Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Włączenie Chin do zglobalizowanej gospodarki było błędem

Z jednej strony Chiny mają dostęp do rynku, a z drugiej – wypracowały własną drapieżną politykę rynkową. Chińczycy prześcigają firmy zachodnie, subsydiując własne, w dużej mierze państwowe przedsiębiorstwa. Dlatego też administracja Trumpa powiedziała wreszcie: dość

English version

Część II wywiadu

 

Po 1990 roku Stany Zjednoczone zadomowiły się w liberalnym ładzie światowym i bezwarunkowo popierały globalizację. Ostro pan to krytykuje, twierdząc, że czas globalizacji się kończy. Czemu tak pan uważa?

Polityka mocy i rywalizacja mocarstw nigdy się nie skończyły. Po zakończeniu zimnej wojny przyjęliśmy założenia ideologiczne oderwane od rzeczywistości, od tego, co nas czekało w światowym systemie. Przyjęliśmy, że to, co Fukuyama nazwał końcem historii, będzie raczej trwałym stanem rzeczy, zamiast spojrzeć na okres po zimnej wojnie jako na strategiczną pauzę w wielkiej rywalizacji o władzę. Postrzegaliśmy ten stan jako półtrwały. Nasza wiara w globalizację jako spełnienie historii łączyła się z różnymi teoriami o swoistej amerykańskiej hegemonii i jednobiegunowości systemu (np. głoszonymi przez Charlesa Krauthammera).

Teorie te opierały się na założeniu, które stało się swoistą mantrą liberalnego establishmentu, że instytucje potrafią zdominować kulturę, więc jeśli zbudujemy instytucje demokratyczne i rynkowe, niezależnie od kontekstu historycznego, w jakim dany kraj się rozwija, doprowadzi to do demokratyzacji. Te idee były częścią tego, co w naukach politycznych Zachodu nazywaliśmy “teorią modernizacji opartej na eksporcie”. Główną ideą tej teorii jest to, że w miarę jak kraje rozwijają się i modernizują, wyłania się klasa średnia, a po osiągnięciu pewnego poziomu dochodów (mierzonego parytetem siły nabywczej na jednostkę), klasa średnia będzie domagać się udziału politycznego w tym procesie. Społeczeństwo zatem otworzy się, co oznacza – jak mówił Robert Zoellick – że Chiny staną się odpowiedzialnym interesariuszem w systemie międzynarodowym. Wszystkie te teorie opierały się na błędnych założeniach, a także na partykularnych interesach gospodarczych, zwłaszcza korporacji, które miały interes w tym, by produkować na rynek amerykański i światowy przy użyciu taniej siły roboczej Chińczyków, wynagradzanej niemal niewolniczo.

Amerykańska klasa polityczna, a w coraz większym stopniu biznesowa, zaczyna wreszcie zdawać sobie sprawę, że Chiny nie tylko nie zdemokratyzowały się mimo ogromnego wzrostu krajowego (wzrost PKB o 900% w ciągu 30 lat), ale także, że Chińczycy podążają taką drogą, jak wiele szybko modernizujących się i rozwijających narodów: stają się coraz bardziej nacjonalistyczni i geostrategicznie asertywni. Nie ma w tym nic nowego. To jest trajektoria rozwoju wszystkich wielkich mocarstw w historii. A jednak nadal udajemy, że jest inaczej

Dlaczego ta teoria zawiodła?

Zamknęliśmy się w polityce, która doprowadziła do masowego transferu technologii do naszego przeciwnika: oddaliśmy technologie i przewagę w obszarze badań, z której kiedyś korzystaliśmy. Przypomnę tu, że podczas zimnej wojny pod rządami NATO obowiązywały ograniczenia CoCom, które uniemożliwiły nam eksport do Związku Sowieckiego nawet komputerów PC z procesorem Intel 386, ponieważ była to technologia podwójnego zastosowania.

Ze względu na ideologiczną krótkowzroczność, przekazaliśmy jednak naszą technologię Chińczykom, zakładając, że tak naprawdę nie ma znaczenia, gdzie ją produkujemy. Przez ostatnie 20 lat argumentowałem przeciwko temu. Amerykańska klasa polityczna, a w coraz większym stopniu biznesowa, zaczyna wreszcie zdawać sobie sprawę, że Chiny nie tylko nie zdemokratyzowały się mimo ogromnego wzrostu krajowego (wzrost PKB o 900% w ciągu 30 lat), ale także, że Chińczycy podążają taką drogą, jak wiele szybko modernizujących się i rozwijających narodów: stają się coraz bardziej nacjonalistyczni i geostrategicznie asertywni. Nie ma w tym nic nowego. To jest trajektoria rozwoju wszystkich wielkich mocarstw w historii. A jednak nadal udajemy, że jest inaczej.

Kryzys związany z wirusem Wuhan uświadomił nam, do jakiego stopnia jesteśmy zależni od chińskich łańcuchów dostaw, więc w końcu budzimy się i zaczynamy dostrzegać tę rzeczywistość.

Faktycznie Stany Zjednoczone są tak zależne od chińskich łańcuchów dostaw?

Chińczycy osiągnęli to, co w eseju dla „The American Interest” nazwałem radykalną centralizacją globalnych łańcuchów dostaw. 80% wszystkich antybiotyków, które są przepisywane w Stanach, jest produkowane w Chinach, podobnie jest ze środkami ochrony osobistej itp. Argumentowałem, że ta polityka była błędna i twierdzę tak do dziś. Należy ją natychmiast powstrzymać, a my musimy zaangażować się w poważną rywalizację z Chinami.

Dlaczego Ameryka nie dostrzegła, że budzi smoka, włączając Chiny do zglobalizowanej gospodarki w sposób, który pozwala im zachować kontrolę nad strategicznymi zasobami?

Zamiast mówić o tym, że trzeba iść na ustępstwa i wprowadzać Chiny w liberalny ład międzynarodowy, Trump uznaje rzeczywistość chińskiej potęgi. Zwłaszcza pod rządami Xi Jinpinga, Chiny stały się asertywne pod względem geostrategicznym i w ten sposób postępują z innymi krajami wspólnoty międzynarodowej: z Hongkongiem, Tajwanem, tak działają na granicy Indii i Chin

W zimnej wojnie zwyciężyliśmy bez wielkich wysiłków, zwłaszcza w porównaniu z prognozami z lat 70., kiedy Rosjanie byli najsilniejsi, zainwestowali dużo w obronę i zbudowali pierwszą flotę oceaniczną, kiedy Stany wychodziły z wojny w Wietnamie. Spodziewaliśmy się, że w razie konfrontacji dwóch supermocarstw, będzie to konflikt kinetyczny o ogromnych konsekwencjach. Zamiast tego doświadczyliśmy faktycznego rozkładu imperium sowieckiego z powodu napięć, które narastały w tzw. pierścieniu zewnętrznym – w Europie Wschodniej (m.in. związanych z „Solidarnością” w Polsce). Sowieci nie byli już też w stanie konkurować ekonomicznie, zwłaszcza w dobie rewolucji cyfrowej, która była za progiem. Czynniki te w połączeniu z ogromnym rozmachem wojskowym w epoce Reagana spowodowały, że Rosjanie w efekcie podjęli próbę zreformowania swojego systemu. Gorbaczow zasadniczo nie rozumiał, że dopuszczenie do pluralizmu politycznego w sowieckim systemie imperialnym może doprowadzić do jego upadku.

Względna łatwość, z jaką wygraliśmy sprawiła, że ludzie tacy jak Fukuyama i inni liberalni internacjonaliści argumentowali, że istnieje coś “naturalnego” i prawie nieuniknionego w dominacji liberalnej ideologii wolnego handlu.

Co się stało w przypadku Chin?

