Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Więcej państwa! Jak wygrać z globalną nierównością

Anthony B. Atkinson w swojej książce „Nierówności. Co da się zrobić?” pisze, że walka z nadmiernymi nierównościami wiąże się z zapobieganiem odczłowieczeniu relacji rynkowych i instytucjonalnych

Dyskusja o nierównościach społeczno-kulturowo-gospodarczych jest w Polsce wciąż w powijakach. O ile coraz częściej mamy do czynienia z medialną i polityczną krytyką kapitalizmu bez społecznej odpowiedzialności, o tyle pytania o naturę, przyczyny, objawy, aspekty nierówności nadal stanowią niszę w ramach debaty publicznej. W pewnej mierze dzieje się tak dlatego, że znacznej (nie tylko opiniotwórczej) części polskiego społeczeństwa dyskusja o nierównościach i egalitaryzmie kojarzy się wciąż ze słynną sowiecką „urawniłowką”, absurdami gospodarki opartej na centralnym planowaniu oraz doktrynerskiej awersji PRL do prywatnej własności. Nota bene ideologiczna awersja do prywatnej własności, w dodatku wyznawana publicznie jako ustrojowe credo realnego socjalizmu, nie przeszkadzała prywatnie bogacić się PZPR-owskiej nomenklaturze.

Z drugiej jednak strony duża część Polek i Polaków, na co regularnie wskazują badania opinii publicznej, jest przeciwna wzrostowi różnic w zarobkach między zwykłymi pracownikami a kadrą kierowniczą. A w debacie publicznej, także po prawej stronie, szczególnie wśród młodszych pokoleń, coraz mocniejsze są głosy krytyczne wobec rzeczywistości ekonomiczno-kulturowej III Rzeczypospolitej. I jeśli taka tendencja utrzyma się, to zagadnienia związane z nierównościami społeczno-gospodarczymi z konieczności zajmą w nich istotniejsze miejsce. Ale nie będziemy już o nich rozmawiać językiem PRL, ale – w znacznej mierze – z pomocą terminologii, definicji, pojęć i nurtów interpretacyjnych, wyznaczanych przez anglosaskich badaczy i badaczki, których opisy współczesnego kapitalizmu są adekwatne do naszych czasów i wyzwań. Równocześnie coraz trudniej będzie zdusić taką dyskusję sloganami, że krytykom obecnych realiów marzy się powrót do poprzedniej epoki. Tym bardziej, że to właśnie wzrost nierówności coraz bardziej podminowuje demokratyczne reguły gry w zachodnim świecie, stawiając praktycznie „poza dobrem i złem” globalnych i lokalnych plutokratów.

Potrzeba zmian systemowych

Rokrocznie przybywa na polskim rynku wydawniczym solidnych prac dotyczących problematyki nierówności we współczesnych społeczeństwach. Jedna z pionierskich i stanowczo zbyt mało dyskutowana lektura to „Duch równości. Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej” Richarda Wilkinsona i Kate Pickett. Ten przystępnie napisany, bogaty w socjologiczne i gospodarcze dane tytuł pozostał jednak w cieniu dwóch głośnych prac Thomasa Piketty’ego: „Kapitał w XXI wieku” i „Ekonomia nierówności”. W 2015 roku ukazało się z kolei polskojęzyczne wydanie „Ceny nierówności” noblisty w dziedzinie ekonomii, Josepha E. Stiglitza, książki o znamiennym podtytule: „W jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości?”. Na ogół były to książki interesujące dla lewicowych czytelniczek i czytelników. Jednak coraz częściej (choć, owszem, powoli) medialny mainstream otwiera się na teksty, które w różnoraki sposób inspirowane są choćby wspomnianymi wyżej tytułami.

Według Platona żaden obywatel nie powinien być więcej niż cztery razy bogatszy od najbiedniejszego członka społeczności. Dzisiaj żyjemy we wspólnotach politycznych, gdzie te różnice w zamożności bywają kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset razy większe

Dobrych kilka miesięcy temu nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazał się kolejny ważny tytuł poświęcony badaniom nierówności w świecie globalnego kapitalizmu. Mowa o książce „Nierówności. Co da się zrobić?” pióra sir Anthony’ego B. Atkinsona, profesora London School of Economics, uznawanego za jednego z pionierów badań nad ekonomicznymi realiami społecznych nierówności. Skąd krytyka nierówności? W wywiadzie, jaki Atkinson udzielił Rafałowi Wosiowi dla „Polityki” (18 kwietnia 2016 roku), z ust naukowca padają znamienne słowa: „[nierówności] wymknęły się spod kontroli. (…) Według Platona żaden obywatel nie powinien być więcej niż cztery razy bogatszy od najbiedniejszego członka społeczności. Dzisiaj żyjemy we wspólnotach politycznych, gdzie te różnice w zamożności bywają kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset razy większe. I te różnice od kilku dekad rosną. A wraz z nimi realne patologie”. Dalej badacz podkreśla (a może nawet uspokaja na ogół liberalnych przecież czytelników „Polityki”), że nie postuluje totalnej równości, lecz interesuje go zmniejszenie nierówności dochodowych, które są realnym problemem światowych gospodarek.

Warto przyjrzeć się bliżej właśnie propozycjom globalnej zmiany w tym względzie, jakie znajdziemy na kartach „Nierówności”. Trzyczęściowa struktura książki („Diagnoza”, „Propozycje działań”, „Czy da się to zrobić?”), wskazuje, że koncepcyjne przygotowanie gruntu pod realne zmiany systemowe to centralny punkt zainteresowań autora. Jak zaznacza Atkinson, choć część z tych pomysłów odnosi się do „specyficznych rozwiązań brytyjskich”, to jednak pewne ogólne przyjęte przez niego zasady mogą służyć jako inspiracja dla konkretnych działań w innych częściach globu. Z pewnością propozycje badacza wielu określi mianem wizjonerskich. Ale w dobrze znanej nam w Polsce atmosferze niechęci wobec państwa (po części wynikającej z realnych przesłanek), większość opisze je jako niebezpieczne mrzonki.

Inwestycje mają konsekwencje

Przyjrzyjmy się bliżej wybranym zagadnieniom. Autor „Nierówności” mierzy się z takimi wyzwaniami jak kierunki zmian technologicznych, które nieuchronnie prowadzą do automatyzacji wszelkiej pracy, zarówno produkcji, jak i usług. Jego zdaniem, co intuicyjnie wyczuwają już dziś pracownicy i pracownice na niższych szczeblach drabiny społeczno-gospodarczej, i co chętnie podkreślają rozliczne konfederacje pracodawców i przedsiębiorców, zaowocuje to jeszcze większymi wymaganiami reprezentantów kapitału wobec ludzkiej siły roboczej. Przełoży się także na większy wzrost nierówności dochodowych: wolny czas dla ludzi pozbawionych dochodu będzie czasem osuwania się w dół na drabinie społecznej, a nie czasem twórczej satysfakcji i radosnego odpoczynku. Atkinson przypomina starą prawdę, która w Polsce wywołuje wciąż nierzadko nerwowe reakcje liczących się „graczy opinii”: dla biznesu liczy się interes udziałowców, niekoniecznie zgodny z szerszym interesem społecznym. O tę drugą kwestię powinno zadbać państwo.

Nie chodzi jedynie o to, żeby instytucje publiczne przygotowały grunt pod sukces takich przedsięwzięć jak iPhone, ale żeby były w stanie wziąć pod uwagę ogólnospołeczne konsekwencje własnych decyzji inwestycyjnych

Państwo to podmiot inwestujący w postęp technologiczny. Atkinson idzie jednak dalej: zwraca uwagę, że ministerstwa odpowiedzialne za ścieżki rozwoju gospodarczego rzadko interesują się zagadnieniami związanymi ze sprawiedliwością społeczną. Tymczasem „rząd, który chce zmniejszyć nierówności, musi zaangażować w to zadanie wszystkie ministerstwa”. Niezależnie od tego, jak kontrowersyjna wydaje się ta myśl, zwraca ona uwagę na poważny problem polityczny, wprost związany ze złożonością współczesnego świata i naukowej wiedzy o nim: bardzo rzadko jesteśmy w stanie myśleć o rzeczywistości holistycznie, ponieważ przekracza to zdolności poznawcze i możliwość działań zarówno jednostek, jak rozlicznych wspólnot ludzkich, oraz – szczególnie źle zarządzanych i nieodpowiednio finansowanych – instytucji publicznych.

W każdym razie nie chodzi jedynie o to, żeby instytucje publiczne przygotowały grunt pod sukces takich przedsięwzięć jak iPhone (Atkinson chętnie cytuje głośną książkę prof. Mariany Mazzucato „Przedsiębiorcze państwo”, której polskie wydanie opatrzył wstępem wicepremier Mateusz Morawiecki), ale żeby były w stanie wziąć pod uwagę ogólnospołeczne konsekwencje własnych decyzji inwestycyjnych. Tajemnicą poliszynela jest, że pomysły w rodzaju specjalnych stref ekonomicznych niekoniecznie muszą przynosić istotne korzyści lokalnym społecznościom, w których działają i niekoniecznie muszą wpływać na wzrost innowacyjności rodzimej gospodarki – jeżeli de facto są udzielnymi księstwami transnarodowego biznesu.

Zainwestujmy w państwo

Skoro technologiczny wzrost wciąż prowadzi do wzrostu bogactwa (tyle że coraz mniej równo dzielonego), należy pomyśleć, w jaki sposób dystrybucja dochodu i innowacyjne rozwiązania mogłaby wzmocnić pozycję szerokich rzesz na niższych szczeblach drabiny społecznej. Tu pojawia się kolejna kontrowersyjna dla wielu recepta: należy wzmocnić znaczenie usług publicznych, ponieważ to one są często wprost inwestycjami w kapitał ludzki. Państwu opłaca się inwestować w edukację, politykę zdrowotną, politykę nastawioną na dobro ogółu dzieci (i wszelkie ich możliwe pochodne), ponieważ pozwala to na lokowanie środków wśród bardzo różnych szczebli pracownic i pracowników oraz na różnych poziomach drabiny społecznej. Mówiąc językiem metafory: nawet jeśli istnieje pewne ryzyko marnotrawstwa środków (które zdaniem Atkinsona jest z reguły demonizowane), instytucje publiczne mogą działać jak system irygacyjny. Bogactwo nie ucieknie do najbogatszych, jeśli państwo zagwarantuje inny przepływ środków.

Ale na tym nie koniec. Naukowiec proponuje wprost znaczne doinwestowanie administracji publicznej, tak aby poprawić jej jakość: „Osiągnięcie sprawiedliwego społeczeństwa zależy w istotnej mierze właśnie od jej efektywności, a także od polepszenia jej relacji z obywatelami”. Dużo, a nawet bardzo dużo w tej mierze zależy od oczekiwań i nastawienia obywateli: „Uczciwe społeczeństwo musi być pewne, że jego działania w zakresie opodatkowania, wydatków publicznych, regulacji i ustawodawstwa są sprawiedliwe, przejrzyste i akceptowane. To wymaga zasobów finansowych. Ponadto bogacąc się, społeczeństwa stają się bardziej wymagające”.

Zdaniem autora „Nierówności”, to ludzie społecznie słabsi i w większym stopniu kulturowo wykluczeni zdecydowanie bardziej potrzebują wszelkich możliwych usług, na czele z publicznymi, oferowanymi za pośrednictwem innych żywych ludzi

To interesująca kwestia, której szersze konsekwencje można przeanalizować także w polskich realiach. Nasze powszechne niezadowolenie z publicznych usług zdrowotnych nie wynika przecież z faktu, że są one wciąż na tym samym poziomie co w czasach Polski Ludowej. Rzecz w tym, że mamy dziś zdecydowanie wyższe oczekiwania także wobec państwa. Tylko, że instytucje publiczne i rynkowe niemal jednym głosem mówią nam, iż powinniśmy za to zapłacić z własnej kieszeni. Autor „Nierówności” powiedziałby coś innego: zainwestujmy w państwo, to się opłaci dyskryminowanej dziś ekonomicznie większości! Zasługujemy na drogie i sprawne państwo – tanie i niesprawne opłaca się tylko oligarchii.

Jak człowiek z człowiekiem

Atkinson uważa, że walka z nadmiernymi nierównościami wiąże się równocześnie z zapobieganiem coraz dalej idącemu odczłowieczeniu relacji rynkowych i instytucjonalnych. To frapujące zagadnienie antropologiczne, właściwie niedostrzegane przez polskich konserwatystów (czy też ludzi, którzy nagminnie korzystają z tego określenia, nadając jego potocznemu znaczeniu banalnie-zniechęcający sens). Otóż być może coraz mniejsza liczba bezpośrednich relacji międzyludzkich w sferze publicznej, zastępowanych wsobnością usług uzyskiwanych z pomocą aplikacji, formularzy online itp., skutkuje „wtórną asocjalizacją” (nawiązuję do terminu „wtórny analfabetyzm”). W czym wyrażałaby się tego typu „wtórna asocjalizacja”, sprzęgnięta z coraz bardziej podzielonym ekonomicznie i nierównym społeczeństwem? Choćby w większych problemach z relacjami interpersonalnymi, nieumiejętnością osiągania kompromisów, nieznajomością ludzi spoza własnej środowiskowej bańki, zubożeniem języka, lękiem przed kontaktami z nieznanymi osobami nawet na neutralnym czy dość przyjaznym gruncie.

Nierówności to problem fundamentalnie polityczny, za ich narastaniem nie stoi niewidzialna ręka rynku, ale działający przez dekady konkretni ludzie, instytucje publiczne, prywatne organizacje, lokalne i globalne prawo – przekonuje Atkinson

Co więcej, zdaniem autora „Nierówności” to ludzie społecznie słabsi i w większym stopniu kulturowo wykluczeni zdecydowanie bardziej potrzebują wszelkich możliwych usług, na czele z publicznymi, oferowanymi za pośrednictwem innych żywych ludzi. A to z tej prostej przyczyny, że komunikacja międzyludzka, szczególnie nastawiona na faktyczną pomoc i udzielenie rzeczywistego wsparcia, to o wiele bogatsza płaszczyzna odniesień i oddziaływań (od mowy ciała do wychwytywania niuansów wypowiedzi na podstawie tonu głosu) niźli „rozmowa” z botem czy „automatycznym doradcą klienta”. Niektóre passusy z „Nierówności” Atkinsona, właśnie te, które odnoszą się do relacji między osobami ludzkimi a problemami wynikającymi z automatyzacji usług publicznych, przypominają najsmutniejsze fragmenty ostatniego filmu Kena Loacha „Ja, Daniel Blake”, którego główny bohater musi negocjować z infolinią publicznego ubezpieczenia zdrowotnego swoje „być albo nie być”. I ostatecznie przegrywa, ponieważ znakomicie zautomatyzowana, z pozoru całkowicie sprawna instytucja sprzyja pogłębianiu nierówności między bogatszymi i uboższymi. Dla tych ostatnich kończy się to naprawdę źle.

Atkinson nie obiecuje nikomu raju na ziemi. Właściwie każdy wątek, który rozwija w swojej obszernej i erudycyjnej pracy, nakłania do myślenia o coraz to nowych wyzwaniach i aspektach naszej, przeobrażającej się wciąż rzeczywistości, w której dobrobyt tak mocno miesza się z niedostatkiem, a dobrodziejstwa cywilizowanego życia wiążą się nierzadko z potężnym stresem wywołanym poczuciem kruchości własnego i bliskich życiowego statusu oraz niepewnością jutra, nawet w relatywnie stabilnych warunkach ekonomicznych. Nierówności to problem fundamentalnie polityczny, za ich narastaniem nie stoi niewidzialna ręka rynku, ale działający przez dekady konkretni ludzie, instytucje publiczne, prywatne organizacje, lokalne i globalne prawo – przekonuje Atkinson. Dlatego też jego książka, z pozoru przeznaczona przede wszystkim dla odbiorczyń i odbiorców o zacięciu ekonomicznym, to książka zdecydowanie polityczna. I mocno rewolucyjna w świecie takim jak nasz.

Anthony B. Atkinson, „Nierówności. Co da się zrobić?”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017

 

 

 

 

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz