Nieudany pivot Trumpa

Aktualności,

Zgodnie z wyborczymi zapowiedziami jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia TPP. Ta korzystna dla Pekinu decyzja nie oznaczała jednak dobrego otwarcia w dwustronnych relacjach. W połowie stycznia Rex Tillerson, wówczas jeszcze kandydat na stanowisko sekretarza stanu, stwierdził, że należałoby zablokować Chinom dostęp do sztucznych wysp, wznoszonych przez nie na Morzu Południowochińskim. Dziennik Ludowy, oficjalny organ prasowy Komunistycznej Partii Chin, określił tę wypowiedź jako „bomby słowne”, które podobnie jak inne „prowokacje, naciski, fantazje i przesądy” nie powstrzymają normalnych ćwiczeń chińskiej marynarki wojennej. Była to aluzja do zamieszania wywołanego miesięcznym rejsem szkoleniowym grupy lotniskowca „Liaoning”. W tym samym czasie ze strony samego Donalda Trumpa padły wypowiedzi sugerujące możliwość odejścia od polityki „jednych Chin”. Prezydent zaostrzył retorykę w sprawie Morza Południowochińskiego oraz zatwierdził sprzedaż uzbrojenia Tajwanowi za 1,4 miliarda dolarów.

Dla pozycji USA w Azji dużo ważniejsze od Korei jest Morze Południowochińskie

Luty i marzec upłynęły nowej administracji na zapoznawaniu się z sytuacją. Mimo początkowo antychińskich wypowiedzi, Trump przystąpił do poszukiwania porozumienia z Pekinem. Natomiast sekretarz obrony Jim Mattis odwiedzał azjatyckich sojuszników zapewniając ich o przywiązaniu Waszyngtonu do sojuszniczych zobowiązań oraz braku jakichkolwiek zmian w sposobie finansowania amerykańskiej obecności wojskowej w Japonii i Korei Południowej, co w kampanii wyborczej zapowiadał Trump. Sekretarz obrony przedstawił nawet Japonię jako „modelowy przykład dzielenia kosztów”.

Godzenie ognia z wodą

Była też i druga strona medalu. Stany Zjednoczone zażądały od Kambodży spłaty długów z okresu wojny w Indochinach. Phnom Penh odmawia zapłaty i przypomina o amerykańskich nalotach z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Długi Kambodży dotyczą głównie pożyczki na dostawy żywności dla rządu generała Lon Nola w latach 1972–1975. Amerykańska administracja wycenia je na 274 miliony dolarów plus mniej więcej drugie tyle odsetek. W wypadku odmowy spłaty zobowiązań Waszyngton grozi wpłynięciem na Międzynarodowy Fundusz Walutowy, aby ten wstrzymał pomoc dla Kambodży. Żądania wywołały w Phnom Penh wściekłość. Premier Hun Sen przypomniał efekty amerykańskich nalotów z czasów wojny wietnamskiej. Według najśmielszych szacunków w atakach na kambodżański odcinek Szlaku Ho Chi Minha śmierć mogło ponieść nawet pół miliona cywilów. Tylko w 1973 roku w nalotach dywanowych prowadzonych na terytorium kraju przez B-52 Stratofortressy spadło ponad 250 tysięcy ton bomb. Naloty znacznie przyczyniły się także do początkowo dużego poparcia dla Czerwonych Khmerów. Nagłe podniesienie kwestii długów może być formą nacisku na bardzo prochiński rząd Hun Sena. Przypomina to przykład sąsiedniego Wietnamu. Jednym z warunków normalizacji stosunków ze Stanami Zjednoczonymi w latach 90. było przyjęcie przez Hanoi długów pozostałych po dawnym rządzie Wietnamu Południowego. Jeżeli faktycznie tak było, to rezultaty są zupełnie odwrotne i Kambodża tylko mocniej zakotwiczyła w chińskiej strefie wpływów.

Potem było spotkanie z Xi Jinpingiem w Mar-a-Lago i obwieszczenie na Twitterze przez amerykańskiego prezydenta nawiązania „wspaniałej przyjaźni”. Różnice interesów między Chinami a USA okazały się jednak zbyt duże. Do tego doszedł jeszcze problem Korei Północnej, który całkowicie przesłonił inne amerykańskie działania w Azji. Jednocześnie Donald Trump wpadł we własne sidła – hasło „America first”, zawsze łączące się z izolacjonizmem, po raz kolejny okazało się niemożliwe do pogodzenia z rozbudową potencjału militarnego i utrwalaniem pozycji światowego hegemona.

Korea Północna jest twardym geopolitycznym orzechem do zgryzienia, a Trump padł tutaj ofiarą zaniedbań sięgających prezydentury Billa Clintona. Sytuacja w skrócie przedstawia się następująco: rozwiązanie problemu Korei Północnej jest niemożliwe bez udziału Chin, które otwarcie starają się podważyć pozycję USA, póki co jedynie w Azji. Nie jest to jedyny paradoks. Również Pekin stoi w obliczu licznych dylematów. Z geostrategicznego punktu widzenia Korea Północna jest Chinom (oraz Rosji) niezbędna, jako bufor oddzielający je od sił amerykańskich oraz sojuszników USA w postaci Korei Południowej i Japonii. Jednocześnie pełna fajerwerków polityka Pjongjangu doprowadziła do większego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Azji i grozi destabilizacją regionu, co nie leży w interesie Pekinu. Warto przy tym wspomnieć, że Korea Północna również Chinom groziła atakiem jądrowym.

Sztuczne wyspy dzielą

Dla pozycji USA w Azji dużo ważniejsze od Korei jest jednak Morze Południowochińskie. Niezdecydowanie administracji Obamy zostało zręcznie wykorzystane przez Pekin do podważenia zaufania państw regionu do Stanów Zjednoczonych. Niestety administracja Trumpa tylko pogorszyła sytuację. Pierwszym błędem było wspomniane już porzucenie TPP, układu wymierzonego jednoznacznie w Chiny i mającego ograniczyć siłę przyciągania chińskiej gospodarki. Następnie było zawieszenie operacji swobody żeglugi (FONOP) na Morzu Południowochińskim. Biały Dom prawdopodobnie liczył, że tym krokiem uda się nakłonić Chiny do zawarcia „dealu” w sprawie Korei Północnej. Jednak oferta ta nie była dla Pekinu w żadnym stopniu atrakcyjna. Wbrew szumnym deklaracjom, FONOP nie stanowi dla chińskiej obecności na spornych archipelagach żadnego zagrożenia, a okresowe zniknięcie amerykańskiej bandery zostało wykorzystane do dalszego podważania prestiżu i wiarygodności USA.

Najprostszym pomysłem wydaje się szeroka pomoc militarna dla skonfliktowanych z Chinami państw, czyli Filipin, Malezji, Tajwanu i Wietnamu

W Waszyngtonie zdano sobie sprawę z sytuacji już w maju. Niestety poza wznowieniem i intensyfikacją FONOP nie widać jakiegokolwiek pomysłu na powstrzymanie Chin. W chwili obecnej jedynym rozwiązaniem kwestii chińskich sztucznych wysp na Morzu Południowochińskim jest ich zajęcie, a to wymagałoby otwartej wojny. Waszyngton nie jest gotów na tak drastyczne rozwiązanie, z czego ekipa Xi Jinpinga doskonale zdaje sobie sprawę. Ponadto w Pekinie utwierdza się przekonanie, że Amerykanie niezależnie od konsekwencji prędzej czy później i tak ustąpią. Co gorsza ani administracja Obamy, ani Trumpa nie wykorzystuje w pełni propagandowego sukcesu, jakim był korzystny dla Filipin werdykt Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze z lipca 2016, który podważył wszelkie roszczenia Chin na spornych wodach.

Sprawa arbitrażu miała swój trochę nieoczekiwany epizod w relacjach chińsko-amerykańskich. Na początku stycznia chińska telewizja publiczna CCTV wyemitowała reportaż, według którego o mało nie doszło do wybuchu wojny między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Do katastrofy mogło dojść po ogłoszeniu 12 lipca wyroku. Na Morze Południowochińskie skierowano wówczas dwa lotniskowce US Navy, USS „Ronald Reagan” ze składu 7. Floty i USS „John C. Stennis” z 3. Floty. Zdaniem CCTV miało to wywołać w Pekinie strach, że Stany Zjednoczone szykują się do zadania wyprzedzającego uderzenia. W rezultacie w „Reagana” wycelowano „dziesiątki” przeciwokrętowych pocisków balistycznych DF-21D. Ostatecznie w Pekinie miała zwyciężyć chłodna kalkulacja i jeszcze większe obawy przed amerykańskim uderzeniem odwetowym, a w konsekwencji – możliwością wybuchu trzeciej wojny światowej. Zastanawiające, że w wyemitowanym materiale mówiono tylko o jednym lotniskowcu, pomijając obecność „Johna C. Stennisa”. Najprawdopodobniej cały reportaż był prowokacją obliczoną na sprawdzenie przyszłej administracji Donalda Trumpa. Lotniskowce wraz z okrętami eskort przeprowadziły ćwiczenia, obejmujące również „skrajne scenariusze”. Były to pierwsze od dwóch lat takie manewry US Navy na zachodnim Pacyfiku i okazję tę skrzętnie wykorzystano do sprawdzenia zdolności operacyjnych większych grup lotniskowców.

Jak wspomóc mniejsze państwa?

W środowisku amerykańskich think tanków rozpoczęła się wreszcie szersza debata nad tym, jak poradzić sobie z „pasywnie-asertywną” polityką Chin na Zachodnim Pacyfiku, a Morzu Południowochińskim w szczególności. Jeszcze trakcie budowy sztucznych wysp pojawiały się koncepcje utrudnienia chińskich działań poprzez zachęcenie do działania organizacji ekologicznych. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby obrońcy środowiska mieli jakiekolwiek szanse w konfrontacji z liczną chińską strażą wybrzeża i jeszcze liczniejszymi, przeszkolonymi przez marynarkę wojenną paramilitarnymi formacjami złożonymi z rybaków.

Najprostszym pomysłem wydaje się szeroka pomoc militarna dla skonfliktowanych z Chinami państw, czyli Filipin, Malezji, Tajwanu i Wietnamu. Miałaby ona obejmować nie tylko szkolenia i dostawy broni, ale także pomoc w rozbudowie istniejących instalacji wojskowych. Sprowadza się to do budowy w archipelagu Spratly sieci ufortyfikowanych baz porównywalnych z chińskimi. Rozwiązanie takie ma tę zaletę, że pozwala niejako stworzyć własną strefę A2/AD wewnątrz chińskiej strefy A2/AD i tym samym poważnie ograniczyć jej skuteczność. Pojawia się tu jednak kilka problemów. Po pierwsze, nawet poważnie wzmocnione siły wspomnianych państw będą nadal słabsze od chińskich. Po drugie, rozwiązanie to w żaden sposób nie przekłada się na poprawę wiarygodności Waszyngtonu. Wietnam i Malezja nie są formalnie sojusznikami USA, a w wypadku Tajwanu i Filipin brakuje deklaracji, że amerykańskie gwarancje obejmują także sporne wyspy. Obecnie jedynym państwem Azji, którego Stany Zjednoczone musiałyby bezwarunkowo bronić w razie konfliktu z Chinami, jest Japonia. Po trzecie, jak zawsze od czasów zimnej wojny, najskuteczniejszym gwarantem spokoju byłaby obecność amerykańskich wojsk. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby Pekin przełknął obecność Marines dosłownie pod bokiem, a i Waszyngton nie jest chętny wysyłać wojsk w kolejne miejsce, zupełnie nieznane przeciętnemu Amerykaninowi.

Na Morzu Południowochińskim Chiny mają tak mocną pozycję, że są już praktycznie o krok od zwycięstwa

Chłodniej na linii z Islamabadem

Mimo kolejnych sankcji sprawa Korei Północnej jest jak zawsze daleka od rozwiązania. Warto wspomnieć, że według chińskich ośrodków badawczych ryzyko wojny na półwyspie jest dużo mniejsze niż np. katastrofy w północnokoreańskim reaktorze lub załamanie się reżimu. Dużo większe wyzwania czekają jednak w Azji Płd. i Płd.-Wsch. Pod koniec sierpnia Trump niespodziewanie strzelił sobie sam w stopę. W przemówieniu w Fort Myer zapowiedział zmianę polityki w Afganistanie i bardzo ostro skrytykował Pakistan. Relacje między Waszyngtonem a Islamabadem od lat są coraz bardziej skomplikowane i zaczynają przypominać samonakręcającą się spiralę braku zaufania i wzajemnych oskarżeń. Władze Pakistanu rzeczywiście mają olbrzymi problem z islamskimi radykałami, jednocześnie jednak zostawiają amerykańskim siłom olbrzymią swobodę działania na swoim terytorium. Feralnym przemówieniem prezydent Trump dokonał dwóch rzeczy: zjednoczył przeciwko USA głęboko podzielone pakistańskie społeczeństwo oraz wepchnął Pakistan, tradycyjnego sojusznika Stanów Zjednoczonych, w objęcia Chin i Rosji. Pekin i Moskwa niemal natychmiast po przemówieniu Trumpa pospieszyły z deklaracjami, wychwalającymi Pakistan, i zapewnieniami o niewzruszonym poparciu i współpracy z „kluczowym graczem w regionie”.

Mocniejsze związanie Islamabadu zwłaszcza z Chinami może mieć poważne konsekwencje dla równowagi sił w Azji Płd. Motorem współpracy obu państw od dobrego półwiecza jest rywalizacja z Indiami. Za drugiej kadencji Obamy Waszyngton zaczął wyraźnie faworyzować New Delhi. Powodem takiej zmiany była polityka „otaczania Chin”. Indie zaczęły się jawić nie tylko jako przeciwwaga dla Chin, ale także jako bardziej rzetelny partner niż Pakistan. Niemniej dobre relacje USA z oboma państwami pozwalały utrzymać stabilność w regionie. Teraz doszło do gwałtownej zmiany, którą najlepiej skomentował szef sztabu indyjskich wojsk lądowych generał Bipin Rawat. Na konferencji zorganizowanej przez think tank Centre for Land Warfare Studies stwierdził, że Indie powinny szykować się do walki na dwóch frontach. Odniósł się do trwającego dziesięć tygodni chińsko-indyjskiego kryzysu wokół płaskowyżu Doklam. Zdaniem Rawata sytuacja nadal może ulec zaostrzeniu i wskutek efektu „kuli śnieżnej” przerodzić się w konflikt na pełną skalę. Jeżeli dojdzie do czegoś takiego, sprzymierzony z Chinami Pakistan może próbować wykorzystać okazję do rozstrzygnięcia na swoją korzyść sporu o Kaszmir. Dalsze spostrzeżenia generała są jeszcze bardziej pesymistyczne. Fakt, że wszystkie trzy państwa dysponują arsenałem nuklearnym, w żaden sposób nie eliminuje ryzyka wojny.

Porażka Trumpa

Z kolei na Morzu Południowochińskim Chiny mają tak mocną pozycję, że są już praktycznie o krok od zwycięstwa. Filipiny coraz mocniej wchodzą w chińską orbitę, aczkolwiek przyszłość tego procesu zależy od tego jak długo u władzy pozostanie prezydent Duterte. Jedynym państwem regionu, myślącym jeszcze o przeciwstawieniu się Pekinowi, jest Wietnam. Hanoi zdecydowało się podjąć interesująca zagrywkę, która ma spore szanse wpłynąć na postawę Waszyngtonu. Na początku stycznia PetroVietnam podpisał z Exxon Mobile wart 10 mld dolarów kontrakt na eksploatację złóż ropy i gazu ziemnego położonych na wysokości wybrzeża środkowego Wietnamu (pole gazowe Blue Whale). Kiedy w czerwcu eksploatację położonych bardziej na południe złóż w wietnamskiej wyłącznej strefie ekonomicznej rozpoczął hiszpański Repsol, Pekin miał zagrozić Hanoi wojną. Ciekawe, jaka będzie reakcja Chin na działania koncernu, z którym związany jest sekretarz stanu Rex Tillerson, i jak wpłynie to na politykę USA w regionie.

Kluczowym czynnikiem dla przyszłej pozycji USA w Azji jest amerykańska polityka wewnętrzna

Bilans pierwszych siedmiu miesięcy prezydentury Trumpa w Azji jest kiepski. Wszystkie dywagacje prowadzą do wspólnego wniosku: kluczowym czynnikiem dla przyszłej pozycji USA w Azji jest amerykańska polityka wewnętrzna. Krótko mówiąc, administracja Trumpa musi wytłumaczyć Amerykanom, dlaczego Azja jest ważna, a następnie przekonać ich do poparcia większego zaangażowania w regionie. Jest to trudne wyzwanie, zważywszy nie tylko na izolacjonistyczne nastroje społeczeństwa, ale także przyzwyczajenia administracji. W środowisku japońskich think tanków krąży pesymistyczny dowcip: W wypadku jednoczesnego kryzysu na Bliskim i Dalekim Wschodzie, który USA uznają za ważniejszy i dlaczego będzie to Bliski Wschód? Zadaniem na dziś dla amerykańskich władz jest przekonanie własnych obywateli, że odpowiedź nie powinna być wcale jednoznaczna.