Dokonaliśmy projekcji naszych wartości na cywilizację, która ma 5000 lat. Założyliśmy też, że istnieją porównywalne przypadki w Azji, które mogą stanowić podstawę do takiego wnioskowania, np. Tajwan czy Korea Południowa. Już w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przekonywałem, że kraje te nie są właściwymi punktami odniesienia i dlatego nie powinny służyć za podstawę naszej polityki w tym regionie.  Te państwa rzeczywiście przedstawiają przypadki bardzo skutecznej modernizacji opartej na eksporcie. Ograniczyły one konsumpcję wewnętrzną i sprzedawały dostęp do rynku międzynarodowego Stanom Zjednoczonym i innym krajom zachodnim, co pozwoliło Tajwanowi czy Korei Płd. gromadzić nadwyżki i szybko rosnąć.  Nie były to jednak niezależne, wielkie mocarstwa. Były zależne od USA w zakresie gwarancji bezpieczeństwa, a zatem także od wymogów ustrojowych USA, tj. musiały podążać w kierunku liberalnej demokracji.

Prawdziwymi punktami odniesienia są Rosja i Chiny. A Rosja, po okresie około dekady Jelcynowskiej implozji, poszła drogą autorytarnego rewizjonizmu. Dziś chce zrewidować porządek międzynarodowy, a Chiny chcą go całkowicie zastąpić innym porządkiem.

Jeśli tak – to dlaczego Ameryka nie skorygowała swojego kursu? Dlaczego porażką zakończył się pivot na Pacyfik Obamy?

Wtedy przyszedł 11 września 2001 i amerykańskie myślenie o bezpieczeństwie narodowym zmieniło się. 11 września pozwolił na opracowanie i wprowadzenie w życie teorii o konieczności demokratyzacji Bliskiego Wschodu, co miało być warunkiem wstępnym dla bezpieczeństwa i stabilności systemu międzynarodowego. Należy pamiętać, że Stany Zjednoczone toczą obecnie najdłuższą wojnę w swojej historii („wojnę z terroryzmem” – przyp. red.). Jesteśmy w stanie wojny od 20 lat. Ta wojna całkowicie zrestrukturyzowała nasze wojsko, nasze priorytety strategiczne – i dopiero teraz przekierowujemy nasze priorytety na wielką rywalizację mocarstw. Tymczasem Stany Zjednoczone jako przeciwników mają dwie potęgi: Chińczyków i Rosjan. Nie chcę się spierać, czy są to państwa sojusznicze, czy tylko państwa o zbieżnych interesach. Ważne jest to, że ich działanie opiera się na założeniu, że ich głównym przeciwnikiem są Stany Zjednoczone, a to pozwala im na tworzenie wielu zbieżnych polityk.

Tak czy inaczej, tak zwana globalna wojna z terroryzmem w dużym stopniu zmieniła naszą optykę, co częściowo wyjaśnia, dlaczego nie zareagowaliśmy wcześniej. Drugim czynnikiem, jak mówiłem, są interesy korporacyjne – i ciągły lobbing: penetracja przez Chiny amerykańskiego systemu edukacji i amerykańskiej bazy badawczo-rozwojowej.

Nie możemy po prostu powstrzymać Chińczyków. Musimy ich pokonać w ich własnej grze. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do prześcignięcia Chińczyków w przemyśle kosmicznym i w biotechnologii oraz w innych dziedzinach, ale musimy bardzo uważnie przyjrzeć się naszym uniwersytetom – temu, jak właściwie kształcimy naszych młodych ludzi, zwłaszcza w dziedzinie STEM (nauka, technologia, inżynieria i matematyka)

A czy administracja Trumpa dokonała znaczących zmian? Czy Ameryka naprawdę odwróciła się od liberalnego ładu światowego? Jeśli tak, to co to oznacza?

Administracja Trumpa robi to, co powinno było zostać zrobione już dawno temu.  Po pierwsze, uznała, że komunistyczne Chiny są przeciwnikiem. Tak więc zamiast mówić o tym, że trzeba iść na ustępstwa i wprowadzać Chiny w liberalny ład międzynarodowy, Trump uznaje rzeczywistość chińskiej potęgi. Zwłaszcza pod rządami Xi Jinpinga, Chiny stały się asertywne pod względem geostrategicznym i w ten sposób postępują z innymi krajami wspólnoty międzynarodowej: z Hongkongiem, Tajwanem, tak działają na granicy Indii i Chin. Chińczycy budują ogromne siły morskie, inwestując w domeny A2AD na obszarze Azji i Pacyfiku. Chińska marynarka wojenna działa obecnie w rejonie Morza Śródziemnego. Mają ogłoszone przetargi na 33 000-tonowy lodołamacz napędzany energią jądrową, który ma służyć penetracji Arktyki.

Administracja Trumpa uznała, że jest to próba przekształcenia przez Chińczyków państw zachodnich w państwa gospodarczo zależne. To nie jest wolny handel. Z jednej strony Chiny mają dostęp do rynku, a z drugiej – wypracowały własną drapieżną politykę rynkową. Chińczycy prześcigają firmy zachodnie, subsydiując własne, w dużej mierze państwowe przedsiębiorstwa. Dlatego też administracja Trumpa powiedziała wreszcie: dość. Po raz pierwszy wyraźnie powiadomiła o tym Chińczyków.  Ograniczyliśmy również ich dostęp do naszej bazy badawczo-rozwojowej.  W związku z tym Chiny będą się bardziej starały wykorzystać Europę. Ich bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Europie nieco się zmniejszyły, ale inwestycje w badania i rozwój na Starym Kontynencie rosną wykładniczo.

Wojna handlowa Trumpa jest jednak często krytykowana jako nieskuteczna. Chiny nie zwalniają tempa, a nawet Trump wycofuje się z niektórych działań. Czy ta strategia faktycznie osiąga swoje cele?

Po pierwsze, nie wierzę w większość chińskich statystyk. Słyszymy wiele doniesień o potencjale przemysłowym Chin, ale jestem sceptyczny wobec nich. Nie wiemy, w jakim stopniu Chiny faktycznie są zdolne do wprowadzania innowacji. Pytanie brzmi: czy Chińczycy naprawdę są tak potężni? Czy są naprawdę zdolni do przejścia od masowej produkcji do innowacyjnych technologii?

Mamy jeden przykład innowacyjności: 5G i Huawei.

Tak, i jest to obszar, który zaniedbaliśmy na Zachodzie. Ale jeśli spojrzeć na strukturę Huawei, około 25% osób pracujących w tej firmie stanowią nie-Chińczycy – obcokrajowcy, których Chińczycy zatrudnili. David Goldman nazywa to „imperialną kolekcją”, a nie przedsiębiorstwem. To firma, która drenuje cały świat z talentów, żywi się naszymi osiągnięciami w dziedzinie badań i rozwoju i innych obszarach. W Stanach Zjednoczonych Chińczycy zlecają badania na uniwersytetach i w laboratoriach, i nalegają, aby wyniki tych badań powróciły do nich. Musimy z tym skończyć. Podejmujemy kroki w tym celu.

Jaki jest ostateczny cel Chin?

Cytowany już David Goldman ukuł genialne sformułowanie: mówi, że Chiny dokonują sinomorphingu świata [zmiany świata na wzór chiński – przyp. red.]. Budują nowy system skupiony wokół euroazjatyckiej potęgi lądowej, z łańcuchami dostaw biegnącymi przez Eurazję do Europy, do Indo-Pacyfiku, chronionymi przez chińskie wojsko. Jednocześnie Chiny będą konfrontować się z USA w obszarze morskim zarówno na Pacyfiku, jak i – w coraz większym stopniu – również w teatrze europejskim.

Co powinny zrobić Stany Zjednoczone, aby wygrać tę rywalizację?

Po pierwsze, musimy uniezależnić nasze łańcuchy dostaw od Chin. I nawet jeżeli nie uda nam się wszystkiego sprowadzić z powrotem do Stanów Zjednoczonych, musimy stworzyć rozproszoną sieć dostaw z nadmiarem zasobów, by dysponować alternatywami, jeżeli stracimy zdolność do zaopatrywania naszych rynków z jednego źródła. Mówiąc nieco żartobliwie: jeśli znajdziesz się w dziurze, musisz przestać kopać – przestać robić to samo, co do tej pory.

Druga sprawa to konkurencja. Nie możemy po prostu powstrzymać Chińczyków. Musimy ich pokonać w ich własnej grze. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani do prześcignięcia Chińczyków w przemyśle kosmicznym i w biotechnologii oraz w innych dziedzinach, ale musimy bardzo uważnie przyjrzeć się naszym uniwersytetom – temu, jak właściwie kształcimy naszych młodych ludzi, zwłaszcza w dziedzinie STEM (nauka, technologia, inżynieria i matematyka). Rządy zarówno w USA, jak i w Europie muszą podjąć duże wysiłki i zainwestować wiele środków w badania i rozwój, a ostatecznie – w produkcję. Mamy bowiem często poczucie, że żyjemy w cyfrowym świecie, w którym chodzi tylko o zaprojektowanie nowoczesnej aplikacji, ale musimy pamiętać, że ta aplikacja działa dzięki silikonowi, który trzeba wyprodukować, i na systemach, które musimy zbudować.

Trzeci filar to wiedza. Niewiele wiemy o chińskiej kulturze i społeczeństwie. Mamy własne stereotypy, które projektujemy na Chiny. W czasie zimnej wojny na amerykańskich uniwersytetach istniały tak zwane “studia sowieckie”, w ramach których uczono się rosyjskiego i podróżowano do ZSRR i Europy Wschodniej. Te programy pozwalały na „produkcję” naukowców, którzy mówili po rosyjsku, polsku i czesku, którzy odwiedzali te regiony, czytali literaturę. W ten sam sposób powinniśmy podejść do Chin.

Wielu ekspertów twierdzi jednak, że Stany Zjednoczone przegrają nadchodzącą konkurencję z Chinami. Wydaje się, że nie ma jasnego sposobu na powstrzymanie wzrostu potęgi Chin. Pomimo wezwań ze strony USA, zarówno kraje europejskie, jak i pozaeuropejskie, takie jak Australia, rozwijają współpracę z Chinami.

Myślę, że w ostatecznym rozrachunku Australijczycy staną po stronie Stanów Zjednoczonych. Mówią o tym, że Chiny są „partnerem”, ale głównie w kategoriach gospodarczych. Australijczycy są dla Chińczyków źródłem zasobów i niektórych towarów.

Azja jest bardzo nieustrukturyzowanym regionem, w przeciwieństwie do regionu atlantyckiego, który ma wiele wysoce zbiurokratyzowanych organizacji: mamy NATO, mamy Unię Europejską, różnego rodzaju sieci i instytucje. Azja jest zasadniczo rodzajem tradycyjnego środowiska konkurencyjnego, pozbawionego „strukturalnych nakładek” – funkcjonowanie w Azji opiera się głównie na dwustronnych ustaleniach i gwarancjach bezpieczeństwa. Niektórzy znani mi eksperci twierdzą, że w Azji nastąpi reorganizacja, w wyniku której niektóre państwa pozostaną w obrębie ładu amerykańskiego.

Chiny są wyraźnym i aktualnym zagrożeniem dla Zachodu, nie tylko dla Stanów Zjednoczonych. W dużej mierze z powodu szeregu decyzji politycznych, które podjęliśmy w ciągu ostatnich 30 lat w oparciu o błędne założenia

Które to państwa?

Zdecydowanie Japonia, Korea Południowa, Tajwan (w zależności od jego przyszłości), oraz oczywiście Australia i Nowa Zelandia. Pozostaną po stronie Zachodu po prostu dlatego, że alternatywa utknięcia w systemie chińskim jest dla nich nie do przyjęcia – z powodów historycznych i strategicznych.

Dlaczego?

Trzeba pamiętać, czym są Chiny: hybrydowym państwowym systemem kapitalistycznym bez wolności jednostki. Jest to system gospodarczy, w którym brakuje fundamentów wolnego społeczeństwa.

Wzrost PKB o 900%, o którym wspomniałem, można wyobrazić sobie jak przejście od zamieszkiwania w ciasnym pomieszczeniu z klepiskiem zamiast podłogi do mieszkania z centralnym ogrzewaniem i posiadania samochodu. Wszystko to zdarzyło się na przestrzeni jednego pokolenia. Taki rodzaj transformacji napędza nacjonalizm i poparcie dla reżimu. Nie wiemy jednak, jak będą wyglądać Chiny, gdy spadnie tempo ich wzrostu i gdy zmniejszy się dostęp do wolnego rynku i technologii.

Zadał pan wcześniej kluczowe pytanie: czy jest już za późno, by powstrzymać Chiny? Jednoznaczna odpowiedź jest teraz prawie niemożliwa, bo brakuje danych, ale uważam, że szansa cały czas istnieje. Jednak jeśli mamy poważnie konkurować z Chinami, musimy działać tu i teraz. Jeśli wziąć pod uwagę poziom automatyzacji, sztucznej inteligencji itp., 10 lat temu przeniesienie większości łańcuchów dostaw z Chin z powrotem do USA, a tym samym zmuszenie firm do rezygnacji z przewagi związanej z niskimi kosztami pracy, prawdopodobnie nie byłoby możliwe. Obecnie znajdujemy się na etapie, na którym rozwój automatyzacji i sztucznej inteligencji oraz inne aspekty mogą zrekompensować to, co utracilibyśmy poprzez przeniesienie naszych firm z powrotem. Japończycy przeznaczyli już znaczne sumy pieniędzy – około 30 procent całkowitych inwestycji w Chinach – na sprowadzenie firm do Japonii. W nadchodzących latach Stany Zjednoczone podejmą wiele takich działań.

Podsumowując: jaki jest, pana zdaniem, obecny stan rywalizacji USA z Chinami? Czy zmierzamy ku nowej zimnej wojnie, „gorącej” wojnie kinetycznej, czy też ku innemu scenariuszowi?

Gdyby zapytał mnie pan o to przed marcem 2020, prawdopodobnie powiedziałbym, że znajdujemy się na początku dekady gwałtownie rosnącej rywalizacji. Jednak z powodu pandemii koronawirusa, i jej wpływu na zachodnie gospodarki – szczerze mówiąc – wiele naszych wcześniejszych założeń upadło. Założenia dotyczące przemian władzy, tego, jak daleko się posuniemy, tego, jak będzie wyglądał system międzynarodowy – to wszystko trzeba ponownie przemyśleć. Jednak podstawy pozostają.

Chiny są wyraźnym i aktualnym zagrożeniem dla Zachodu, nie tylko dla Stanów Zjednoczonych. W dużej mierze z powodu szeregu decyzji politycznych, które podjęliśmy w ciągu ostatnich 30 lat w oparciu o błędne założenia. I nie chcieliśmy się uczyć, mimo posiadania jednoznacznych danych, ponieważ w debacie publicznej dominowały interesy ekonomiczne, a my byliśmy zajęci innymi sprawami. W procesie tym w dużej mierze dokonaliśmy odprzemysłowienia całych sektorów amerykańskiej gospodarki. Globalizacja w zasadzie polegała na przenoszeniu przemysłu amerykańskiego do Azji, by tam produkować towary dla USA i na rynek światowy.  W wyniku tego zdewastowaliśmy całe regiony, całe gałęzie przemysłu, i w dużej mierze podminowaliśmy amerykańską klasę średnią. Mamy wiele do odbudowania. Konieczne jest, by ten proces był oparty na priorytetach bezpieczeństwa narodowego i jednoznacznej, wielkiej strategii. Zbyt długo pozwalaliśmy ludziom na „ideologiczne skoki wiary” w zmiany systemowe, które miał przynieść globalny handel. Dziś otwieramy oczy na rzeczywistość, pokazującą nam, że rezultaty są inne niż przewidywaliśmy.

***

Andrew A. Michta jest dziekanem College of International and Security Studies w George C. Marshall European Center for Security Studies w Garmisch-Partenkirchen w Niemczech. Przedstawione poglądy są jego własnymi poglądami i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy George C. Marshall European Center for Security Studies, Department of Defense, czy też rządu Stanów Zjednoczonych. 

 

English version

Część II wywiadu

dziekan College of International and Security Studies w George C. Marshall European Center for Security Studies w Garmisch-Partenkirchen w Niemczech. Przedstawione poglądy są jego własnymi poglądami i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy George C. Marshall European Center for Security Studies, Department of Defense, czy też rządu Stanów Zjednoczonych.
główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz