Newsletter

Wizja Tuska: polaryzacja, liberalna sanacja, europeizacja

Szef Rady Europejskiej przedstawił zarys nowej wizji Polski i Europy. Są w niej nowe i ważne politycznie elementy. Prawie wszystkie co najmniej problematyczne, a moim zdaniem głęboko błędne

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Donald Tusk przekroczył już ewidentnie Rubikon powrotu do krajowej polityki, występując na Igrzyskach Wolności w Łodzi i udzielając wywiadu „Gazecie Wyborczej”. We właściwym sobie, uwodzicielskim i znakomitym erystycznie stylu, przedstawił zarys nowej wizji Polski i Europy, do której zamierza nas przekonać. Są w niej nowe i ważne politycznie elementy. Prawie wszystkie co najmniej problematyczne, a moim zdaniem głęboko błędne.

Podkręcanie polaryzacji

Po pierwsze – ubolewając nad ostrością konfliktu politycznego w Polsce i zapowiadając zasypywanie podziału między rodakami – niemal na tym samym oddechu podkręca Tusk polaryzację, wprowadzając nowe osie jeszcze bardziej brutalnego sporu. Z prawidłowej konstatacji o głębokim i potencjalnie krytycznym podziale w obrębie Unii Europejskiej (na zwolenników dalszej integracji i silniejszych niż kiedykolwiek jej przeciwników lub sceptyków), który już wiosną przyszłego roku zdecyduje o kształcie Parlamentu i Komisji, wyciąga były premier wniosek o nowym dylemacie politycznym w skali kontynentalnej. Określają go „dwa nurty polityczne: jeden coraz bardziej brunatny, jednoznacznie antyeuropejski, stawiający w sposób coraz bardziej wyrazisty na nacjonalizm, występujący przeciwko UE jako takiej. I drugi nurt tych, którzy chcą UE zintegrować tak tylko, jak się da”.

Ubolewając nad ostrością konfliktu politycznego w Polsce i zapowiadając zasypywanie podziału między rodakami – niemal na tym samym oddechu podkręca Tusk polaryzację, wprowadzając nowe osie jeszcze bardziej brutalnego sporu

Zostawmy tu na boku, na ile zasadne jest zrównywanie z nazistami (to oni nosili brunatne koszule) takich polityków jak Salvini, Orbán czy Le Pen. Taki zabieg w stosunku do PiS-u jest jaskrawym i skrajnym nadużyciem. Konia z rzędem temu, kto wykaże jakiekolwiek powinowactwo partii Kaczyńskiego z neonazistami. To oczywiście nadużycie, które musi wywołać i wywołuje wściekłą reakcję. Jeśli dodać do tego tezę Tuska o tworzonym przez PiS zagrożeniu dla niepodległości Polski, wynikającym z mimowolnego wypychania Polski z UE, mamy kontur nowego poziomu polaryzacji i brutalności polskiej polityki, na który zmierzamy.

Samo twierdzenie o potencjalnym Polexicie wbrew intencjom jest zasadne (sam je niespełna rok temu wyraziłem): tak jak brytyjski premier David Cameron nie chciał wyprowadzić swojego kraju z Unii, ale uruchomił dynamikę, która do tego doprowadziła, tak PiS sposobem prowadzenia sporów z instytucjami UE naraża nas na podobne ryzyko. Jednak już teza o groźbie dla niepodległości jest najwyżej półprawdą. Unia nie jest przyczyną, ale sposobem na zachowanie pokoju w Europie. Trwał on zresztą kilkadziesiąt lat przed jej formalnym powstaniem. Co ważniejsze, to nie UE zapewnia Polsce bezpieczeństwo. Jej rola jest tu jedynie wspomagająca. Robi to NATO, a w praktyce – Stany Zjednoczone, bez których Sojusz stałby się pociągiem pozbawionym lokomotywy. Unia jest dla nas fundamentalnie ważna z wielu powodów, ale to nie ona jest gwarantem polskiej niepodległości. O ile więc krytyka polityki europejskiej pisowskich rządów jest zasadna, o tyle wiązanie nawet potencjalnego Polexitu z końcem naszej państwowości to nie tylko kolejne, ciężkie nadużycie erystyczne, ale – zasadniczy błąd w diagnozie, przede wszystkim.

Błąd antyamerykanizmu

Błędne diagnozy wywołują często kaskady następstw, zwłaszcza przy poważnych chorobach. Nie inaczej jest u Tuska. W przemówieniu w Łodzi – to drugi ze wspomnianych, nowych elementów w jego retoryce – zdecydowanie skrytykował Amerykę Donalda Trumpa. Za rzekome (rzeczywiste, nie na poziomie słów, co wyraźnie podkreślił Tusk, nie podając jednak dowodów) rozbijanie Unii Europejskiej, niszczenie konstruktywistycznego (opartego na normach i wartościach) ładu międzynarodowego i rozbijanie jedności Zachodu.

Zostawmy nieco na boku, w jakim stopniu prawidłowa jest ta ocena. Rzecz w tym, że jest to jasny polityczny wybór w trawiącym dziś wspólnotę transatlantycką sporze. Wybór Europy – zwłaszcza Niemiec i Francji – a nie Stanów Zjednoczonych.

Zdecydowane opowiadanie się po stronie Europy przeciw USA w zachodnim „sporze w rodzinie” jest jednym z największych błędów, jakie można popełnić

Tymczasem sytuacja strategiczna jest następująca: USA doszły najwyraźniej do wniosku, że Chiny są już na tyle potężne, że wkrótce będzie za późno zawrócić je z drogi ku światowej hegemonii. I nie zamierzają dobrowolnie oddać korony. Dlatego zainicjowały, w miejsce dotychczasowego „zaspokajania” (appeasement), nową politykę powstrzymywania (geostrategicznego, wojskowego, gospodarczego, technologicznego) Chin. Aby móc ją skutecznie prowadzić, gromadzą zasoby wszelkiego typu, przygotowując się do scenariuszy oporu i konfrontacji. Częścią tego procesu jest próba odwrócenia lub przynajmniej złagodzenia wielkich nierównowag systemu międzynarodowego, stworzonego przez USA w lepszych czasach, gdy „niczego nie brakowało”, w tym horrendalnych deficytów handlowego i budżetowego. Stąd na przykład tzw. wojny handlowe.

Europa długo korzystała z dobrodziejstw amerykańskiej hojności. Na tyle długo, aby się przyzwyczaić. Nie chodzi tylko o bezpieczeństwo, ale też technologie czy ochronę szlaków handlowych. Jednocześnie zdradzała aspiracje do bycia kolejnym supermocarstwem, nieraz podważała pozycję i politykę USA, hodowała antyamerykanizm. Dziś, gdy Amerykanie mówią: „koniec (pół)darmowych obiadów”, jest oburzona. Ale powrotu starych, dobrych czasów w najbliższym czasie nie będzie, cokolwiek sądzić o Trumpie.

Unia ma oczywiście prawo chcieć być w globalnym układzie trzecim supermocarstwem i jako Europejczyk życzyłbym sobie tego. Dziś jednak nim nie jest i jutro też nie będzie. Być może Niemcom czy Francuzom jest wszystko jedno, czy USA gwarantują im bezpieczeństwo czy nie. W końcu nie graniczą z nikim agresywnym. Z Polską jest inaczej: nasze bezpieczeństwo zależy tu i teraz, jutro i pojutrze od Stanów. Może za 10-20 lat zastąpią nam to gwarancje europejskie, ale na razie tak nie jest. Bezpieczeństwo nie jest tu zresztą jedynym czynnikiem, ale to osobna historia.

W ramach lawirowania między europejskim młotem a amerykańskim kowadłem (obu dla Polski fundamentalnie ważnych), które coraz wyraźniej urasta do rangi polskiej racji stanu, mogą się ścierać różne poglądy i prowadzone być różne polityki. Jednak w obecnej sytuacji zdecydowane opowiadanie się po stronie Europy przeciw USA w zachodnim „sporze w rodzinie” jest jednym z największych błędów, jakie można popełnić, i jakie popełnia właśnie obóz antypisowski. W ostatnich dniach Grzegorz Schetyna zapowiedział chęć przystąpienia do strefy euro po wygraniu wyborów. Tak, tej samej zony walutowej, której poważni ekonomiści od wielu lat wytykają konstrukcyjne błędy (i brak prób ich naprawy), która generuje tak poważne nierównowagi, jakie widzieliśmy w przypadku Grecji, a teraz zaczynamy widzieć na przykładzie Włoch, która wreszcie tworzy tak niekorzystne dla Polski scenariusze własnej ewolucji, jak te autorstwa Macrona.

Samozwańczy, nowy Piłsudski

Wróćmy na krajowe podwórko. Trzeci ważny element przekazu wracającego do polskiej polityki Tuska to odkurzenie tezy Giedroycia o rządzących jakoby Polską „dwóch trumnach” (Piłsudskiego i Dmowskiego). Mogło się wydawać, że to twierdzenie, wielokrotnie krytykowane jako nieadekwatne, na stałe odejdzie do lamusa polskiej myśli politycznej. Jednak Tusk je przywraca, i to w bardzo zaskakujący sposób. We wspomnianej rozmowie z Adamem Michnikiem i Jarosławem Kurskim bardzo wyraźnie sugeruje, że to ostentacyjny piłsudczyk Kaczyński jest nowym wcieleniem twórcy endecji, a on sam, Tusk, główny przeciwnik Kaczyńskiego– inkarnacją Marszałka. Nie jest to wyrażone wprost, ale jasno wynika z zestawienia pary porządkujących wywód figur: Polski rządzonej przez dwie trumny i Polski rządzonej (naprzemiennie) przez Tuska i Kaczyńskiego.

Tusk przybywa jednak na Kasztance, przeciwstawiając urojonemu nowemu Dmowskiemu równie urojonego nowego Piłsudskiego, czyli siebie

O ile do wmawiania szefowi PiS nacjonalizmu, antysemityzmu, a nawet faszyzmu czy neonazizmu (w oczach progresywistycznych inteligentów zlewają się często te różne byty w jedną wielką masę „sił mroku”, nie inaczej jest u Tuska) zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle przesłanie szefa RE przynosi tu dwie nowości. Po pierwsze, przeniesienie tego przekazu z peryferiów do centrum antypisowskiej ideologii politycznej. Po drugie, samookreślenie w roli nowej sanacji. W domyśle: „wolelibyśmy być inni, ale sami widzicie, jak straszna jest alternatywa; powstrzymać PiS wszelkimi dostępnymi środkami – oto priorytet”.

Na drugim wydechu – to nie zaskoczenie – powtarza Tusk liberalne credo. „Po to nam niepodległa ojczyzna, aby wolni Polacy mogli korzystać ze swoich praw i swobód” – mówił w Łodzi. Dawno temu klasyk liberalizmu Edmund Burke krytykował płytkie, kontraktualne podejście do państwa, jako sprowadzające je do rangi „spółki handlu pieprzem i kawą, perkalem lub tytoniem, czy innym mało znaczącym towarem, którą zawiązuje się z racji błahego, przejściowego interesu i rozwiązuje na każde życzenie stron”. Że spora część polskich liberałów – w tym Tusk – tej lekcji nie odrobiła, wiadomo nie od dziś.

Nowe i ciekawe jest tu co innego: próba pożenienia liberalizmu z neosanacją. Muszę przyznać, że słuchając z jednej strony pochwał ekspremiera pod adresem Piłsudskiego (sięgających obrony zamachu majowego), z drugiej – hurraentuzjastycznych aplauzów po wystąpieniach Tuska, lepiej zrozumiałem, jak ludzie określający się mianem wolnościowców mogli akceptować takie zjawiska jak administracyjnie wspomagana nagonka na krytyków Lecha Wałęsy czy inwigilacja dziennikarzy. Skoro „ta druga Polska” to neoendecka czerń – wszystkie chwyty dozwolone. Nawet ograniczające wolność, przecież w imię zachowania jakiejkolwiek wolności przed – domniemanym czy rzeczywistym – większym zagrożeniem.

Nieźle już opisany paternalizm współczesnych elit (turbo)liberalnych znajduje więc za sprawą Tuska lokalne dopowiedzenie w postaci zdumiewającego miksu sanacyjno-liberalnego. Biorąc pod uwagę, jak zmistyfikowany obraz przeciwnika za nim stoi („brunatny nurt”), jak nikły dorobek propaństwowy, oraz to, że w skali międzynarodowej to właśnie tego typu paternalizm był i jest jednym z najważniejszych źródeł obecnej, populistycznej reakcji (z wszystkimi związanymi z nią przykrościami) – trudno patrzeć na niego z optymizmem.

Trudno nie odczuwać satysfakcji, słysząc ze strony tak ważnego polityka potwierdzenie diagnozy geopolitycznej, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” rozwijamy od sześciu lat. Szkoda, że szef Rady Europejski i lider opozycji wyciąga z niej tak jednostronne i błędne wnioski

Swoistą klamrą łódzkiego wystąpienia Tuska była – odmieniana przez wszystkie przypadki – geopolityka. Konflikt amerykańsko-chiński jako źródło destrukcji tak korzystnego dla nas ładu światowego brzmi w ustach byłego premiera jak fundamentalne memento o ciężarze utrzymania niepodległości oraz wezwanie do narodowej mobilizacji. Trudno nie odczuwać satysfakcji, słysząc ze strony tak ważnego polityka potwierdzenie diagnozy geopolitycznej, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” rozwijamy od sześciu lat. Szkoda, że szef Rady Europejski i lider opozycji wyciąga z niej tak jednostronne i błędne wnioski.

Tusk wraca do polskiej polityki w nowych okolicznościach i w nowym wcieleniu, notabene wyraźnie przekraczając także granice wymaganej od szefów Rady Europejskiej neutralności. Z punktu widzenia jego entuzjastów, to powrót pogromcy Kaczyńskiego na białym koniu. Ku mojemu zdziwieniu, Tusk przybywa jednak na Kasztance, przeciwstawiając urojonemu nowemu Dmowskiemu równie urojonego nowego Piłsudskiego, czyli siebie. Pogłębiając podział i polaryzację. Lekceważąc realne uwarunkowania bezpieczeństwa Polski w imię marzeń o supermocarstwowej Europie. I nie wyciągając żadnych wniosków z błędów swojej formacji, z czasów, gdy rządziła.

Nie wiem, czy to wystarczy, żeby pokonać Kaczyńskiego. Wiem, że chcę innej Polski niż ta z nowej wizji Tuska.