Wizja Tuska: polaryzacja, liberalna sanacja, europeizacja

Szef Rady Europejskiej przedstawił zarys nowej wizji Polski i Europy. Są w niej nowe i ważne politycznie elementy. Prawie wszystkie co najmniej problematyczne, a moim zdaniem głęboko błędne

Donald Tusk przekroczył już ewidentnie Rubikon powrotu do krajowej polityki, występując na Igrzyskach Wolności w Łodzi i udzielając wywiadu „Gazecie Wyborczej”. We właściwym sobie, uwodzicielskim i znakomitym erystycznie stylu, przedstawił zarys nowej wizji Polski i Europy, do której zamierza nas przekonać. Są w niej nowe i ważne politycznie elementy. Prawie wszystkie co najmniej problematyczne, a moim zdaniem głęboko błędne.

Podkręcanie polaryzacji

Po pierwsze – ubolewając nad ostrością konfliktu politycznego w Polsce i zapowiadając zasypywanie podziału między rodakami – niemal na tym samym oddechu podkręca Tusk polaryzację, wprowadzając nowe osie jeszcze bardziej brutalnego sporu. Z prawidłowej konstatacji o głębokim i potencjalnie krytycznym podziale w obrębie Unii Europejskiej (na zwolenników dalszej integracji i silniejszych niż kiedykolwiek jej przeciwników lub sceptyków), który już wiosną przyszłego roku zdecyduje o kształcie Parlamentu i Komisji, wyciąga były premier wniosek o nowym dylemacie politycznym w skali kontynentalnej. Określają go „dwa nurty polityczne: jeden coraz bardziej brunatny, jednoznacznie antyeuropejski, stawiający w sposób coraz bardziej wyrazisty na nacjonalizm, występujący przeciwko UE jako takiej. I drugi nurt tych, którzy chcą UE zintegrować tak tylko, jak się da”.

Ubolewając nad ostrością konfliktu politycznego w Polsce i zapowiadając zasypywanie podziału między rodakami – niemal na tym samym oddechu podkręca Tusk polaryzację, wprowadzając nowe osie jeszcze bardziej brutalnego sporu

Zostawmy tu na boku, na ile zasadne jest zrównywanie z nazistami (to oni nosili brunatne koszule) takich polityków jak Salvini, Orbán czy Le Pen. Taki zabieg w stosunku do PiS-u jest jaskrawym i skrajnym nadużyciem. Konia z rzędem temu, kto wykaże jakiekolwiek powinowactwo partii Kaczyńskiego z neonazistami. To oczywiście nadużycie, które musi wywołać i wywołuje wściekłą reakcję. Jeśli dodać do tego tezę Tuska o tworzonym przez PiS zagrożeniu dla niepodległości Polski, wynikającym z mimowolnego wypychania Polski z UE, mamy kontur nowego poziomu polaryzacji i brutalności polskiej polityki, na który zmierzamy.

Samo twierdzenie o potencjalnym Polexicie wbrew intencjom jest zasadne (sam je niespełna rok temu wyraziłem): tak jak brytyjski premier David Cameron nie chciał wyprowadzić swojego kraju z Unii, ale uruchomił dynamikę, która do tego doprowadziła, tak PiS sposobem prowadzenia sporów z instytucjami UE naraża nas na podobne ryzyko. Jednak już teza o groźbie dla niepodległości jest najwyżej półprawdą. Unia nie jest przyczyną, ale sposobem na zachowanie pokoju w Europie. Trwał on zresztą kilkadziesiąt lat przed jej formalnym powstaniem. Co ważniejsze, to nie UE zapewnia Polsce bezpieczeństwo. Jej rola jest tu jedynie wspomagająca. Robi to NATO, a w praktyce – Stany Zjednoczone, bez których Sojusz stałby się pociągiem pozbawionym lokomotywy. Unia jest dla nas fundamentalnie ważna z wielu powodów, ale to nie ona jest gwarantem polskiej niepodległości. O ile więc krytyka polityki europejskiej pisowskich rządów jest zasadna, o tyle wiązanie nawet potencjalnego Polexitu z końcem naszej państwowości to nie tylko kolejne, ciężkie nadużycie erystyczne, ale – zasadniczy błąd w diagnozie, przede wszystkim.

Błąd antyamerykanizmu

Błędne diagnozy wywołują często kaskady następstw, zwłaszcza przy poważnych chorobach. Nie inaczej jest u Tuska. W przemówieniu w Łodzi – to drugi ze wspomnianych, nowych elementów w jego retoryce – zdecydowanie skrytykował Amerykę Donalda Trumpa. Za rzekome (rzeczywiste, nie na poziomie słów, co wyraźnie podkreślił Tusk, nie podając jednak dowodów) rozbijanie Unii Europejskiej, niszczenie konstruktywistycznego (opartego na normach i wartościach) ładu międzynarodowego i rozbijanie jedności Zachodu.

Zostawmy nieco na boku, w jakim stopniu prawidłowa jest ta ocena. Rzecz w tym, że jest to jasny polityczny wybór w trawiącym dziś wspólnotę transatlantycką sporze. Wybór Europy – zwłaszcza Niemiec i Francji – a nie Stanów Zjednoczonych.

Zdecydowane opowiadanie się po stronie Europy przeciw USA w zachodnim „sporze w rodzinie” jest jednym z największych błędów, jakie można popełnić

Tymczasem sytuacja strategiczna jest następująca: USA doszły najwyraźniej do wniosku, że Chiny są już na tyle potężne, że wkrótce będzie za późno zawrócić je z drogi ku światowej hegemonii. I nie zamierzają dobrowolnie oddać korony. Dlatego zainicjowały, w miejsce dotychczasowego „zaspokajania” (appeasement), nową politykę powstrzymywania (geostrategicznego, wojskowego, gospodarczego, technologicznego) Chin. Aby móc ją skutecznie prowadzić, gromadzą zasoby wszelkiego typu, przygotowując się do scenariuszy oporu i konfrontacji. Częścią tego procesu jest próba odwrócenia lub przynajmniej złagodzenia wielkich nierównowag systemu międzynarodowego, stworzonego przez USA w lepszych czasach, gdy „niczego nie brakowało”, w tym horrendalnych deficytów handlowego i budżetowego. Stąd na przykład tzw. wojny handlowe.

Europa długo korzystała z dobrodziejstw amerykańskiej hojności. Na tyle długo, aby się przyzwyczaić. Nie chodzi tylko o bezpieczeństwo, ale też technologie czy ochronę szlaków handlowych. Jednocześnie zdradzała aspiracje do bycia kolejnym supermocarstwem, nieraz podważała pozycję i politykę USA, hodowała antyamerykanizm. Dziś, gdy Amerykanie mówią: „koniec (pół)darmowych obiadów”, jest oburzona. Ale powrotu starych, dobrych czasów w najbliższym czasie nie będzie, cokolwiek sądzić o Trumpie.

Unia ma oczywiście prawo chcieć być w globalnym układzie trzecim supermocarstwem i jako Europejczyk życzyłbym sobie tego. Dziś jednak nim nie jest i jutro też nie będzie. Być może Niemcom czy Francuzom jest wszystko jedno, czy USA gwarantują im bezpieczeństwo czy nie. W końcu nie graniczą z nikim agresywnym. Z Polską jest inaczej: nasze bezpieczeństwo zależy tu i teraz, jutro i pojutrze od Stanów. Może za 10-20 lat zastąpią nam to gwarancje europejskie, ale na razie tak nie jest. Bezpieczeństwo nie jest tu zresztą jedynym czynnikiem, ale to osobna historia.

W ramach lawirowania między europejskim młotem a amerykańskim kowadłem (obu dla Polski fundamentalnie ważnych), które coraz wyraźniej urasta do rangi polskiej racji stanu, mogą się ścierać różne poglądy i prowadzone być różne polityki. Jednak w obecnej sytuacji zdecydowane opowiadanie się po stronie Europy przeciw USA w zachodnim „sporze w rodzinie” jest jednym z największych błędów, jakie można popełnić, i jakie popełnia właśnie obóz antypisowski. W ostatnich dniach Grzegorz Schetyna zapowiedział chęć przystąpienia do strefy euro po wygraniu wyborów. Tak, tej samej zony walutowej, której poważni ekonomiści od wielu lat wytykają konstrukcyjne błędy (i brak prób ich naprawy), która generuje tak poważne nierównowagi, jakie widzieliśmy w przypadku Grecji, a teraz zaczynamy widzieć na przykładzie Włoch, która wreszcie tworzy tak niekorzystne dla Polski scenariusze własnej ewolucji, jak te autorstwa Macrona.

Samozwańczy, nowy Piłsudski

Wróćmy na krajowe podwórko. Trzeci ważny element przekazu wracającego do polskiej polityki Tuska to odkurzenie tezy Giedroycia o rządzących jakoby Polską „dwóch trumnach” (Piłsudskiego i Dmowskiego). Mogło się wydawać, że to twierdzenie, wielokrotnie krytykowane jako nieadekwatne, na stałe odejdzie do lamusa polskiej myśli politycznej. Jednak Tusk je przywraca, i to w bardzo zaskakujący sposób. We wspomnianej rozmowie z Adamem Michnikiem i Jarosławem Kurskim bardzo wyraźnie sugeruje, że to ostentacyjny piłsudczyk Kaczyński jest nowym wcieleniem twórcy endecji, a on sam, Tusk, główny przeciwnik Kaczyńskiego– inkarnacją Marszałka. Nie jest to wyrażone wprost, ale jasno wynika z zestawienia pary porządkujących wywód figur: Polski rządzonej przez dwie trumny i Polski rządzonej (naprzemiennie) przez Tuska i Kaczyńskiego.

Tusk przybywa jednak na Kasztance, przeciwstawiając urojonemu nowemu Dmowskiemu równie urojonego nowego Piłsudskiego, czyli siebie

O ile do wmawiania szefowi PiS nacjonalizmu, antysemityzmu, a nawet faszyzmu czy neonazizmu (w oczach progresywistycznych inteligentów zlewają się często te różne byty w jedną wielką masę „sił mroku”, nie inaczej jest u Tuska) zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle przesłanie szefa RE przynosi tu dwie nowości. Po pierwsze, przeniesienie tego przekazu z peryferiów do centrum antypisowskiej ideologii politycznej. Po drugie, samookreślenie w roli nowej sanacji. W domyśle: „wolelibyśmy być inni, ale sami widzicie, jak straszna jest alternatywa; powstrzymać PiS wszelkimi dostępnymi środkami – oto priorytet”.

Na drugim wydechu – to nie zaskoczenie – powtarza Tusk liberalne credo. „Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód” – mówił w Łodzi. Dawno temu klasyk liberalizmu Edmund Burke krytykował płytkie, kontraktualne podejście do państwa, jako sprowadzające je do rangi „spółki handlu pieprzem i kawą, perkalem lub tytoniem, czy innym mało znaczącym towarem, którą zawiązuje się z racji błahego, przejściowego interesu i rozwiązuje na każde życzenie stron”. Że spora część polskich liberałów – w tym Tusk – tej lekcji nie odrobiła, wiadomo nie od dziś.

Nowe i ciekawe jest tu co innego: próba pożenienia liberalizmu z neosanacją. Muszę przyznać, że słuchając z jednej strony pochwał ekspremiera pod adresem Piłsudskiego (sięgających obrony zamachu majowego), z drugiej – hurraentuzjastycznych aplauzów po wystąpieniach Tuska, lepiej zrozumiałem, jak ludzie określający się mianem wolnościowców mogli akceptować takie zjawiska jak administracyjnie wspomagana nagonka na krytyków Lecha Wałęsy czy inwigilacja dziennikarzy. Skoro „ta druga Polska” to neoendecka czerń – wszystkie chwyty dozwolone. Nawet ograniczające wolność, przecież w imię zachowania jakiejkolwiek wolności przed – domniemanym czy rzeczywistym – większym zagrożeniem.

Nieźle już opisany paternalizm współczesnych elit (turbo)liberalnych znajduje więc za sprawą Tuska lokalne dopowiedzenie w postaci zdumiewającego miksu sanacyjno-liberalnego. Biorąc pod uwagę, jak zmistyfikowany obraz przeciwnika za nim stoi („brunatny nurt”), jak nikły dorobek propaństwowy, oraz to, że w skali międzynarodowej to właśnie tego typu paternalizm był i jest jednym z najważniejszych źródeł obecnej, populistycznej reakcji (z wszystkimi związanymi z nią przykrościami) – trudno patrzeć na niego z optymizmem.

Trudno nie odczuwać satysfakcji, słysząc ze strony tak ważnego polityka potwierdzenie diagnozy geopolitycznej, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” rozwijamy od sześciu lat. Szkoda, że szef Rady Europejski i lider opozycji wyciąga z niej tak jednostronne i błędne wnioski

Swoistą klamrą łódzkiego wystąpienia Tuska była – odmieniana przez wszystkie przypadki – geopolityka. Konflikt amerykańsko-chiński jako źródło destrukcji tak korzystnego dla nas ładu światowego brzmi w ustach byłego premiera jak fundamentalne memento o ciężarze utrzymania niepodległości oraz wezwanie do narodowej mobilizacji. Trudno nie odczuwać satysfakcji, słysząc ze strony tak ważnego polityka potwierdzenie diagnozy geopolitycznej, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” rozwijamy od sześciu lat. Szkoda, że szef Rady Europejski i lider opozycji wyciąga z niej tak jednostronne i błędne wnioski.

Tusk wraca do polskiej polityki w nowych okolicznościach i w nowym wcieleniu, notabene wyraźnie przekraczając także granice wymaganej od szefów Rady Europejskiej neutralności. Z punktu widzenia jego entuzjastów, to powrót pogromcy Kaczyńskiego na białym koniu. Ku mojemu zdziwieniu, Tusk przybywa jednak na Kasztance, przeciwstawiając urojonemu nowemu Dmowskiemu równie urojonego nowego Piłsudskiego, czyli siebie. Pogłębiając podział i polaryzację. Lekceważąc realne uwarunkowania bezpieczeństwa Polski w imię marzeń o supermocarstwowej Europie. I nie wyciągając żadnych wniosków z błędów swojej formacji, z czasów, gdy rządziła.

Nie wiem, czy to wystarczy, żeby pokonać Kaczyńskiego. Wiem, że chcę innej Polski niż ta z nowej wizji Tuska.

dyrektor i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", „Gościu Niedzielnym”, „Polsce The Times”, "Arcanach", „Super Expressie”, „Znaku”. Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie. Prowadzi profile na Facebooku i Twitterze. https://www.facebook.com/bradziejewski https://twitter.com/Radziejewski

Komentarze

8 odpowiedzi na “Wizja Tuska: polaryzacja, liberalna sanacja, europeizacja”

  1. zwykły Polak pisze:

    bardzo celna analiza.

    Narracja przyprawiająca endecką gębę PiSowi wyjątkowo perfidna i szkodliwa – a obsadzenie się w roli Piłsudskiego epoki liberalnej – kłamliwa i nierealna.
    Powiem wprost- wygląda na kolejną misję ruskopruskiej agentury w Polsce – z Stirlitzem Tuskiem w roli głównej.

  2. M Zalewski pisze:

    “Wiem, że chcę innej Polski niż ta z nowej wizji Tuska.” Jeżeli nie wystarcza Panu stwierdzenie, że „Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód”, to jakiej Polski Pan chce w takim razie?

  3. Obywatel pisze:

    Pomijam wywody o wydźwięku wewnętrznym choć fascynuje mnie tolerancja posunięta do granic akceptacji dla dowolnej nowej koncepcji dzielenia opini publicznej jaką wymyśli obecny rząd która jednak nie działa wobec Tuska i jego letnich w sumie wypowiedzi bo wiele z tej brunatności o jakiej napisał autor tam nie było. To co jednak jest ciekawe to krytyka Tuskowej krytyki USA. Jest ona o tyle ciekawa, że rozjazd między Europą (nawet nie tyle UE a całym kontynentem) a USA jest przecież faktem. W tej sytuacji Tuska jak i Polska mogą co najwyżej ten fakt zaakceptować bo to co zostanie przez Tuska czy Dudę powiedziane nie ma żadnego znaczenia i większego wypływu na bieg procesów geopolitycznych. To co możemy zrobić to realnie ocenić czy rzeczywiście gwarancje o jakich autor wspomina USA może nam zaoferować. Historia Obamy (Syria i czerwona linia, zwrot ku Pacyfikowi) czy teraz cała polityka Trumpa każe się nad tym poważnie zastanowić. Dla Niemiec bezpieczeństwo Polski i jej granic ma egzystencjalnie znaczenie z racji geografii (mapa się kłania) a dla USA Polska jest jednym z wielu pionków na szachownicy i to pionkiem wymiennym. W sytuacji kiedy drogi Francji i Niemiec z USA się rozejdą (a na to nie mamy żadnego wpływu, zwłaszcza z zerowym znaczeniem w Europie obecnego rzadu) to cała dyskusja o znaczeniu geopolitycznym naszego kraju, przesmyku Suwalskim i tym podobnym stanie się dla USA bezprzedmiotowa. Już dziś militarnie Bałtyk jest poza zasięgiem USA w przypadku wojny z Rosją. Warto o tym pamiętać rekomendując realnie narażanie projektu europejskiego u jego zarania. Bo nawet jak on się nie uda to USA nie zapewnią nam takiego poziomu bezpieczeństwa o jakim myśli autor, a sabotując projekt europejski pozbawiamy się długoterminowej szansy. Wraz z Trumpem Europą wraca z przerwy od historii, warto pamiętać że ostatni plan obronny rzeciw USA Wielka Brytania zrobiła raptem w latach 20 XX wieku.

  4. Jacek pisze:

    Dawno tak mało celnego artykułu nie czytałem na tak dobrej skądinąd stronie. Od naiwnej i mało realistycznej wiary w sympatie do nas USA, żywcem wzięta z fantazji lat 90 o dobrej Ameryce po lekko tylko zakamuflowany antyunijny kurs (NK promuje geopolitykę ale jednocześnie ucieka od spoglądania na mapę i odległości jakie dzielą nas od Berlina vs Nowy Jork, stad tez wejście do strefy euro jest tak samo mądre jak dla sympatyków Ameryki budowa fortu Trump – zawsze się płaci cenę) ale to co mnie poruszyło najmocniej to takie zdanie:

    Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód” – mówił w Łodzi. Dawno temu klasyk liberalizmu Edmund Burke krytykował płytkie, kontraktualne podejście do państwa, jako sprowadzające je do rangi „spółki handlu pieprzem i kawą, perkalem lub tytoniem, czy innym mało znaczącym towarem, którą zawiązuje się z racji błahego, przejściowego interesu i rozwiązuje na każde życzenie stron”.

    Przeraża mnie łatwość z jaką ludzie z lewa (Krtyka Polityczna napisała podobne rzeczy) jak i prawa odrzucają kwestie praw i swobód obywateli i wręcz je osmiejszajac. Prawa i swobody nie są o spółce handlu pieprzem. Są o fundamencie na jakiej tak różne i podzielone społeczeństwa są w stanie funkcjonować i są jednym sposobem aby jakiekolwiek zmiany wdrażać w sposób pokojowy. Można krytykować Tuska za sposób krytyki Kaczyńskiego (choć jak oderwiemy się od warstwy retorycznej to wiele bolesnej prawdy w tym jest) ale krytykowanie ostatniego poważnego polskiego polityka za to ze opowiada się za prawami i swobodami obywateli jest błędem. Bez nich nic nie zostanie ani z instytucji, ani z projektów w rodzaju 500 plus. Zreszta widać to dobrze jak odrzucenie podstawowych zasad wyglada w praktyce na przykładzie afery KNF, gdzie degeneracja elity politycznych jest tak widoczna.

    Jedna rzecz jest warta podkreślenia: poparcie Tuskowego wezwania do obrony praw i swobód nie oznacza ze trzeba akceptować jego pomysły w każdej innej dziedzinie życia społecznego. Bo na tym polega korzyść z polityki opartej na zasadach, inaczej zostaje nam totalniackie zglajszachtowanie.

  5. podległy pisze:

    Tusk reprezentuje interesy naszego odwiecznego wroga Niemiec. To komuniści w 1989r nie chcąc stracić władzy na rzecz obywateli Polski woleli podzielić się władzą z Niemcami. Większość obywateli Polski została wyprowadzona w pole. Ta część okupantów przedstawiała się jako zwolennicy tzw. UE., udając polaków. Niestety dzisiaj widzimy, że wcale nie jesteśmy niepodlegli, tylko okupowani przez naszych odwiecznych wrogów Niemców i Ruskich. Ich aparatem okupacyjnym jest (PO, Nowoczesna,) i Ruskich ( SLD, PSL, Razem, kasta sędziowska,).

  6. Arathi pisze:

    Kompletnie się nie zgadzam z tezą, że USA są nam do czegokolwiek potrzebne – nie są. W chwili obecnej nasze stosunki gospodarcze z Niemcami są na tyle silne i nierozrywalne, że to właśnie one gwarantują nam bezpieczeństwo. Ekonomia i gospodarka – to są narzędzia do prowadzenia wojny w chwili obecnej, a nie jakieś zielone ludziki, które sprawdzają się tylko w krajach trzeciego świata jak Syria, Ukraina czy kraje Afrykańskie. Armia amerykańska na naszym terenie nie gwarantuje nam bezpieczeństwa, tak jak nie gwarantowała nam tego armia radziecka.

    Niemcy są obecnie naszym najważniejszym przyjacielem i partnerem – i to właśnie z nimi powinniśmy mieć absolutnie jak najlepsze układy.

  7. TAch pisze:

    Wygląda na to, że instalacja polskiego softwaru/za Bartosiakiem/, made in PO, w unijną myśl polityczną spotęguje tylko jej problemy. Ciekawe zresztą, na bazie jakich think tanków, wspomniany software wyrzuca swe komunikaty w postaci jaskrawie mylnych tez i oczywistych nieprawd, i czy robi to tylko by utrzymać się w trendzie brukselskiej nowo-myśli politycznej, czyli nic ponad to czego się po nim spodziewam. No ale Graś to jednak nie Gral.

  8. Jarek pisze:

    “Unia jest dla nas fundamentalnie ważna z wielu powodów, ale to nie ona jest gwarantem polskiej niepodległości. O ile więc krytyka polityki europejskiej pisowskich rządów jest zasadna, o tyle wiązanie nawet potencjalnego Polexitu z końcem naszej państwowości to nie tylko kolejne, ciężkie nadużycie erystyczne, ale – zasadniczy błąd w diagnozie, przede wszystkim.” – całkowicie błędna, niebezpieczna teza, gdyż Polexit to wejście do czarnej dziury między Rosją a Niemcami, z konsekwencjami jak w 1939 r. Młodzież (Radziejowski, Bartosiak) nam się ostatnio rozszalała ostro prąc do budowy imperium (polskiego niczym przed wojną Aleksander Bocheński), patrząc na mapę, lecz nie zważając na posiadane zasoby. Trochę zatrzymajcie się chłopcy, żebyście nie doświadczyli losu Bocheńskiego, który dużo pisał o mocarstwowości (w kontrze do najwybitniejszego polityka polskiego Dmowskiego), a po Teheranie już wiedział, co czeka Polskę i nie mogąc tego udźwigną poszedł sobie na to pole minowe… Doświadczenia rozczarowania Bocheńskiego Wam nie życzę panowie dlatego radzę bardziej słuchać Tuska niż Kaczyńskiego. Kilka geopolitycznych prawd do przemyślenia. 1. Polska po rozbiorach i komunizmie nie jest (nawet potencjalnym) mocarstwem tylko zasobem, o który walczą Niemcy z Rosją; raz ten zasób jest z Niemcami (zabór pruski, Generalne Gubernatorstwo, III RP), innym razem z Rosją (zabór rosyjski, Królestwo Polskie, PRL). III RP jest obecnie z Niemcami, nie kwestionującymi (na razie) naszych granic, hamowanymi, jako tako, przez pozostałe 25 państw organizacji międzynarodowej zwanej Unią Europejską. Jeśli to dla współczesnej młodzieży mało, to życzyłbym tej młodzieży, aby urodziła się w Generalnym Gubernatorstwie albo w PRL… Wniosek: bezpieczeństwo Polski opiera się na tym sąsiedzie, który ma korzyść ze współpracy z polskim “zasobem”, dziś na Niemcach. Żeby wyjść z obecnej sytuacji Polski, państwa Europy Środkowej np. w ramach Trójmorza, powinny się orientować bardziej na Warszawę aniżeli na Berlin lub Moskwę. Kto zdaniem red. Radziejowskiego był bardziej skuteczny, aby państwa Europy Środkowej orientowały się bardziej na Warszawę niż na Berlin lub Moskwę: Tusk z Sikorskim i Schetyną czy Kaczyński z Waszczykowskim i Czaputowiczem ? (współczuję wszystkim obserwatorom, którzy uważają, że PiS ma politykę zagraniczną). 2. Każde państwo aspirujące do roli mocarstwowej nie ogłasza tego publicznie, jak “wstająca z kolan” Polska, tylko cicho i konsekwentnie pomnaża swoje polityczne i gospodarcze zasoby (jak Chiny ostatnich dziesięcioleci) zgłaszając swoje aspiracje geopolityczne dopiero wtedy, gdy jest w stanie rzucić skuteczne wyzwanie dotychczasowemu hegemonowi – jak dzisiaj Chiny wobec USA. Polska Kaczyńskiego wstająca z kolan nabiła sobie już bardzo dużo guzów… 3. USA to najważniejszy gwarant bezpieczeństwa Polski jednak nasza ambitna młodzież powinna zdawać sobie sprawę dlaczego USA interesuje Polska ? Dlaczego USA gra na Polskę ? Z kilku geopolitycznych przyczyn: pierwsza USA chcą kontrolować pomost bałtycko-czarnomorski (kluczowe kraje Polska, Rumunia, Ukraina), aby nie dopuścić do osi Berlin-Moskwa w imię realizacji rosyjskiej geopolitycznej koncepcji “Europy od Lizbony do Władywostoku”. Dla USA Zachodnia Europa jest geopolitycznym zasobem i ten zasób ma pozostać w amerykańskim posiadaniu; rosyjsko-niemiecka Eurazja jest dla USA, rywalizującej z Chinami i Rosją, nie do zaakceptowania dlatego Amerykanie budują Trójmorze. Jedno jest pewne, droga młodzieży: PiS i Duda nie uczynią z peryferyjnej Warszawy centrum Trójmorza. Nie ta klasa polityków.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz