnie wygodnego „kompromisu”, dopóty łatwo okazywać swoje désintéressement – jednak dla intelektualnej lewicy ta tematyka zawsze była równie istotna, co dla traktowanych przez niektórych z pogardą „staroświeckich”, narodowych katolików. Prędzej czy później może dojść do sporu, w którym dla obrony podstawowych wartości trzeba będzie ostro skrzyżować pióra z tymi, z którymi tak miło nam się dzisiaj konferuje.

To tylko niektóre z potencjalnych punktów zapalnych. Matyja ma rację, wskazując na konieczność pokoleniowego obalenia współczesnych przyzwyczajeń myślowych. Pamiętajmy jednak także, że już dziś toczy się spór o to, jaką opowieść o świecie będą zwalczać nasze dzieci. Istotne jest zarówno to, by ten spór nie uniemożliwił współpracy, ale i by orientacja na zgodę nie doprowadziła do nieszczerych kompromisów.