Newsletter

Polska ma szczęście w demograficznym nieszczęściu

Gdyby było tak, jak jest w Niemczech, gdzie ludzie po prostu nie chcą mieć dzieci, to „Rodzina 500+” ani inne działania nic by nie dały. Ten program jest idealnie skalibrowany na wzrost dzietności.

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W roku 2050 wg prognoz GUS połowa Polaków będzie miała ponad 50 lat, co oznacza coraz większą liczbę ludzi niesamodzielnych, wymagających stałej opieki, niedobór kadr… Czy Polska jest przygotowana na narastające problemy demograficzne?

Co do zasady długowieczność nie jest plagą. Dziesiątki czy setki lat modliliśmy się o to, by być długowiecznymi. Owszem, wchodzimy w obszar szybkiego starzenia i tu trzeba zrobić sporo, zwłaszcza w ochronie zdrowia, by się przygotować. Ale też jesteśmy na to gotowi sami z siebie: żyjemy w lepszym zdrowiu, lepszej kondycji, poprawiły się nasze nawyki. Dzisiejsi 40-50-latkowie – z całym szacunkiem do poprzedniego pokolenia – to zupełnie inni ludzie, bardziej otwarci na nowe umiejętności, zdolni do tego, by pracować dłużej i bardziej efektywnie. Są na to przygotowani, całe życie spędzili już w wolnej Polsce, ich sposób funkcjonowania jest dopasowany do otaczającej nas rzeczywistości.

A jednak rząd obniża wiek emerytalny. Czy ta strategia się utrzyma?

Zasadne jest z pewnością przekonywanie Polaków, żeby pracowali dłużej. Zresztą model wyliczania emerytury ewidentnie do tego zachęca, bo dłuższa aktywność przekłada się na wyższe świadczenie.

Zwróćmy uwagę, że do 2013 roku Polska była krajem emigracji, nieprzyjaznym imigrantom. Była na końcu stawki w UE jeśli chodzi o przyjmowanie imigrantów, a w 2016 i 2017 staliśmy się wręcz liderem w tym zakresie

Ze względów demograficznych zmienia się sytuacja na rynku pracy. Jeszcze nie tak dawno mieliśmy do czynienia z problemem bezrobocia, dziś brakuje rąk do pracy i ten trend będzie się pogłębiał. Jak sobie z tym poradzimy?

To nie jest tylko i wyłącznie związane z demografią, ale też z szybko rozwijającą się gospodarką. Firmy tworzą miejsca pracy. Mamy dziś 16,5 mln ludzi pracujących – to jest najwięcej od 1989 roku. Faktycznie napływy osób urodzonych w wyżach demograficznych lat 70. i 80. powoli się kończą, więc potencjalnych pracowników jest nieco mniej i gospodarka odczuwa kadrowe braki. Podstawową odpowiedzią na to powinna być próba aktywizacji tego potencjału, który jest wciąż w Polsce – dość dużej grupy biernych zawodowo, długotrwale bezrobotnych, osób, które są z dala od rynku pracy, a mogą pracować.

Tyle że tę grupę bardzo trudno zaktywizować…

Ale to trzeba robić. Należy też działać na innych frontach – próbować przekonywać naszych emigrantów do powrotu do Polski, zwłaszcza w obliczu Brexitu. Kolejna sprawa to próba prowadzenia polityki migracyjnej, której za naszych poprzedników w ogóle nie było. Myślę o zachętach do pracy dla osób bliskich kulturowo, z sześciu państw objętych procedurą uproszczoną (Armenia, Białoruś, Gruzja, Mołdawia, Rosja i Ukraina – przyp. JP) – by zachęcić te osoby, żeby powstawały w Polsce na dłużej, przekonać też pracodawców, żeby w te osoby inwestowali. Możemy o nie konkurować z Zachodem, który też odczuwa braki kadrowe. Nad planami w zakresie polityki migracyjnej pracuje teraz zespół pod kierownictwem ministra Jerzego Kwiecińskiego. Można też myśleć o drenażu mózgów na całym świecie – o ściąganiu specjalistów wysokiej klasy do Polski.

Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat tworzono niezbyt dobry klimat wokół migracji.

To zależy, z której strony patrzeć. W ostatnich dwóch latach mamy spektakularne zmiany jeśli chodzi o liczbę pracujących w Polsce osób ze Wschodu. Teraz jest ich milion, a nie słyszymy żadnych doniesień o jakiejś nietolerancji, złym traktowaniu tych ludzi, a z drugiej strony – o tworzeniu się grup przestępczych, diaspor… Około 90% tych ludzi pozytywnie ocenia polskich pracodawców. Więc przechodzimy przez ten proces wręcz wzorowo.

Zwróćmy uwagę, że do 2013 roku Polska była krajem emigracji, nieprzyjaznym imigrantom. Była na końcu stawki w UE jeśli chodzi o przyjmowanie imigrantów, a w 2016 i 2017 staliśmy się wręcz liderem w tym zakresie.

A jak namówić naszych emigrantów do powrotu? Coraz więcej ludzi wyjeżdża.

Nieprawda, dynamika jest malejąca. Jest, owszem, coraz więcej ludzi, którzy przebywają za granicą dłużej, ale dynamika emigracji maleje. A żeby zachęcić tych ludzi do powrotu, trzeba mieć najpierw wiedzę o tym, czego oni by potrzebowali, by wrócić. Byłem zaskoczony, że nikt takiego badania dotąd nie przeprowadził. Może emigranci mają przekonanie, że Polska nadal jest krajem o niskich zarobkach, a może myślą na przykład, że tu nie ma miejsc w przedszkolach – chociaż miejsca są? A może boją się tzw. twardej polityki? Wyimaginowanego zamachu na demokrację? My w tym momencie takie badania realizujemy i na ich podstawie postaramy się sami sobie odpowiedzieć na pytanie, co by zachęciło emigrantów do powrotu, i adresować taką ofertę do nich na podstawie wiedzy, a nie intuicji.

Mamy niezwykle niski wskaźnik dzietności w porównaniu z innymi krajami Europy. Zrozumiałe, że jest on niższy niż w bogatych krajach takich jak np. Szwecja. Ale czemu niższy od Czech, Litwy, Węgier, Słowacji?

W ciągu ostatnich dwóch lat dzietność bardzo wzrosła. GUS jeszcze liczy ten wskaźnik za 2017 r., ale wg naszych wstępnych szacunków wskaźnik ten wynosi 1,45 (w 2015 r. było to 1,32). Więc polityka rządu przynosi efekty.

Polski fenomen co do zasady polega na tym, że mamy dużo szczęścia w naszym demograficznym nieszczęściu. Polacy chcą mieć ponad dwoje dzieci – tak mówią nam w badaniach. Kiedy pytamy, dlaczego nie realizują swoich marzeń, to gremialnie odpowiadają, że powody są ekonomiczne i związane z godzeniem ról zawodowych i rodzinnych. Dlaczego to jest szczęście? Bo akurat na te czynniki państwo może wpływać, może diagnozować i niwelować te bariery. Gdyby było tak, jak jest w Niemczech, gdzie ludzie po prostu nie chcą mieć dzieci, to „Rodzina 500+” ani inne działania nic by nie dały. Ten program jest idealnie skalibrowany na wzrost dzietności, na zmianę tego dominującego w Polsce modelu rodziny „2+1” na co najmniej „2+2”, jeśli nie „2+3”. Jeżeli boimy się o ekonomiczną przyszłość, to „500+” te lęki redukuje, bo nie ma tam kryterium dochodowego. A jest jeszcze „Maluch Plus”, program rozwijający placówki opieki nad małymi dziećmi, a w styczniu powstała duża nowelizacja ustawy, uelastyczniająca zasady prowadzenia tych placówek w duchu zaufania do prowadzących i do rodziców. W ciągu jednego roku może powstać 35 000 miejsc w tych placówkach dzięki dokonanym zmianom. Wcześniej powstawało ich ok. 4 tys. rocznie. Przeskok jest nadzwyczajny.

Dzięki lepszym warunkom, osoby wychowujące dzieci mogą także zrezygnować z ewentualnych decyzji o emigracji – bo po co emigrować, skoro sytuacja nie jest znacząco gorsza niż np. w Irlandii?

A jaką mamy pewność, że ten wzrost jest spowodowany „500+”, a nie ogólnie dobrą koniunkturą gospodarczą i niższym bezrobociem?

Takich dokładnych badań nikt nie zrobi. Nie da się odcedzić wszystkiego. Oczywiście sytuacja na rynku pracy bardzo pomaga, bo jest w Polsce ewidentna korelacja między wskaźnikiem bezrobocia a dzietnością – im wyższe bezrobocie, tym niższa dzietność. W innych krajach nie zawsze jest taki silny związek. Przede wszystkim od kwestii ekonomicznych zależy decyzja o drugim i każdym kolejnym dziecku, w mniejszym stopniu – o pierwszym.

Przypomnę jednak, że w październiku 2014 r. GUS przewidywał, że w 2017 r. urodzi się 346 tys. dzieci, a urodziły się 403 tysiące. Skoro prognoza przeprowadzona stosunkowo niedawno wskazywała 60 tysięcy dzieci mniej, to znaczy, że program miał tu swój udział. A także inne narzędzia polityki rodzinnej, które można już uznać za rozwiązania systemowe – długi urlop rodzicielski, Karta Dużej Rodziny, ulgi podatkowe, więcej miejsc w przedszkolach, za chwilę dla najmłodszych dzieci m.in. w żłobkach. To wszystko powoduje, że Polacy czują się bezpieczniej i decydują się na dzieci.

Jednak ze względu na program znacząco obniżyła się aktywność zawodowa – zwłaszcza młodych kobiet. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że to dobrze, że to osoby, które nie chciały pracować, ale generalnie eksperci biją na alarm…

Praca jest wartością i co do zasady dobrze, jeśli w gospodarce pracują wszyscy, którzy mogą. Program „500+” nie miał za zadanie nikogo zdezaktywizować: wskazuje na to choćby to, że od drugiego dziecka w górę nie ma kryterium dochodowego, więc nie trzeba rezygnować z pracy, by dostać świadczenie. Program miał dać możliwość większego wyboru. To, że czasowo matka – zwłaszcza np. trzeciego i kolejnego dziecka – chce je doglądać, lepiej wychować, wykształcić, to dla nas jako dla wspólnoty nie jest stratą.

Dzięki lepszym warunkom, osoby wychowujące dzieci mogą także zrezygnować z ewentualnych decyzji o emigracji – bo po co emigrować, skoro sytuacja nie jest znacząco gorsza niż np. w Irlandii? Trzeba więc na to spojrzeć z perspektywy rachunku ciągnionego.

Niemniej z pokorą przyjmujemy te dane. Spadek tego wskaźnika nie jest jednak aż tak drastyczny. Jeśli chodzi o kobiety ogółem – to wskaźnik stoi w miejscu. Faktycznie, co pokazuje badanie IBS, aktywność zawodowa spadła wśród kobiet z trojgiem lub więcej dzieci. Wprowadzenie tak dużego programu zawsze powoduje efekt na rynku pracy, tylko kluczowe jest, by spojrzeć na to z perspektywy kontekstu. Jeśli pracuje w Polsce 16,5 mln ludzi, to te 100 000 osób, które rezygnują z pracy, to niewielki odsetek.  Nie wiemy też, czy te osoby dezaktywizują się na stałe. Jeśli tak by było, to mógłby to być problem, ale ja mam nadzieję, że w swoim czasie te osoby wrócą do pracy. Wystarczy spojrzeć na wykształcenie tych pań, które rodzą: ponad 50% z nich ma dyplom uczelni. One mają ambicje zawodowe.

„Rodzina 500+” to istotne obciążenie dla budżetu państwa (24,5 mld w 2018). Projekt krytykował m.in. były minister finansów Paweł Szałamacha. Wiadomo, że budżet nie jest z gumy i żeby w jednym miejscu zwiększyć wydatki, trzeba albo obciąć w innym miejscu, albo zwiększyć wpływy. Czy stać nas na „500+”?

Nie zgadzam się, że to duży wydatek jak na nasze nieszczęście demograficzne. Jeden procent PKB – bo to taki rząd wielkości – to nie jest kwota nie do udźwignięcia, zwłaszcza wobec tego, jak wzrosły wpływy z VAT-u. Samo wyrzucenie z systemu złodziei, którzy okradali państwo na VAT, finansuje ten program z nawiązką. Owszem, „500+” to spory wydatek, ale nie oszałamiający. Na emerytury i renty rocznie wydajemy około 250 mld złotych, czyli dziesięciokrotnie więcej.

Jest taki paradoks: kiedy budujemy drogi i autostrady, to mówimy, że zwiększamy nasz kapitał, a kiedy inwestujemy w ludzi, mówimy, że to marnotrawstwo. To kompletny absurd. Przecież to człowiek jest dla państwa inwestycją najważniejszą!

Trzeba też pamiętać, że wydatki na politykę rodzinną, jeśli są dobrze skrojone, nie są marnotrawstwem, tylko inwestycją. Jest taki paradoks: kiedy budujemy drogi i autostrady, to mówimy, że zwiększamy nasz kapitał, a kiedy inwestujemy w ludzi, mówimy, że to marnotrawstwo. To kompletny absurd. Przecież to człowiek jest dla państwa inwestycją najważniejszą! I najcenniejszym aktywem.

Jakie Pan widzi najważniejsze wyzwania w polityce rodzinnej na najbliższe lata?

Po pierwsze – monitoring programu „500 +”, jego cyfryzacja (umożliwiamy np. składanie wniosków w wersji elektronicznej). Po drugie – rozwój Karty Dużej Rodziny i aplikacji mobilnej. W zeszłym roku uruchomiliśmy pierwszy w Polsce pełny e-dokument – Kartę Dużej Rodziny na smartfony; można z niej korzystać w pociągach, na stacjach benzynowych… Oddaliśmy organizacji pozarządowej akwizycję partnerów biznesowych do Karty Dużej Rodziny. Dzięki temu mamy 350% partnerów więcej w skali roku.

Kolejny obszar to duża nowelizacja ustawy o pieczy zastępczej w kierunku deinstytucjonalizacji. Oznacza to między innymi więcej dzieci w rodzinach zastępczych, mniej w instytucjonalnych domach dziecka. Następny obszar to działania mające na celu poprawę egzekucji alimentów, by rodzice swoich dzieci nie okradali, a na nie płacili – to robimy we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości. I wreszcie cyfryzacja wszystkich procesów. Przejście od kultury zaświadczeń do kultury oświadczeń – by obywatel nie musiał dokumentować swojej sytuacji wielością papierów w momencie, gdy administracja sama takie informacje posiada i może to sprawdzić. Już teraz w MRPiPS papierowe zaświadczenie, którego żąda się od obywatela, jeśli te dane ma państwo, to słowo zakazane.