Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Walka z partyjniactwem ważniejsza od pensji

Wysokość pensji zarządzających spółkami skarbu państwa nie jest największym problemem. Gorsze jest to, że wybiera się ich często nie na podstawie kompetencji, ale według klucza partyjnego

„Książęce płace w spółkach”, „Prezes X zarobił miliony”, „Złoci ludzie rządzącej ekipy” – to tylko niektóre typy nagłówków, jakie możemy przeczytać w tekstach na temat zarobków w spółkach skarbu państwa. Na pierwszy rzut oka mogą one rzeczywiście przyprawić o zawrót głowy: przykładowo, jak podał „Parkiet”, w 2018 roku prezes banku PKO BP Zbigniew Jagiełło zarobił prawie 1,9 mln zł, prezes zarządu Tauron Polska Energia Filip Grzegorczyk 1,2 mln zł, a Daniel Obajtek – pracując od lutego – zarobił w PKN Orlen 1,6 mln zł. Łącznie członkom zarządów tych spółek wypłacono w 2018 roku – odpowiednio – 17 mln (PKO BP), 4,7 mln (Tauron) i 8,9 mln zł (Orlen). Pytanie, czy ci ludzie rzeczywiście zasługują na takie pieniądze, jest całkiem zasadne.

Już na wstępie narzuca się filozoficzne pytanie, czy to sprawiedliwe, że prezes banku zarabia czterdzieści razy więcej niż typowy Kowalski (taki był mniej więcej stosunek zarobków prezesa Jagiełły do ówczesnej mediany zarobków w Polsce). Zostawmy je jednak na boku i, zakładając, że nie ma w tym nic zdrożnego, porównajmy je do zarobków odpowiedników tych prezesów z sektora prywatnego. Nie wszystkie da się porównać, bo przecież przykładowy Orlen czy KGHM nie mają w Polsce odpowiednich punktów odniesienia, ze względu częściowo na branżę, częściowo na skalę działania, jednak gdy np. spojrzymy na sektor bankowy to okaże się, że np. prezes mBanku Cezary Stypułkowski zarobił w 2018 roku ponad 5 mln zł, a Michał Gajewski z Santander Bank Polska – prawie 2,2 mln. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez PricewaterhouseCoopers („Analiza wynagrodzeń Zarządów spółek giełdowych 2018”), w 2018 roku mediana wynagrodzeń członków zarządów w spółkach o dominującym udziale Skarbu Państwa, notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (WIG20, mWIG40, sWIG80), wyniosła 770 tys. zł – i była niższa od wszystkich pozostałych kategorii (akcjonariat rozproszony – 915 tys., dominujący akcjonariat prywatny – 1,2 mln, strategiczny inwestor zagraniczny – prawie 1,3 mln). Są to więc duże pieniądze, ale w porównaniu do tych, jakie można uzyskać na rynku – nie robią wrażenia.

Jak wynika z raportu Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia członków zarządów w 2018 roku”, mediana zarobków prezesów spadła o 35 proc., wiceprezesów o 30 proc. a członków zarządów aż o 56 proc.

PiS tnie pensje

I są to pieniądze mniejsze niż wcześniej, co sprawiła uchwalona w 2016 roku przez Prawo i Sprawiedliwość ustawa o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami, ograniczająca możliwości prowadzenia polityki płacowej przez władze poszczególnych firm państwowych – i nie tylko, bo nowe prawo dotyczy także spółek samorządowych. Prezesowskie i nie tylko pensje dzielą się na część stałą i zmienną, zależną od wyników osiągniętych przez spółkę, ograniczone są zaś widełkami zależnymi od wielkości jej zatrudnienia, wartości aktywów i osiąganych przychodów (możliwe są także wyjątki od tych reguł). W efekcie pensje w zarządach i radach nadzorczych spadły drastycznie: jak wynika z raportu Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia członków zarządów w 2018 roku”, mediana zarobków prezesów spadła o 35 proc., wiceprezesów o 30 proc. a członków zarządów aż o 56 proc.

Czy to dobrze? Zależy. Przynajmniej w teorii wysoka płaca powinna pełnić funkcję motywacyjną: zachęcać specjalistów do zatrudnienia się w firmie, a gdy już się w niej znajdą – do świadczenia pracy o jak najwyższej jakości. Zakładając, że dobór kadr w spółkach skarbu państwa zależy od merytorycznej oceny ich zdatności i wyników ich pracy, łatwo sobie wyobrazić, co oznacza sytuacja, w której w firmie państwowej zarabia się mniej niż w prywatnej. Oczywiście zarządzający spółkami mają o niebo lepiej niż przedstawiciele administracji publicznej (o patologiach związanych z płacami w ministerstwach i urzędach pisała w „Nowej Konfederacji” Anna Szczerbata). Jednak, jak wskazują osoby blisko związane z sektorem publicznym, problem pojawia się przede wszystkim w przypadku spółek mniejszych, nierzadko balansujących na granicy bankructwa, w których prezes może liczyć na kilkanaście tysięcy złotych pensji miesięcznie. Do zarządzania takimi firmami często trudno znaleźć osoby kompetentne; choć dla większości Polaków to i tak ogromne pieniądze, trudno oczekiwać od kogoś, kto może w mniej ryzykownym miejscu pracy zarobić kilkakrotnie więcej, by poświęcał się dla idei wyprowadzenia na prostą spółki, która jest własnością państwa, ponieważ była do tej pory tak nieznacząca dla gospodarki, że kolejni rządzący po prostu zapomnieli ją sprywatyzować.

Prezes-działacz

Jednak pojawia się pytanie: dlaczego właściwie zakładamy, że dobór kadr w spółkach skarbu państwa jest merytoryczny? SSP uchodzą w powszechnym mniemaniu za gospodarczo-polityczny łup, dzięki któremu partie polityczne mogą uzyskiwać rentę polityczną – zarówno środki na swoje funkcjonowanie, jak i możliwość wynagrodzenia swoim członkom i sympatykom trudów walki o zdobycie władzy. Jeśli ktoś uważa, że takie postawienie sprawy jest obraźliwe dla polityków i zarządzających SSP, to muszę go zmartwić: takie mniemanie potwierdzają badania naukowe. Bartosz Totleben, Katarzyna Szarzec i Andreas Kardziejonek w artykule „Rent-seeking by politicians in state-owned enterprises” zbadali skalę rotacji w zarządach 369 spółek, w których skarb państwa miał co najmniej 25 proc. udziałów (SOE25) w latach 2001-2017 – i porównali do 3156 spółek prywatnych funkcjonujących w tym czasie w Polsce. Okazało się, że o ile średnia zmian w zarządach przypadająca na jedną spółkę prywatną w badanym okresie mieściła się między 0,07 a 0,38 miesięcznie, o tyle w przypadku spółek SOE25 mieściła się między 0,1 a 1,11. Co ciekawe, średnia ta była najwyższa kilka miesięcy po wyborach parlamentarnych, bez względu na to, która partia je wygrała (choć warto podkreślić że największe zmiany nastąpiły w latach 2006, 2016 i 2002). Autorzy badania wskazują też, że słupki na wykresie rosną także tuż przed wyborami, co może mieć związek z tym, iż ustępującym członkom zarządów trzeba wypłacać odprawy, a zanim nowa ekipa zapozna się z obsługą miotły kadrowej, nowi członkowie mogą dorobić się prawa do kolejnej odprawy. Dla ruchów kadrowych w firmach prywatnych wybory nie mają znaczenia.

74,7 proc. członków rad nadzorczych i 73,8 proc. członków zarządów krytykuje zależność składów organów spółek skarbu państwa od czynników politycznych

Te wyniki potwierdzają wcześniejsze badania Igora Postuły, który w 2011 roku przeprowadził ankietę wśród członków zarządów i rad nadzorczych SSP. Okazało się, że aż 72,6 proc. członków rad nadzorczych i 78 proc. członków zarządów, którzy na nią odpowiedzieli jako negatywną oceniało zależność obsady stanowisk w organach SSP od cyklu wyborczego. Ponadto 74,7 proc. członków rad nadzorczych i 73,8 proc. członków zarządów krytykuje zależność składów organów spółek skarbu państwa od czynników politycznych. Jednocześnie jedynie 31,5 proc. członków RN i 27 proc. członków zarządów twierdzi, że obowiązujące wówczas regulacje prawne umożliwiały obsadzenie stanowisk w organach SSP dobrymi specjalistami (odpowiednio 25,5 proc. i 35 proc. twierdziło, że „trochę tak, a trochę nie”).

Ograniczona niezależność

Te badania pokazują, że politycy mają wpływ nie tylko na wybór zarządzających SSP, ale także na samo ich funkcjonowanie. W innym artykule I. Postuły czytamy, że członkowie Rad Nadzorczych jednoosobowych spółek skarbu państwa wśród największych problemów w funkcjonowaniu zarządów spółek wymieniają: zależność składów zarządów od cyklu wyborczego, politycznie uwarunkowany sposób doboru członków zarządów i presję polityczną na działanie zarządów (członkowie samych zarządów widzą to trochę inaczej – ich największą bolączką jest uzależnienie decyzji zarządu od zgody walnych zgromadzeń, zależność składu od cyklu wyborczego oraz uzależnienie funkcjonowania zarządów od decyzji podejmowanych przez pracowników – nieistniejącego obecnie – ministerstwa skarbu państwa). Do myślenia może dawać także to, że najbardziej na naciski polityczne narzekają członkowie rad nadzorczych tych spółek, w których skarb państwa ma udziały większościowe (czyli są wśród nich także osoby nie pochodzące z politycznego nominowania). 27 proc. z nich uważa, że członkowie zarządów kierują się przy podejmowaniu decyzji poleceniami ministra i wiceministrów.

Najbardziej na naciski polityczne narzekają członkowie rad nadzorczych tych spółek, w których skarb państwa ma udziały większościowe (czyli są wśród nich także osoby nie pochodzące z politycznego nominowania).

Czy z tego można by wyciągnąć wniosek, że prezesom SSP możemy płacić jeszcze mniej? Niekoniecznie. Część członków zarządów czy rad nadzorczych SSP to świetni specjaliści (bez względu na to, czy legitymacja partyjna odgrywała znaczącą rolę przy ich doborze, czy nie) i obniżanie im pensji mogłoby ich zniechęcić do pracy w tych spółkach. Są zresztą różne przedsiębiorstwa państwowe: spółki-samograje, funkcjonujące de facto jako monopoliści; są takie, które odgrywają istotną rolę na rynku bądź mają strategiczne znaczenie dla państwa (co to znaczy w praktyce, oczywiście można dyskutować). Jedne są niedochodowe, dzięki innym osiągamy jako państwo spore dochody. Jedne są nastawione na działalność komercyjną, inne dostarczają usług publicznych. Są wreszcie takie, których posiadanie przez państwo nie ma specjalnego uzasadnienia (po co państwu sklep z ciuchami, eksporter tkanin czy centrum bingo?), oprócz możliwości osadzenia w ich władzach krewnych i znajomych. W pierwszej kolejności warto by przyjrzeć się regulacjom dotyczącym doboru kadr w spółkach – i samym spółkom, za każdym razem zastanawiając się, czy ich pozostawanie w gestii państwa jest naprawdę konieczne.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz